Ilustracja: playgroundai.com

Saga o gwiezdnej kobiecie, czyli wyznanie z historią w tle (co by było, gdyby...)

12 lutego 2024

Szacowany czas lektury: 26 min

Zdaję sobie sprawę, że możecie być zaskoczeni pojawieniem się kolejnej części "Sagi", na dodatek nieopisanej jakimkolwiek numerem, a jedynie nieco enigmatycznym "co by było, gdyby". A dokładniej "co by było, gdyby ta łajza Angyza nie dała literackiej dupy i wciąż miała siłę, chęci, czas, umiejętności, entuzjazm i całą resztę, niezbędną do porządnego dokończenia opowieści, którą nie wiadomo po co zaczęła i która ją po całości przerosła". Jest to bowiem pierwotna wersja początku części piątej (dokładnie fragmentu zaraz po scenie dialogowej pomiędzy Estellą a Adeliną), napisana jeszcze w ten sam sposób, co poprzednie cztery – czyli z zachowaniem zbliżonego tempa akcji, złożoności relacji pomiędzy bohaterami czy szczegółowości opisów zarówno scen erotycznych, jak i tła. Ponadto widać w niej także bardzo wyraźnie, kim (czym?) miała stać się bohaterka i z jakimi przeciwnościami musiała walczyć, by przystosować się do nowego życia, co ostatecznie zostało – z jakże przykrej konieczności, nie wolnego wyboru – niemal całkowicie pominięte.

Właściwie cały dalszy ciąg historii Estelli nie tylko mógł, ale wręcz powinien wyglądać właśnie tak. Dlaczego więc nie wygląda? Odpowiedź na to macie w przedmowie do opublikowanego przed momentem epizodu (V). Czy żałuję, że się tak nie stało? Nawet nie wiecie, jak bardzo. Czy niektórzy z Was, Czytelniczki oraz Czytelnicy, poczują się równie zawiedzeni? Zapewne też. Niemniej uważam, że te akurat sceny powinny ujrzeć światło dzienne – nawet w tak surowej postaci jak ta, bo jest to w zasadzie drugi draft, jedynie minimalnie wygładzony na potrzebę publikacji na Pokątnych – bo są tego warte. Dlatego też, jak zwykle, zapraszam do lektury!

 




 

Mimo że próbowałam na wszelkie możliwie i niemożliwe sposoby, nijak nie potrafiłam zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Owszem, podstawowe fakty pozostawały jasne: skoczyłam z mostu, straciłam przytomność, obudziłam się. Tyle. Ale co poza tym? Kto mnie najpierw zauważył, a potem wyłowił ze skutej lodem rzeki? Jakim cudem w ogóle przeżyłam coś, czego w żaden sposób przeżyć nie powinnam? Jak znalazłam się w gospodzie i jaką rolę odegrała w tym wszystkim nie tylko sama Rojza, ale także – a może przede wszystkim – owa pielęgniarka, z którą osobliwe zrządzenie losu ponownie mnie zetknęło? Czy to, co ujrzałam zaraz po przebudzeniu, było prawdą, czy jedynie wytworem rozstrojonej wyobraźni? Jak się do tego miała owa scena między mną a Rojzą, na której samo wspomnienie wciąż się rumieniłam? I w jaki sposób powinnam to wszystko interpretować? Jako rzeczywistość, tyle że odbitą w już nawet nie krzywym, a rozbitym zwierciadle? A może od początku do końca jedynie fantasmagorie rodem z sennego koszmaru?

Najprostszym rozwiązaniem byłoby zadanie całej listy pytań, jakie bezustannie cisnęły mi się na usta, lecz najpierw byłam zbyt osłabiona, by w ogóle zebrać myśli, a później… nie bardzo miałam z kim rozmawiać. Pielęgniarka już nigdy się nie pojawiła, natomiast Rojza zbywała me pytania milczeniem. A gdy pewnego razu poniosły mnie nerwy i wykrzyczałam, że kto jak kto, ale ja zasługuję na choć odrobinę prawdy, pierwszy i ostatni raz mnie objęła i powiedziała zimno: „najważniejsze, że czujesz się już dobrze i lepiej dla ciebie, żebyś zbyt dużo nie wiedziała”.

Wiedziałam za to aż za dobrze, że nie mogę wrócić do poprzedniego życia. Tymczasowo wybłagałam u Rojzy, by w zamian za pomoc w prowadzeniu rachunków pozwoliła mi zamieszkać w niewielkim pokoiku na tyłach restauracji. Ukrywałam się więc przed wzrokiem postronnych, siedząc od rana do nocy nad papierami. Nie było to specjalnie satysfakcjonujące zajęcie, niemniej czy byłam dzięki niemu bezpieczna? Byłam. Miałam co jeść i gdzie spać? Miałam. A że nawet dostawałam jakąś pensyjkę, powoli przygotowywałam się do wyfrunięcia z gniazda, w którym z każdym dniem atmosfera gęstniała. Niestety. Bo o ile mogłam zawrzeć pakt milczenia z mą chlebodawczynią i wybawicielką, o tyle przecież mojej obecności na dłuższą metę nie dawało się ukryć. A to rodziło plotki. Coraz groźniejsze plotki, niedopowiedzenia czy wręcz żyjące własnym życiem bajeczki z mchu i paproci, które coraz mocniej mnie niepokoiły.

Skąd o nich wiedziałam? Ano stąd, że w pewnym momencie zauważyłam, że coś się ze mną dzieje. Jakbym jednocześnie wciąż była sobą, ale już nie taką, jak kiedyś, tylko stawała się inna. Znaczy podobna, tylko że… nawet nie potrafiłam tego sensownie nazwać, nie mówiąc już o jakimkolwiek logicznym uzasadnieniu. W jaki bowiem sposób miałam wytłumaczyć niezbity fakt, że – gdy się odpowiednio skoncentrowałam – słyszałam nie tylko odgłosy zza zamkniętych drzwi, ale także te zza kilku ścian? Metaliczne dźwięczenie kasy, brzęk talerzy, kroki oraz przede wszystkim rozmowy. Jednak nie tylko z moim słuchem działo się coś dziwnego. Przykładowo chcąc sprawdzić coś w wiszącym na przeciwległej ścianie kalendarzu, nie musiałam wstawać, tylko skupiałam wzrok i odczytywałam każdą, wydrukowaną nawet najmniejszą czcionką informację. Albo gdy pewnego razu tak szybko sięgnęłam po szklankę, że nie tylko zrzuciłam ją ze stołu, ale i zdążyłam ponownie złapać, zanim się zbiła.

Jakby tego było mało, moje własne odbicie w lustrze wyraźnie robiło sobie ze mnie coraz bardziej podejrzane żarty. Konkretnie takie, że dosłownie z na dzień wyglądałam lepiej, niż za czasów Anieli. Ale nie naszego ostatniego spotkania, a tego pierwszego. Powiedziałabym wręcz, że tak gładkiej cery, puszystych włosów, białych zębów, jędrnych cycków, kształtnego tyłka i wcięcia w talii nie miałam nigdy. I równie mocno mnie to fascynowało, radowało i przerażało jednocześnie. Zresztą nie tylko mnie, bo nawet Rojza wyraziła zaskoczenie tak drastyczną zmianą i czym prędzej postarała się o nowe dokumenty, uwiarygadniające mnie w oczach organów państwowych. Jakie by one nie były. W jednym komplecie, przeznaczonym dla okupanta, zachowałam niemieckobrzmiące nazwisko po Bynku, natomiast w drugim, który miałam na wszelki wypadek trzymać w ukryciu, wróciłam do panieńskiego. Za to w obu odmłodzono mnie o ponad dekadę, co zdecydowanie lepiej pasowało do mej bieżącej prezencji.

 

Najciekawsze i jednocześnie najbardziej niezrozumiałe – o ile oczywiście poprzednie kwestie dawało się w jakikolwiek sposób wytłumaczyć – były zmiany dziejące się nie z ciałem, a umysłem. Czułam się, jakby podłączono mnie do generatora, zwielokrotniającego intensywność odczuć. Założono mocne szkła powiększające na wszystkie zmysły. Podawano coraz większe dawki narkotyku, wyostrzającego wszystkie emocje. Każdy najmniejszy smutek potrafił niespodziewanie zamienić się w grobową rozpacz, przyjemność w szaleńczy wybuch szczęścia, a złość w atak furii. Dosłownie.

Zbyt dosłownie. Pewnego wiosennego popołudnia nierozważnie wyszłam poza bezpieczną restaurację i zapatrzona w zachodzące słońce dałam się przyuważyć na ulicy jakiemuś podejrzanemu typkowi. Choć chciałam czym prędzej czmychnąć, on do mnie podbiegł i najpierw zaczął zadawać niewygodne pytania, a później otwarcie szantażować, że zaraz zawoła odpowiednie służby. Chyba że się jakoś dogadamy…

Gdybym powiedziała, że nie zdawałam sobie sprawy, co się dzieje, skłamałabym. Rejestrowałam w każdym najmniejszym szczególe, gdy złapał mnie jedną ręką za ramię i ordynarnie przyciągnął do siebie, drugą klepnął w tyłek i jeszcze do tego zaczął ziać przetrawionym alkoholem wprost w twarz. Całkowicie świadomie wyrwałam się z jego objęć, złapałam za poły palta i odepchnęłam. Tyle że zamiast upaść na chodnik, ostatecznie zderzyć się plecami ze ścianą pobliskiej kamienicy, delikwent poleciał w drzwi. Czy raczej przez drzwi. A jeszcze konkretniej: facet o gabarycie całkiem sporego kredensu wyrwał podwójną bramę razem z futryną, roznosząc ją w drzazgi na podwórzu.

 

*

 

Dopiero w nocnym pociągu do Warszawy zdołałam uspokoić się na tyle, by zacząć znów logicznie myśleć. I niewiele ponadto. Wciąż blada, roztrzęsiona i do tego jeszcze niewyspana zeszłam peron, okazałam papiery do kontroli i… właściwie nie bardzo wiedziałam, co dalej. Miałam najpotrzebniejsze rzeczy w spakowanej naprędce walizce, kopertę z pieniędzmi i nawet kilka złotych monet na czarną godzinę. No i słowo Rojzy, po którą czym prędzej wówczas pobiegłam i która po obejrzeniu miejsca niedoszłej na szczęście zbrodni przyrzekła, że wszystko zatuszuje. Pod warunkiem, że zniknę. Od razu.

Pierwszą myślą było udanie się do byłego już rodzinnego domu, jednak szybko zrezygnowałam z tego pomysłu, bo co niby miałabym obchodzić jego obecnych właścicieli? Później rozważyłam wizytę u dalszych krewnych, lecz wiedziałam aż za dobrze, jak zszarganą miałam u nich reputację, więc tym bardziej odpuściłam. Trzecią opcją była natomiast Halszka. Tak, ta Halszka. Musiałam tylko i aż dotrzeć na przedmieścia.

Ku memu miłemu zaskoczeniu jej dom wciąż stał, a gdy tylko zapukałam w znajome drzwi, ujrzałam w nich tę samą piękność… tyle że nie. Co prawda nie była ona okazem nędzy i rozpaczy pokroju Anieli, lecz od razu zauważyłam, że najlepsze lata miała za sobą. Odgarnęła już nie ogniście rude, a poprzetykane zbyt wczesną siwizną pasmo z twarzy, zmrużyła otoczone zmarszczkami oczy i z wrażenia zaniemówiła. Ba, żeby tylko. Teatralnie przysłoniła usta, wykrzyknęła „matkoboskaestellatyżyjeszjaktywyglądasz” i aż odskoczyła od progu.

Na kolejne już moje szczęście strach szybko ustąpił miejsca ciekawości i nim się zorientowałam, zostałam przyjęta z najwyższymi honorami, nakarmiona i wypytana o koleje życiowe. No i wydotykana. Halszka brała w palce moje włosy, gładziła mnie po policzkach i dłoniach czy nawet obejmowała w talii, jakby nie dowierzając, czy to, co widzi, jest prawdziwe. Na szczęście nie pytała o szczegóły, więc i ja nie musiałam ją okłamywać, dlaczego wyglądałam tak, a nie inaczej. Jakbym jeszcze sama to wiedziała…

Wkrótce siedziałam przy jednym stole z Halszką, jej mężem i dwiema córkami. Mało tego: miałam co zjeść i nawet gdzie się przespać. Oczywiście od razu zaznaczyłam, że nie chcę niczego za darmo, jednak usłyszałam tylko, że „od bratanicy najlepszej przyjaciółki ze szkoły” nikt pieniędzy nie weźmie. A skoro tak, nie miałam zamiaru się kłócić, tylko podziękowałam za wszystko i udałam się wraz z panią domu na poddasze, by przygotować prowizoryczne posłanie.

Było grubo po północy, gdy zbudziły mnie ciche stąpnięcia. Nerwowy oddech i tłukące się w piersi serce. Nie musiałam nawet zapalać świeczki – blask księżyca wystarczał mi aż nadto, by widzieć Halszkę, która przysiadła na krzesełku na tyle blisko, byśmy się słyszały nawet szepty. I jednocześnie na tyle daleko, bym nie mogła jej sięgnąć nawet wyciągniętą ręką, co może sprawiło mi pewną przykrość, lecz przecież było jedynie wyrazem zapobiegliwości. Zwłaszcza po tym, gdy to ja sama przedstawiłam się jako własna sporo młodsza krewna. Wreszcie jednak, kiedy kolejny podmuch nocnego chłodu wdarł się przez nieszczelne okienko i owiał przykryte jedynie cienką koszulą nocną ciało Halszki, nie wytrzymałam. Powiedziałam otwarcie, że gdybym chciała zrobić komuś krzywdę, już dawno bym to zrobiła. A że wyglądałam lekko licząc o połowę młodziej, niż powinnam? Cóż, tego sama sobie nie potrafiłam wytłumaczyć, więc dalsze deliberacje nie miały sensu.

 

Nie oznaczało to oczywiście, że wszystko było już jasne. Chwilowo miałam gdzie się przespać, lecz czym prędzej musiałam znaleźć sobie pracę, pozwalającą przynajmniej na opłacenie jakiejś sutereny. Zaczęłam więc szukać i już po ledwie paru dniach, ku memu kolejnemu miłemu zaskoczeniu, mogłam przebierać w propozycjach. Owszem, nie zawsze przyzwoitych, gdyż niektórzy faceci na mój widok ewidentnie zaczynali myśleć czym innym niż głową, lecz wśród erotomanów-gawędziarzy znaleźli się i tacy, którym bardziej imponowały moje maniery, kultura osobista, umiejętność podtrzymywania konwersacji oraz inne podobne przymioty, pasujące znacznie bardziej do kobiety sporo dojrzalszej. Ciekawe, dlaczego?

Ostatecznie wybrałam ofertę, której z początku nie brałam pod uwagę – mianowicie zostałam recepcjonistką w hotelu. Znaczy niby na początek jedynie praktykantką na asystentkę tejże, lecz postanowiłem z miejsca udowodnić, że mimo braku doświadczenia zasługuję na jak najszybszy awans. Zwłaszcza że przy okazji mogłam liczyć na malutki, bo malutki, ale jednak własny pokoik w oficynie i półdarmową stołówkę. Nim jednak wyprowadziłam się od Halszki, poprosiłam ją o dłuższą chwilę jeszcze bardziej osobistej rozmowy, w której wyznałam, kim dla mnie kiedyś była, kim mogła być i jak rozpaczałam, gdy musiałyśmy się rozstać. Chociaż, patrząc na losy zarówno moje, jak i jej, może i dobrze, że tak się stało. Zwłaszcza dla niej. Ku memu zaskoczeniu przyjęła to ze zrozumieniem – owszem, była wyraźnie zmieszana i zawstydzona, lecz ani się nie obraziła, ani tym bardziej nie zachowała jak Jagna, która nie chciała mieć ze mną nic wspólnego. A skoro tak, zaproponowałam, byśmy w miarę możliwości utrzymały przynajmniej okazjonalny kontakt.

I na koniec pocałowałam. W policzek.

 

Kolejne dni, tygodnie i miesiące mijały mi właściwie tak samo: starałam się spędzać jak najwięcej czasu w pracy, byle tylko zająć czymś ręce. I umysł, który – nieoczekiwanie dla mnie samej – zaczął przypominać mi o czymś, o czym wydawało się, że zapomniałam. A może tylko chciałam zapomnieć? Mianowicie, jakbym nie liczyła, ostatni raz kochałam się jeszcze ze świętej pamięci Bynkiem i od tamtego momentu nie tylko nie miałam nikogo, lecz nawet nie wyrażałam specjalnej chęci, by mieć. Mało tego: tak naprawdę brakowało mi nie namiętnych uniesień rodem z najbardziej wyuzdanych fantazji, a zwyczajnej wydawałoby się bliskości, czułości, ciepła. Obecności kogoś, do kogo mogłabym się bezpiecznie przytulić i równie spokojnie zasnąć.

Tylko co z tego? Właściwie wszyscy bez wyjątku absztyfikanci, od których regularnie dostawałam propozycje towarzyskie, ewidentnie liczyli na jak najszybsze przejście od słów do czynów. Zwłaszcza tych rodem z alkowy. Być może to przez zmiany, jakie we mnie zaszły i sprawiły, że wyglądałam atrakcyjniej niż kiedykolwiek wcześniej, może przez ciągłe zagrożenie ze strony okupanta, które popychało ludzi do podejmowania decyzji „tutaj i teraz” i korzystania z życia dziś, bo jutra mogło po prostu nie być, a może sam fakt, że przebywałam w znacznie swobodniejszej obyczajowo stolicy? Na szczęście mogłam im wszystkim równie regularnie odmawiać, choć czasami autentycznie czułam, że krzywdzę tym nie tylko ich, lecz także siebie. I gdy już sama zaczęłam wierzyć, że do końca życia będę skazana na samotność, nagle pojawił się ktoś, komu nie mogłam po prostu powiedzieć „nie”. Albo mogłam, ale nie chciałam?

Jak większość jego poprzedników, Igo zaczepił mnie pewnego dnia w recepcji. Otwartym tekstem powiedział, kim jest, poplotkował parę chwil i na koniec, jak gdyby nigdy nic, zaprosił mnie na prywatne spotkanie w niedalekiej kawiarence. A ja, jakby casus Zdzicha niczego mnie nie nauczył, po krótkim zastanowieniu przyjęłam propozycję.

Od bratanka dyrektora hotelu. Cholera jasna…

 

Z drugiej strony, co innego miałam zrobić? Ludzie jego pokroju zazwyczaj i tak dostawali, czego chcieli. I gdybym raz czy drugi odrzuciła propozycję, najpewniej za trzecim razem zostałabym postawiona przed wyborem: albo on, albo moja praca, do czego dopuścić nie mogłam. Poza tym, dlaczego właściwie miałabym się opierać? Jedynie dla zasady? Igo był młody, przystojny, odpowiednio wychowany, bogaty i to przecież on nalegał na tę znajomość. Mnie pozostało jedynie odpowiednio go poprowadzić. Tak, by myślał, że samodzielnie podejmuje wszelkie decyzje, podczas gdy to ja będę trzymała ster. A nawet co innego.

Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Najpierw zapytałam Iga… Igo… mego niespodziewanego adoratora, jak właściwie wyobraża sobie naszą relację. Odpowiedział równie wprost, że owszem, mogę liczyć na jak najlepsze traktowanie, blichtr, luksusy, brylowanie w towarzystwie i co tam jeszcze sobie wymarzę, lecz jedynie w ramach bycia kochanką. A tych, czego także nie ukrywał, trochę już miał i raczej nie zanosiło się, bym to ja miała być tą ostatnią. Oczywiście udałam święte oburzenie, lecz w duszy nawet się cieszyłam, że tak postawił sprawę. Był zdecydowanie zbyt pewny siebie, ja natomiast nie miałam najmniejszego zamiaru zostać kolejną pierwszą lepszą panienką na jednorazowy skok w bok, którą można przekupić byle świecidełkiem, poobracać przez kilka tygodni w łóżku i porzucić jak wymięte rzeczonym obracaniem prześcieradło! Nic z tych rzeczy! W tym momencie byłam już nadto świadoma własnej urody, inteligencji oraz umiejętności wpływania na ludzi. A w szczególności mężczyzn.

Dlatego też opracowałam równie prosty, co bezczelny plan usidlenia bawidamka i przy pierwszej okazji wprosiłam się do jego mieszkania. Ot tak. Z początku oddaliśmy się grom i zabawom towarzyskim, pośmialiśmy się, potańczyliśmy, no i trochę popiliśmy. A gdy uznałam, że nadeszła pora, czmychnęłam do toalety z przygotowanym zawczasu pakuneczkiem.

Wróciłam do salonu już nie w grzecznej sukience, a wyczarowanej specjalnie na tę okazję, prześwitującej tu i ówdzie atłasowej koszulce. Tylko i wyłącznie w niej. I oświadczyłam, że Igo też ma się odpowiednio przygotować, a wtedy… tak, oczywiście, a gdzie w tym bajdurzeniu były wąpierze? Jeszcze dobrze nie skończyłam, a już leżałam na sofie, próbując bronić się przed pocałunkami. Nie tylko tymi w usta. Igo obcałowywał każdą odsłoniętą część ciała od dłoni po uda, mrucząc po drodze mniej lub bardziej wymyślne słowa uznania dla gładkości mej skóry, jej zapachu, smaku i czego tylko bym sobie życzyła.

Ostentacyjnie rozpuściłam koczek i pozwoliłam włosom swobodnie spłynąć na ramiona. Równie bezczelnie zsunęłam ramiączka stanika i przyciągnęłam kochanka mocniej już nie tylko do wstydliwie odsłoniętego dekoltu, a ledwie trzymającego się w przymałych miseczkach biustu. Nad wyraz skutecznie, bo nie minęła minuta, a i ta ostatnia granica dzieląca usta (nie dawało się ukryć, że jego) i sutki (moje, bo niby czyje?) musiała się poddać.

 

Do tego momentu wydawało mi się, że będę postępowała racjonalnie, powolutku dawkowała przyjemność nam obojgu i tu wciąż nieco się zawstydzała, tam kusiła, a jeszcze gdzie indziej pozwalała na więcej. Niedoczekanie! Ledwo poczułam lekkie, lecz także wyraźnie nieprzypadkowe ugryzienie, jednym ruchem ściągnęłam koszulkę przez głowę i sama rzuciłam się na obłapiającego mnie mężczyznę, jakbym miała zamiar skonsumować go na miejscu. Na surowo. Wpiłam się w jego wargi tak mocno, aż stęknął, a ja poczułam żelazisty posmak na języku. Kamizelkę jeszcze jakimś cudem udało mi się normalnie rozpiąć, ale koszulę szarpnęłam już tak gwałtownie, aż powyrywałam guziki.

Pchnęłam kochanka na stojący obok szeroki fotel i pochyliłam się nad spodniami. Choć zdawałam sobie sprawę, że to wszystko dzieje się zbyt szybko i nie powinnam być taka zaborcza (ani tym bardziej wyuzdana) na pierwszym spotkaniu, nie miałam zamiaru się powstrzymywać. Częściowo dla odwagi, a nieco także dla przysłonięcia nieco zbyt mocnego zapachu papierosów, wody kolońskiej oraz męskiej namiętności, wypiłam porządny haust wiśniówki prosto z butelki i pocałowałam Iga. Najpierw ponownie w usta, a później niżej. Klęczałam przed wijącym się kochankiem, kiwając rytmicznie burzą złotych loków wprost nad jego biodrami. A że był wyposażony przez naturę hojniej i od Zdzicha, i Bynka, musiałam się bardzo postarać, by objąć go całego. Wiedziałam jednak, że w zamian dostanę wszystko, czego tylko będę chciała. Pozostawało tylko w odpowiedniej chwili przerwać…

Za wcześnie! O wiele za wcześnie! Nie dałam jednak poznać po sobie, że nie oczekiwałam finału już teraz i niczym dyplomowana córa Koryntu spiłam wszystko do ostatniej kropli. Na koniec oblizałam się lubieżnie, uśmiechnęłam i przytuliłam do zasapanego Iga, najwyraźniej próbującego pojąć, co się właśnie wydarzyło.

Wstałam i nałam tej samej rubinowej nalewki do dwóch kieliszków. Słodko-cierpki alkohol był dokładnie tym, czego oboje potrzebowaliśmy, więc wzniosłam toast ponownie. I zaciągnęłam wciąż wyraźnie oszołomionego faceta… nie, nie do sypialni. Do biura. Konkretnie na biurko, na którym się rozsiadłam w pozie godnej wiadomo kogo. Przeczesałam fryzurę palcami, wypięłam biust i zakręciłam nogami najbardziej obsceniczny piruet, na jaki tylko pozwalał mi rozmiar mebla. Rozchyliłam uda i przeciągnęłam dłonią po oczekującej coraz niecierpliwiej kobiecości… Jakiej tam „kobiecości”! Mokrej, rozgrzanej do czerwoności piczy, która już tylko czekała, aż kochanek jej skosztuje. Posmakuje przeznaczonego jedynie dla niego pożądania, wyliże wszystkie zakamarki do czysta, sprawi rozkosz językiem i palcami, po czym wejdzie w nią i będzie pieprzył, aż braknie tchu. Nam obojgu.

Tyle że Igo tylko siedział. Siedział i patrzał. To na moją twarz, to na piersi, to pomiędzy nogi. W końcu zniecierpliwiona zapytałam, na co czeka. Zmieszał się i zaczął coś mamrotać, że przecież jestem taka młoda, niewinna i nie spodziewał się niczego podobnego nawet w najśmielszych snach… gdyby takie miał oczywiście, bo przecież chciał mnie traktować jak najlepiej, a ja go tak zaskoczyłam… nie, że nie było mu przyjemnie i że mu się nie podobam, ale…

Miałam na te kulawe tłumaczenia jedną odpowiedź. W dwóch słowach: „bierz mnie”! I bez dalszych ceregieli złapałam Igo za włosy, przyciągnęłam, objęłam udami i skupiłam na własnej przyjemności. Tylko i wyłącznie na niej. Nawet jeśli Igo nie był jakimś wybitnym mistrzem minetki, pomagałam mu subtelnym kołysaniem bioder, skutkiem czego po ledwie kilku minutach po plecach przebiegł mi jakże wyczekiwany dreszcz. Z początku delikatny, niemal łaskoczący, po chwili zamienił się w elektryzującą zmysły błyskawicę, przeszywającą całe ciało. Choć wiedziałam, że przecież to pierwsze nasze zbliżenie i powinnam zachowywać się z odpowiednią dla dobrze wychowanej pannicy skromnością, w ekstazie aż zrzuciłam maszynę do pisania z blatu, budząc tym chyba całą kamienicę.

A to wciąż nie był koniec! Owszem, byłam jako-tako zaspokojona, lecz dalej miałam ochotę, by dosiąść wciąż pochylonego nad mym łonem faceta. Konkretnie jego wyraźnie gotowe na więcej przyrodzenie. Nie czekałam więc, tylko dosiadłam. Na dywanie. W przypływie zdrowego rozsądku porwałam tylko grubą kapę z szezlongu, by miał na czym oprzeć głowę, a mnie było miękko pod nogami. I puściłam się w galop, aż deski pod nami trzeszczały. Przodem, tyłem, na kolanach, w kucki. W końcu oboje byliśmy tak zadyszani, że znów zakomenderowałam: „dojdź we mnie” i nie odpuszczałam, póki me życzenie nie zostało spełnione. Po czym stanęłam w rozkroku, na oczach ledwo przytomnego kochanka zrobiłam sobie dobrze palcami. I na koniec bezczelnie je oblizałam.

 

Dopiero gdy przebudził mnie chłodny blask poranka, zrozumiałam, co się właściwie stało. Czy było mi zeszłego dnia dobrze? Cudownie! Czy tego chciałam! Cała sobą, od nadal pachnącej mą własną żądzą dłoni po samiutkie końce wciąż zmierzwionych włosów. Nie tylko tych na głowie. Mało tego: nie tylko zachowałam się jak wielokrotnie wymieniana zawodowa pani negocjowalnego afektu – i to taka z całkiem sporym doświadczeniem oraz wcale nie mniejszymi umiejętnościami – ale też jeszcze zrobiłam to… no właśnie: dlaczego? Mimo wciąż bolesnych wspomnień, mimo wielokrotnie powtarzanych obietnic, że już nigdy nie pozwolę się wplątać w jakieś dziwne relacje i mimo całych lat abstynencji poszłam do łóżka nie z miłości czy choćby chwilowego uniesienia, a wyrachowania. Nie mniej i nie więcej.

Owszem, Igo miał i wygląd, i maniery, lecz gdyby był kolejnym gołodupcem, puściłabym go w diabły. I nie mogłam temu zaprzeczyć, choćbym bardzo chciała. Podobnie jak równie niepodważalnemu faktowi, że najzwyczajniej w świecie pragnęłam nie tylko powrócić do życia na pewnym poziomie, lecz także zapewnić sobie bezpieczeństwo w tych nienormalnych czasach. Tylko tyle i aż tyle. A że przy okazji wykorzystywałam rzeczoną fizyczną atrakcyjność kochanka i czerpałam z niej przyjemność? A tak! I to znacznie większą, niż mogłabym po taki długiej przerwie przypuszczać. Widocznie nie tylko słuch czy wzrok, ale i inne zmysły mi się wyostrzyły, bo już po pierwszym zbliżeniu czułam, że to dopiero przedsmak tego, do czego byłam zdolna. I postanowiłam to w pełni wykorzystać. Jak najszybciej.

Nim jednak znów rzuciłam się na wciąż drzemiącego przy mym boku mężczyznę, poszłam najpierw do łazienki, później kuchni i w końcu wkroczyłam do sypialni z pożywną owsianką oraz równie gorącą kawą. Prawdziwą, a nie jakimś nędznym ersatzem. I postawiłam sprawę równie wprost, jak poprzednim razem: tak, zgadzam się na postawione warunki, lecz mam też swoje. I to bardzo konkretne.

Będę najwspanialszą kochanicą, jaką tylko mógł sobie wyobrazić, będę korzystała z jego pozycji, pieniędzy i całej reszty, zaś w zamian oddam mu nie tylko własne ciało, ale też pełne zaangażowanie – choćby nawet w postaci tak drobnych rzeczy jak przygotowanie tyle co skończonego śniadania. Czyli tak naprawdę będę żoną, lecz bez jej oficjalnego statusu prawnego. Przynajmniej na razie. Co zaś się tyczyło miejsca, w którym się poznaliśmy… cóż, już nawet nie pogłoski, a całkiem szczegółowe opowieści na nasz temat i tak krążyły po hotelu, więc nie było sensu dłużej udawać niewiniątek ani przed otoczeniem, ani przed sobą nawzajem. A skoro tak, postanowiłam wykorzystać całkiem miło zapowiadający się dzień w jeszcze milszy sposób.

Zaczynając od odsłonięcia nie tylko okna, ale i piersi.

 




 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

 


 

Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

Agnessa

Ten tekst odnotował 4,346 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.59/10 (5 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Z tej samej serii

Komentarze (0)

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.