Ilustracja: artstation.com

La Belle Époque, czyli biseksualnej awanturniczki rok z życia i spraw (IV) – Zimowa sztuka wymaga ofiar

18 czerwca 2023

Szacowany czas lektury: 1 godz 39 min

Wszystkim, którzy dotrwali do tego momentu (choć zapewne łatwo nie było), serdecznie dziękuję za zainteresowanie moją twórczością oraz zapraszam na czwartą i finalną część historii!

 



 

Być może była to z mojej strony nadinterpretacja – ostatecznie przecież Bella zaprosiła mnie na ledwie dwa zwyczajne dni, a nie od razu całe święta – ale i tak postawiłam wszystko na jedną kartę. Załatwiłam sobie wolny dzień w pracy, starannie spakowałam najlepsze ubrania oraz butelkę wcale nie gorszego likieru, nawet poszłam do fryzjerki. I czekałam, aż nadejdzie umówiona sobota.

Tym razem nie musiałam już szukać nikogo na peronie, tylko od razu skierowałam kroki w kierunku oczekującej mnie damy. Wystrojonej w eleganckie, choć na mój gust nieco zbyt cienkie jak na grudniowy chłód paletko, wysokie kozaczki i równie stylowy toczek obity norką. Wsiadłyśmy wspólnie do tego samego lekkiego powozu, co ostatnio, dojechałyśmy do dworku, napiły herbatki, podjadły świeżo upieczonej tarty z gruszkami. I rozmawiały. Praktycznie bez przerwy.

Nie mogłam powiedzieć, by wszystkie poruszane tematy były lekkie, łatwe i przyjemne, jednak spowiadając się ze wszystkiego, co nieraz od lat leżało mi na sercu – oraz w zamian słuchając podobnych zwierzeń – czułam się coraz lżej. Tak na duchu, jak i ciele. A że przy okazji smakołykom towarzyszyła owa przywieziona butelka czegoś mocniejszego, to jeszcze przed wieczorem obie z Bellą doszłyśmy do wniosku, że najwyższa pora przestać się zadręczać. Koniec z nikomu niepotrzebnym z udawaniem, że jesteśmy stare, brzydkie, biedne i skazane na najgorszy z najgorszych los! Koniec! I już!

Tego dnia położyłam się spać może nie jakoś wybitnie szczęśliwa, na co po prawdzie miałam jeszcze rano cichą nadzieję, ale spokojna. Wręcz podejrzanie spokojna, zważywszy na ostatnie przeżycia. Pierwszy raz od naprawdę dawna czułam, że może wreszcie los się do mnie uśmiechnie? Chociaż trochę? I to w miejscu, które przecież pełne było wspomnień, mogących doprowadzić raczej do kolejnego załamania. Tymczasem znajome korytarze, meble, obrazy na ścianach, widoki z okna czy choćby łóżko, w którym leżałam, nie sprawiały mi przykrości. Owszem, skłaniały do pewnej zadumy czy nawet melancholii, jednak nie smuciły. I to liczyło się dla mnie najbardziej.

 

Poranek zaczęłam nie tylko od zdecydowanie bardziej obfitego, niż zwykle jadałam w domu, śniadania, lecz także głębokiego postanowienia, że tego dnia nie spędzę w domu. O, nie! Niby pogoda wciąż nie zachęcała do dłuższych wypadów, jednak nakłoniłam Bellę, byśmy przejechały się do tego samego Salisbury, z którego mnie odebrała. Konkretnie pod katedrę, której mimo paru okazji nigdy wcześniej nie widziałam z bliska.

Powiedzenie, że ogrom budowli mnie przytłoczył, byłoby zdecydowanie zbyt trywialnym. W każdym kącie kryły się stulecia historii tak namacalnej, iż nawet stojąc na samiutkim środku ogromnego transeptu miałam wrażenie, jakby szczelnie otaczała mnie swymi ramionami. A może zwłaszcza wtedy? Gdy zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie tylko moje problemy, ale i całe istnienie w zasadzie nie mają żadnego znaczenia. Krok za krokiem stąpałam po wiekowej posadzce, z każdym kolejnym rozumiejąc coraz wyraźniej, że najwyższa pora, bym się za siebie wzięła. Tym razem na poważnie, by wykorzystać w pełni nie tylko każdy dzień, ale nawet każdą godzinę jakże kruchego życia.

W końcu zmęczona, zziębnięta i na dodatek z burczącym brzuchem – bo kupione w międzyczasie na straganie jabłka w karmelu raczej pobudziły apetyt, niż go zaspokoiły – miałam zamiar wracać, gdy niespodziewanie zasnuwające do tej pory szczelnie niebo ciemne chmury rozstąpiły się, odsłaniając zachodzące powoli słońce. Czym prędzej przysiadłam na najbliższej ławeczce, podziwiając płonącą bursztynowym blaskiem monumentalną bryłę gotyckiego gmachu. Wpatrywałam się jak urzeczona w zdające się ożywać posągi, zdobiące główną zachodnią ścianę. Tańczące w najmniejszym nawet załamaniu muru głębokie cienie. Wreszcie sięgającą samego firmamentu czterystustopową wieżycę, dzierżącą zaszczytny tytuł najwyższej budowli całego Zjednoczonego Królestwa stąd aż po Ziemię Wiktorii i z powrotem.

Wszystko wyglądało tak, jakby samo przeznaczenie ściągnęło mnie dokładnie tutaj w dokładnie tym momencie, bym mogła na własne oczy zobaczyć ten nieziemski wręcz – choć krótki, bo po ledwie kilku minutach niebo znów się zamknęło – spektakl. Mało tego: nie zdawałam sobie sprawy, jak i kiedy to zrobiłam, lecz nagle zorientowałam się, że obejmuję dłonią dłoń Belli. I… nie wstydziłam się tego. Wcale a wcale! Nie czułam nawet śladu zakłopotania ani przed przechadzającymi się ścieżkami spacerowiczami, ani zerkającą na nas znad rozstawionej niedaleko sztalugi malarką, ani przede wszystkim przed sobą. No i Bellą. Było mi zaskakująco dobrze z tym, że mogłam obdarzyć czułym dotykiem nie Shirley, nie jakąś okazjonalną kochanicę, a… przyjaciółkę? Dlaczego właściwie miałabym jej tak nie nazywać? Owszem, znałyśmy się dość krótko, lecz powierzyłyśmy sobie tak wiele tak głębokich sekretów, że obdzieliłabym nimi całą gromadkę znajomych i jeszcze by zostało.

I wówczas zrozumiałam, że szczęście miewa także takie oblicze. Delikatne, lekko nostalgiczne, niemalże baśniowe. Zupełnie różne od tego, które odczuwałam, wychodząc z „Moulin Noir”. Mogłam być szczęśliwa nie z kimś, kogo pożądałam czy nawet kochałam, ale komu mogłam po prostu zaufać i nie wstydzić się własnych uczuć. Słabości, wad i przywar, nie zawsze odpowiedniego zachowania, niczego. Przy kim mogłam być w pełni sobą.

I nim zdążyłam zareagować, rozpłakałam się.

Wiedziałam, że powinnam powoli zbierać się do powrotu, ale nie potrafiłam. Nie chciałam. Pragnęłam jedynie, by spędzić we dworku jeszcze choćby kilka kolejnych godzin. Założyć mięciutki szlafrok, rozłożyć się na ciepłej skórze na wprost strzelającego iskrami kominka, przytulić się do Belli. I leżeć. Nie mniej i nie więcej. Co jakiś czas wypić kilka łyków grzanego wina, chrupnąć maślane ciasteczko, które wcześniej razem upiekłyśmy, ziewnąć głośno i równie szczerze się roześmiać, nie zważając uwagi na nic i na nikogo. Posłuchać muzyki z patefonu, przeczytać tomik poezji, obejrzeć album z reprodukcjami obrazów. Bez śladu skrępowania przeczesać włosy mej towarzyszki i poprosić, by odwdzięczyła się tym samym. A na koniec, gdy oczy same będą mi się zamykały, położyć się spać ze świadomością, że gdy wstanę, ktoś przy mnie będzie. Ktoś, przy kim czułam się dobrze. Tak po prostu. I dlatego pragnęłam ponad wszystko, by takie chwile trwały jak najdłużej.

 


 

Choć nie było to łatwe ze względu na prywatne życie zarówno moje, jak i Belli, które przecież obie miałyśmy, starałam się widywać z nią możliwie często. Czasami udawało mi się to co niedzielę, innym razem robiłyśmy sobie dłuższą przerwę, lecz gdy tylko mogłam, wsiadałam w pierwszy dostępny pociąg do Salisbury i wracałam ostatnim. W międzyczasie natomiast przesiadywałam od świtu do nocy w szpitalu, tak by potem móc wziąć dodatkowy dzień wolny. A najlepiej od razu kilka.

Musiało minąć jeszcze Boże Narodzenie – spędzone tradycyjnie w towarzystwie Shirley i pana Hedsona – potem sylwester – który dla odmiany postanowiłam świętować „na mieście” – i jeszcze ponad pół karnawału, lecz wreszcie wyprosiłam calutki tydzień tylko i wyłącznie dla siebie. A skoro tak, spakowałam na tę okoliczność już nie jedną, a całe trzy walizy. Bella była wyraźnie zaskoczona, kiedy z pociągu zaraz za mną wysiadł obładowany tragarz, ale czego właściwie miała się spodziewać? Że wezmę jak zwykle tylko zapasową suknię, bieliznę na zmianę i parę szpargałów? O, nie, nie! Tym razem miałam zamiar skorzystać z jej posiadłości jako punktu wypadowego i zwiedzić calutką okolicę. I to nie tylko tę najbliższą.

Zaczęłam od pobudki jeszcze ciemną nocą, tak by zdążyć obejrzeć świt nad niedalekim Stonehenge. Mroźny, wietrzny, lecz jakże wspaniały… Wspaniały? To było zdecydowanie nieodpowiednie słowo! Wyłaniający się z mglistego mroku antyczny kromlech wyglądał niczym zabawka przedwiecznego olbrzyma, którego w pewnym momencie znudziło układanie kamieni, więc porzucił je tak, jak leżały. I odszedł. Na zawsze. To był jednak dopiero przedsmak tego, co zaplanowałam i każdego kolejnego dnia wypuszczałam się coraz dalej i na coraz dłużej, wracając nieraz późną nocą. Zdawałam sobie sprawę, że Bella nie była takim obieżyświatem jak ja, niemniej dzielnie mi towarzyszyła – a przynajmniej próbowała w miarę własnych sił oraz umiejętności. Były jednak pewne granice zwyczajnej przyzwoitości, których nie kazałam jej przekraczać. Widziałam, że już wyprawa do Uffington, by obejrzeć wyciętą w stoku wzgórza figurę białego konia, konkretnie ją wymęczyła, więc oświadczyłam, że ostatnie z miejsc odwiedzę sama.

Dotarcie do Land’s End nie było ani szybkie, ani łatwe, jednak wreszcie stanęłam na samej krawędzi świata. Pod sobą miałam wzburzone fale, uderzające o podstawę klifu, zaś ponad pędzone tnącym twarz wiatrem ołowiane chmury. Niemal na wyciągnięcie ręki błyskało światło latarni morskiej na Longship, gdzieś na krawędzi horyzontu majaczyły jeszcze szczyty wysp Scilly – czy raczej majaczyłyby przy dobrej pogodzie – a za nimi rozciągał się już tylko bezmiar Atlantyku. I pośród tego wszystkiego ja. Tylko ja. I mimo że byłam ledwo żywa, głodna jak stado wilków oraz przemarznięta do szpiku kości, dopiero zachód słońca zmusił mnie do schowania się w miejscowym zajeździe, w którym wynajęłam pokój na jedną noc.

Właśnie w tamtym miejscu i w tamtej chwili doszłam do wniosku, że przyszedł czas na podjęcie pewnych decyzji. Bardzo ważnych, rzekłabym: fundamentalnych. Nie po wystawnej kolacji w najprzedniejszej londyńskiej restauracji, a nażarciu się pod korek przaśną potrawką z cynowej miski gdzieś w obsranej przez chochliki kornwalijskiej wiosce. Nie po toaście oryginalnym szampanem w towarzystwie najbliższych przyjaciół, a opróżnionym samotnie kuflu domowego ale. Nie pod puchową kołderką, a na szorstkim sienniku. Nie… nie miało to dla mnie tak naprawdę znaczenia. Liczyłam się tylko i wyłącznie ja sama. Moje przemyślenia, moje płynące z nich wnioski, moja przeszłość i przede wszystkim przyszłość.

 

Gdyby ktoś ledwie parę miesięcy wcześniej powiedział mi, że całe moje pozornie stabilne życie zostanie wywrócone do góry nogami, uznałabym go w najlepszym wypadku za skończonego idiotę. A jednak prawda byłaby po jego stronie, nie mojej. I nawet nie tyle chodziło mi o relacje z Jamesiną, Shirley, Mortym czy choćby jakże istotną w tej układance Bellą, ale bardziej o to, co działo się głębiej. W moim własnym poczuciu mojej własnej tożsamości, żeby nie powiedzieć własnego jestestwa. Ze szczególnym uwzględnieniem tego seksualnego.

Dość szybko zaczęłam się zastanawiać nad niezbitym faktem, że od pamiętnego spotkania z Nigellą i jej wyuzdanymi kompanionami nie tylko z nikim się nie kochałam, ale nawet sama nie pieściłam. I nie dlatego, że nie miałam na to czasu czy byłam zbyt zmęczona – bo owszem, skupiałam uwagę raczej na sprawach domowo-zawodowych, tyle że przecież wcześniej nie stanowiły one dla mnie jakiejś szczególnej przeszkody – lecz najzwyczajniej w świecie tego nie potrzebowałam. Nie odczuwałam właściwie żadnego erotycznego napięcia, któremu musiałabym dać ujście, a skoro tak, po co miałabym się pobudzać? Z przyzwyczajenia? Z nudów? Z poczucia, że po prostu mogę? Że powinnam? A z jakiej niby racji?

Początkowo tłumaczyłam to sobie chwilowym spadkiem nastroju, dochodząc do wniosku, że w razie nagłego napadu chcicy po prostu zrobię sobie dobrze i będzie po sprawie. Tyle że… nic takiego nie następowało. Z niemałym zaskoczeniem – a zważając na mój temperament, raczej dokumentnym szokiem – zrozumiałam, że wcale nie muszę co wieczór brandzlować się w domowym zaciszu, niedziele spędzać na lizaniu za każdym razem innej panienki (ze szczególnym uwzględnieniem jej cycków i piczy) na mieście, a od święta sprawiać sobie prezent w postaci biseksualno-oralno-analno-międzyrasowej orgietki w prywatnym klubie wzajemnej masturbacji, by być spełnioną. Bo przecież byłam, czemu ani nie mogłam, ani przede wszystkim nie chciałam niepotrzebnie zaprzeczać.

Będąc z Bellą, zdawałam sobie oczywiście sprawę z jej cielesnej bliskości, lecz nie miała ona żadnego podtekstu. Owszem, nie mogłam zaprzeczyć, że Bella była atrakcyjną kobietą (i to na tyle, że gdybyśmy spotkały się w innych okolicznościach, być może nawet kusiłby mnie jakiś przelotny flirt), jednak w żaden sposób nie traktowałam jej jako jakiegoś „obiektu seksualnego”. Nie fantazjowałam na jej temat, nie podglądałam, gdy się przebierała lub myła, nie dotykałam niby to przypadkiem w co intymniejsze miejsca, nic z tych rzeczy! Traktowałam ją w tej kwestii chyba nawet bardziej neutralnie – bo nie chciałam używać określenia „obojętnie” – niż Shirley.

Zresztą nie szukałam takich wrażeń nie tylko przy niej, ale tak właściwie u nikogo innego. Nie tak wcale dawno było dla mnie czymś całkowicie zwyczajnym, gdy mimowolnie zawieszałam wzrok na jakimś atrakcyjnym stangrecie czy równie ślicznej kwiaciarce, mijanej choćby w codziennej drodze do lub z pracy, lecz teraz jakbym w ogóle ich nie zauważała. Jakbym tego nie potrzebowała. Jakby było mi z tym… no właśnie: tym razem zdecydowanie i jednoznacznie wszystko jedno.

I mimo że wcale nie uważałam się przez to za gorszą – a patrząc na wszystkie te problemy, jakich przez lata przysporzyło mi bezrefleksyjne folgowanie namiętnościom, odczuwałam wręcz pewną ulgę – to jednak czułam się z tym jakoś tak dziwnie. Jakby cząstka mnie gdzieś nagle zniknęła. Cząstka, za którą niby tęskniłam, bo przecież już od czasów wczesnej młodości stanowiła nieodłączny fragment mnie, jednak z każdym mijającym dniem jakby mniej. Pozostawało pytanie: co się stanie w takim tempie za miesiąc czy rok? Zamienię się jeszcze za życia w jakąś świętą niepokalaną ponownie i na zawsze dziewicą? Czy przeciwnie, wreszcie coś we mnie pęknie i zacznę ruchać wszystko, co na drzewo nie ucieknie? Ech, jakbym nie miała w życiu ciekawszych tematów do egzystencjalnych rozkmin…

 

Wróciłam do Salisbury dopiero późnym popołudniem. Przywitałam się z Bellą, czym prędzej wzięłam długą i równie gorącą kąpiel, ubrałam w najlepsze ciuchy i poprosiłam o rozmowę. Z początku oczywiście zdałam relację z tego, co widziałam poprzedniego dnia, lecz stopniowo poruszałam poważniejsze tematy, tak by wysondować nastrój mej towarzyszki. Na tyle skutecznie, by nie wracać po raz setny do naszego pierwszego spotkania, do relacji z Jamesiną ani nawet późniejszych wydarzeń, które doprowadziły nas do tego właśnie momentu. Od razu wypaliłam, że bardzo zależałoby mi na szczerej poradzie. Tak szczerej, jak to tylko możliwe. Bez owijania w całkowicie zbędną bawełnę.

Bella zastanowiła się dłuższą chwilę i spytała jeszcze, czy na pewno jestem tego pewna. Byłam. A skoro tak, bez dalszej zwłoki opowiedziałam o poprzednim wieczorze – czy raczej niemal całej nocy, bo ostatecznie zasnęłam dopiero koło trzeciej nad ranem – i wyznałam, że tak dalej już żyć nie mogę. Nie chcę. Nie potrafię. I dlatego właśnie muszę zaryzykować zostawić wszystko i wszystkich i wyjechać. Na sam koniec świata i najprawdopodobniej na zawsze.

A ona słuchała. Czasami od coś dopytała, raz pokiwała głową ze zrozumieniem, innym raczej powątpiewała, lecz ostatecznie stwierdziła, że skoro chcę, by powiedziała bez ogródek to, co myśli, to powie.

– Pani Jenna, moja zdanie jest taki, że to nie jest mój życie. Bo ja by nigdy nic takiego nie zrobiła, ale to ja. I nie ty. Ja widzę, jak ciebie to boli bardzo wszystko. Że jesteś nie taka bardzo radosna, jakby chciała. A ty jesteś przecież bardzo piękna i mądra kobieta i masz tylko jedna życie, żeby się cieszyć z twoja marzenia! Dlatego nie ma co czekaj dłużej! Jak wiesz, że ten wyprawa tak bardzo daleko zrobi z ciebie taka naprawdę naprawdę szczęśliwa, to nie czekaj! Jedź!

– Naprawdę tak myślisz? – palnęłam.

– Tak, pani… moja Jenna. Bardzo dobrze mi jest razem z ty i bardzo ci chce dziękować, że mi tak pomagać. Ale mówię jeszcze raz, że jedź. Żeby była sobą taka bardzo, jak będziesz chciała!

Nim zdążyłam pomyśleć, co właściwie robię, rzuciłam się na szyję Belli i aż ją wycałowałam z radości. W policzki, żeby było jasne, ale i tak aż się zarumieniłam. Zamiast jednak wykorzystać okazję i się na nią rzucić, grzecznie się odsunęłam. I obiecałam solennie, że nawet gdybym miała wysyłać listy pocztą pingwinową, to i tak będę to robiła do końca życia. Bo tak!

 


 

Choć kusiło mnie, by od razu podzielić się najnowszymi wieściami z Shirley, zatrzymałam je na razie dla siebie. Zbyt wiele rzeczy musiałam jeszcze przygotować i za dużo spraw pozałatwiać, nim moja wizja miała się wreszcie ziścić. W końcu jednak uznałam, że nie mogę już dłużej czekać. Albo i nie chcę? Tak czy inaczej, pewnej wciąż dość zimnej, lecz już zdecydowanie bardziej deszczowej niż śnieżnej niedzieli, postawiłam na stoliku już nie tylko kawę i ciasto, ale także całkiem konkretną butelkę. Po czym oznajmiłam, że mam coś ważnego do powiedzenia. Możliwe, że najważniejszego, od kiedy w ogóle się znałyśmy.

Shirley, podobnie jak wcześniej Bella, najpierw słuchała z pełnym zrozumienia zainteresowaniem, lecz później zaczęła coraz wyraźniej marszczyć czoło. Raz czy drugi nie powstrzymała się nawet przed pełnym dezaprobaty prychnięciem, aż wreszcie na dobre mi przerwała:

– No dobrze już, dobrze, to jak ty to sobie niby wyobrażasz? Że rzucisz to wszystko z dnia na dzień, wszyscy cię z uśmiechem pożegnają, wsiądziesz na statek i tyle cię widzieli? A na miejscu będzie oczekiwał komitet powitalny i malowany domek na tak samo malowanej prerii? Czy ty na pewno rozumiesz, na co się porywasz? – spytała wprost.

– Może tak, może nie – odpowiedziałam równie otwarcie. – Ale zrozum, tutaj nie widzę dla siebie przyszłości. Od tylu lat próbuję udawać, że wszystko jest w porządku, ale obie wiemy, że nie jest i tak naprawdę nigdy nie będzie. Poza tym jest jeszcze jedno, czego pewnie nie zrozumiesz – nie chciałam zabrzmieć obcesowo, lecz powoli kończyła mi się i cierpliwość, i dobre maniery. – Ja po prostu chcę zostawić za sobą przeszłość. Może i nie muszę, ale naprawdę chcę. Moje niewłaściwe decyzje, moje błędy, moje krzywdy wyrządzone innym. Ja… wiesz, jak ja się czuję, wiedząc, że mam krew na rękach? I to nie taką ze snu, a prawdziwą?

– Nie, nie wiem. Natomiast powtarzam ci kolejny raz, że to nie miało, nie ma i nie będzie miało dla mnie znaczenia.

– A powinno – westchnęłam z rezygnacją. – Poza tym wybacz, ale nie tylko twoje zdanie się dla mnie liczy.

Wydawało mi się przez moment, że byłam zbyt złośliwa wobec Shirley, jednak ta gładko przełknęła aluzję względem przerostu własnego ego.

– No dobrze, to co w takim razie powinnam z tobą zrobić? Czy raczej: co ty sama powinnaś zrobić ze sobą? Owszem, popełniasz w życiu błędy, ale wszyscy tak robimy. Ja też. I wierz mi lub nie, ale do dzisiaj nie mogę sobie niektórych wybaczyć. Bo źle zinterpretowałam poszlaki, bo rzuciłam się zbyt pochopnie na jakiś trop, bo nie przemyślałam odpowiednio konsekwencji własnych działań, długo mogłabym wymieniać. Ale nie będę z tego powodu zadręczała się do końca życia, tylko wyciągnę naukę, żeby w przyszłości postąpić właściwie. I ty też powinnaś – wskazała mnie palcem. – Zresztą naprawdę aż nadto odkupiłaś swoje winy. W szkołach, ochronkach i innych przytułkach dla potrzebujących. W jednym szpitalu, w drugim i piątym. Że nie wspomnę o tej broszurze o leczeniu ran postrzałowych, którą napisałaś. Wiesz, ile to żyć uratowało?

– A mogłoby wielokrotnie więcej! – zacietrzewiłam się. – Jakby tylko napisała ją nie byle paniusia pielęgniareczka, którą wszyscy pogardzają, ale doktor z dyplomem. I nieważne, że mam większą wiedzę niż połowa szanownego w dupala kopanego konowalskiego konsylium, które nie dopuściło mnie do studiów medycznych tylko dlatego, że byłam kobietą i to na dodatek niespecjalnie wysoko urodzoną! Tylko że to ja zjeździłam pół świata i to ja widziałam na własne oczy to, o czym inni mogą sobie najwyżej poczytać w książkach! To ja strzelałam ze wszystkiego, co chociaż trochę przypominał broń palną, od dżezaili klepanych w pasztuńskich szopach po prototypy Maxima-Silvermana rodem z jakiejś fantastycznej powieści! A w ogóle, to…

– To co? – Shirley przerwała mi w pół słowa. – Myślisz, że mnie to wszystko nie mierzi? Choćby to, że musiałam znowu prosić się tego idioty, imbecyla i ignoranta LaStrade’a, żebym mogła w ogóle gdzieś wejść. Bo wiesz: byle policyjnego inspektorka z mlekiem pod nosem wpuszczą wszędzie bez mrugnięcia okiem, ale kobiety, choćby o takiej reputacji i sławie jak ja, już nie! Albo jeden z drugim cwaniakiem myślą sobie, że mogą mnie oszukać. Okłamać! Mnie! I jeszcze łżą w żywe oczy, że nie mam racji, że na pewno coś mi się przywidziało, że to wcale tak nie było, a poza tym ich opinia jest więcej warta od mojej, bo są jaśnie panami hrabiami, baronami, lordami… Ha, tfu, jasna ich błękitnokrwista mać!

Zatkało mnie. Od dawna nie widziałam tak wzburzonej Shirley. Tak dawna i tak bardzo, aż na wszelki wypadek postanowiłam nie kontynuować tego tematu. Zresztą… a może faktycznie ona miała rację i nie powinnam się tak surowo oceniać?

– Dobrze, już się nie kłóćmy, bo to do niczego nas nie zaprowadzi – przyznałam pojednawczo. – Ale to nie oznacza, że mnie przekonasz do zmiany zdania, Shirley. Ja po prostu jestem już tym wszystkim zmęczona. Zmęczona ciągłymi staraniami, żeby ktoś mnie w ogóle zauważył. Zmęczona udowadnianiem całemu światu, że jestem coś warta. Zmęczona… – zawahałam się, bo to, co cisnęło mi się na język, nie było przecież do końca prawdą, ale byłam zbyt zdenerwowana, by się tym przejmować – tym, że nikt mnie nie kocha. Nikt nie chce. Nieważne czy próbuję sobie jakoś ułożyć życie ze starszym mężczyzną, czy młodszą kobietą, zawsze kończy się tak samo. Nieważne, jak bardzo mi nie zależy i jak się nie staram, zawsze muszę wszystko spieprzyć!

– Tak, już mi to mówiłaś. Zresztą nie jeden i nie dwa razy, o ile dobrze pamiętam. Powiedz mi raczej coś, czego jeszcze nie wiem.

Nie byłam pewna, czy jej nagły przypływ chłodnego opanowania wynikał z chęci uspokojenia także mnie, czy bardziej świadczył o całkowitym olaniu tego, co właśnie jej powiedziałam. Olaniu mnie, moich potrzeb, pragnień, problemów, wszystkiego. A skoro tak, nie widziałam dalszego sensu tej rozmowy.

– Możesz nie popierać mojej decyzji, Shirley – zaczęłam na tyle spokojnie, na ile byłam w stanie – ale przynajmniej ją zaakceptuj. Wiem tak samo, jak ty, że z rezygnuję z wygodnego mieszkanka i stałej pracy dla mglistych perspektyw w samym środku niczego, gdzie kangury dupami szczekają – rzuciłam dowcipasem rodem z pubu o piątej nad ranem, lecz miałam to serdecznie gdzieś – ale naprawdę szczerze liczę na to, że tam moje chęci i umiejętności będą ważniejsze niż głupi dyplom i jeszcze głupsze konwenanse. Radzić sobie sama w dziczy umiem, strzelać umiem, złożyć połamaną rękę czy wyjąć kulę z nogi też. Pieniędzy i na podróż, i na ten malowany domek także mi wystarczy. Wiem, że pewnie będę tęskniła nie tylko za tobą, spacerami po parku czy tymi cudownymi ptifurkami z cukierni za rogiem, ale nawet tak dzisiaj znienawidzonymi rzeczami, jak te absolutnie niejadalne drożdżówkopodobne zakalce pana Hedsona – tym razem już nie powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem. – Zrozum, Shirley, ja naprawdę się już tutaj męczę. Więdnę. Nie wiem, czy tam ułożę sobie życie tak, jak to sobie wymarzyłam, ale na pewno nie zrobię tego tutaj. Dlatego czy mi się to podoba, czy nie, po prostu nie mam innego wyjścia.

Shirley spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, wyraźnie układając sobie coś w głowie, aż wreszcie zapytała. Jak zwykle wprost:

– Nie masz? Na pewno? Bo coś mi się wydaje, że twoja ostatnia bliska znajomość też ma z tym całkiem sporo wspólnego – tym razem nie mogłam już pomylić złośliwej kpiny w jej głosie z niczym innym.

– Tak, ma – nie było sensu zaprzeczać. – To także ze względu na Bellę podjęłam tę decyzję. Wiem, że skrzywdzę tym nas obie, ale to i tak lepsze, niż jakbym została.

– Czyżby? A może tylko ci się tak wydaje? Na pewno do niczego cię nie nakłaniała? Nie podsuwała żadnych pomysłów albo rozwiązań, które niby to miały być najlepsze dla ciebie, a tak naprawdę służyły tylko jej? Nigdy nie miałaś wrażenia, że ona gdzieś za twoimi plecami rozgrywa własną grę?

– Ja… a nawet jeśli tak, to co z tego? – wzruszyłam ramionami, chcąc jak najszybciej zmienić temat. – Każdy z nas ma swoje tajemnice, których nie ma zamiaru ujawniać nawet najbliższym. Włącznie ze mną i z tobą.

– A co, jak ci powiem, że Bella…

– Dość, Shirley. Dosyć! – wydarłam się, aż pająki pouciekały za tapetę. – Nie obchodzi mnie, że Bella to, Bella tamto! Nie-ob-cho-dzi! Zaczęłam tę rozmowę, bo potrzebowałam twojego wsparcia i twojej porady, a ty mi znowu robisz wymówki, znowu krytykujesz i znowu zmieniasz temat! I znowu traktujesz jak głupią, a ja… ja nie jestem głupia, Shirley. Nie jestem! Ja… – nagle poczułam zupełnie niespodziewaną wilgoć w kącikach oczu. – … właśnie dlatego wyjeżdżam, Shirley. Przez takich ludzi, jak ty!

Wiedziałam, że jeszcze kilka słów a zupełnie się rozryczę, dlatego czym prędzej odwróciłam się i wybiegłam z pokoju. Tak naprawdę nie chciałam w taki sposób zakończyć naszej rozmowy… a może jednak chciałam? W nerwach wyrzucić z siebie to, co od dawna myślałam, lecz zawsze wstydziłam się uzewnętrznić? Zgadza się: nie zawsze podejmowałam dobre dla siebie decyzje, zdecydowanie za często myślałam piczą zamiast głową, bywałam mówiąc delikatnie płaczliwa, długo by wymieniać. Ale to była moja picza i moje płacze. I nawet jeśli – po raz kolejny zresztą – polegnę przy próbach poukładania sobie życia, to trudno. Będę mogła winić najwyżej siebie. I będę to robiła sama.

Wiedziałam też, że powinnam czym prędzej pogodzić się z Shirley, ale i to niewiele mnie obchodziło. Dlatego do końca dnia zamknęłam się w pokoju, a w ciągu następnych robiłam wszystko, byśmy się nie widziały. Tym razem z całkiem dobrym skutkiem, bo… w ogóle nie miałam ku temu okazji. Gdy wstawałam, jej nie było, gdy wracałam – podobnie. Na wszystkie moje pytania – bo po pewnym czasie zaczęłam je w końcu zadawać – pan Hedson odpowiadał, że wie tylko to, co czyta na pozostawionej na stoliku kartce lub dostarczanych okazyjnie przez gońców, równie lakonicznych liścików. Czyli w zasadzie nic poza tym, że Shirley wciąż żyje. A skoro tak, postanowiłam nie drążyć dalej tej kwestii i zająć się własnymi sprawami, których zebrało mi się aż nadto.

 


 

Nie miałam pojęcia, jakim cudem tego dokonałam, ale załatwienie wszystkiego zajęło mi mniej niż miesiąc. Absolutnie wszystkiego: od kupna biletu na statek, przez spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i spieniężenie tych zbędnych, po kulturalnego (bo niekulturalne zajęłoby kwadrans, ale właściwie nie miałam powodu, by zrównywać z ziemią połowę szpitala) rozwiązania stosunku pracy. Na tyle, że dzięki wstawiennictwu byłego już przełożonego udało mi się wymienić parę całkiem konkretnych telegramów z lokalną antypodową administracją i wstępnie zagwarantować posadę nim jeszcze moja noga dotknęła nabrzeża Melbourne.

I gdy wydawało mi się, że nie przeoczyłam niczego, na niecałe czterdzieści osiem godzin przed planowanym wypłynięciem w drzwiach mojego pokoju pojawiła się… Shirley. Ot tak. Mało tego: weszła jak do siebie, zrzuciła noszący wyraźne ślady taplania w rynsztoku płaszcz, przeczesała rozwichrzone włosy, wypaliła papierosa popitego brandy prosto z butelki i dopiero wtedy się odezwała:

– Słuchaj mnie uważnie, Jenno, bo nie będę powtarzać. Wiem, że powinnyśmy spokojnie usiąść, pomyśleć i porozmawiać, ale naprawdę nie mam na to ani czasu, ani specjalnej chęci. Podobnie zresztą jak na wyjaśnienia, czemu tak nagle zniknęłam, co właściwie robiłam i tak dalej. Ważne jest, co osiągnęłam i jaki to będzie miało wpływ na nas obie.

– Nas? A co ja mam z tym wspólnego? – spytałam odruchowo.

– Bardzo wiele. Ale znając twoje podejście do niektórych kwestii, czy raczej osób, prędzej znowu trzaśniesz drzwiami, niż dasz sobie cokolwiek wytłumaczyć. Dlatego masz – podała mi wyciągniętą nie wiadomo skąd grubą, przewiązaną sznurkiem teczkę – i sama sobie przeczytaj. Mam nadzieję, że przynajmniej dokumentom uwierzysz.

I wyszła. Ja natomiast byłam w kropce. Czy powinnam cieszyć się z powrotu Shirley? Zezłościć się na nią? Skorzystać z okazji i czym prędzej najpierw się pogodzić, a zaraz potem pożegnać? Tym razem ostatecznie trzasnąć drzwiami i już nigdy jej nie zobaczyć?

Zerknęłam na rzucone na stół papiery i z ciekawości podniosłam pierwszy z nich. Było to urzędowe zaświadczenie dotyczące statku o nazwie „Gloria Scott”, co zresztą niewiele mi mówiło. Skrzywiłam się mimowolnie, bo wciąż nie miałam pojęcia, dlaczego właściwie miałoby mnie to interesować, lecz wówczas zauważyłam dopisek nakreślony ewidentnie ręką Shirley. Przeczytałam go więc i… aż mnie zmroziło. Bez zastanowienia porwałam następną kartkę. I następną. I jeszcze jedną. I znowu.

Artykuł wycięty z lokalnej gazety, mówiący o tajemniczym zgonie pewnej kobiety, która przed śmiercią miała majaczyć o jakiejś „wzorzystej wstążce”.

List dotyczący kradzieży drogocennego kamienia, podpisany przez „kard. Mazariniego”.

Wzmianka prasowa o fikcyjnym biurze maklerskim, które miało oszukać klientów na naprawdę konkretne kwoty.

Raport policyjny w sprawie znanego szantażysty C.A. Milvertona.

Kolejny wycinek z gazety, tym razem niemieckojęzycznej, traktujący o serii podejrzanych zgonach w…

I tak dalej, i tak dalej. Strona za stroną, bez końca. I na każdej mniej lub bardziej obszerny komentarz w rodzaju: „sprawca bez wątpienia powiązany z Bellą”, „widziano, jak paser przekazywał Belli niewielką paczkę, prawdopodobnie zawierającą poszukiwany klejnot”, „Bella była w Norwood, dorożkarz potwierdził”, „rysopis podany przez świadka zgadza się z wyglądem Belli”, „są dowody, że Bella przebywała w okolicy Wisteria Lodge”. Wszędzie tylko: „Bella to, Bella tamto, Bella coś innego”.

 

Z wrażenia aż musiałam usiąść. Gapiłam się bezmyślnie to na papiery, to na Shirley, która w międzyczasie pojawiła się z powrotem.

– I co masz zamiar z tym zrobić? – spytała prowokującym tonem, stojąc w drzwiach w pełnej złośliwego triumfu pozie.

Chciałam odpowiedzieć. Naprawdę chciałam, ale nie byłam w stanie. Czułam się oszukana. Przez Shirley, najwyraźniej prowadzącą za moimi plecami regularne śledztwo. Od dawna. W sprawie, o której nie miałam bladego pojęcia, mimo że powinnam wiedzieć o niej absolutnie wszystko, a w ogóle najlepiej brać czynny udział. Przez Bellę, mającą ewidentnie znacznie więcej do ukrycia niż chciałaby przyznać i zmieniającą się nagle z ofiary tragicznego zbiegu okoliczności w ich spiritus movens. I wreszcie przez siebie. Przez własne uczucia, którym ślepo zawierzyłam, a które kolejny raz sprowadziły na mnie tylko nieszczęście.

Dotarło do mnie, że tak naprawdę jakiej decyzji nie podejmę, będzie ona zła. Względnie jeszcze gorsza. Dlatego tylko zagryzłam wargi i ostatkiem sił wykrztusiłam:

– To, co ty chcesz. Nie wiem, co planujesz i nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi, ale decyduj. Byle szybko, bo nie wiem, ile jeszcze dam radę jako tako się trzymać.

– Czyli rozumiem, że zrobisz wszystko, co będzie konieczne? Wszystko, co ci każę? Bez wahania, bez pytania o powody, bez roztrząsania jakże typowych dla ciebie wszystkich za, przeciw i obok? Jeśli każe ci się schować, to się schowasz, jeśli uciekać, to uciekniesz, a jeśli strzelać, to strzelisz? Bo muszę mieć absolutną pewność, że w razie najgorszego nie zadrży ci ani serce, ani tym bardziej ręka.

– Czyli właściwie co? – spytałam jak ostatnia idiotka.

– Czyli si vis pacem, para bellum.

 


 

Nie minęły dwa kwadranse, a pędziłam dorożka na złamanie karku z wyraźnie spiętą Shirley u boku oraz załadowanym Mauserem w torebce. Modliłam się w duchu, żebym nie musiała go z niej wyciągać – a już zwłaszcza użyć w celu zgodnym z przeznaczeniem – lecz po prawdzie moje myśli były jeszcze czarniejsze niż otaczający nas zewsząd paskudny, przesiąknięty zimowym smogiem wieczór.

W całym tym zamieszaniu nie zapytałam nawet, dokąd właściwie jedziemy. Dlatego byłam nieco zaskoczona, gdy zatrzymałyśmy się nad samą Tamizą, konkretnie przy jednym z ewidentnie zapomnianych przez Boga, ludzi i kapitanat portu pirsów, zastawionym ciasno wszelkiej maści ładunkiem. Gdy podeszłam bliżej, dostrzegłam we mgle sylwetkę niedużego, niewyróżniającego się właściwie niczym (poza dalece przekraczającym wszelkie normy stężeniem brudu na jednostkę powierzchni) niewielkiego parowca, natomiast wciąż nijak nie ogarniałam, po co właściwie tutaj przyjechałyśmy. Owszem, niby naszym celem była Bella, ale jej poszukiwania zaczęłabym raczej od dobrego hotelu, a nie…

I wtedy na nadbudówce pojawił się ten sam wyliniały wilk morski, którego wtedy widziałam w towarzystwie Belli. Shirley też musiała go zauważyć, bo momentalnie złapała mnie za rękę i skoczyła za najbliższe skrzynie. Po chwili wyjrzała zza nich, wyjęła spod płaszcza nieodłączną kieszonkową armatę i gestem nakazała, bym zrobiła to samo. Wtedy wiedziałam już to, co podejrzewałam wcześniej po jej minie, czyli że zdecydowanie może nie być to łatwa, lekka ani tym bardziej bezkrwawa przeprawa. Niemniej przeładowałam broń, przeżegnałam się w duchu i stwierdziłam, że niech się dzieje, co chce.

 

Pierwszego marynarza spotkałyśmy już na trapie. Był tak zaskoczony najpierw samym naszym widokiem, a zaraz potem lufą przystawioną do nosa, że dał się pokornie związać. Z drugim Shirley już nie ryzykowała, tylko zaszła od tyłu i zdzieliła rękojeścią przez głowę, zaś trzeciego – w osobie wspomnianego kapitana – przydybałam zaraz za rogiem i potraktowałam równie grzecznie.

Niestety, chłop okazał się na tyle zaprawionym w bojach twardzielem, że całkiem przecież konkretny cios z potylicę ledwie nim zachwiał. Otrząsnął się, spojrzał na mnie spode łba przekrwionymi ślepiami i odepchnął tak mocno, że zatrzymałam się dopiero na relingu. Owszem, wciąż trzymałam w ręku pistolet i mogłam zastrzelić napastnika na miejscu, lecz się zawahałam. Czym innym było bowiem obezwładnienie, nawet dość brutalne, a innym zabójstwo z zimną krwią. Nawet rozwścieczonego basiora, szarżującego wprost na mnie z kordelasem w wytatuowanej łapie. Musiałam jednak czym prędzej podjąć decyzję, ryzykując z jednej strony dekonspirację i najpewniej wywołanie konkretnej jatki – bo widząc kapitana z dziurą w głowie, załoga zapewne nie przebierałaby w środkach – a z drugiej wybebeszenie na miejscu.

I gdy już-już miałam wybrać mniejsze zło i nacisnąć spust, drab nagle jęknął i rozpędem zwalił się wprost pod moje nogi. Z nożem wbitym w plecy po samą rękojeść.

– Ech, a miałam zamiar go potem przesłuchać… – wymamrotała sama do siebie Shirley, wycierając ostrze o połę wyświechtanego munduru, po czym podniosła wzrok i syknęła. – Tylko bez morałów poproszę! Uwierz, że nie masz kogo żałować. A teraz ogarnij się i pomóż mi gdzieś schować tego wieprza, zanim ktoś nas przydybie!

Chcąc nie chcąc ogarnęłam się więc, zaciągnęłam zaszlachtowanego przedstawiciela trzody za szalupę i skoczyłam za Shirley ku drzwiom mostka. Ona z lewej, ja z prawej. Trzy, dwa, jeden…

 

Wpadłyśmy do środka niczym wściekłe lochy w kartoflisko, spodziewając się co najmniej korpusu piechoty morskiej, gdy tymczasem na środku kabiny, oparta nonszalancko o koło sterowe, stała Bella. I tylko ona. Ubrana w perłowobiałą, sięgającą przeżartych brudem desek suknię i równie elegancki kapelusik. I, co jeszcze bardziej osobliwe, wcale nie wyglądającą na zaskoczoną naszą obecnością.

– Dzień dobry pani Jenna i pani Shirley! Mnie bardzo miło widzieć panie! Co zawdzięczać wasza wizyty tu? – zapytała naiwnie słodkim głosikiem.

Odruchowo opuściłam lufę, lecz Shirley wciąż celowała w Bellę.

– Wystarczy tego udawania, panno Bello Basqer de Villes. Czy też raczej  Isobello Basquer de Villes von Reichenbach, prawda?

Nie rozumiałam niczego z tych słów. Co więcej, nie chciałam rozumieć! Nawet jeśli rzeczywistość świadczyła całkowicie i jednoznacznie przeciwko mnie, wciąż się łudziłam, że to jakaś pomyłka i Bella zaraz wszystko wyjaśni… Ta jednak tylko stała, uśmiechając się od ucha do ucha.

– A więc to koniec, tak?

– Koniec. Wiem wszystko.

– Niczego nie wiesz. Co najwyżej się domyślasz na podstawie wyjątkowo marnych poszlak, a już na pewno nijak mi tego nie udowodnisz. Obie nie udowodnicie, choćbyście nie wiadomo jak się nie nagimnastykowały – Bella prychnęła.

– Założysz się? – odparowała jej Shirley.

– A i owszem! O dowolną rzecz, jaką tylko sobie wybierzesz, włącznie z twoją nadętą reputacją i pożal się Boże przekonaniem o własnej nieomylności! Nie masz żadnego namacalnego dowodu, żeby powiązać mnie z jakimkolwiek podejrzanym zdarzeniem, z podejrzaną osobą, z niczym. Według prawa, opinii publicznej, zeznań świadków i czego tam jeszcze sobie chcesz, jestem najuczciwszą osobą pod słońcem.

– Mam dowody! I to twardsze, niż ci się wydaje!

– Co niby? Parę wartych tyle, co nic papierków? Zeznanie jakiegoś anonima, którego reputację mogę podważyć pstryknięciem palca? Bez żartów! Naprawdę myślisz, że co teraz się stanie? Że się do wszystkiego przyznam, bo wielka i wspaniała Shirley Helms, wraz z jej wierną psinką Jenną Wettson, stoją przede mną i mnie straszą? Chyba komuś coś się pomyliło!

 

Dopiero w tym momencie zorientowałam się, że Bella nagle zaczęła mówić… zwyczajnie. Owszem, wciąż z dość twardą, wyraźnie wyuczoną wymową, ale poza tym w aż przesadnie poprawny sposób.

– Ale Bella, jak ty…  to wszystko, co robiłaś do tej pory, to było udawanie? Twoje pochodzenie, akcent, błędy? To, co mi mówiłaś o tobie, o nas, o Jamesinie? – wyjęczałam.

– Jenna, miałaś mi pomagać i pilnować drzwi, więc pilnuj!

Niespecjalnie kojarzyłam, by wcześniej Shirley mówiła coś podobnego, ale nie bardzo mnie to interesowało. Wciąż gapiłam się tępo na Bellę, odwzajemniającą się pełnym politowania spojrzeniem.   

– Ech… i co ja mam ci powiedzieć? Prawdę? – jej ton mówił równie wiele, co mina. – Że jesteś bardziej naiwna, niż ustawa przewiduje? Że stworzyłaś sobie w głowie tak oderwany od rzeczywistości ideał swojej niedoszłej kochanki, że choćby fakty zatańczyły przed tobą na golasa, udawałabyś, że ich nie widzisz? A uwierz, że Jamesina wcale nie była takim ideałem, za jaki ją uważasz. Była bardziej wyrachowana niż cała nasza trójka razem wzięta. Naprawdę ci się wydaje, że ona cię zostawiła, bo „nie mogła czegoś tam”. Mogła, uwierz, ale byłabyś dla niej tylko ciężarem. Niezbyt bogatą, niezbyt wykształconą i równie niezbyt obytą w towarzystwie, starzejącą się niespełnioną lekarką z kompleksami jak stąd do Falklandów, która nie miała do zaoferowania niczego poza całkiem niezłymi cyckami i skrajną desperacją, by znaleźć wreszcie jakąś głupią „jedyną miłość”. Bez żartów! Mogła mieć tuzin takich, jak ty. I powiem ci, że…

– Dość! Nie odwracaj kota ogonem i nie zwalaj winy na innych! – przerwała gwałtownie Shirley.

– …że miała. – Bella dokończyła jakby nigdy nic. – Miała, rozumiesz? Jeśli się na kogoś zawzięła, nie było siły, żeby nie zaciągnęła do go łóżka. Czy raczej jej, bo gustowała raczej w kobietach, a mężczyzn traktowała bardziej jako okazjonalny dodatek. I robiła to tak sprytnie, by nikt nawet nie próbował jej podejrzewać. Nigdy nie tykała nikogo ze służby, z sąsiednich wiosek, z grona choćby nawet najdalszych znajomych. Co to, to nie! Zazwyczaj wybierała dobry hotel w dużym mieście, gdzie meldowała się pod fałszywym nazwiskiem i od razu opłacała pobyt z góry, tak by w razie potrzeby móc błyskawicznie zniknąć. Po czym wychodziła na poszukiwania kochaneczki na jedną czy dwie noce. Zwykle z bardziej wyzwolonych środowisk, bo z takimi szło najłatwiej, ale niekoniecznie. Potrafiła omamić zarówno młodziutką rysowniczkę, dorabiającą portretowaniem przechodniów za parę pensów od facjaty, jak i podstarzałą arystokratkę, która spędzała jesień życia na bezcelowym trwonieniu resztek majątku. A jak wyjeżdżała za granicę „na wywczasy”, to w ogóle puszczały jej hamulce. Zresztą myślisz, że jak niby poznała mnie?

Bella zawiesiła głos, jakby celowo oczekując reakcji Shirley lub mojej. Zwłaszcza mojej.

– Kłamiesz… kłamiesz! Jamesina nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! – wykrzyknęłam rozpaczliwie.

– Ty to chyba jesteś nie tylko łatwowierna, ale po prostu… Przecież to właśnie twój były obiekt westchnień zaplanował cały ten spisek! Nie ja, nie Guy Fawkes, nie Tom Sawyer z Huckiem Finnem, a właśnie Jamesina. Miała tyle pieniędzy, że mogłaby wykupić połowę jaśnie panów z okolicy, ale cóż z tego, skoro nie szedł za tym odpowiedni tytuł, przez co pewne drzwi zawsze pozostawałyby dla niej zamknięte? I dlatego musiała znaleźć sobie niekoniecznie równie zamożnego, za to znacznie lepiej urodzonego męża. Z tego samego powodu nie miała zamiaru wiązać się ani z tobą, ani żadną inną kobietą. Nawet ja niezbyt ją obchodziłam do momentu, w którym dowiedziała się o moim pochodzeniu, a w szczególności o tym, że mam brata. Bez majątku, bez krzty rozumu, za to z odpowiednim nazwiskiem i jeszcze odpowiedniejszym herbem. I powtarzam raz jeszcze, jakbyś nadal nie rozumiała, że to od Jamesiny wyszedł cały ten plan, by najpierw go usidlić, a potem… cóż. Może na przykład spadłby z konia albo utopił się w stawie? To nie miałoby już większego znaczenia.

– Dosyć, powiedziałam! – Shirley znów się uniosła. – Nie po to tu przyszłyśmy, żebyś nas zagadywała. Najwyższy czas przyznać się do winy, jaśnie panno Isobello! No, rączki do góry, bo drugi raz nie powtórzę!

Shirley uniosła lufę nieco wyżej, celując wyraźnie w głowę i dla podkreślenie gestu odciągnęła kurek złowróżbnie czarnego Webleya z metalicznym kliknięciem. Tylko cóż z tego, skoro nawet ja widziałam jej drżące dłonie. I słyszałam równie rozedrgany głos.

– Nie rozśmieszajcie mnie, bo mi się zajady porobią! – Bella najwidoczniej też to dostrzegła, bo ani na moment nie spuściła z tonu. – Dotrze do was wreszcie, dlaczego jak na spowiedzi przyznaję się wam do wszystkiego jak w jakimś tandetnym powieścidełku pseudokryminalnym, którego równie nędzna ałtoreczka nie umie nawet rozwiązać zagadki, którą sama wymyśliła i zamiast tego urywa całą intrygę w dwóch akapitach na krzyż, na jej jakiekolwiek logiczne wyjaśnienia nawet się nie sili, a w finale zamiast odpowiednio dużego „bum” w postaci choćby pojedynku naczelnego złola z genialnym detektywem zamęcza czytelnika nudnymi jak flaki z olejem monologami na dziesięć stron, i to napisanymi tak pretensjonalnie rozwlekłymi zdaniami, że oczy, rozum i godność człowieka bolą? Naprawdę jesteście aż tak ograniczone, że trzeba wam to tłumaczyć?

Widziałam, jak Shirley zaczyna się gotować. Zresztą mnie też puszczały nerwy, choć nie tyle z poczucia gniewu, a raczej narastającej niemocy. Za to Bella otwarcie z nas szydziła.

– Robię to dlatego, bo sprawia mi niewysłowioną przyjemność, że i tak niczego z tą wiedzą nie zrobicie. Absolutnie nic! Jestem obywatelką obcego kraju, to raz. Dwa, skoligaconą z rodem, który w tymże państwie od pokoleń włada. Więc, a to już trzy, samo oficjalne oskarżenie mnie o cokolwiek ponad niewłaściwy dobór koloru parasola do kroju sukni, nie mówiąc już nawet o choćby próbie aresztowania, skończy się momentalną interwencją na tyle wysoko postawionych osobistości, że z pisemnymi przeprosinami w zębach będziecie mnie błagały o wybaczenie. A jak spróbujecie to załatwić w mniej oficjalny sposób, to cóż… poza wspomnianym pochodzeniem od niedawna dysponuję jeszcze wystarczającą ilością środków, by zapewnić sobie nie tylko odpowiednie wygody ciała, ale i spokój ducha. I w razie potrzeby ich użyję. Przekupię nie konstabla, a od razu posterunek, w przypadku sprawy sądowej wynajmę cały regiment adwokatów, a jak nadal będziecie mnie dręczyły, to i kogoś, kto wrzuci do waszego mieszkania baniak z naftą. W środku nocy i z płonącą szmatą, wetkniętą w szyjkę, ma się rozumieć. 

– Nie próbuj mi grozić, bo się zdziwisz. Lepsi od ciebie szykowali dla mnie kwaterę na cmentarzu, a mimo to wciąż żyję, jak widać. Oni natomiast niekoniecznie – Shirley warknęła.

– Nie próbuję, tylko to robię – Bella parsknęła w odpowiedzi. – I to wam obu. I dobrze radzę, by schować wreszcie tę pukawkę, bo jeszcze komuś stanie się krzywda.

Bella od początku wydawał się niespecjalnie przejmować zagrożeniem, ale teraz już otwarcie z niego szydziła. Podparła się pod boki i zachichotała złośliwie.

– A wiecie, co jest w tym najlepsze? Że to tylko i wyłącznie dzięki właśnie wam dwóm wszystko, czym pierwotnie miałam dzielić się z Jamesiną, przypadło tylko i wyłącznie mnie. Bo nasze początkowe zamiary przewidywały jedynie pozbycie się Fritza i nic poza tym. Ona zyskałaby tytuł, ja pieniądze i obie byłybyśmy ukontentowane. Ba, być może nawet przekonałabym się do jej skłonności seksualnych i zaczęłybyśmy we dwie uwodzić niewinne, za to ubogie dziewczęta, na przemian z wcale już nie takimi niewinnymi, lecz dla odmiany majętnymi mężczyznami? Niestety nawet taki kretyn jak mój brat zaczął się wreszcie czegoś domyślać, a Jamesina, zamiast czym prędzej przysłonić mu gołym zadkiem zdrowy rozsądek, upić i na przykład zepchnąć ze schodów, w przypływie jakiejś durnej uczciwości zaczęła najpierw się tłumaczyć jak ostatnia idiotka, a potem jeszcze wysłała ten przeklęty list… Pomyślałam wtedy, że wszystko skończone i będę zmuszona własną robotę własnymi potargać rękami, bo jak niby poradzić sobie z wnikliwym umysłem Shirley Helms, wspieranym przez zaangażowanie wciąż podkochującej się w Jamesinie Jenny Wettson? Jednak szybko doszłam do wniosku, że najlepiej pobić ich własną bronią! Wykorzystać dociekliwość, ale też przysłaniającą zdrowy rozsądek zarozumiałość i przekonanie o własnej nieomylności pierwszej oraz naiwną szczerość i skrajne rozchwianie emocjonalne drugiej. Niestety, ceną za powodzenie tegoż planu to okazało się życie nie tylko Fritza, ale też Jamesiny. Cóż, trudno. Jak to mówią, sztuka wymaga ofiar czy jakoś tak.

– Ty…

– Tak, ja. We własnej osobie. I wiecie co? Cofam te wszystkie inwektywy, którymi was obdarzyłam. Ani jedna z was nie ma przerostu ego, ani druga nie myśli dupą. Wy jesteście po prostu durne. Tępe jak odwrotna strona siekiery. A skoro tak, nie będę traciła na was więcej mojego cennego czasu. Powiedziałabym au revoir, mesdames, ale jakoś nie mam ochoty już się z wami więcej widywać, więc życzę do serdecznego niewidzenia!

 

Wzruszyła ramionami z przesadną egzaltacją, obróciła się na pięcie i równie teatralnym zaczęła iść ku drzwiom. A ja spojrzałam bezradnie na roztrzęsioną Shirley, opuszczającą rewolwer cal za calem.

– I co, to już koniec? – wyjęczałam. – To wszystko, co zrobiłaś, pójdzie na marne? To śledztwo, te dokumenty, dowody, zeznania świadków? Puścisz ją ot tak?

– A co mam zrobić, głupia? Zastrzelić ją? – Shirley wydarła się na mnie, jakbym to właśnie ja i tylko ja była powodem ewidentnie największej w jej karierze porażki. – Może faktycznie przyszedł czas, by zająć się czymś innym? Ja zacznę… nie wiem, hodować jedwabniki, a ty na przykład będziesz uprawiać marchew?

Najpierw chciałam jej odpyskować. Potem pocieszyć. Przeprosić, że nie byłam w stanie więcej pomóc. Aż w końcu dotarło do mnie, że przecież istnieje wyjście z tego wydawałoby się nierozwiązywalnego problemu. Jedyne i ostateczne. Takie, które leżało poza zasięgiem nie tylko Shirley, ale i każdego rozsądnie myślącego człowieka. Każdego poza mną.

– Nie jestem głupia… – wymamrotałam ni do siebie, ni do Shirley, po czym krzyknęłam w kierunku stojącej już praktycznie we drzwiach Belli. Tym razem silnym i zdecydowanym jak chyba nigdy wcześniej głosem. – Bella! Spójrz na mnie! Popatrz ten ostatni raz i powiedz, że Jamesina naprawdę chociaż trochę mnie kochała!

Zapytana przystanęła, obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem i sapnęła znudzona:

– Nie, Jenno. Nigdy. Byłaś tylko zabawką w jej rękach. I to też już ci wcześniej…

 

Przestawiłam kciukiem bezpiecznik, poderwałam pistolet i wycelowałam w Bellę tak szybko, że ta nawet nie mrugnęła, nie mówiąc już o jakimkolwiek grymasie na pełnej samozadowolenia twarzy. Zresztą stała tak blisko, że i tak nie było to potrzebne. Strzelałam w sam środek odskakującej za każdym trafieniem sylwetki, kompletnie nie dbając o to, czy w danym momencie znajdował się tam korpus, głowa czy cokolwiek innego. I strzał po strzale podchodziłam coraz bliżej. Jeden krok, drugi, piąty… Za ósmym stałam nad zmasakrowanym ciałem i dopiero wtedy przymierzyłam dokładniej. Tak, by dziewiąta kula trafiła idealnie pomiędzy martwe już oczy.

– Jenna… jak mogłaś… coś ty zrobiła… jak ja teraz to wszystko wytłumaczę, jak…

– Zrobiłam, co należało – przerwałam jej lodowatym tonem. – Uwolniłam świat od zagrożenia tak wielkiego, że nawet ciebie prawie ono przerosło. Przy okazji uratowałam też i ciebie, bo wiem, że nie zniosłabyś takiego upokorzenia, a tak to masz jeszcze szansę na naprawienie błędów. A co do mnie, to wreszcie zrozumiałam, że nie ma sensu dłużej tego ciągnąć. Ani dziś, ani jutro, ani kiedykolwiek. Wybacz więc, Shirley, że odchodzę tak bez pożegnania, ale przynajmniej będziesz miała na kogo zwalić winę na to wszystko. Zresztą kto jak kto, ale ty na pewno coś wymyślisz…

Wiedziałam, że mam w magazynku jeszcze jeden nabój. Słyszałam też narastające dudnienie kroków, potwierdzające moje wcześniejsze podejrzenia o hordzie żadnych zemsty zakapiorów, która najdalej za kilka sekund wpadnie na mostek i rozszarpie każdego, kogo na nim zastanie. Dlatego dodałam szybko:

– Żegnaj więc. I uciekaj, póki jeszcze możesz.

Nim Shirley zdążyła zareagować, przystawiłam wciąż dymiącą lufę do skroni.

 


 

W pochłanianych za młodu książkach niejednokrotnie czytałam, jak to bohaterka po utracie przytomności otwiera wreszcie oczy, od razu przypomina sobie wszystko, co się wydarzyło i równie szybko zaczyna pląsać po kartach powieści, jakby nigdy nic. Ja tymczasem nijak nie mogłam dojść do siebie choćby na tyle, by w ogóle zorientować się, gdzie właściwie jestem i co się dookoła dzieje. Niby docierały do mnie strzępy zazwyczaj niezrozumiałych rozmów, widziałam mniej lub bardziej niewyraźne sylwetki przez na wpół zamknięte powieki, ktoś mnie dotykał, przekręcał z boku na bok, kłuł zastrzykami, raz czy dwa chyba nawet przebrał, ale wszystko to działo się gdzieś na krawędzi świadomości.

Wreszcie jednak zebrałam w sobie tyle sił, by od razu nie tylko spojrzeć na świat, ale od razu próbować podnieść się na szpitalnym łóżku. Jak się okazało w tej samej sali, w której zwykle to ja doglądałam pacjentów. Oczywiście momentalnie wywołało to wielkie poruszenie i zgromadziło wokół mnie cały tabun ludzi: od samego dyrektora placówki po… Shirley. Patrzącą na mnie jak chyba nigdy wcześniej. Z radością i ulgą, ale też ogromnym smutkiem i poczuciem winy. Nie miałam jednak czasu się nad tym specjalnie zastanawiać, bo zaraz zaczęto mnie badać, osłuchiwać, dawać do wypicia różne mikstury i w końcu pytać, w jakim jestem stanie. No przefantawpiczęstycznym, a jakim niby inaczej?

Niestety nawet niezbity fakt, że w ogóle przeżyłam tę całą historię, byłam w szpitalu a nie areszcie, a każdy z odwiedzających nieustannie mnie pocieszał oraz wspierał, nie mogły ukryć tego, że ponad połowa mojej głowy wciąż była owinięta bandażami. Włącznie nie tylko policzkiem i brodą, ale także okiem. Z początku jeszcze jako tako znosiłam ogólnikowe zapewnienia lekarzy, że to tak miało być i trzeba cierpliwie czekać, aż wszystko się zagoi, lecz wreszcie nie wytrzymałam i nawrzeszczałam, żeby przestali robić ze mnie idiotkę. I albo powiedzą, w jakim właściwie jestem stanie, albo w końcu sama wstanę, wparuję do ambulatorium (obezwładniając po drodze każdego, kto spróbuje mnie powstrzymać) i zerwę z siebie te szmaty. A skoro tak…

Owszem, spodziewałam się obecności kogoś więcej niż tylko pierwszej lepszej pielęgniarki, lecz nie od razu ordynatora chirurgii. I Shirley. I… Morty’ego we własnej osobie. Nieszczególnie wiedziałam, w jakim charakterze, bo praktyki przecież już skończył a dyplomu lekarskiego (o ile się orientowałam) jeszcze nie miał, ale postanowiłam nie drążyć tematu. Nawet spod opatrunku widziałam nadto wyraźnie, że i bez tego był wystarczająco zestresowany i w efekcie to raczej ja musiałam go uspokajać, a nie on mnie. Ostatecznie jednak kazałam sobie podstawić lustro, zagryzłam zęby i czekałam na nieuniknione.

 

Siedziałam tak i siedziałam, przekręcając głowę we wszystkich kierunkach. Trzepotałam powiekami, robiłam mniej lub bardziej eleganckie miny, dotykałam palcami boku wysoko wygolonej głowy. Aż w końcu, po dobrych paru minutach takich eksperymentów na ludziach spojrzałam na wszystkich obecnych i wypaliłam:

– No co? Myśleliście, że uda wam się mnie tak łatwo oszpecić? Niedoczekanie wasze! Ja jestem piękna z natury, zawsze byłam i zawsze będę! I jeszcze mi za fryzjera zapłacicie!

– Nam się udało? Ha, myślałby kto! Taka z ciebie wielka łowcza dworu, a nie umiałaś się nawet porządnie zastrzelić! Pamiętaj, żeby następnym razem równo przyłożyć lufę do głowy, to się kula nie ześlizgnie po kości, tylko przejdzie na wylot! A teraz jak ty będziesz wyglądała? Co najmniej niesymetrycznie!

Nie wiedziałam, czy to ja głośniej ryknęłam ze śmiechu, czy Shirley. Ordynator najwyraźniej postanowił tego nie sprawdzać, tylko czym prędzej czmychnął, jakby go sam Belzedup gonił, za to Morty omal nie zemdlał.

Gdy wreszcie doszłam do siebie, musiałam przyznać, że wykpiłam się z tej kabały wyjątkowo tanim kosztem. Ślady operacji na skroni za najdalej kilka miesięcy znikną pod odrośniętymi włosami, rozoraną w poprzek prawą brew schowam pod odpowiednio ułożoną fryzurą, rondem kapelusza czy choćby okularami, a nie do końca symetryczny uśmiech będzie wręcz dodawał mi swoistej zadziorności. Co się natomiast tyczyło oka… cóż, pozostało mi nauczenie się celowania lewym, bo prawym widziałam raczej kalejdoskop barwnych plam i równie abstrakcyjnych kształtów niż jakikolwiek sensowny obraz. Chociaż o tyle dobrze, że przynajmniej źrenica w miarę normalnie się poruszała, a nie tkwiła nieruchomo w miejscu jak jakaś szklana proteza.

Nie było jednak dane już pójść do domu, bo na miejscu zatrzymała mnie Shirley. No i znów Morty. Czy raczej przede wszystkim on. Przeprosił, że robi to tutaj, teraz i w taki sposób, ale skoro nie chciałam go wcześniej widzieć, to zapewne nie będę nadal chciała i dlatego musi wykorzystać jedyną nadarzającą się okazję, by mi coś powiedzieć.

Mówił więc o konflikcie z rodziną, jaki rozgorzał po owej mojej (nie)sławnej wizycie oraz o tym, że bardzo chciał się ze mną jeszcze przynajmniej raz zobaczyć i błagać o wybaczenie. O momencie, kiedy dowiedział się, co mnie spotkało i jak potem nogi się pod nim ugięły, gdy zobaczył mnie leżącą bez życia z rozszarpanym bokiem twarzy. O rozmowach między nim, Shirley, lekarzami, policją… Wreszcie o decyzji, którą podjął. O obietnicy, iż uczyni absolutnie wszystko, by najpierw mnie uratować, a później mi się oświadczyć.

Co, nie czekając ani chwili dłużej, postanowił uczynić.

 


 

Już będąc małą dziewczynką nie przepadałam za tymi wszystkimi szczęśliwymi zakończeniami, na które co rusz natykałam się w bajkach, baśniach czy innych przypowieściach. Nieważne, jak wiele dzieliłoby bohaterów, z jakimi przeszkodami nie musieliby się mierzyć i jakie przykrości przezwyciężać, zawsze w finale znajdowali wspólne szczęście, dobro triumfowało, zło zostawało przykładnie pokonane… no, na pewno. Im byłam starsza, tym coraz bezczelniej kpiłam z tych zarówno z owych bzdur, jak i tym bardziej ludzi, którzy wciąż w nie wierzyli, a po przeżyciach ostatnich paru lat jawnie z nich szydziłam, nijak nie zważając, że mogłabym swymi poglądami kogoś urazić.

Mimo jednak tak otwarcie cynicznego podejścia, gdzieś w głębi duszy wciąż miałam nadzieję, że może i do mnie los się wreszcie uśmiechnie? Chociaż trochę? Oczywiście zbyt twardo stąpałam po ziemi, by liczyć na wyśnionego księciunia, prężącego równie księciuniowate muskuły na księciuniowatym rumaku, na którym pogalopowalibyśmy razem do księciuniowatego pałacyku, gdzie na księciuniowatych złotych poduszkach obciągnęłabym księciuniowi jego księciuniowatego… o czym to ja… tak czy inaczej, pragnęłam doświadczyć zwyczajnego, ludzkiego szczęścia. Bliskości. Akceptacji takiej, jaka byłam. Niestety, w większości przypadków całkowicie bezskutecznie.

Czy w takim razie powinnam była z założenia odrzucić szansę, która zupełnie nieoczekiwanie się przede mną pojawiła? I to ze strony osoby, którą przecież sama spisałam na straty i to w wydawałoby się ostateczny i nieodwołalny sposób? A jeśli nie, to w jaki sposób miałabym postąpić z najwyraźniej wciąż zabujanym we mnie po same uszy Mortym? Bez dwóch zdań atrakcyjnym młodym mężczyzną, któremu miłość najwyraźniej przysłoniła do reszty zdrowy rozsądek i który dla tegoż uczucia był gotów nie tylko przeciwstawić się rodzinie oraz wyjść naprzeciw krępującym konwenansom, ale też postawić na szali całą swą zapowiadającą się błyskotliwie karierę. I to wszystko dla starszej, po mało chwalebnych przejściach, niezbyt zamożnej i z jeszcze mniej przyzwoitymi skłonnościami, za to oszpeconej do końca życia kobiety.

Ostatecznie jednak doszłam do wniosku, że niech się dzieje, co chce! Morty bez dwóch zdań chciał mnie, ja może nieco mniej zdecydowanie… a co tam, też chciałam jego! Tak w dzień, jak i w nocy! A skoro tak, postawiłam wszystko na jedną kartę. Poprzysięgłam przed sobą i całym światem, że może co prawda nie będę idealną – bo bez przesady, w takie bajdy nikt znający mnie choć trochę by nie uwierzył – lecz przynajmniej starającą się przykładnie prowadzić żoną.

 

Pozostawała jeszcze kwestia drugiej spośród najważniejszych w mym życiu osób. Czułam podskórnie, że mimo paru całkiem długich rozmów jeszcze w szpitalu Shirley nie powiedziała mi całej prawdy, jednak się nie narzucałam. Dopiero gdy na dobre wróciłam do domu – gdzie już w progu pan Hedson wyściskał mnie z całych sił i poprzysiągł, że od dziś będzie dla mnie gotował, sprzątał, prał, chodził po gazety i w ogóle zrobi wszystko, czego tylko sobie zażyczę – postanowiła wyznać, co jej leżało na sercu.

O ile monolog Morty’ego, choć bardzo osobisty i szczerze wzruszający, był w gruncie rzeczy dość przewidywalny, o tyle słowa Shirley nie tylko poruszyły mną do głębi, lecz także zaskoczyły. Czy raczej autentycznie zszokowały. Nigdy wcześniej nie widziałam jej tak… rozbitej? Tak, to było chyba najwłaściwsze określenie. O ile z początku próbowała się jeszcze jakoś trzymać, to po dosłownie paru minutach rzuciła mi się do kolan, błagając rozpaczliwie o przebaczenie. A ja nie miałam bladego pojęcia, co zrobić. Zarówno z nią – bo nigdy wcześniej nie widziałam zazwyczaj opanowanej, żeby nie powiedzieć nieczułej Shirley w takim stanie – jak i sobą – a konkretniej z tym, co właśnie mi wyznała.

A wyznała wszystko. Powiedziałabym, że nawet więcej, niż powinna. Nie tylko to, o czym już wiedziałam lub co najmniej podejrzewałam, na czele ze śledzeniem zarówno samej Belli, jak i przy okazji mnie – gdyż to właśnie Shirley w przebraniu była między innymi tą sprzedawczynią, którą wtedy Bella zrugała na ulicy, tamtą malarką w Salisbury czy nawet wcześniej ową tajemniczą damą w „Moulin noir” – lecz także rzeczy, które wywracały do góry nogami moje mniemanie o osobie, o której myślałam, że wiem wszystko. Tymczasem tak samo, jak Bella wykorzystała mnie, by zatuszować własne winy, tak Shirley postąpiła ze mną w dokładnie tym samym celu. Mimo bowiem miesięcy zbierania domysłów, poszlak, zeznań i czego tam jeszcze, wciąż nie miała w ręku tego jednego koronnego dowodu, który pozwoliłby jej na ostateczne oskarżenie Belli. Postanowiła więc użyć mnie. Tak właśnie: użyć. Jako narzędzia do sprowokowania Belli, by ta się przyznała. Bez liczenia się z moim zdaniem, bez oglądania się na moje uczucia i przede wszystkim bez dbania o ewentualne konsekwencje. Nie powiedziała mi nawet o tak podstawowej kwestii, że cały teren wokół portu był obstawiony przez policję i to właśnie ich oddział, zaalarmowany strzałami, wbiegł na statek. Może gdybym wiedziała, to wtedy…

Ale nie wiedziałam. Nie wiedziałam, bo nikt nie był łaskaw mnie o tym poinformować, podobnie zresztą jak o bardzo wielu równie istotnych sprawach. I dlatego o ile pośrednio winne temu, co się wydarzyło, były Jamesina oraz Bella, o tyle to właśnie Shirley przelała kielich pełen nieuniknionej tragedii. Czy raczej z pełną premedytacją go wywróciła. To przez nią zabiłam osobę, którą uważałam za przyjaciółkę, to przez nią targnęłam się na własne życie i to przez nią miałam codziennie oglądać jakże namacalne świadectwa tych czynów w lustrze. I nieważne, jak bardzo bym się nie starała, nie potrafiłam temu zaprzeczyć. A już tym bardziej nie chciałam.

Ostatecznie jednak postanowiłam dać Shirley drugą szansę. Doceniłam jej odwagę, podziękowałam za szczerość i nawet pomogłam podnieść się z podłogi, lecz na koniec dodałam, że:

– Zdaję sobie sprawę, że oczekujesz ode mnie bardzo konkretnej odpowiedzi, ale naprawdę nie wiem, czy kiedykolwiek w pełni ci wybaczę, Shirley. Zbyt wiele się stało, żeby ta jedna rozmowa miała wszystko naprawić. Na razie będę wciąż z tobą mieszkała i przynajmniej postaram się traktować cię dokładnie tak samo, jak wcześniej, ale nie wymagaj ode mnie więcej. A zwłaszcza nie teraz. Jeśli dojrzeję do pewnych decyzji, sama ci o tym powiem. Mam tylko jedną prośbę na koniec. Jedną, ale ważną. Nie mieszaj mnie więcej w swoje sprawy. Nie zrzucaj na mnie swoich frustracji i niepowodzeń. Nie proś mnie o pomoc. To jest między nami skończone. Jak widzisz, mam teraz inne sprawy na głowie – wskazałam się palcem i przynajmniej spróbowałam uśmiechnąć – i chcę się skupić tylko i wyłącznie na nich. Na moim bólu, na mojej złości i pretensjach wobec ciebie, ale też na moim ślubie z moim mężczyzną, na mojej karierze, na moich planach. Moich, nie twoich. I mam nadzieję, że nie będę musiała ci tego przypominać.

Shirley po wysłuchaniu tego milczała. Długo. Zbyt długo. Byłam świadoma, że moja reakcja była co najmniej chłodna, podczas gdy ona zapewne liczyła na więcej. Być może nawet dużo więcej, lecz w tym momencie nie miałam siły, by wdawać się w dłuższe dyskusje, a proste powiedzenie „oj tam, oj tam, nic się nie stało” byłoby niczym innym jak ordynarnym kłamstwem. W końcu jednak odpowiedziała:

– Dobrze. Będzie, jak chcesz. Nie mam do ciebie pretensji o takie postawienie sprawy i po prawdzie nawet ci dziękuję, bo wiem, że mogłaś mnie potraktować znacznie gorzej. Dam ci tyle czasu, ile będziesz potrzebowała i przyjmę każdy twój osąd, nawet jeśli nie do końca się z nim zgodzę – wymruczała pod nosem. – Kiedyś nawet opowiem ci ze szczegółami o tym, że Bella, choć przez długi czas wydawała mi się główną antagonistką, tak naprawdę była jedynie marionetką, za której sznurki pociągała niejaka Herculia Papillot. I to dopiero jest wcielona diablica, stojąca między innymi za ostatnim przewrotem parlamentarnym w… Ale żeby nie przedłużać, mam dla ciebie coś jeszcze. Jak leżałaś w szpitalu, przyszedł do ciebie list. Wybacz, że go otwarłam, ale sama rozumiesz, jaka była sytuacja.  

 

Wyrwałam jej z dłoni tych kilka kartek i zaczęłam pożerać je wzrokiem.

Szanowna panno Wettson… jest mi niezmiernie miło, że wciąż pani o nas pamięta… oczywiście przekazałam pozdrowienia, natomiast przesłane środki przeznaczę zgodnie z życzeniem… i tak dalej…

O, wreszcie!

Co się zaś tyczy Aoudy, to proszę sobie tylko wyobrazić, że aż podskoczyła z radości na wieść o liście i w emocjach niemal wyrwała mi go z rąk. Ech, tyle lat i tyle mych płonnych prób wychowania jej, a tymczasem wciąż jest ona tak naprawdę tą samą niesforną dziewczyną, która wtedy nie odstępowała panienki na krok! Pragnę tutaj jednak od razu zaznaczyć, że poza tą drobną niedogodnością zarówno ja, jak i przede wszystkim pani, panno Wettson, możemy być z niej prawdziwie dumne, gdyż tak samo, jak wtedy panienka pomogła jej, tak teraz ona wspiera bardziej potrzebujących od siebie. I to właśnie dzięki jej tytanicznej pracy, jej staraniom oraz jej wstawiennictwu udało się nam…   

 

Doczytałam, obejrzałam załączone fotografie, znów przeczytałam od początku do końca, znów obejrzałam. Po czym wybrałam jedną, przedstawiającą wiadomo kogo w otoczeniu gromadki dzieciaków, którą postanowiłam zachować tylko dla siebie. Wzięłam nawet szkło powiększające, by dokładniej przyjrzeć się kwiatowym wzorom na sięgającej ziemi sukni, bransoletkom na pomalowanych dłoniach, bindi na czole. Tak samo ogromnym ciemnym oczom i temu samemu cudownemu uśmiechowi, które ani a nic nie zmieniły się przez te wszystkie lata.

Posiedziałam jeszcze trochę z Shirley, porozmawiałyśmy w spokojniejszej (choć wciąż odczuwalnie chłodnej) atmosferze, po czym przeprosiłam ją grzecznie i poszłam do siebie. Znaczy najpierw do pana Hedsona, by sprawdzić, czy ma zamiar wywiązać się ze swoich obietnic. Od razu. Najlepiej przy pomocy poczęstowania mnie jakimiś egzotycznymi słodkościami, podkreślającymi przyjemność następnego i jeszcze następnego obcowania z listem. I zdjęciem oczywiście.

 


 

Kiedy wreszcie zaczęłam nie tylko czuć się jak w miarę zdrowa kobieta, ale i w ramach własnych możliwości także tak wyglądać, przy pierwszej nadarzającej się okazji odwiedziłam państwa Morsteen. Na wstępie przeprosiłam za me niegodne prawdziwej damy zachowanie i jednocześnie podziękowałam za obdarzenie syna niemałym przecież kredytem zaufania, jaki obiecałam wspólnie z nim niezwłocznie spłacić. Zaspokoiłam też ich nieukrywaną ciekawość, zdejmując kapelusik, odsłaniając wciąż nie do końca wygojony bok i przy okazji prezentując list z podziękowaniem od samego naczelnego komisarza Metropolitan Police Service, który to nie mógł się nachwalić mych zasług oraz aż do przesady podkreślał poniesione ofiary, złożone na ołtarzu dbania o ład, porządek i inne podobne pierdoły. Oczywiście o tym, że cała sprawa śmierdziała gorzej niż Tamiza w letni wieczór, już nie wspomniał. Podobnie jak o konieczności zatuszowania jej pokaźną kasetką pełną funtów szterlingów w złocie, paroma pomniejszymi szantażykami na niższych oraz momentami dość gniewnymi notami dyplomatycznymi w wyższych kręgach władzy.

Jakby tego było nie dość, poza bardzo istotnym, lecz mimo wszystko jedynie papierkiem, dostałam jeszcze oficjalny order, który nosiłam teraz z dumą niczym najwspanialszy klejnot. Bo mogłam i chciałam. Bo wreszcie nie musiałam się wstydzić ani siebie, ani swojego postępowania. A już na pewno nie przed ludźmi pokroju siedzących przede mną arystokratów, którzy po lekturze owego dokumentu i pomachaniu im medalem przed zdecydowanie mniej zadartymi niż wcześniej nosami zrobili się jacyś tacy mali.

A skoro tak, nic już nie stało na przeszkodzie, bym wzięła własny los we własne ręce i naprawdę przestała się oglądać na innych. A gdy już oficjalnie zarezerwowałam termin ślubu, ustaliłam listę gości i wybrałam menu na przyjęcie, postanowiłam zrobić jeszcze jedno. Konkretnie ostatni raz w życiu zaszaleć jak kiedyś. No, prawie, bo pewnych granic nie miałam zamiaru przekraczać. Aczkolwiek…

…aczkolwiek mimo wszystko się powstrzymałam. Nawet jeśli wybrałam się do „Moulin noir”, gdzie na każdym kroku czyhały coraz to bardziej kuszące ciało i duszę pokusy, to wciąż owe wspomniane wcześniej granice pozostały nietykalne. Choć momentami łatwo nie było, oj nie!

 

Z początku pomyślałam, by wyprawić wieczorek panieński w towarzystwie wszystkich obecnych, lecz ostatecznie doszłam do wniosku, że większości z nich nie kojarzyłam nawet z widzenia, dlatego też zdecydowałam się ostatecznie na dobrze znaną trójkę: Febę, Maraschino i oczywiście Nigellę. Nie wdając się w zbędne dysputy, położyłam na stole całkiem spory stosik świeżutko wybitych suwerenów z wizerunkiem jaśnie panującego króla i zapowiedziałam, że zrobią z nimi, co zechcą. A najlepiej wydadzą razem ze mną na wszelkie możliwe oraz niemożliwe przyjemności.

Rozsiedliśmy się więc w najlepszej loży i obejrzeliśmy może niespecjalnie ambitną, niemniej całkiem zabawną farsę pod wiele mówiącym tytułem „Niezwykle hojnie obdarzony przez naturę leśniczy ratuje przed zarośniętym wilkiem gwałcicielem niewinną panienkę w czerwonym kaptureczku i niczym ponadto”, racząc się w jego trakcie najlepszymi frykasami z niedalekiej restauracji. Że o szampanie nie wspomnę. Później natomiast przeszliśmy do prywatnego pokoju Nigelli, by podziwiać równie prywatny pokaz panny Ditty von Dupree, która najpierw wypluskała się w wielkiej kryształowej misie, wypełnionej po same brzegi mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy pianą, a później zaserwowała nam iście czarodziejskie sztuczki z niewielkimi złoconymi piłeczkami w roli głównej.

Gdy już się wypodziwialiśmy, wybawiliśmy i oczywiście co nieco wypiliśmy, wówczas… cóż, zaczęliśmy rozmawiać. Tak po prostu. O mnie, o nich, o czym tylko nam się zamarzyło. Bez żadnego skrępowania powiedziałam, co właściwie przeżyłam na naszym ostatnim pamiętnym spotkaniu i w jaki sposób wpłynęło to na moje życie. No i jak miałam zamiar wykorzystać te doświadczenia w swej przyszłej małżeńskiej alkowie. Oni zaś odwdzięczyli się paroma czasami pikantnymi, innym razem zabawnymi czy wreszcie autentycznie wzruszającymi przypowieściami.

 


 

Wreszcie nadszedł najpierw ten jedyny dzień, później ten jedyny wieczór, aż w końcu ta jedyna… mimo że byłam absolutnie wykończona, postanowiłam pod żadnym pozorem nie kłaść się do łóżka. A przynajmniej nie po to, by pójść spać. I to zarówno ze względu na Morty’ego, jak i samą siebie. Gdy więc wreszcie pożegnaliśmy ostatnich weselnych gości, zebraliśmy prezenty i przekroczyliśmy próg zarezerwowanego specjalnie na tę okazję hotelowego apartamentu, nie miałam zamiaru czekać ani chwili dłużej.

Najpierw wręczyłam memu wybrankowi gustowne mahoniowe puzderko i poleciłam, by otworzył je i użył zgodnie z przeznaczeniem w jednej łazience, po czym sama czmychnęłam do drugiej. Zdawałam sobie sprawę, że może nie było to specjalnie romantyczne, lecz mój stan wymagał co najmniej konkretnej kąpieli, bez której nie miałam najmniejszego zamiaru nawet zbliżać się do alkowy. Zrzuciłam więc wymiętą kieckę z równie wymiętego ciała, wskoczyłam do wanny, ogarnęłam koafiurę, podmalowałam to i owo i wreszcie wbiłam się w sprezentowany przez Nigellę lśniący bielą komplecik wybitnie wyuzdanej bielizny. Co nieco przyciasny, ale może to i lepiej, bo dzięki temu jeszcze mocniej podkreślał talię i podnosił biust.

Choć spieszyłam się, jak tylko mogłam, mój mężczyzna oczekiwał mnie półnagi na krawędzi małżeńskiego już łoża. A skoro tak, tym bardziej postanowiłam wkroczyć w jego życie jak na dojrzałą, doświadczoną i jeszcze bardziej samoświadomą seksualnie kobietę przystało. Czyli z konkretnym przytupem! Bez udawania, że jestem kimś, kim nigdy nie byłam i nie będę. Bez fałszywej pruderii i słuchania jakichś durnych porad rodem z minionej już epoki typu „zamknij oczy i myśl o Anglii”. Co to, to nie! Zamierzałam patrzeć od początku do końca na męża i sprawić, by on tak samo patrzył na żonę. Na mnie.

Niespiesznym gestem pociągnęłam usta karminową szminką, ponownie przypięłam do koczka welon i tak wystrojona przeparadowałam przez cały pokój. Pochyliłam się nad Mortym i ostentacyjnie wciągnęłam powietrze.

– Mam nadzieję, że zapach ci się spodobał i że będziesz go używał specjalnie na takie okazje – wyszeptałam.

Morty nie odpowiedział. Zresztą nawet gdyby chciał, nie bardzo miałby jak, bo momentalnie wpiłam się w jego usta. Gdzieś z tyłu głowy zdrowy rozsądek przypominał, że mam do czynienia z niedoświadczonym, a co za tym idzie niezbyt umiejącym kontrolować reakcje własnego ciała młodzikiem, lecz jakoś nieszczególnie mnie to obchodziło. Liczyłam się tylko ja, moja niezaspokojona żądza i chłopak, który za ledwie kilka chwil miał u mego boku przeistoczyć się w mężczyznę. Czy raczej we mnie, jeśli miałam być dokładna.

Do tego jednak potrzebowałam uwolnić potwora… mało brakowało, a parsknęłabym śmiechem z własnego żałosnego dowcipasa, lecz w ostatniej chwili się powstrzymałam. Co nie znaczyło, że tok mojego rozumowania był całkowicie błędny – ostrożnie, nie przerywając pocałunków, sięgnęłam ku paskowi, a następnie samym spodniom. Nie minęła minuta, gdy pochylałam się nad odzianym jedynie w bielutkie, wiązane tasiemką pantalonki. Może niezbyt pociągające, fakt, za to wyraźnie pachnące świeżym krochmalem, co zwiastowało, że Morty pojął me sugestie i odpowiednio przygotował się do tej chwili. Od stóp po głowę, ze szczególnym uwzględnieniem…

Rozwiązałam kokardę i nawet ją poluźniłam, lecz ostatni krok zostawiłam już Morty’emu.

– Rozbierz się, proszę. Chciałabym cię zobaczyć – szepnęłam uwodzicielsko.

Morty, choć wyraźnie zawstydzony, spełnił me życzenie i stanął przede mną, jak go Pan Bóg stworzył. Może nie było to specjalnie taktowne, lecz poświęciłam całkiem długą chwilę, by mu się przyjrzeć. Nieco smuklejszy niż wydawał się w ubraniu, wyraźnie niepewny własnej atrakcyjności oraz – choć usilnie starał się przysłonić swe przyrodzone walory – niezwykle hojnie obdarzony przez naturę. Owszem, może do Dawida dłuta Buonarottiego co nieco mu brakowało (że o takim Eugenie Sandowie nie wspomnę), nie miał też ani tego czaru co Roux, ani ani surowości Christa czy jeszcze paru innych cech paru innych moich eks kochanków, których z imienia nie wymienię, niemniej tak, owszem, jak najbardziej oraz bez wątpienia mi się podobał. I to bardzo! Ba, nie minęłabym się dalece z prawdą, gdybym przyznała, że obiektywnie był najseksowniejszym mężczyzną, z którym się kochałam. Za chwilę będę kochać…

…o czym to ja… a, właśnie, najwyższa pora przestać bawić się w jaśnie panią krytykantkę, tylko dać się ponieść emocjom! Jak postanowiłam, tak zrobiłam – najpierw odpięłam miseczki z gorsetu i uwolniłam biust, po czym powolutku, cal po calu ściągnęłam majtki i położyłam się na plecach, podpierając łokciami. No i rozchyliłam nogi tak szeroko, jak tylko potrafiłam.

– Chodź, nie wstydź się. Czekam tu na ciebie!

I ton, i pozycja, i zachęcający gest palca pasował bardziej do pani negocjowalnego afektu rodem z East Endu – nie mówiąc już o nastroszonej piczce, której nie miałam najmniejszego zamiaru wstydliwie ukrywać – niż starannie wychowanej damulki podczas jej własnej nocy poślubnej, jednak niespecjalnie mnie do interesowało. Najwidoczniej Morty’ego także, bo mało się na mnie nie rzucił. Najpierw znów dobrał się do ust, by po chwili, już bez dalszej zachęty, podążyć niżej i zatrzymać się na swobodnie kołyszących się piersiach. Całował je i miętosił dłońmi jednocześnie, sprawiając mi tym niekłamaną przyjemność. Na tyle dużą, że zanim zdążyłam pomyśleć, sięgnęłam ku prężącemu się przyrodzeniu i objęłam je dłonią. Zdecydowanie zbyt nagle i zbyt mocno, jak miało się okazać.

 

Gdy zrozumiałam, dlaczego Morty niespodziewanie przerwał pocałunki, zadrżał i cicho stęknął, było już za późno. Obfity wytrysk dosięgnął nie tylko rąk, lecz także brzucha. I ud. I prześcieradła pod nimi.

Czy byłam z tego powodu na niego zła? Cóż… po prawdzie trochę tak. Czy powinnam? Zdecydowanie nie! Mało tego: wiedziałam doskonale, że jeśli ktokolwiek tu zawinił, to tylko i wyłącznie ja sama. Może będą musiały minąć miesiące, może lata, a być może Morty tak naprawdę nigdy nie nauczy się kontrolować na tyle, by zawsze i wszędzie nadążyć za mymi rozbuchanymi pragnieniami. Zresztą wcale by mnie to nie zdziwiło. Przecież i ja, mimo całkiem konkretnego doświadczenia, wciąż nieraz nie potrafiłam okiełznać żądz i pozwalałam, by to namiętności kierowały mną, a nie ja nimi. Czego więc miałabym wymagać od młodego, rozgrzanego do czerwoności mężczyzny, który przed ledwie chwilą pierwszy raz w ogóle dotykał kobiety w taki sposób?

Tylko czy na pewno? Choć sam zainteresowany wielokrotnie zapewniał, że to ja będę jego pierwszą kobietą, z początku niezbyt mu wierzyłam – ostatecznie niektórzy w jego wieku zdążyli się dorobić już gromadki dzieciaków z niekoniecznie jedną partnerką (czy tam partnerem). Było jednak w tych wyznaniach coś wstydliwie szczerego, podobnie zresztą jak w zachowaniu, którego tyle co byłam świadkiem. Postanowiłam więc nie drążyć tematu, za to sprawić, byśmy o owym incydencie jak najszybciej… nie, nie zapomnieli ani tym bardziej mu nie zaprzeczali. Raczej potraktowali jako coś, co jest całkowicie naturalne i po prostu się zdarza.

Dlatego tylko uśmiechnęłam się, pogładziłam Morty’ego po policzku i sięgnęłam do szufladki po chusteczkę. Przetarłam, co należało, po czym zabrałam się za rozwiązywanie cokolwiek krępujących fiszbinów. Zsunęłam też pończochy, zdjęłam rękawiczki i całkowicie naga – jeśli nie liczyć sznura drobnych perełek na szyi oraz spinki we włosach – ułożyłam obok wciąż ewidentnie zawstydzonego kochanka.

Nie tylko pozwoliłam, by poznawał mnie taką, jaką naprawdę byłam, lecz wręcz sama do tego zachęciłam. By widział mnie prawdziwą. Naturalną. Ze wszystkimi niewątpliwymi zaletami, ale także i wcale nie tak małymi wadami. Podkręciłam więc lampę tak, by nie dało się ukryć ani zmarszczek na już nie tak młodej, jakbym sobie tego życzyła, twarzy. Pochyliłam się i zakołysałam opadającym bez dodatkowego podtrzymania krawędzią gorsetu biustem. Przytuliłam nie najjędrniejszym już brzuchem. Wzięłam za dłoń i położyłam ją na wcale nie tak kształtnych, jak bym sobie tego życzyła pośladkach. I pocałowałam. We wciąż spięte wargi. W barki, ramiona i klatkę. W podbrzusze. Wreszcie w…

Tyle że nie. A przynajmniej nie od razu. Owszem, miałam ochotę na więcej – czy raczej o wiele więcej, jeszcze więcej i duuużo więcej – lecz stwierdziłam, że na wszystko przyjdzie czas. Dlatego tylko objęłam ciągle dość sztywną męskość dłonią i niespodziewanie szybko doprowadziłam do pełnego stanu używalności. A gdy to już się stało, usiadłam na Mortym. Powolutku i ostrożnie, tak by mógł w pełni przeżywać każde nowe doznanie.

Objęłam udami jego biodra i zaczęłam się kołysać. Zachęciłam też, by Morty we własnym tempie odkrywał me ciało. Dotykał mnie dokładnie tak, jak sam zechce i gdzie zechce. Cieszył się świeżo poślubioną żoną bez nikomu niepotrzebnego wstydu i skrępowania. Ta, jasne, na pewno! Udawałam mądrą, a tymczasem sama czułam się nie tak bardzo pewnie, jak bym się tego wcześniej spodziewała. Byłam wyposzczona do granic, dosiadałam zapatrzonego we mnie jak w obrazek sporo młodszego kochanka, a przecież nawet gdybym dostała od niego samego całkowicie wolną rękę, nie zdecydowałabym się na więcej poza… kochaniem. Nie żadnymi dzikimi seksami, zakończonymi rozniesieniem połowy sypialni w drzazgi. Nie ujeżdżaniem do utraty tchu, aż łóżko by trzeszczało. Nie zrobieniem sobie dobrze palcami i nie kucnięciem nad twarzą Morty’ego z ociekającą lepką żądzą piczą, by wylizał mi ją do czysta. Zresztą nie tylko ją. Nie pochyleniem się nad sterczącym kutasem i wyssaniem z niego wszystkiego do ostatniej kropli. O, nie, nie! Nawet jeśli miałam zamiar wszystkiego tego – a nawet jeszcze więcej – spróbować ze tyle, co poślubionym mężem, to nie w tym momencie. No, może troszkę…

– Obejmij mnie. I całuj. Proszę… – wydyszałam.

Morty znów posłusznie spełnił życzenie, choć zamiast skupić się na ustach, szybko podążył niżej i dosłownie przyssał do piersi. Czułam język na stwardniałych już sutkach. Błądzące coraz odważniej po mych biodrach dłonie. Zapach nastroszonych włosów. Ciepło ciała, którego od tak dawna nie…

 

I wówczas zrozumiałam jakże oczywistą, wydawałoby się, prawdę. Mianowicie taką, że przez całe życie bezustannie – za to zwykle ze złymi lub jeszcze gorszymi efektami – poszukiwałam tej jednej, jedynej miłości, a gdy wreszcie ta stanęła przede mną na wyciągnięcie ręki, odrzuciłam ją! Przez nieliczenie się z uczuciami innych, pychę, zapatrzenie w swe jakże nierealne marzenia i z tysiąca innych równie durnych powodów. Jak ostatnia skończona – czy raczej nieskończona w swym zaślepieniu – idiotka. Nie widziałam (czy raczej nie chciałam widzieć) że ktoś może z własnej, nieprzymuszonej niczym woli, stracić dla mnie i głowę, i serce. Chcieć mnie. Pragnąć. Tak mocno, że być może z czasem i ja poczułabym coś więcej.

Nie, nie z czasem. Teraz i tutaj.

Znieruchomiałam. Spojrzałam na Morty’ego, który po chwili zauważył zmianę w moim zachowaniu, odkleił się wreszcie od cycka i podniósł maślane oczy. Mimo że ze swoimi rodzinnymi koneksjami, całkiem pokaźnym majątkiem, inteligencją i urodą mógł mieć każdą pannę, jaką tylko by sobie wymarzył, wybrał właśnie mnie. Ze mną postanowił się ożenić i mnie, jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, oddać cnotę. Dlaczego? Bo… się we mnie zakochał? Tak po prostu? I postanowił wbrew wszystkim i wszystkiemu sprawić, by to właśnie u mojego boku znaleźć w życiu szczęście.

– Coś się stało? Robię coś nie tak? – palnął.

– Nie, wszystko dobrze. To ja…

Ostatnie, na co miałam ochotę i na co mogłam sobie w tej sytuacji pozwolić, było rozklejenie się. Musiałam być silna! Musiałam i… chciałam. Jak nigdy wcześniej. Tak jak Morty zapragnął być ze mną z czystej, uroczo naiwnej miłości, tak nagle ja poczułam to samo. Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu zrobiło mi się gorąco nie tylko pomiędzy udami. Nie wcześniej, gdy się poznaliśmy, nie podczas naszych mniej lub bardziej niegrzecznych spacerów, nie kiedy mi się oświadczał, nawet nie przed ołtarzem, a właśnie w tym konkretnym momencie oraz miejscu.

I o czym to niby miało świadczyć? Że faktycznie myślałam piczką bardziej niż głową? Że wreszcie dotarło do mnie, jak wspaniałym mężczyzną był wpatrujący się we mnie maślanym wzrokiem młodzieniec? Że mimo najszczerszych chęci nijak nie zasługiwałam na jego zaangażowanie, wyrozumiałość i cierpliwość? Ciepło? Miłość? Że… A może tak naprawdę o niczym, bo w tym momencie liczyło się tylko i wyłącznie niedający się nijak ukryć fakt, że leżał on pode mną równie nagi, co podniecony, a ja tak samo nieprzyzwoicie go dosiadałam. I miałam coraz większą ochotę zaprzeczyć ledwie złożonej obietnicy i dosłownie wbić go tyłkiem w łóżko.

Dlatego czym prędzej postanowiłam przestać kusić los – pochyliłam się nad Mortym, spięłam biodra i ponownie zaczęłam nimi kołysać. Najwyraźniej jednak znów przeliczyłam odporność męża na przyduszanie dojrzałym biustem, bo po ledwie minucie takiego pobudzania znów poczułam najpierw znajome drżenie, a po chwili pulsowanie i rozpływające się wewnątrz wilgotne ciepło.

Napięłam się jeszcze mocniej, docisnęłam łono do łona i kilkoma szybkimi potarciami doprowadziłam się do rozkoszy. Może nieco zbyt pospiesznie sprowokowanej, raczej krótszej niż dłuższej i zdecydowanie nie tak satysfakcjonującej, jakbym sobie po takiej przerwie życzyła, ale… cóż z tego? Najważniejsze, że przeżytej w ramionach mężczyzny, który bez cienia wątpliwości kochał mnie jak ostatni – czy może raczej pierwszy? – wariat i którego najwyraźniej kochałam i ja. A reszta przyjdzie z czasem.

 

Gdy jako tako doszliśmy do siebie, poprosiłam Morty’ego, by nalał nam czegoś mocniejszego, zaś sama dyskretnie znów skorzystałam z chusteczki. Niby nie musiałam, bo drugi wytrysk był wyraźnie skromniejszy, lecz mimo wszystko wolałam nie pozostawić krępujących plam na pościeli. Nie, żebym w przeszłości w takiej sytuacji nie sięgnęła dłonią ku kroczu, nie wytarła wszystkiego palcami i jeszcze na koniec ich nie oblizała, lecz mimo wszystko wolałam na razie zachować chociaż te resztki przyzwoitości, jakie mi jeszcze pozostały.

Wypiliśmy, poprawiliśmy profiterolką ze stojącego na stoliczku przeglądu słodkości, znów wypiliśmy, dochodząc w międzyczasie do jedynie słusznego wniosku, że nie musimy się przecież nigdzie spieszyć. Rozłożyliśmy się więc wygodnie na puchowej kołdrze i okryliśmy równie przyjemnym w dotyku kocem. Oparłam głowę na udach siedzącego Morty’ego i poprosiłam, by pogładził mnie po włosach.

Leżałam tak w milczeniu i myślałam. O bardzo wielu bardzo różnych sprawach. Choćby tej, że właśnie mijał niemal równo rok od pamiętnego zamążpójścia Jamesiny. Kto wie, być może gdyby nie ów zbieg okoliczności, dzięki któremu najpierw w ogóle dowiedziałam się o uroczystości, a później wbrew zdrowemu rozsądkowi postanowiłam przynajmniej z daleka zobaczyć jedyną – jak mi się wtedy wydawało – miłością mego życia, dziś sama nie przeżywałabym własnej nocy poślubnej? I to z kimś, kogo podczas tamtych wydarzeń ledwo co kojarzyłam?

Spojrzałam na męża, kochanka, niesamowicie atrakcyjnego, wcale nie mniej inteligentnego i całkiem majętnego młodego mężczyznę, który ze znanych tak naprawdę jedynie sobie powodów postanowił wziąć sobie za żonę kilku… no dobrze, kilkunastu laty starszą kobietę z raczej daleką od ideału urodą i momentami mało chwalebną przeszłością. A jednak najwyraźniej był ze mną szczęśliwy. Owszem, zapewne miał na to wpływ niezaprzeczalny fakt, że tyle, co dałam mu dupy, lecz przecież musiał wcześniej o nią walczyć nie tylko z calutkim wszechświatem, ale i mną. Znaczy ze mną całą, a nie tylko rzeczoną dup… oj tam, nieważne!

Przymknęłam oczy.

 


 

Czy cała ta historia mogłaby potoczyć się inaczej, gdybym tylko na dowolnym jej etapie podjęła inne decyzje, nieraz całkiem prozaiczne, wydawałoby się wręcz, że nieistotne? Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że tak. Czy finalnie to, co przeżyłam i czego się nauczyłam, było warte ofiar, jakie musiałam ponieść? Zapewne nie. Czy wreszcie dzięki temu wszystkiemu powinnam czuć się bardziej… no właśnie – jaka niby? Bardziej usatysfakcjonowana pierwszym małżeńskim seksem? Bardziej zadowolona z samego męża? Bardziej spełniona jako kobieta? Bardziej… szczęśliwa?

A jeśli tak, to dlaczego właściwie? Bo sobie ubzdurałam, że gdybym tylko kiedyś tam mocniej się postarała czy postąpiła w jakiś inny sposób, to byłoby lepiej? A co to właściwie znaczyło i kto o tym decydował? Poza tym, skoro mimo wszystko lepiej nie było, to najwidoczniej nie mogło być. Koniec. Kropka. A jeśli komuś taka opowieść nie odpowiada, to niech najlepiej napisze swoją, o! Na pewno będzie satysfakcjonująca, z lepszymi bohaterami i przede wszystkim zakończeniem. A jeśli ja jej nie napisałam, to najwyraźniej tego nie potrafiłam. I tyle.

Miałam już szczerze dość bezcelowego roztrząsania tego po raz setny i tracenia czasu na poszukiwanie straconych lat. Liczyła się chwila. Liczyliśmy się my i tylko my. Uśmiechnęłam się do siebie nie tylko w duchu i ni stąd, ni zowąd pomyślałam, że właściwie to noc jest jeszcze całkiem młoda.

A skoro tak…

 



 

Dla (jeśli tacy dotrwali do tego momentu) ciekawych:

– ptifurki (fr. petits fours) – drobne ciasteczka (z ciasta kruchego, makaronikowego itp.) nadziewane i powlekane glazurą, podawane do kawy lub herbaty,

– si vis pacem, para bellum – łac. „jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny”,

– kordelas – tu w znaczeniu krótkiej szabli, używanej przez marynarzy,

– Mauser C96 – pierwszy całkowicie udany, produkowany seryjnie pistolet samopowtarzalny o kształcie nie do pomylenia z żadnym innym. Z takiego w wersji klasycznej strzelał Janek Kos, a z modelu laserowego Han Solo,

– Skąd wzięła się „Ditta von”, chyba nie muszę tłumaczyć, a jeśli chodzi o drugą część, to polecam posłuchać piosenki „Mitzi Dupree” Deep Purple,

– Eugen Sandow – właśc. Friederich Wilhelm Müller, siłacz ery wiktoriańskiej, uznawany za pioniera nowoczesnej kulturystyki. Statuetka z jego sylwetką jest wręczana zwycięzcy najbardziej prestiżowych zawodów kulturystycznych na świecie, Mr. Olympia. Polecam (i to nie tylko paniom) poszukać sobie zdjęć, bo jest ich dostępnych całkiem sporo,

– profiterolka – ptyś z bitą śmietaną, tyle że zwyczajowo podawany w polewie czekoladowej,

– aha, tłumaczenie wersu „Don’t waste your time always searching for those wasted years” znalazło się w opowiadaniu całkiem nieprzypadkowo. Kto zna, ten wie.

 




 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione!

Ilustracja w tle: artstation.com

 


 

Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

Agnessa

Ten tekst odnotował 4,161 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.56/10 (6 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Z tej samej serii

Komentarze (10)

+2
0
Za Iron Maiden powinienem cię po stopach całować . Nigdy nie przestawaj pisać jesteś wspaniała
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
@jutrzenki - a co to za ajronmejdenowe fetysze? 😄 A na poważnie, bardzo dziękuję za uznanie, choć sugestii "nigdy nie przestawaj pisać" raczej nie zadośćuczynię. Czy niestety, czy na szczęście, to już inna kwestia.

PS Miło mi także, że ktoś dotarł do końca i się do tego przyznał 😊
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-3
Poważnie jeżeli przestaniesz pisać to duża strata dla tej strony. Jak dla nas twoje opowiadania są jednymi z lepszych tutaj i ostatnio głównie to dla ciebie tu wchodzimy. Jesteśmy fanami od początku twórczości. Pozdrawiamy serdecznie Agnieszka i Przemysław
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
-4
@jutrzenki2 - tym bardziej jest mi miło, a nawet wzruszająco, że tak górnolotnie powiem. Niemniej są pewne sprawy ważne (i ważniejsze), które bardzo mocno wplynęły (i wpływają nadal) na moją aktywność literacką, ale to już podzielę sie nimi we właściwym momencie.

Tymczasem zachęcam także innych do lektury oraz komentowania! 😊
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
-1
Chętnie bym przeczytał. Chętnie przeczytam. Ale łącznie to chyba sześć godzin i kiedy mam to zrobić? 🙂 Nie mam już osiemnastu lat, żeby zarywać noc. Chyba, że, Ałtorko Agnesso, pogadasz z moim psem, żeby się sam wyprowadzał na spacer rano, a z pracodawcą, że literatura erotyczna to uzasadniony powód niestawienia się w pracy. 😀
I przy okazji zwracam Ci uwagę, że jeden taki falangista od kilku lat przy każdej publikacji zapowiada koniec pisania. :}
Ale, jak nie dasz rady, to zrozumiem. 🙂
PoZdrawiam.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
@Szerksznas - nie 6 godzin, a niewiele ponad 4 wg pokątnego licznika, czyli realnie mniej niż 3 i to czytając z uwagą i zrozumieniem. Chyba że połączysz przyjemne z pożytecznym i zaczniesz czytać w pracy na głos, to faktycznie może i cała dniówka zejść, bo pewnie się w międzyczasie pojawią pytania od słuchaczy 😄

A co do wspomnianej mojej "kariery" to nadal uważam, że to nie do końca czas i miejsce na taką rozmowę, ale także dlatego nie rozgłaszam, że "tego dnia tamtego miesiąca przestaję pisać", bo to by było zwyczajne kłamstwo. Po prostu od pewnego czasu bilans zysków (wyświetleń, komentarzy, własnej satysfakcji itp.) i strat (m.in. czasu, wysiłku czy zaangażowania emocjonalnego) przestaje mi się spinać. I głównie chęć wykorzystania niewykorzystanych pomysłów i zamknięcia niezamkniętych spraw sprawia, że wciąż piszę i publikuję. Jak długo jeszcze i ile, to sie zobaczy, natomiast do aktywności z okolic 2020/2021 roku nie wrócę na pewno. I tyle.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
-2
🙂 To mogłoby być nawet ciekawe, to czytanie w pracy. Ale jak na razie unikamy tematów trudnych i niebezpiecznych (los dra Ratajczaka przykładem, że wychylać się nie wolno) i boję się reakcji otoczenia. Zwłaszcza, że zaczęły się wakacje, a ja pracuję zdalnie i mam trochę przychówku w mieszkaniu. 😀
Jeśli wieczorem nie zasnę znowu, to postaram się przeczytać pierwszą część.
A tak nie do rzeczy: miałem zapytać jakiś rok temu czy nie chciałabyś może napisać dalszego ciągu życia Kreona i Ismeny? Mnie akurat zawsze bardziej interesowały losy takich nielubianych przez nikogo postaci, niż klasyczne historie.
Ale to takie pytanie trochę na zasadzie z d... wzięte i nawet nie musisz na nie zwracać uwagi. Po prostu nie chce mi się ruszyć i wieszać prania. 😀
PoZdrawiam.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-1
@Szerksznas, pewien element Twojego wpisu (przemilczę, nie wychylając się, który) powoduje, że domniemywam, iż powinna Ci się spodobać książka "Kryptonim Bushido". Poszukaj w necie ebooka 😉 Pozdrawiam.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0

– Mauser C96 – pierwszy całkowicie udany, produkowany seryjnie pistolet samopowtarzalny o kształcie nie do pomylenia z żadnym innym. Z takiego w wersji klasycznej strzelał Janek Kos, a z modelu laserowego Han Solo



I to jest cytat z mojej książki, którą być może na stare lata napiszę, a tytuł będzie miała "Za co kochamy Agnessę" 😉
A poza tym to rzeknę tak: Otóż Agnessa ostatnimi czasy jest jak Drezno. W sensie nalotów dywanowychUSAF na nią. I dodam, że to, co pisze Agnessa jest dokładną odwrotnością, tego, co sam tworzę. Ja jestem facetem - lubię się streszczać w opisach, pozostawiając wyobraźni czytelnika podprogowe sygnały, aluzje i inne chwyty. Wolę jedno celne zdanie niż dziesięć metrów bawełny, w którą się owija. No i mam manię "filmową", czyli dialogi.
ALE... Agnessa jest kobietą. Kobiety mają specyficzne atawistyczne cechy. No bo kto opowiada dzieciom bajki, żeby bombelki zasnęły i dały rodzicom się poseksić? Ojciec? Nie. Matka. (Na ogół)
I to w kobietach zostaje. Ten styl budowania klimatu, Zauważmy przy okazji, że to wcale nie jest złe. W końcu Szeherezada uwiodła w ten sposób muzułmańskiego Vipa.
Ergo, apeluję - szanujmy Agnessę. Jej poczucie humoru i "agnessizm".

P.S. Ten tekst jest gratis. Bezinteresowny. Agnessa nie wysłała mi nic na Kajmany 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
@SENSEIH - ale jak nie? A kto ostatnio dopominał się o fakturę? 😛

Dziękuję za miłe słowa - zwłaszcza te o szacunku, bo ostatnio coraz go mniej - chociaż dla wielu choćby moje nadmierne skupianie się na szczegółach jest wadą, a nie zaletą. Po prostu ja się lubię zatrzymać czasami na jakimś drobiazgu, a jeśli już opisuję konkretną historyczną rzecz, to niech będzie ona zgodna z realiami epoki. Owszem, zapewne w tekście jest nadto błędów, które wychwyciłby znawca, ale przynajmniej staram się ich unikać. Do tego stopnia, że choć udało mi się znaleźć lepsze zdjęcie C96 na okładkę, to była to wersja na amunicję 9mm parabellum (z dużą czerwoną cyfrą "9" na rączce, stąd popularna nazwa "red nine" = "czerwona dziewiątka"), która nie pasowałaby do czasu akcji. No i baaardzo mnie kusiło wsadzić w ręce Jenny pistolet Maxim-Silverman, bo on wygląda jak z jakiegoś retro serialu science-fiction, ale to by była przesada nawet jak na mnie. A w ogóle to już jest nerdowskie zboczenie i nie polecam naśladować 😀

Natomiast co do tego, że dany tekst napisała kobieta, napisał facet albo napisało jednorożco, to radzę uważać, bo to baaardzo śliski temat. Owszem, wielu autorów i autorek pisze stereotypowo aż do przesady, natomiast na przykład dziwnym trafem to kobietom zawdzięczamy jedne z najsłynniejszych horrorów ("Frankenstein", "Wywiad z wampirem"), a mężczyznom romansów ("Śniadanie u Tiffany'ego", "Wyznania Gejszy"). A jeżeli mamy do czynienia z pisarzami o dużej samoświadomości i odpowiednim warsztacie, to oni w ogóle mogą tworzyć, jak tylko chcą i w jakim stylu chcą. A już broń Boże nie należy dorabiać do tego nadinterpretacji, że "coś napisała kobieta / mężczyzna, więc musi się zgadzać w poglądach z innymi kobietami / mężczyznami" - na szczęście na Pokątnych rzadko się to zdarza (co nie znaczy, że wcale), ale na grupach literacko-dyskusyjnych to niestety smutna norma.
Zgadzasz się z tym komentarzem?

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.