Czekoladka walentynkowa, czyli w tym roku będzie naprawdę grubo...

14 lutego 2021

Szacowany czas lektury: 48 min

Jak to zwykle u mnie, kilka uwag na początek. Samo opowiadanie to w gruncie rzeczy prosta, delikatnie napisana historyjka w klimacie walentynkowym, jednak wprowadzająca pewne zmiany, które mam zamiar wykorzystać w przyszłości. Napiszcie chociażby, jak wg was sprawdza się taki podział na podpisane rozdziały - czy raczej w tym przypadku, zważając na ich objętość, mikrorozdziały.

Z góry dziękuję i zapraszam do lektury!

 




 


Rozdział I – Wiem doskonale, że…


 

Wiem doskonale, że w ciągu ledwie kilku minut zobaczę się z nadawczynią wiadomości, jednak i tak nie mogę się powstrzymać przez kolejnym spojrzeniem w telefon. Co najmniej setnym w ciągu ostatnich godzin. Na wszelki wypadek upewniam się, czy nikt mnie nie podgląda, lecz tramwaj jest praktycznie pusty. Cóż – sklepy są dziś zamknięte, kawiarnie i restauracje podobnie, więc kto nie musi, ten nie wychodzi. Zwłaszcza w taki mróz.

Otwieram więc kolejne MMS-y i czytam je jednego po drugim.

„Mam niespodzianke dla nas na wieczor napisze wiecej pozniej pa”.

I zdjęcie obleczonego jedynie w półprześwitujący szlafroczek dekoltu.

„Przygotowalam specjalny prezent na Walentynki mam nazdieje ze ci sie spodoba”.

Z tym samym ciuszkiem, tyle że ledwo zasłaniającym pośladki.

„Niemoge sie doczekac na cb wracaj szybkooo!!!”

„Niecierpliwie sie tak bardzo robie sie taka gorrroca tak cie chce…”

Tym razem, widząc koronkowe stringi, aż rumienię się pod maseczką. O tym, co dzieje się w spodniach, wolę nawet nie myśleć.

Wyskakuję na oblodzony przystanek, w ostatniej chwili łapiąc równowagę. Jeszcze tylko przechodzę przez skrzyżowanie, skręcam w boczną uliczkę i po kolejnych kilkuset metrach stoję przed drzwiami klatki. Wybieram piętro w windzie, przekręcam klucz w zamku drzwi i wchodzę do sieni. Czym prędzej ściągam spływające piaszczysto-solną breją buty, rzucam płaszcz oraz czapkę na krzesło, po czym dla przyzwoitości przeczesuję palcami włosy. I już! Wkraczam dumnie do mieszkania! Podejrzanie ciemnego mieszkania. A może jestem za wcześnie? Nie, niemożliwe! Przecież wtedy ma jakże wypatrywana współlokatorka na pewno dałaby znać, że wychodzi! Poza tym – po co by miała?

W tym momencie szyba w drzwiach sypialni rozbłyska ciepłym światłem, zachęcając do podejścia. Zerkam więc przez nie ciekawie i… zamieram w bezruchu. Na samym środku pokoju stoi najpiękniejsza kobieta, jaką tylko można sobie wyobrazić. Odziana w spływający po smukłym ciele, ledwo przysłaniający bieliznę srebrzysty peniuar, podchodzi do mnie powolutku, postukując absurdalnej wysokości szpilkami o parkiet. Nawet na bosaka jest ponad pół głowy wyższa, a w bieżącej sytuacji musi naprawdę mocno się pochylić, by sięgnąć mych ust swoimi. Odsuwam się odruchowo, wiedząc, że daleko mi do stanu używalności, jednak jakże daremne są owe próby obrony.

 

Ociekające ciepłą słodyczą wargi sprawiają, iż uginają się pode mną kolana. Że nie wspomnę o pachnących różanymi perfumami, ognistych lokach, łaskoczących mnie w szyję. Na tym jednak wcale nie koniec! Rudzielec odsuwa się na krok – dzięki czemu mogę wreszcie złapać głębszy oddech – po czym lekko, lecz zdecydowanie, popycha w stronę łóżka. Gdy już na nim siadam, rozsuwa mi nogi,  klęka między nimi i bez dalszych wstępów zaczyna rozpinać guziki koszuli. Na niej jednak najwidoczniej wcale nie ma zamiaru poprzestać, bo szybko zabiera się za pasek, później rozporek…

– Amando, kochanie moje! – stękam cicho, próbując zachować resztki zdrowego rozsądku. – Może najpierw pójdę się odświeżyć i dopiero wtedy…

– Teraz to „Amando, kochanie”? – Zmysłowy głos przeszywa mnie od karku aż po krzyż. – Twoja kochana Amanda tak długo dziś na ciebie czekała i tak nie mogła się doczekać, aż się zrobiła cała mokra! Może masz ochotę sprawdzić, jak bardzo?

Mówiąc to, na moich oczach przeciąga dłonią pod majtkami, po czym podsuwa mi błyszczące palce wprost pod nos. Zamiast jednak pozwolić nasycić się tym doznaniem, bez ostrzeżenia wciska tę samą rękę pod spodnie, szukając źródła pulsującego żaru. Znajduje go szybko, więc po ledwie kilku chwilach wyciąga i teatralnie oblizuje palce. Smakujące nią samą. Mną. Nami.

Wciąż nie odrywając ode mnie szmaragdowozielonych, skrytych za półprzymkniętymi, podmalowanymi powiekami oczu, prostuje plecy. I uśmiecha się. Bardzo powoli, jakby celowo chcąc uwidocznić każdą zmarszczkę, pojawiającą się na pokrytym piegami, zadartym nosku. I każdy kolejny odsłaniany ząb, począwszy od rozdzielonych uroczą przerwą jedynek, aż po…

 

Wiem doskonale, że mam na wyciągnięcie ręki najwspanialszą ze wspaniałych istot, jakie chodzą po tym świecie. Mą najdroższą. Mą ukochaną. Wybrankę mego serca i duszy. Moją kocicę. Lisiczkę. Iskierkę… Zdaję sobie także sprawę, że to, co właśnie robię, jest po prostu głupie. Idiotyczne. Kompletnie nieadekwatne do sytuacji i beznadziejnie wręcz durne! Jednak i tak nie mogę powstrzymać natrętnej myśli: co Amanda właściwie we mnie widzi?

Co widziała kilkanaście lat temu, gdy po naprawdę długich i jeszcze trudniejszych podchodach naszła mnie wreszcie odwaga, by odezwać się do najładniejszej dziewczyny na roku nie jak do zwykłej koleżanki, lecz kogoś, kto zauroczył mnie od pierwszego spojrzenia? Dlaczego na mój wyjątkowo niezgrabny podryw, polegający na propozycji zamiany beznadziejnej studenckiej imprezki na niedaleką kawiarenkę, odpowiedziała uśmiechem? Nie godnym politowania, nie złośliwym czy mówiącym: „spadaj, tam są drzwi!”, tylko szczerze sympatycznym? Czemu z taką radością przyjmowała kolejne nieśmiałe komplementy, kwiaty, zaproszenia do kina? Co nią kierowało, kiedy w pewnym momencie, gdy definitywnie skończyła mi się odwaga, sama przejęła inicjatywę? Nie znudziła się mną wówczas i nie porzuciła z pogardą, lecz przeciwnie – doprowadziła do pierwszego prawdziwie namiętnego pocałunku, pierwszej wspólnej nocy w pustym mieszkaniu jej rodziców, pierwszego seksu…

Otrząsam się, podrywam z łóżka, chwytam Amandę za dłoń i całuję. Po czym, zanim znów się na mnie rzuci, wypalam:

– Dziękuję, że tak się starasz, ale proszę cię jeszcze raz: daj mi chociaż kilka minut, dobrze? Tak, wiem, że już się naczekałaś – wzdycham, próbując się wyjątkowo niezgrabnie wytłumaczyć – i przepraszam, że nie udało mi się wcześniej wyrwać. Ale teraz jesteśmy już tylko my i mamy cały wieczór tylko dla siebie! A skoro tak, to wezmę prysznic, napiję się kawy, odżyję trochę i obiecuję ci wszystko wynagrodzić.

– A może ja mam inne plany? – rzuca uwodzicielsko.

Mrugam zdezorientowanymi oczami, nie rozumiejąc już zupełnie, co się dzieje. Przecież najpierw wysyłała kuszące wiadomości, potem mało nie przeleciała mnie jeszcze w ubraniu, a teraz…

– Może przygotowałam coś wyjątkowego? Baaardzo wyjątkowego? – Amanda, niezrażona moją głupią miną, znów nachyla się nade mną i szepcze wprost do ucha. – Taką małą niespodziankę? Specjalnie na walentynki? Hmm? Tylko przestań już wreszcie marudzić, bo mi się kończy cierpliwość…

Próbuję zebrać myśli i cokolwiek odpowiedzieć, lecz ciężar ukochanej dociska mnie na powrót do materaca. Podziwiam z rosnącym podnieceniem, jak podnosi się na kolanach, rozwiązuje pasek szlafroczka, odrzuca jego poły i znów przysiada. Majteczkami. Wprost nad moją twarzą.

 

Wiem doskonale, czego oczekuje. Przeciągam ustami po materiale, który i bez tego jest wręcz przesiąknięty wilgocią. Podejrzewam, że wcześniej musiała pobudzać się sama, jednak wolę tego zbytnio nie dociekać. Za to najpierw samymi wargami, a po chwili chwytając z największą ostrożnością zębami za krawędź, odciągam na bok niewielki trójkącik bielutkiej koronki. Owszem, mogę poprosić Amandę o zdjęcie bielizny, lecz wiem przecież, że umyślnie tego nie zrobiła! Czasami tylko zsuwa ją na bok, innym zaś razem całkowicie celowo zakłada taką z cieniutkiej satynki, pragnąc być pieszczoną przez materiał. Palcami, ustami, wibratorem… Bywa, że szczytuje tak intensywnie, aż po wszystkim może dosłownie wyżąć majtki.

Dziś jednak wolę niczego nie zakładać. Skupiam się na ukochanej i staram się pieścić ją tak, jak najbardziej lubi. Wsuwam język pomiędzy wygolone do gładka płatki, po czym cofam się powolutku, zostawiając wilgotny ślad. I znowu. I jeszcze raz. Przesuwam lekko głowę, by dotrzeć do wyraźnie rozbudzonej perełki, oczekującej niecierpliwie na czułości. Obejmuję ją calutką, próbując jednocześnie okiełznać zsuwające się majteczki, co nie jest wcale łatwe. Jednocześnie podnoszę ręce i bez pytania najpierw rozpinam biustonosz, by po chwili chwycić palcami za wieńczące niewielkie piersi, spiczaste sutki. Pobudzam je jak najczulej samymi tylko opuszkami. Dokładnie tak, jak lubią. Mam ochotę zapytać się, co ich posiadaczka właściwie zaplanowała, lecz coraz wyraźniej czuję zbliżający się orgazm.

Subtelne, niemal niezauważalne dygotanie ogarnia najpierw napięte biodra, by następnie, wzdłuż kręgosłupa, rozejść się narastającą z każdą sekundą falą po całym ciele. Roztrzęsione palce chwytają mnie za włosy, a coraz głośniejsze pojękiwanie wypełnia sypialnię. I tak mokra kobiecość wilgotnieje jeszcze bardziej, pulsując raz po raz. Lepka namiętność zalewa mi usta tak gwałtownie, aż wycieka kącikami i spływa po brodzie.

Pieszczę Amandę coraz wolniej i delikatniej, pragnąc sycić się nią jak najdłużej. Nie mam zamiaru ukrywać, że uwielbiam te jakże ulotne chwile zaraz po skończonym szczytowaniu, podczas których niby jest już po wszystkim, lecz nadal nie przerywam pocałunku. Kiedy spijam ostatnie krople żądzy, spływającej ze wciąż drżącego wnętrza. Najbardziej lubię zaś, gdy dochodzi, leżąc na plecach. Wówczas zwykle podciąga wysoko biodra i obejmuje nogi pod kolanami, otwierając się przede mną jak najszerzej. Ja zaś podziwiam ją, komplementuję i oczywiście wylizuję. Nieraz na tyle długo, aż odzyskuje formę i zaczyna całą zabawę od nowa.

Dziś jednak, gdy jest nade mną, błyskawicznie traci siły i opada na pościel. Podnoszę się na łokciach, pochylam nad nią i z pełną premedytacją całuję w usta, pozostawiając na nich kleiste ślady spienionej śliny, zmieszanej z jej własną namiętnością. I… tak naprawdę nie mam pojęcia, co dalej. Wciąż jestem w ubraniu, a o ile znam swoją ukochaną, to w tym stanie nadaje się ona co najwyżej do przykrycia kocem i drzemki, a nie dalszych namiętności. Czekam jednak cierpliwie, gładząc rozrzucone po pościeli, miedziane pukle.

Kiedy mam już na końcu języka pytanie, na co właściwie miałaby ochotę, Amanda wreszcie przemawia słabiutkim głosem:

– Wybacz mi… nie myślałam, że tak mocno to przeżyję, ale nie mogłam się powstrzymać… Mogę mieć prośbę? Zrób mi kawę. Wiesz, jaką lubię najbardziej: dużo kawy, dużo śmietanki, dużo cukru. I jeszcze mi faworki przynieś, są jeszcze z czwartku w pudełku. I… może faktycznie idź do tej łazienki? Jak wrócisz, obiecuję, że będę już gotowa! Obiecuję!

 


Rozdział II – Słodkie sekrety


 

Przed upływem dwóch kwadransów powracam dumnie na salony w stanie co najmniej satysfakcjonującym, poprawiając po drodze szlafrok. Fakt, że spotykam Amandę już nie w sypialni, a kuchni, nijak mnie nie zaskakuje, lecz cała reszta już tak. Uczesana w luźny koczek i w zdecydowanie przykrótkiej małej czarnej, na mój widok pochyla się ku piekarnikowi w taki sposób, by pokazać nadto dobitnie, że wciąż nie ma majtek.

– Na łóżku masz ubranie. Przygotuj się szybko i wracaj, zanim suflety opadną! – zachęca, podstawiając mi blaszkę z dwoma ceramicznymi naczynkami pod sam nos.

Nie mogę w pełni uczciwie stwierdzić, by ta konkretna propozycja pokrywała się idealnie z moimi oczekiwaniami, podsyconymi dodatkowo widokiem wyjątkowo apetycznej cip… znaczy sufletów, lecz błyskawicznie narzucam ciuchy i zajmuję miejsce przy stole. Dopinam jeszcze koszulę, sięgam po widelczyk i wbijam go w ciemnobrązową, przyprószoną pudrem piramidkę, uwalniając ze środka półpłynne wnętrze. Gorąca, podbita wanilią czekolada rozpływa się miękko po języku, wywołując mimowolny uśmiech. Płuczę usta goryczą kawy, po czym znów nabieram porcję słodkości.

Jednak nawet najpyszniejszy deser nie jest w stanie powstrzymać narastających wątpliwości. Pomijam nawet fakt, że Amanda niekoniecznie zdradza na tyle talentu kulinarnego, by z powodzeniem porwać się na suflet. A może raczej fondant? Zresztą, nieważne… Znacznie istotniejsze bowiem niż to, czy zrobiła go sama, zamówiła w cukierni, kupiła mrożonkę, czy wyczarowała zaklęciem „Sufletto!”, są jej poczynania, których wciąż nijak nie pojmuję. Po co właściwie uwodziła mnie od samego rana, wysyłając sprośne wiadomości jedną po drugiej? Rozumiem, że mamy „święto zakochanych”, jednak jakoś nie przypominam sobie, by w poprzednich latach nasza korespondencja wyszła poza parę stereotypowych, przeładowanych serduszkami esemesków. Dlaczego praktycznie od samego progu sprowokowała szybki seks, z którego potem wyraźnie się tłumaczyła? Czemu wcisnęła mnie w strój nadający się bardziej na proszoną kolacyjkę z szefem czy inna mamusią, podczas gdy sama świeci golizną? I co w końcu planuje na zapowiadany szumnie wieczór, który przecież zbliża się wielkimi krokami?

Odkładam wreszcie widelec, dopijam kawę i wbijam w Amandę zdecydowanie niecierpliwy wzrok, czekając, aż wreszcie coś powie. Bo jeśli nie, słowo daję, że za chwilę puszczą mi nerwy…

 

Mija jedna chwila, druga i piąta, a ja wciąż siedzę, nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi. Nie wytrzymuję więc i może i grzecznie, lecz z niezbyt ukrywaną bezczelnością, pytam:

– Słuchaj… ja naprawdę staram się to wszystko zrozumieć, ale czy mogłabyś mi wreszcie powiedzieć, co właściwie masz zamiar dzisiaj robić?

– A nie! Nie powiem! – Amanda odpowiada z uśmiechem. – Mówiłam już, że to będzie niespodzianka i zaufaj mi. Tak po prostu. Wiesz przecież, że nie zrobiłabym niczego, czego nie chcesz! Prawda?

– Prawda, prawda… – Spuszczam zniechęcony wzrok i rezygnuję z dalszego przekomarzania się, które i tak do niczego nie doprowadzi.

– Ale faktycznie, żeby nie trzymać cię w niepewności – zerka na zegar na ścianie – to mamy jeszcze mniej więcej godzinkę, a potem podjedzie po nas taksówka i zabierze na masaż. Wspólny, walentynkowy masaż we dwoje! Ale wcześniej chciałabym jeszcze napić się z tobą po lampce prosecco. No, powiedzmy po dwie... Jest w lodówce. Może otworzysz?

Po prawdzie nie mam wielkiej ochoty na alkohol, ale w sumie, dlaczego by nie? Jeśli nie z takiej okazji mam się napić trochę bąbelków, to z jakiej niby? Poza tym może przy okazji dowiem się, jaki masaż Amanda ma na myśli? I dlaczego robi z niego jakąś wielką tajemnicę? Bo z okazji walentynek przystroją gabinet balonikami i poczęstują czekoladką, herbatką czy czym tam jeszcze? Wielkie mi rzeczy!

Wstaję więc z hokera, wyjmuję butelkę, nalewam i wznoszę kieliszek. Amanda wychyla swój, po czym podstawia go do ponownego napełnienia. Jednak, zamiast od razu powtórzyć toast, podchodzi do mnie i przytula się tak, że praktycznie wciska mi twarz w dekolt. Odruchowo obejmuję jedną ręką jej pośladek, lecz momentalnie przypominam sobie o braku majtek i na wszelki wypadek się wycofuję. Owszem, mam ochotę włożyć nie tylko dłoń pod sukienkę, ale w ogóle palce w na pewno wciąż mokrą intymność, lecz może lepiej powstrzymam się od szaleństw.

Amanda zaś, widząc gest pojednania, uśmiecha się jeszcze szerzej, całuje mnie w czoło i oznajmia:

– To teraz ja skorzystam z łazienki, a ty się już tak nie dąsaj! Obiecuję ci, że nie pożałujesz!

Po czym wypija duszkiem wino i wychodzi. A ja przysiadam z powrotem, nie mogąc nijak się zdecydować, co właściwie mam o tym wszystkim myśleć.

 


Rozdział III – Nie wszystko bywa takie, jakie się wydaje


 

Bacznie śledzę widoki za oknem taksówki, próbując odgadnąć, dokąd jedziemy, lecz w pewnym momencie zupełnie się gubię. Kierowca kluczy po wąskich uliczkach jakiegoś blokowiska, aż w końcu przystaje pod jednym z nich. Tak samo nijakim, jak wszystkie sąsiednie. Amanda rozlicza się z kursu, po czym najpierw bez chwili zawahania prowadzi mnie pod klatkę, a następnie z równą pewnością wybiera numer na domofonie. Zaczynam podejrzewać, że raczej nie jest tutaj po raz pierwszy, ale wolę zachować to dla siebie.

Wjeżdżamy windą na ostatnie piętro, gdzie… nie, nikt na nas nie czeka. Podobnie jak nie dzwonimy do drzwi – Amanda po prostu naciska klamkę i wchodzi, zupełnie jakby była u siebie. Mimowolnie unoszę powieki ze zdziwienia, lecz wciąż powstrzymuję się od komentarza. Zdejmuję za to buty i płaszcz, po czym podążam za ukochaną do jednego z pokoi.

W tym momencie moje oczy mają już wielkość całkiem sporych spodków. Kompletnie nie rozumiejąc, o co właściwie chodzi, wpatruję się w coś, co teoretycznie miało być salonem masażu. Szkoda tylko, że niezbyt przypomina wszystkie, które znam. Owszem: fiolki z olejkami, świeczki czy ułożone w stosy ręczniki wyglądają znajomo, podobnie jak roznoszący się w powietrzu ciężki zapach kadzidełek, tylko gdzie są najważniejsze elementy wystroju wnętrza w postaci stołów? Mniejszych, większych, podnoszonych lub nie, z wałkiem pod czoło albo otworem na głowę… Przecież zawsze zajmują one centralne miejsce w każdym gabinecie, a tutaj nie ma ich w ogóle! Za to spory kawałek podłogi przykryty jest materacami, podobnymi do tych, jakie widuje się na salach gimnastycznych, tylko w estetyczniejszej wersji.

 

W tym momencie kawałki kompletnie rozsypanej do tej pory układanki w mojej głowie zaczynają się nagle łączyć, tworząc nie tylko całkiem wyraźny, ale i niezwykle intrygujący obraz. Rozumiem już nie tylko, po co były te wszystkie niedopowiedzenia i konspiracje, ale i dlaczego ów pokój wygląda tak, a nie inaczej. A przynajmniej wydaje mi się, że rozumiem. 

Spoglądam na Amandę, a ona na mnie. Bardzo przepraszającym wzrokiem.

– Tak, wiem, wiem… Nie powinnam była trzymać tego w takiej tajemnicy, ale naprawdę chciałam ci zrobić jak największą niespodziankę! – tłumaczy się z taką gorliwością, aż robi mi się niezręcznie. – To naprawdę jest studio masażu. Takie prawdziwe. Tylko… inne, niż te, które znasz. Tutaj… Znaczy…

Nie wierzę zupełnie w to, co widzę! Jedna z najbardziej zdecydowanych, pewnych siebie i asertywnych osób, jaką znam, rumieni się ze spuszczoną głową jak jakaś nastolatka, przyłapana na pokątnym upijaniu się babciną nalewką. Względnie – co bardziej pasowałoby do sytuacji – na publicznym dotykaniu się w miejscach wybitnie nieprzyzwoitych. Co gorsza, dzieje się to tak nagle i tak niespodziewanie, że nie wiem nawet, w jaki sposób mam zareagować.

– Oj, dajże już spokój! – zaczynam z udawanym oburzeniem, jednak widząc nerwową reakcję Amandy, szybko zmieniam ton. – Przecież nie mam do ciebie pretensji! Po prostu mnie zaskoczyłaś całą tą wyprawą i nie bardzo wiem, co teraz powiedzieć! Za to muszę się przyznać, że jak tak patrzę i patrzę, to zdecydowanie czegoś mi tutaj brakuje. Ale wydaje mi się, że już wiem, co to będzie za masaż! – Uśmiecham się szczerze, podnoszę na palcach i całuję ją w policzek.

– Bo ja naprawdę nie wiedziałam, jak mam ci to powiedzieć, więc stwierdziłam, że najlepiej nic nie będę mówiła i dopiero na miejscu… – przerywa nagle, po czym wyrzuca z siebie z wyraźną ulgą: – Tak! Masz rację! Tutaj masują nie tylko rękami, ale i resztą ciała!

– I tak bardzo się tego wstydziłaś? Serio ci się wydaje, że się zgorszę, jak jakaś foczka – nie jestem już w stanie powstrzymać chichotu – dotknie mnie kawałkiem brzucha, czy nawet majtkami? No wiesz co?

– No tak, tak, foczka, majtki… – Amanda zamyśla się na moment, lecz kontynuuje już z jej zwyczajową pewnością: – Dobra, bo my tu gadu-gadu, a ja muszę powiedzieć właścicielce, że jesteśmy! Zaczekaj chwilę, zaraz wrócę!

 

Niby sytuacja wydaje się jasna, jednak niespecjalnie mnie to uspokaja. Rozglądam się jeszcze raz po pokoju, próbując znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia dla rozbieganych myśli. Czytam napisy na stojących w równym rządku buteleczkach z olejkami, dotykam przyjemnie miękkich ręczników, a potem przenoszę wzrok na reprodukcje na ścianach. Rozpoznaję Łempicką, Rubensa, Boticellego, coś w stylu Picassa… Staram się zrozumieć, wedle jakiej logiki zostały powieszone, lecz jedynym punktem wspólnym, jaki odnajduję, jest tematyka w postaci kobiet. Mniej lub bardziej roznegliżowanych.

W tym momencie ma ukochana wraca do pokoju. Od razu rozpoznaję, że wrócił jej dobry nastrój, co zresztą szybko potwierdza, wpadając w swą ulubioną rolę dominującej despotki. Przeuroczej zresztą.

– Dobra, jestem już! No, bo czas leci, a my ciągle w ubraniach! Jeśli chcesz skorzystać z łazienki, to jest za tymi drzwiami – pokazuje mi palcem – a jak nie, to się rozbieramy!

Minutkę później, kiedy zostaję w samych tylko majtkach, dociera do mnie, że nie mam pojęcia, co dalej. Mam się położyć na podłodze? Zaczekać na masażystkę, która właściwie powinna już dawno nas przywitać? Odwracam się więc do Amandy, jednak znajduję ją nie w miejscu, gdzie przed chwilą stała, a właśnie leżącą na materacu. Bokiem. I nago. Zupełnie nago. Ona zaś patrzy na mnie z wyrazem politowania.

– Eee… – stękam, nie rozumiejąc kompletnie, o co chodzi. – To tak całkiem do zera?

– A widzisz tu jakieś ubranie? – Na potwierdzenie tych słów obraca się na brzuch, trzęsie pośladkami i dodaje z przesadną pretensją: – Kładź się tak, jak ja, i zakryj ręcznikiem. I przestać się wstydzić, no naprawdę!

Zgodnie z poleceniem ściągam rzeczone majtki i kładę się jakiś metr od niej, opierając czoło na poduszce w kształcie podkowy, po czym szczelnie przykrywam od dołu pleców, aż po połowę ud.

 

Pełną napięcia ciszę przerywa stukanie do drzwi, później skrzypnięcie, aż wreszcie dość niski, acz przyjemnie melodyjny, kobiecy głos:

– Dobry wieczór, moi drodzy goście! Mam na imię Ania i będę dziś waszą masażystką. Odprężcie się, dajcie mi chwilkę na ostatnie przygotowania, i za malutki momencik zaczynamy. Nie chcę na razie zdradzać zbyt wiele, jednak obiecuję, że uczynię wszystko, by nasze spotkanie pozostało na długo w waszej pamięci!

Mam ochotę podnieść głowę i zobaczyć autorkę owych deklaracji, jednak się powstrzymuję. Nadstawiam za to ucha, próbując zgadnąć, co się dokoła dzieje. Rozpoznaję kroki – ku mojemu zaskoczeniu dziwnie ciężkie, jakby po podłodze stąpała nie kobieta, a sporych gabarytów facet – stuknięcia butelek, świadczące zapewne o przygotowywaniu olejków, aż wreszcie nastrojową muzykę, która zaczyna sączyć się z głośników. Czyli, jak do tej pory, absolutnie nic podejrzanego.

Przez kolejnych parę chwil niewiele się wydarza, po czym czuję najpierw lekkie ugięcie materaca, a zaraz po nim dotyk przyjemnie ciepłych rąk, ślizgających się miękko po plecach. I nie tylko to, bo Ania znów się odzywa:

– Zanim przejdziemy do właściwego masażu, muszę jeszcze o czymś uprzedzić! O ile z panią Amandą już się znamy – przyznaję, że niespecjalnie dziwi mnie owe wyznanie, potwierdzające wcześniejsze przypuszczenia – o tyle tutaj będzie to nasze pierwsze spotkanie. Przyznam, że nie wiem, jakie szczegóły ujawniła pani Amanda, jednak najwyżej się powtórzę. Masaż, do jakiego za chwilę przejdę, oparty jest o masaż całym ciałem, i to zarówno masażystki, jak i osoby masowanej. Rozumiem jednak, że każdy ma swoją indywidualną wrażliwość, dlatego w każdej chwili można zgłosić mi wszelkie uwagi. Powiedzieć na przykład: „tak, więcej, chcę jeszcze”, jeśli coś będzie wyjątkowo przyjemne, bo właśnie na dawaniu przyjemności mamy się skupić, albo „nie, tutaj nie”, jeżeli dotykanie tego akurat miejsca nie będzie komfortowe. Zaznaczę jednak nieskromnie, że jestem dyplomowaną specjalistką w swojej dziedzinie, i jeśli pobudzę jakiś rejon ciała, to znaczy, że miało on zostać pobudzony. W taki dokładnie sposób, w jaki to robię. Czy wszystko jest zrozumiałe?

Z jednej strony niezbyt przypada mi do gustu taka wyraźnie wyuczona i znacząca na dobrą sprawę wszystko i nic formułka, lecz z drugiej strony… pewnie znowu nadinterpretuję! Tak, na pewno! Zwłaszcza że do dziś pamiętam panikowanie przed pierwszym swoim masażem w ogóle, na który Angela musiała mnie namawiać chyba z pół roku. Dlatego po zastanowieniu odpowiadam wreszcie:

– Wydaje mi się, że tak!

Poprawiam się ostatni raz i czekam na to, co zrobi Ania. Ona zaś polewa mnie olejkiem, który szybko i sprawnie rozsmarowuje po plecach. I ponownie, tym razem na udach i łydkach. I na barkach. I rękach. Potem, mimo mojego wzdrygnięcia, mocno skraca przykrywający mnie ręcznik, i dojeżdża dłońmi praktycznie do krawędzi pośladków.

– Poproszę o potwierdzenie, czy mogę zdjąć ręcznik? – mówi to tak spokojnie, jakby nie miała na myśli odsłonięcia całego mojego tyłka, a ilość sera do kanapki.

– Hmmm… Amando, czy to naprawdę konieczne? – pytam niepewnie, celowo zwracając się do niej, a nie masażystki.

– Cóż, teoretycznie nie, ale… uwierz, warto! – odpowiada takim tonem, że chyba i tak nie mam innego wyjścia. – I przestań się wreszcie wstydzić, no! I tak mało co widać!

W tym momencie nie wytrzymuję, podnoszę lekko głowę i otwieram oczy. Faktycznie, wszystkie kinkiety zostały zgaszone, a pokój rozświetlają jedynie lampiony, porozstawiane z rzadka dokoła materacy. Nie bez wysiłku powstrzymuję się przed odwróceniem wzroku, tylko ponownie zamykam powieki i, chcąc nie chcąc, pozwalam na wszystko.

 

Na podstawie dotyku samych tylko dłoni niewiele udało mi się wywnioskować. Przedramiona oraz łydki niby coś już sugerowały, lecz niewiele ponadto. Teraz jednak, gdy Ania przesunęła po mnie udami – a przynajmniej tak sądzę, że były to właśnie uda – mam pewność: te ciężkie kroki wcale nie były moim przywidzeniem. Ona jest… kobietą pełniejszej figury. Być może nawet bardzo pełniejszej, choć tego akurat w pełni ocenić wciąż nie mogę.

Nie powiem, że mnie to odrzuca, wręcz przeciwnie! Zastanawiam się natomiast, na ile było to celowe działanie Amandy, że wybrała właśnie taką, a nie inną masażystkę. Teoretycznie wie dobrze o mojej nieśmiałej słabości do „większych pań”, ale po pierwsze: to tylko słabość, w gruncie rzeczy ograniczająca się do spojrzeń w kierunku krągłości, a po drugie: czy naprawdę skojarzyłaby ten fakt? Raczej wątpię.

Nie mam jednak zamiaru tracić więcej czasu na te bezproduktywne rozważania, zwłaszcza że do dotychczasowego repertuaru cielesnego Ani dochodzi biust. Za pierwszym razem nie mam pewności, lecz kolejne przeciągnięcia dwoma symetrycznymi, całkiem sporymi ciężarami przez praktycznie całą długość ciała, nie dają się pomylić o niczym innym.

Mimo starań nie mogę powstrzymać się od przyjemnego westchnienia. Jakby w odpowiedzi na to Ania ponownie polewa mi plecy olejkiem – choć jak na mój gust i tak już jest za dużo – i dosłownie kładzie się na mnie. A ja wciąż nie mam pojęcia, jak właściwie na to zareagować…  Oczywiście, że z jednej strony wciąż się stresuję, lecz z drugiej nie mogę odmówić sobie czerpania przyjemności z samego faktu dotykania przez równie nagą, co apetyczną kobietę. Bardzo podniecającego dotykania przez jeszcze bardziej podniecającą kobietę, która z każdym ruchem staje się coraz odważniejsza.

Wprawne dłonie krążą po szyi i barkach, potem zsuwają się wzdłuż kręgosłupa, przez biodra, do ud. I tam pozostają. Masują mnie coraz dalej i dalej, jawnie zbliżając się do okolic bardzo intymnych. Na razie staram się nie reagować, lecz nie mam pojęcia, co stanie się za dosłownie kilka centymetrów. Co stanie się za chwilę. Co już się dzieje.

– Nie…

Dotyk paznokcia na samej krawędzi intymności wywołuje nie tylko bezwiedne spięcie mięśni, ale i całkiem świadomy protest. W odpowiedzi na niego Ania cofa się, jednak tylko na krótką chwilę. Ponownie skrapia mnie olejkiem, po czym, tym razem nie dbając już o żadne pozory, wsuwa mi palec pomiędzy pośladki.

 


Rozdział IV – Czekoladka walentynkowa


 

– Nie! Nie chcę! – rzucam, nie dbając już nawet o pozory grzeczności.

Nie mam najmniejszego zamiaru udawać, że to dla mnie zdecydowanie zbyt wiele! Podrywam się gwałtownie na łokciach, odczekuję moment, aż miną mi zawroty głowy, po czym obracam na tyle, ile pozwala mi ciężar na udach.

Nie wierzę zupełnie w to, co widzę. Patrzę bowiem na… Amandę, która zamiast leżeć grzecznie na materacu, pochyla się nade mną na kolanach. I to właśnie jej ręka, a nie oskarżanej o nie wiadomo jakie zberezieństwa masażystki, powoduje u mnie takie zmieszanie. Zamiast jednak w jakikolwiek sposób się do tego ustosunkować, mimowolnie przenoszę wzrok nieco dalej.

I dosłownie tracę oddech z wrażenia.

Zgodnie bowiem z podejrzeniami, Ania okazuje bardzo odbiegać od kanonów szczupłości. Tak bardzo, że mimo poprawności politycznej, nie mogę nazwać jej inaczej, jak apetyczną. Puszystą. Pulchną. Plus size. Big beautiful woman. Po prostu… grubą. Tak, właśnie tak! Już na pierwszy rzut oka młodszą od nas, niesamowicie pociągającą i o oszałamiającej wprost urodzie, zupełnie niepasującej do jakże pospolitego imienia, niemniej wciąż grubą. Grubaską. Do jasnej cholery! Czy raczej ciemnej, bo nie tylko figurę, ale i pełne usta, przyozdobiony złotym kolczykiem szeroki nos i cerę koloru kawy z mlekiem odziedziczyła po najwyraźniej mocno egzotycznych rodzicach.

Choć mam świadomość, że jest to z mojej strony szczyt bezczelności, taksuję ją wzrokiem. Od krótkiego boba, opadającego asymetrycznie na czoło, przez ogromne piersi i wcale nie mniejszy brzuch, po tak szerokie biodra, że Amanda zmieściłaby się w pasujących na nie majtkach ze trzy razy. Gdyby oczywiście były jakiekolwiek majtki, bo zamiast nich dostrzegam zgrabnie przystrzyżoną fryzurkę. Tlenioną tak samo, jak i górna, na jaśniutki blond.

Spuszczam zawstydzone oczy i próbuję odruchowo się wyrwać, jednak Amanda chwyta mnie za rękę i przytrzymuje w miejscu.

– To właśnie jest mój prezent dla ciebie! Podoba ci się? – mówi takim tonem, jakby to był nasz pierwszy raz.

– Taaak! – wypalam bez namysłu, po czym momentalnie się rumienię. – To znaczy… Ale dlaczego? – zadaję chyba najgłupsze z możliwych pytań.

– A nie domyślasz się? – Nie przestaje się aż na chwilę uśmiechać, co wcale mi nie pomaga.

Mimo wszystkich przeciwności, począwszy od kołyszących się na wyciągnięcie ręki cycków Ani, a na bardzo niegrzecznej dłoni Amandy skończywszy, próbuję w miarę logicznie ogarnąć ową kwestię. Próbuję. I niewiele ponadto, bo poddaję się już po paru sekundach. Fakt – pamiętam dobrze nie tylko nasze rozmowy o tym, jakie typy kobiet i mężczyzn najbardziej nam się podobają, czy przede wszystkim całkiem niedawną dyskusję o urozmaiceniu pożycia o ewentualny trójkąt, jednak przecież zawsze były to tylko rozmowy! I nic ponadto! A tymczasem nagle, praktycznie bez wcześniejszej zapowiedzi i po tylu latach całkowitej monogamii, ma najdroższa, jedyna i ukochana kobieta sprawia mi prezent w postaci… innej kobiety. I na dodatek wyraźnie zachęca do skorzystania z niego. Tutaj, teraz i w takiej formie, że na samą myśl zaczynam się rumienić. Owszem, teoretycznie wciąż jest to „masażystka Ania”, jednak coś mi się wydaje, że jeśli tylko zechcę, to na samym masażu wcale się nie skończy.

 

A może właśnie to jest najlepsze wyjście? Przecież Amanda nie zrobiłaby nic, do czego sama nie byłaby stuprocentowo przekonana. Jeżeli zabrała mnie na masaż erotyczny, może oznaczać to tylko jedno: chciała zabrać mnie na masaż erotyczny. Podobnie wybór kogoś o tak nietuzinkowej urodzie jak Ania na pewno został dokonany całkowicie świadomie i z pełną premedytacją. Bo tak! I naprawdę nie muszę pytać o takie rzeczy, by doskonale znać odpowiedź.

A skoro tak właśnie jest… Przymykam oczy, oddycham głębiej raz, drugi i trzeci. Po czym, nie chcąc przedłużać, mówię wprost:

– Tak, podoba mi się! Jest wspaniały! Cudowny! Obie jesteście cudowne! – W tym miejscu spoglądam wymownie na wciąż siedzącą na mnie masażystkę. – Tylko… ja nie wiem, czy mogę go przyjąć. Przecież ja nigdy… no wiesz…

Amanda, widząc moją reakcję, nagle poważnieje. Nie zważając na obecność Ani, przytula się i obejmuje mnie za szyję. Całuje w policzek. Przeciąga palcami po włosach i szepcze cichutko:

– Wstydzisz się?

W odpowiedzi kiwam tylko lekko głową. Jednocześnie jednak nie mam zamiaru dłużej ciągnąć tego irytującego i w gruncie rzeczy zupełnie zbędnego teatrzyku. Ufam Amandzie jak nikomu innemu i pragnę odwdzięczyć się takim samym zaufaniem. Poza tym… Tak, Ania mi się podoba! Niesamowicie mi się podoba! Mimo że widzę ją pierwszy raz w życiu, mogę bez ogródek stwierdzić, że jej pragnę. Tak czysto fizycznie. A że druga okazja na urzeczywistnienie takiej fantazji może się już nie powtórzyć, wniosek nasuwa się sam: muszę zebrać w sobie tyle odwagi, ile tylko jestem w stanie.

– Tak, wstydzę się. Ale już dłużej nie chcę. Nie przy tobie! – Oddaję pocałunek. – Dlatego jeszcze raz dziękuję wam obu i… oddaje się całkowicie w wasze ręce!

Amanda przez moment patrzy mi w oczy, jakby zastanawiając się, czy dobrze rozumie. Po czym znów się uśmiecha. Wybitnie nieprzyzwoicie.

– Co więc myślisz, Aniu, skorzystamy z tak hojnej oferty? I zrobimy wszystko, co tylko chcemy? – chichocze, jakby opowiedziała niezły dowcip, i nie czekając na odpowiedź pytanej, bez ogródek mi rozkazuje: – W takim razie uklęknij!

 

Zanim znów niepotrzebnie stchórzę, odwracam się na powrót na brzuch, po czym podnoszę na łokciach. Amanda zaś, zamiast zgodnie z moimi oczekiwaniami przejść do teraz już całkowicie jawnych pieszczot, wstaje i siada przede mną. Odchyla się lekko do tyłu, rozchyla uda i sięga pomiędzy nie dłonią, rozchylając palcami kobiecość tak wilgotną, że widzę to wyraźnie nawet w migoczącym świetle świec.

Nie czekając na dalsze zaproszenia, opuszczam głowę. Zbieram ciągnącą się lepkość językiem, jednocześnie wyczekując, co właściwie ma teraz zamiar zrobić Ania. Ona zaś także mnie zaskakuje, kontynuując to, co zaczęła Amanda. Z początku postępuje niezwykle ostrożnie, wyraźnie badając moje reakcje i próbując określić granicę, do której może się posunąć. Z każdą kolejną chwilą pozwala sobie jednak na coraz więcej, aż w końcu pobudza mnie od tyłu obiema dłońmi. Tu lekko pomizia, tam mocniej naciśnie, gdzie indziej zatoczy kilka całkiem przyjemnych kółeczek… Niezależnie od tego, czy nazwę to jeszcze masażem erotycznym, czy już jawnymi pieszczotami, nie mogę zaprzeczyć, że jest mi naprawdę bardzo przyjemnie! Chyba nawet aż za bardzo, bo zaczynam się bać o własne reakcje. A co, jeśli się nie powstrzymam i nagle dojdę? Owszem, niby nie raz i nie dziesięć zdarzało mi się to wcześniej, ale…

Jakby tego było mało, w tym właśnie momencie ma najdroższa chwyta mnie za włosy i przyciąga do siebie. Mam świadomość, co za moment nastąpi, dlatego tym bardziej skupiam się tylko i wyłącznie na dawaniu jej jak największej przyjemności. Rozchylam ją językiem jeszcze szerzej, ostrożnie chwytam wargami pulsującą perełkę i ssę tak, jak najbardziej lubi.

Owszem, może Amanda nie przeżywa orgazmu tak mocno i długo, jak przed paroma godzinami, za to sporo głośniej. Zdecydowanie nie szczędzi nam odgłosów ze swego naprawdę bogatego repertuaru, zupełnie ignorując fakt przebywania w najzwyklejszym bloku o cienkich ścianach. A gdy już wyraźnie ma dość, wówczas przerywam pieszczoty, podnoszę się i uśmiecham z nieukrywaną satysfakcją na widok maślanych oczu. Po prawdzie mam ochotę, by położyć się przy niej i po prostu poleżeć, lecz muszę przecież pamiętać o Ani. Nie, że wstydzę się takich czułości wobec ukochanej, jednak chcę docenić jej zaangażowanie, a takie nagłe zajęcie się jedynie Amandą może być odebrane jako co najmniej lekceważące.

 

Sama zainteresowana ma jednak najwyraźniej inne plany, bo rozwiązuje mój dylemat, rozkazując:

– Połóż się na plecach!

Takiemu poleceniu zdecydowanie nie mogę się sprzeciwić! Chcąc nie chcąc odsuwam się więc od wciąż masujących mnie dłoni, obracam i poprawiam parokrotnie na śliskim materacu. Amanda natomiast robi coś, co dokumentnie zbija mnie z tropu. Podchodzi na czworakach do Ani, szepcze jej coś na ucho i… całuje. W usta. Naprawdę długo, aż obie nie mogą złapać oddechu. Po czym pomaga jej wstać i usadza z powrotem na mnie. Tym razem jednak nie na udach, a piersi.

– Powiedziałam ci wyraźnie, że nie tylko masaż jest moim prezentem dla ciebie, ale i sama Ania! – powtarza zachrypniętym głosem. – I zależy mi na tym, żeby i jej było przyjemnie. Rozumiesz? Dlatego… dotykaj jej. Pobudzaj. Pieść. Zrób jej dobrze. Zrób jej to! Zrób to dla mnie! Proszę. Bardzo mi na tym zależy…

Niby słyszę i rozumiem doskonale, czego ode mnie żąda, jednak nie mogę się przemóc. A przynajmniej nie tak od razu. Walczę ze sobą dłuższą chwilę, próbując zebrać myśli. Tym bardziej że nie rozumiem już zupełnie relacji między nimi dwiema – z jednej strony niby trzymają się na dystans, podkreślony „panią Amandą”, a z drugiej właśnie przelizały się jak para nagrzanych lachonów na szkolnej dyskotece. Jakby tego było mało, rozpraszają mnie jeszcze pulchne, ociekające namiętnością płatki, rozchylone szeroko o dosłownie centymetry od twarzy.

Walczę z przemożną ochotą, by od razu wsunąć pomiędzy nie palec, w czym wcale nie pomaga mi Amanda, która w międzyczasie rozgościła się wygodnie pomiędzy moimi nogami. Jej usta wędrują przez wewnętrzną stronę ud, później zataczają łuk po dole brzucha, po czym powracają niżej. Pełne pożądania wargi pobudzają mnie coraz odważniej, wspomagane nie tylko przez zwinny język, ale i palce obu rąk.

Dopiero w tym momencie zdaje sobie w pełni sprawę, ile podniecenia zebrało się we mnie od poranka. Od wczoraj. Od przedwczoraj. Od… jakby nie patrzeć, to od naszych ostatnich namiętności minęło już parę ładnych dni. Do tego jeszcze dochodzi cała ta sytuacja masażowo-masażystkowa, która mimo początkowych stresów i obiekcji kręci mnie tak mocno, że…

Dlatego właśnie przestaję wreszcie udawać, jak wielką mam ochotę na cudownie apetyczną, siedzącą na mnie okrakiem kobietę. Na Anię. Przeciągam dłońmi po całym jej ciele, rozkoszując się każdą napotkaną krągłością. Nie mam najmniejszego zamiaru teraz roztrząsać, czy to tylko chwilowa reakcja na nieznane, czy naprawdę mam jakiś fetysz na punkcie pełnych kształtów jako takich, ale aż mną trzęsie. Obejmuję falujący pod najmniejszym dotykiem brzuch. Chwytam jedną po drugiej ponętne fałdki na bokach. Podnoszę ciężkie, opadające swobodnie piersi o ciemnych, mocno nabrzmiałych sutkach. Coraz odważniej zmierzam w kierunku oczekującej mnie intymności, aż wreszcie przeciągam po niej palcem. I jeszcze raz. I ponownie.

Jedną dłonią próbuję okiełznać kołyszący się biust, a drugą zaczynam otwarcie pieścić kobiecość Ani. Co prawda gdzieś z tyłu głowy wykwita mi równie nagła, co nieprzyzwoita myśl, by całkowicie poddać się chwili i użyć nie tylko palców, ale i ust oraz języka, lecz szybko stwierdzam, że tego byłoby już zbyt wiele. Zwłaszcza że nie mam już ani siły, ani chęci, by dłużej się powstrzymywać przed pulsującym pomiędzy nogami podnieceniem.

Pierwsza fala spełnienia jest spokojna, niemalże rozczarowująca, lecz zaraz po niej nadchodzi druga. I kolejna. Każda potężniejsza od poprzedniej. W pewnym momencie nie jestem już w stanie kontrolować reakcji organizmu i poddaję się całkowicie rozsadzającemu orgazmowi. Nie mam nawet do końca świadomości, co właściwie robię. Chyba próbuję się wyrwać spod ciężaru Ani, na pewno coś pokrzykuję, a jakby tego było mało, tryskam tak obficie, aż czuję mokre ciepło na własnych udach. Nad tym, jak musi wyglądać właśnie twarz Amandy, wolę się nie zastanawiać.

 

Ledwo żyję. Staram się co prawda ignorować zarówno zmęczenie, jak i coraz bardziej przyduszający nacisk pulchnego ciała, lecz coraz wyraźniej opadam z sił. Nie wiem, ile jeszcze dam radę dopieszczać Anię, a przecież nie mogę jej zawieść i pozostawić samej w pół drogi do rozkoszy! Pragnę sprawić taką przyjemność, na jaką zasługuje. Chcę to zrobić nie tylko dla niej i dla Amandy, ale i dla siebie. Udowodnić sobie samolubnie, że nie tylko mojej wieloletniej partnerce, którą przecież doskonale znam, jestem w stanie zrobić naprawdę dobrze, lecz także osobie całkowicie nieznanej. Co innego jednak chęci, a co innego rzeczywistość…

I wówczas na pomoc przychodzi mi nikt inny, jak właśnie Amanda. Przysiada nade mną i obejmuje teraz już nie masażystkę, a naszą wspólna kochanicę od tyłu. Chwyta jedną dłonią za biust, wbijając palce głęboko w miękkie ciało, drugą zaś schodzi od razu ku dołowi. Potrzebujemy chwili, by się dopasować, lecz szybko łapiemy wspólny rytm – Amanda wsuwa w wilgotną kobiecość już trzeci palec, podczas gdy ja pocieram ją kciukiem.

Dopieszczana tak Ania pojękuje coraz głośniej, wyraźnie zadowolona z naszych starań, lecz wciąż wydaje się, jakby wciąż czegoś jej brakowało… I wtedy, całkowicie przypadkiem, zsuwam dłoń z jej piersi na brzuch. Niby drobny, pozornie nieznaczący gest, a powoduje  wyraźne drżenie. Zaskakuje mnie to o tyle, że przecież wcześniejsze mizianie nie wywołało takiego efektu, a tymczasem teraz… Chcę jednak mieć pewność i dlatego, tym razem całkowicie celowo, kładę na nim także drugą rękę. W tym momencie mam już pewność – Anię to podnieca! Naprawdę mocno!

Przyznaję, że z początku szczerze mnie to dziwi, lecz po chwili stwierdzam, że właściwie dlaczego by miało? Równie dobrze mogłaby czerpać przyjemność z pieszczenia stóp, szyi, uszu czy czegokolwiek innego, natomiast w jej konkretnym przypadku nieoczywistą strefą erogenną jest najwidoczniej właśnie brzuch. A ja mam zamiar to wykorzystać.

– Aniu – zaczynam ostrożnie, czekając na reakcję – mogę zapytać niedyskretnie, czy jest ci tak przyjemnie?

By dodać mym słowom wiarygodności, celowo ściskam krągłości między palcami. W odpowiedzi ściskana spogląda na mnie i bez namysłu stęka:

– Tak…

Od tej chwili wszystko dzieje się tak szybko… Pieszczę falujący miękko brzuch Ani, próbując chwycić jak najwięcej ciała. Miętoszę ją, ugniatam i masuję, tak by czerpała z tego jak najwięcej przyjemności. Ona natomiast przenosi rękę Amandy z kobiecości na uwolnioną przeze mnie pierś i także zachęca do energiczniejszego pobudzania. Sama zaś, nie zważając zupełnie na moje podniecone spojrzenie, ślini palce i bez dalszych wstępów zaczyna robić sobie dobrze. Obiema dłońmi jednocześnie.

Zazwyczaj z dużą rezerwą i jeszcze większym politowaniem słucham niestworzonych opowieści, jak to kobieta „dochodzi w kilka sekund”, jednak tutaj i teraz dzieje się to naprawdę. Na moich oczach. Po ledwie paru chwilach takiego symultanicznego dopieszczania Ania napina się, pochyla, zamyka oczy i… już? Nie krzyczy na cały blok, nie wzywa nikogo nadaremno, nie wierzga jak dzika klacz w rui, nic z tych rzeczy! Przeżywa spełnienie w sposób, jaki najwidoczniej jest dla niej najodpowiedniejszy, najbardziej naturalny i sprawiający największą przyjemność – w tym przypadku spokojnie, długo, nigdzie się nie spiesząc i ledwie tylko pomrukując cichutko.

W końcu wiotczeje i opada na mnie bezsilnie. Z niekłamaną przyjemnością obejmuję wciąż śliskie od olejku, przecudnie ponętne ciało, starając się nie tylko okiełznać żar, na powrót rozpalający mi biodra, ale i… odetchnąć. Co nie jest wcale takie proste. Nie chcę jednak bezczelnie prosić Anię o zejście, ani tym bardziej próbować ją mniej lub bardziej dyskretnie z siebie zepchnąć. W zamian podążam dłońmi coraz wyżej – od pełnych bioder, przez uroczo pofalowane boki, do szyi. Miziam ją czule za uchem, przeczesuję palcami włosy, dotykam kciukiem kącika ust.

Przymykam oczy.

 

Nie mam pojęcia, co stanie się jutro. Może Amanda będzie miała mi za złe tak jawne okazywanie czułości mimo wszystko całkowicie obcej kobiecie? Może to mnie dopadną wyrzuty sumienia, że tak mocno i szczerze mnie ona podnieciła, choć przecież nie powinna? A może okaże się, że nie tylko zaczniemy częściej odwiedzać Anię, ale wręcz zaprosimy ją do siebie? I to nie tylko na masaż czy w gruncie rzeczy całkiem niewinne pieszczotki palcami, lecz także… Tak, na seks! Otwarty, nieskrępowany niczym seks! Dokładnie taki, jaki sobie wymarzymy! Zaczniemy od oralnych zabaw w każdą możliwą stronę i w każdej możliwej pozycji. Później zrobimy przegląd całkiem sporej kolekcji naszych gadżecików – zarówno tych grzeczniejszych, jak i bardziej nieprzyzwoitych. Kto wie, być może nawet spróbujemy lekkiego klimatu? Tu trochę dominacji, tam uległości, jakieś ostrożne wiązanie czy parę mocniejszych klapsów…

W tym momencie, nie chcąc zabrnąć w owych fantazjach zbyt daleko, podnoszę powieki i skupiam wzrok na wciąż leżącej na mnie Ani. Na jej podniesionych w rozmarzonym uśmiechu, pełnych policzkach. Nieco rozmazanym makijażu przymrużonych oczu. Opadającej na czoło, tlenionej grzywce.

Obracam głowę i spoglądam na Amandę, która w międzyczasie wstała i zalega wygodnie obok w pozie godnej królowej. Milcząco chwytam ją za dłoń, splatam palce i ponownie dotykam twarzy nowej… znajomej? Towarzyszki? A może faktycznie kochanki?

Nie mam pojęcia, co stanie się nie tylko jutro, ale nawet za kilka chwil. Pragnę jednak całym sercem, by ta teraz trwała jak najdłużej. Pełna czułości, ciepła i niewymuszonej subtelności. Tylko dla nas.

 




 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

 


 

Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę, będzie mi niezmiernie miło gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

Agnessa

Ten tekst odnotował 9,283 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.68/10 (15 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Komentarze (3)

+2
0
Agnessa w swoim stylu i wysokiej formie. Opowiadanie bardzo mi się podoba i przeczytałem go z prawdziwą przyjemnością. Brawo.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
A dziękuję Darjimie, miło mi. Choć nie do końca sie zgadzam, bo:
- owszem, mam jakiś tam swój styl, jednak ostatnio staram się mniej szaleć z literacką barokokokowością, choćby przez ograniczanie zdań piętrowo złożonych.
- forma to była, ale chyba zeszłej wiosny. Nie wiem, na ile widać to w tekście, ale jakoś ciężko mi się ostatnio pisze. Pomysły są, warsztat nawet udało mi sie podszkolić, ale jakoś brakuje tej swobody, takiego "flow" w pisaniu.
Niemniej staram się i... przygotowuję już powoli tekst na kolejną podobną okazję, zbliżającą się wielkimi krokami 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Skoro tak twierdzisz 😃
Pozdrawiam.
Zgadzasz się z tym komentarzem?

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.