Czarci Jar (VI). Koniec

5 lutego 2016

Opowiadanie z serii:
Czarci Jar

Szacowany czas lektury: 39 min

Ta część może być nieco inna. Mam nadzieję, że nie rozczaruje tych, którzy polubili Czarci Jar. Muszę przyznać, że byłem już zmęczony tą serią i czułem presję żeby ją zakończyć. Była przewidziana na cztery części...

Tragedia, która wydarzyła się w Czarcim Jarze tak niespodziewanie, wstrząsnęła gośćmi. Przygaszeni ludzie sprawiali wrażenie, jakby się obawiali, że Śmierć wciąż przechadza się pod ich oknami, upewniając się, czy to już wszystko, co miała tutaj do załatwienia. Kto wie, może nawet stała pośród gapiów tamtej upiornej nocy? Podobno morderca lubi odwiedzać miejsce zbrodni, której się dopuścił, a ja kto jest z kostuchą?

Mirka straciła apetyt. Śniadanie okazało się mdłe i pozbawione smaku. W głowie kłębiły się jej myśli, które sprawiały, że czuła się cięższa o dwadzieścia kilo. Zastanawiała się nad Janką, którą – była tego pewna – widziała tamtego poranka. Zastanawiała się również nad tym, czy samobójstwo tamtych dwojga to przypadek, czy nie. Być może nie oni mieli paść ofiarą? Poczuła, jakby ktoś założył jej na plecy kożuch nasączony wodą. Przygarbiła się nad stołem. Jak to możliwe, że jednego dnia człowiek chodzi, rozmawia, myśli i snuje plany na przyszłość, a za chwilę leży bez życia ze szklanym wzrokiem wbitym w niebo.

Rafał obserwował swoją towarzyszkę uważnie. Wyglądała, jakby cała krew spłynęła jej z twarzy i schowała się gdzieś w bezpiecznym miejscu. Dostrzegł teraz znacznie więcej piegów niż normalnie. Była bardzo spięta. Wyczuwał to wyraźnie. Tak wyraźnie jakby niepokój dziewczyny przybrał ludzką postać i usiadł z nimi przy stoliku.

– Nie będziesz jadła?

– Nie przełknę nawet kęsa – odsunęła od siebie talerz.

– Odnoszę wrażenie, że chcesz mi coś powiedzieć – wbił w nią skupiony wzrok, wierząc, że to wystarczy, żeby wyłuskać z jej głowy wszystkie tajemnice.

– Coś przed tobą ukryłam, wiesz? – nie wytrzymała, musiała się otworzyć.

Mężczyzna poczuł, jak krew spływa mu do stóp. Wszystkiego się spodziewał, ale nie tego. To jak powtórka z rozrywki. Kolejna pieprzona tajemnica. Zęby same zacisnęły mu się i niemal zazgrzytały. Nie potrafił nad tym zapanować, zupełnie jakby złapał go szczękościsk. Mięśnie napięły się, a sztućce wysunęły z rąk i upadły cichutko na biały obrus.

– Wydaje mi się, że widziałam tutaj Jankę.

– Możesz powtórzyć? – zamrugał nerwowo. – Bo chyba się przesłyszałem.

– Nie przesłyszałeś się. To było w naszym pokoju. Spojrzałam przez okno i zauważyłam dwie kobiety w tych dziwnych strojach. Pewnie to były dwie pracownice hotelu. Rozmawiały ze sobą, a ja poczułam coś... coś jak szósty zmysł, wiesz?

– To wszystko? – czekał w napięciu, mówił niewyraźnie, szczęka wciąż nie chciała się rozluźnić.

– Nie. Jedna z nich zachowywała się dokładnie jak Janka. Gestykulowała w ten sam sposób. Dokładnie jak ona. I nagle chyba też coś poczuła... – jej wzrok stał się szklisty, zamglony, a Rafał pomyślał, że właśnie w tej chwili przed jej oczami przewijają się kadry owego wspomnienia. Przez chwilę nawet miał irracjonalne wrażenie, że jeśli skupi się bardziej, zobaczy je jak film wyświetlany na ścianie. – Odwróciła się, nagle i spojrzała prosto w nasze okno. To była Janka. Przysięgam.

Przez chwilę milczeli. Rafał trawił usłyszane informacje i starał się rozluźnić szczękę. Nie było to łatwe.

– Przede wszystkim Mirka – nareszcie cholera puściła. – Prosiłem cię, żebyśmy niczego przed sobą nie ukrywali, tak? – odczekał, aż przytaknie. – Po drugie, zanim następnym razem użyjesz słowa tajemnica, zastanów się, czy można to powiedzieć inaczej. Chyba że chcesz mnie wykończyć. Zapomniałaś już, jak nienawidzę tajemnic?

– Pamiętam – zamrugała skruszona.

– Po trzecie, pewnie przyciągnęłaś wzrok przypadkowej kobiety, w którą się wpatrywałaś. Ludzie wyczuwają takie rzeczy, wiesz o tym, prawda?

– Nie prawda... to znaczy tak wiem o tym. Ale to była ona, mówię ci.

– Dość tego – przerwał stanowczym tonem, uderzając pięściami w stół. Swoją drogą nawet nie pamiętał, kiedy je zacisnął. Kilka osób odwróciło się na chwilę w ich stronę. – Powiem ci tyle. Wykorzystaj ten dzień na relaks. Wybierz się ze swoją nową koleżanką Leną na jakieś relaksacyjne zabiegi, a jutro zbieramy się stąd. Definitywnie.

– Ale...

– Definitywnie Mirka.

*

Szarość dnia wlewała się przez okno. Smętne światło przywodzące na myśl brudną, mętną wodę muskało drewniane meble, rzucało na podłogę iluzoryczny kwadrat, który częściowo zachodził na przeciwległą ścianę. Seweryn zwilżył twarz ciepłą wodą i wycisnął krem do golenia na pędzel z końskiego włosia. Lena zbierała się do wyjścia.

– O której wracasz? – mężczyzna wychylił głowę przez próg, zaglądając do pokoju.

– Nie czekaj na mnie skarbie. Rozmawiałam z Mirką. Wygląda na to, że jej chłopak chce jutro wracać, z czego dziewczyna nie jest zbytnio zadowolona. Zamierzamy zaliczyć tyle zabiegów, ile się da. Nie masz nic przeciwko temu, że zjem z nią obiad?

– Nie skąd.

– Polubiłam ją, naprawdę. – Uśmiechnęła się do męża. – Zobaczymy się na kolacji w karczmie.

Podeszła do niego, kiedy kończył nakładać białą pianę. Ostrożnie pocałowała go w usta, tak żeby nie upaćkać się kremem. Udało się. Zawsze to potrafiła. Pomachała mu na pożegnanie i po chwili zamknęła za sobą drzwi. W pokoju zaległa cisza.

Seweryn wyszedł z łazienki i nagle stwierdził, że nie wie, co ze sobą zrobić. Spojrzał w okno. Niebo miało taki kolor jakby właśnie była piąta rano, spojrzał na zegarek. Dochodziła dwunasta w południe. Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że lada chwila się rozpada. Powietrze stało się ciężkie. Kręcił się po pokoju, rzucając cienie tu i tam. Wreszcie stwierdził, że pójdzie na spacer. Nie miał ochoty na długą wycieczkę. Zastanowił się chwilę i nagle przypomniał sobie żwirową ścieżkę prowadzącą najprawdopodobniej wokół hotelu. Jeszcze tam nie zaglądał. Musiał wyjść na zewnątrz. Cisza tutaj była zbyt... zabrakło mu właściwego określenia. Zbyt martwa, kolego – podpowiedział mu wewnętrzny głos, a on zgodził się z nim.

Wyszedł na zewnątrz i wciągnął powietrze, w którym czuć było zapach ziemi, leśnej ściółki, igliwia i – zamyślił się chwilę – chyba żywicy. Ciężka aromatyczna mieszanka. Zapalił papierosa, postawił kołnierz bluzy i wbił ręce do kieszeni. Ruszył przed siebie. Lena nie lubiła, kiedy chodził z papierosem w ustach. Uważała, że to nie licuje z jego statusem. Poczuł się znowu jak mały chłopiec, który ściąga czapkę, gdy tylko znika matce z oczu. Lubi, nie lubi, przecież jej tutaj nie ma, prawda? – wewnętrzny głos zdjął z niego poczucie winy.

Było szaro i dżdżysto. Ciemne, ciężkie chmury widziały tuż nad jego głową. Jedne były sine inne białe, a pozostałe szare, brudne jakby powstały z rynsztoka. W dodatku wyglądały, że są na wyciągnięcie ręki. Musiał powstrzymać absurdalną chęć wyciągnięcia w górę ręki. Mżawka była delikatna. Praktycznie niezauważalna. Była jak rak czy inne paskudztwo, które, choć z pozoru jest niewidoczne, nie zmienia faktu, że cały czas jest. Żwir chrzęścił mu pod stopami, a wypuszczany dym sprawiał wrażenie, że zostanie w powietrzu na zawsze. W ogóle nie było wiatru.

Mniej więcej w połowie drogi zauważył, że z drewnianych bali wychodzi ściana szkła. Jakby ktoś wkomponował w hotel małą szklarnię. Podszedł bliżej i przysunął nos do szyby. Ze względu na wilgoć nie widział wszystkiego tak dokładnie, jakby chciał, jednak z całą pewnością był tam kominek, w którym płonął ogień. Zauważył też co najmniej dwa fotele, sofę i niewielki stoliczek. Było też kilka zielonych drzewek w ogromnych donicach. Nie widział ich co prawda, ale założył, że tak musi być. Toż to najprawdziwsza oranżeria. Zgasił papierosa i dla odmiany zaciągnął się świeżym powietrzem. Poczuł zapach szyszek i naszła go ochota, żeby usiąść tam, gdzie przed chwilą patrzył. Najlepiej przy kominku ze szklaneczką whisky. Lena przytaknęłaby mu. To przecież licuje z jego statusem. Z ich statusem.

W hotelu zagaił pierwszą napotkaną pracownicę. Opowiedział jej o swoim najnowszym odkryciu. Był gotów zapłacić dodatkowo, żeby go tam wpuściła i poczęstowała najlepszą whisky, jaką mieli. Ku jego zaskoczeniu, jej blisko osadzone oczy nie wyrażały zdziwienia. Wręcz przeciwnie, na wąskich ustach kobiety przemknęło coś, co od biedy można by nazwać uśmiechem. Kazała mu iść za nią.

W oranżerii było ciepło i przyjemnie. Zajął miejsce w skórzanym fotelu, w którym zatopił się wygodnie. Okazał się większy, niżby wcześniej przypuszczał. Za szybą, tam gdzie wcześniej stał i przyglądał się wnętrzu, widział w oddali las. Widok był trochę zniekształcony przez krople spływające po szybie. Przyjrzał im się przez chwilę. Spływały w dół, ciągle zmieniając kierunek. Jak myszy w labiryncie, pomyślał i odebrał od kobiety ciężką grubą szklaneczkę. Była wypełniona bursztynowym płynem niemal do połowy, a to już rozpusta.

– Dwudziestopięcioletnia whisky, wyłącznie dla wyrafinowanych gości – głos pracownicy zabrzmiał nad wyraz sympatycznie, łaskocząc jego ego.

– Dziękuję.

Kobieta skinęła głową i dorzuciła do ognia kilka zielonych gałązek. Strzeliły iskry, coś zaskwierczało. Po chwili poczuł intensywny przyjemny zapach. Został sam. Usadowił się wygodnie, podsunął szklankę do nosa i wciągnął aromat. Na twarzy zakwitł mu uśmiech. Sięgnął po cygaro, zapalił i spróbował whisky. Odniósł wrażenie, że zielone drzewka – które w istocie rosły w donicach – wstrzymały oddech wraz z nim. Uznał, że właśnie dla takich chwil warto żyć.

*

Rafał szedł przed siebie. Czuł, że jego myśli rozpraszają się i nie mógł zrozumieć dlaczego. Nie chciał nikogo widzieć. Potrzebował odrobiny samotności. Musiał pozbierać myśli, tylko tyle. Może to przez pogodę? Spojrzał w niebo na skłębione, pierzaste chmury. Wyglądały jak wzburzone morze. Niemal zakręciło mu się w głowie.

Nogi same go prowadziły, jakby szedł na autopilocie. Nie myślał o tym, dokąd zmierza, po prostu szedł. Zatrzymał się, kiedy był na skraju lasu. Rozejrzał się dookoła i zrozumiał, gdzie jest. Ruszył pod górę i po chwili, klucząc między drzewami, dostrzegł schody prowadzące do jaskini. Trochę wyżej majaczyła czarna dziura w skale. W jakiś niezrozumiały sposób przyciągała go.

Wahał się chwilę, ale skoro nikogo tutaj nie było poza nim, postanowił, że tym razem zbada prawdziwą naturę jaskini. Przekona się, co się tam kryje. Kto wie, może nawet dowie się, do kogo wznoszą modły mieszkanki Czarciego Jaru. Oczami wyobraźni zobaczył upiorną procesję zakapturzonych postaci, jak idą nocą przez las z pochodniami i kolejno znikają w jaskini. Przeszył go dreszcz, ale też ogarnęła ciekawość. Tylko zajrzy tam na chwilę, a jutro już ich tutaj nie będzie. Zatrzymał się dopiero przed samym wejściem. W głębi majaczył gęsty mrok. Przekroczył próg, ostrożnie czując, że serce mu przyspiesza. Poczuł, że stoi na progu tajemnicy Czarciego Jaru. Był pewien, że serce tego miejsca bije właśnie tutaj.

Jednak ten mrok, był tak cholernie gęsty... wręcz namacalny. Wysunął dłoń przed siebie. Poczuł, jakby włożył rękę w ciepły budyń. To miejsce zdało mu się nasycone ciemnością do nienaturalnych rozmiarów. Jakby mrok miał tutaj swoją konsystencję. Muskał go po skórze. Zrobił jeszcze krok w przód.

Było tu ciemno, ciepło i wilgotno w dodatku pulsowało mu w skroniach, choć miał wrażenie, że to ściany pulsują. Gdzieś tutaj musiały być. Nie widział ich, było zbyt ciemno, ale przecież... nagle doznał olśnienia. Ciepło, wilgoć... przecież to zupełnie jak... poczuł tępe uderzenie w tył głowy i pogrążył się w niebycie.

*

Seweryn wiedziony wewnętrznym przeczuciem zerknął w stronę okien. Ktoś tam się przechadzał. Widział mężczyznę z rękami w kieszeniach i papierosem w ustach. Widok zaintrygował go, choć jeszcze nie uświadomił sobie dlaczego. Tamten człowiek podszedł do szyby i zajrzał do środka. Mężczyzna w jednej chwili zrozumiał, że patrzy na siebie samego tyle, że sprzed kilkunastu minut.

Zerwał się i obudził. Mój Boże, jakież to dziwne uczucie. Dał sobie czas na uspokojenie oddechu. Potrząsnął głową i rozejrzał się dookoła. W kominku wciąż płonął ogień. Za oknem nie dostrzegł nic poza zielenią. Był tutaj sam. Tak lepiej. Serce wróciło na swoje miejsce i zaczęło wybijać znany mu rytm. Jak mógł tak zasnąć? Cygaro zgasło odłożone do popielniczki. W szklance dostrzegł resztki alkoholu na dnie. To się świetnie składa. Nachylił się, sięgnął po nią i opróżnił. Wtedy ktoś wszedł.

Kątem oka dostrzegł habit, później twarz kobiety, która coś mu mówiła. Gdzieś już ją spotkał. Mózg zakręcił mu się niczym tablica koła fortuny i zapadka zatrzymała się na polu z napisem...

– Zoja?

– Dokładnie tak. Miło, że mnie pan zapamiętał.

– Co ty tutaj robisz?

– Właśnie skończyłam pracę i pomyślałam sobie, pójdę i zobaczę czy nie wpadnę gdzieś na tego przystojnego mężczyznę, którego poznałam w lesie.

– Jakiego mężczyznę? – mimo wszystko czuł, że ma ociężały umysł.

– Pana.

Zaczerwienił się i na chwilę spuścił wzrok. Prawdę powiedziawszy taką miał nadzieję, że chodzi jej o niego, tyle że tak ciężko było mu zebrać myśli, co było zaskakujące, biorąc pod uwagę, jak szybko przypomniał sobie jej imię.

– Widzę, że jest pan w szczególnym nastroju, panie Sewerynie.

– W szczególnym nastroju – powtórzył za nią, jakby chciał przemyśleć te słowa. – Tak, sądzę, że tak właśnie jest.

– Pamięta pan moją propozycję? Tę o innych rozrywkach?

Pamiętał, a jakże. Przyjemna ciepła fala spłynęła mu na podbrzusze. Byłoby zabawne, gdyby miała na myśli coś niewinnego. Ona nie ma na myśli nic niewinnego i ty o tym doskonale wiesz – odezwał się ten sam głos, co wcześniej.

– Pamiętam, oczywiście...

– Po drodze minęłam pańską żonę, która zdaje się doskonale bawić na zabiegach. Więc?

– Więc? – nie zrozumiał.

– Więc, czy to nie jest właśnie ta chwila?

– Sam nie wiem – doskonale wiedział, nie chciał wyjść na kogoś, kto rzuca się na pierwszą lepszą propozycję. – Lena nie byłaby...

– Może i nie byłaby, ale jej tutaj nie ma, prawda? – te słowa, gdzieś je już słyszał; ale jej tutaj nie ma, prawda? Nagle uświadomił sobie, że to były jego własne słowa, wewnętrzny głos.

Nie był już pewny czy kobieta powiedziała to, co jemu się wydawała, że powiedziała.

– Nie ma pan ochoty na towarzystwo ludzi, ma pan za to ochotę na coś wyrafinowanego. Coś innego, mam rację?

– Coś wyrafinowanego, to brzmi obiecująco... – myśli, te pieprzone myśli rozpierzchły mu się jak stado spłoszonych wron.

– Zatem? – Zoja wyciągnęła do niego rękę jak do małego chłopca.

Wstał i podszedł do niej. Tak musiały się czuć szczury idące za dźwiękiem zaczarowanego fletu. Tyle że Zoja nie wyglądała jak flecista z w Hameln. Złapał ją za rękę, a ona wyprowadziła go z oranżerii. Przeszli przez hol i wyszli z hotelu odprowadzani wzrokiem przechodniów. Ruszyli ścieżką do jednej z drewnianych chat. Wewnątrz nie było okien. Chata miała tylko jedną dużą izbę. Pośrodku znajdowało się coś, jakiś kamienny okrąg, który przypominał studnię. Budulec sięgał im kolan. Ze środka sączyła się jasna poświata.

– Czy to...

– Studnia? – wpadła mu w słowo z uśmiechem na ustach. – Nie skąd. To są schody.

– Dokąd? – zmarszczył czoło.

– Do piekła – przez chwilę patrzyli sobie w oczy, dopóki kobieta nie parsknęła śmiechem. – Żartuję. Chyba pan nie uwierzył?

– Oczywiście, że nie. Nie jestem dzieckiem.

Na twarzy kobiety przemknął enigmatyczny cień. Spojrzeli w dół. Mniej więcej na poziomie podłogi widać było kamienne spiralne schody. Trochę to wszystko wydało się Sewerynowi klaustrofobiczne, ale ocenił, że dorosły facet ma szansę się tam zmieścić. Już dwa stopnie niżej pełzały gęste białe opary, które mimo wszystko nie wychodziły poza drugi stopień, co uznał za dziwne.

– Wyłącznie dla wyrafinowanych klientów. I odważnych – dodała, żeby go zmotywować.

Spojrzał na nią. Był ciekawy, choć obawa łasiła mu się do nóg.

– Co tam znajdę?

– Coś, czego pan nie zapomni do końca życia.

– Pani idzie ze mną?

– Schlebiasz mi Seweryn – nieoczekiwanie przeszła z nim na ty. – Ja zostaję tutaj.

Wahał się jeszcze kilkadziesiąt sekund, ale ciekawość wzięła górę. Spojrzał na nią i przekroczył murek. Zrobił kilka kroków w dół i zerknął w górę. Zoja wciąż stała tam gdzie ją zostawił. Spoglądała na niego, a w jasnej łunie tajemniczego światła na jej twarzy pojawiły się niepokojące cienie. Zrobił jeszcze kilka kroków, całkowicie zanurzając się we mgle. Tak naprawdę to nie była mgła, dym czy para. Nie było to nic, do czego mógłby się odnieść. Opary były gęste i jasne jakby same emanowały światłem. Na twarzy nie czuł wilgoci.

Nie umiałby powiedzieć, jak długo schodził w dół. Mimo to czuł, że zszedł naprawdę głęboko. Czuł coraz większe ciepło. Raz musiał zrobić przerwę, ponieważ zakręciło mu się w głowie od koszmarnej spirali. Szybko wziął głęboki wdech i ruszył dalej. Może te schody rzeczywiście prowadzą do piekła? Zastanawiał się, stawiając niepewnie kroki. A może już jesteś w piekle, kolego – odezwał się znajomy głos. Kiedy w końcu postawił nogę na płaskiej powierzchni, odetchnął z ulgą. Stał na kamiennej podłodze. Ruszył niepewnie przed siebie. Wokół kłębiły się tajemnicze opary. W jednych miejscach były gęstsze w innych rzadsze, ale były wszędzie. Nigdzie nie widział ścian ani sufitu. Nawet podłoga nie zawsze była widoczna. Jakby stał w suchym morzu, którego fale bardziej przypominają chmury. Przecież idąc w dół, nie mógł dojść do nieba, czy tak? Nagle gdzieś daleko przed nim przemknął jakiś ciemny kształt, który zaraz schował się za białą ścianą. Po chwili dostrzegł to samo tyle, że nieco bliżej.

*

Rafał jęknął i natychmiast złapał się za głowę. Bolało jak jasna cholera. Zaklął. Rozejrzał się dookoła, jednak nie odzyskał jeszcze ostrości widzenia. Widział tak, jakby patrzył przez potłuczone szkło. Czuł bijące ciepło tuż przed sobą i słyszał coś syczącego. Domyślił się, że to piec, na którym gotuje się woda. Pewności nie miał, ale tak to brzmiało. Niespodziewanie ktoś się nad nim pochylił.

– Rafał? Wszystko w porządku? – ten głos, brzmiał znajomo jak głos dawno niewidzianej osoby. – Zaraz dojdziesz do siebie.

Mężczyzna sapnął kilka razy, potrząsnął głową i zaczął lepiej widzieć. Tyle że czasem potrójnie, a czasem podwójnie. Zawsze to coś. Mógł przynajmniej stwierdzić, że pochylająca się nad nim twarz należy do kobiety. Jeszcze była zamglona jakby miał łzy w oczach. A może miał? Obrazy przed jego oczami pływały, zachodziły na siebie i znowu się rozjeżdżały, każdy w inną stronę. Tak samo działo się z tajemniczą twarzą. Nagle poczuł, że mętna postać podsunęła mu do ust metalowy kubek. Napił się ostrożnie. Smakowało jak herbata ziołowa.

– Co się stało? – przełknął napój i spróbował jeszcze raz.

– Upadłeś – powiedziała twarz z lewej. – Byłeś na spacerze – poinformowała środkowa twarz. – Uderzyłeś się w głowę – to trzecia, ta najbardziej z prawej strony.

Dlaczego wszystkie nie mówią jednocześnie? Przecież, mimo iż nie widział ich wyraźnie, wyglądały identycznie. To z pewnością była twarz jednej osoby. Dlaczego więc nie mówią wszystkie naraz? Jak mocno się uderzył?

– Masz dużo szczęścia – wreszcie wszystkie trzy poruszyły ustami, co za ulga.

W tej chwili zdał sobie sprawę, że ten głos jest mu naprawdę znany. Tylko czy to możliwe?

– Znam ten głos... – wyciągnął dłoń przed siebie.

Dotknął jedną z widzianych przez siebie twarzy i nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pozostałe dwie zeszły się w tej właściwej. Wytrzeszczył oczy.

– Janka?

– Nareszcie, już się bałam, że będzie gorzej.

– Ale przecież my... ty... – jego myśli również zdawały się nachodzić na siebie. – Przecież my się rozstaliśmy...

– Mój Boże... – dziewczyna brzmiała, jakby miała się rozpłakać. – Ty znowu to samo.

– Nie rozumiem?

– Mówiłeś to już wcześniej. Majaczyłeś w gorączce. Byłam pewna, że to minie. Rafał, przerażasz mnie. Proszę, wróć do mnie. Wróć taki jaki byłeś jeszcze przed godziną.

– Przecież my już nie jesteśmy razem. Zdradziłaś mnie i ja tutaj... z twoją siostrą... – patrzył jej w oczy i pewność siebie ulatywała z niego jak gaz z nieszczelnej butli.

Janka zerwała się na nogi i podeszła do okna. Ukryła twarz w dłoniach i przez chwilę szlochała cichutko. Później spojrzała na niego dużymi jasnymi oczami.

– To wszystko moja wina. Nie powinnam cię tutaj ciągnąć.

– To Mirka... – sam już nie był pewien czy dobrze zapamiętał to imię.

– Mirka, to moja siostra. To się zgadza, ale kochanie, to ze mną tutaj przyjechałeś, żeby odszukać ją. Rozumiesz? Wiesz, co? Napij się jeszcze.

Podeszła i wzięła w dłonie jego ręce, w których trzymał kubek. Napił się kilka łyków.

– Jeśli to się nie skończy, chyba oszaleję. Połóż się, połóżmy się razem.

Już miał zaprotestować, ale legowisko, na które składały się koce rozłożone na podłodze, było całkiem przyjemne. Dziewczyna wśliznęła się pod jeden z nich i wtuliła w niego. Głaskała go delikatnie po włosach, patrząc mu w oczy. Po chwili poczuł się naprawdę senny, a jej twarz na powrót stawała się niewyraźną plamą. „To ze mną tutaj przyjechałeś, żeby odnaleźć ją. Ty i ja, szukamy Mirki”, słowa Janki sączyły się w niego jak trucizna wnikająca w szare komórki. Czuł się coraz bardziej senny. Wreszcie wsłuchany w dźwięk monotonnego głosu, zasnął.

*

Seweryn stał niepewnie w obłokach pary, dymu, a może chmur? Czyjaś sylwetka przemykała zgrabnie niczym kot, chowała się za gęstwinami bieli, żeby po chwili pojawić się znacznie bliżej. Wreszcie czarna, niewyraźna postać ruszyła prężnym, cichym krokiem wprost na niego.

Nie mógł uwierzyć w to, na co patrzył. Ktokolwiek stanął naprzeciwko niego, od stóp do głów ubrany był w lateksowy opięty strój. Nie było widać choćby fragmentu gołej skóry. Na twarzy, z pewnością pod czarną maską, skrywała się jakaś twarz – uspokajał sam siebie – zamiast otworów na oczy, znajdowały się dwa duże guziki z czterema dziurkami na nić. Mężczyzna był pewny, że przez te malutkie, miniaturowe otwory, spoglądały na niego czyjeś uważne oczy. Zamiast otworu na usta, znajdował się zamek błyskawiczny. Był zapięty. Czy w takim czymś można w ogóle oddychać? Porzucił tę myśl. Przecież gdyby nie można było oddychać, nikt by teraz nie stał przed nim w czymś takim. Największym zaskoczeniem były dwa, lekko zaokrąglone rogi. Ni to koziorożca, barana czy może samego diabła.

Nieoczekiwanie tuż obok niego, trzy metry z prawej strony zmaterializowała się inna postać. Przecież nie mogła się zmaterializować, ona cały czas tam była, tylko mgła opadła – instruował go wewnętrzny głos. Była to kobieta z głową jelenia. Wyglądała równie niepokojąco, jak czarny diabeł z guzikami zamiast oczu. Jej ciało w całości pokryte było łuską, ale cóż to było za ciało. Miękka kobieca linia przypominała falę. Rozchodziła się w okolicy bioder i zbiegała w talii, a piersi, były naprawdę piękne. Nie za duże, nie za małe. Były jak marzenie. I ta głowa jelenia z porożem. Ktokolwiek robił dla nich stroje, pomyślał, jest perfekcjonistą. Kobieta jeleń wskazała na Kobietę diabła. Posłuchał jej rozkazu i podszedł do lateksowej zjawy.

Pod czarnym lśniącym lateksem również dostrzegł ponętne, kuszące kształty. Zatrzymał się naprzeciwko przebierańca. Przemknął wzrokiem od stóp, aż po rogatą głowę. Dotknął jej. Najpierw ostrożnie, za biodro. Później przesunął dłoń i wcisnął ją między kształtne, pełne uda w obawie, czy nie wyczuje tam penisa. Wszak każda fantazja ma swoje granice. Nieprawdaż? Uspokojony cofnął rękę, dotknął dziwoląga w twarz, po czym odwrócił się do Kobiety jelenia, a ta skinęła mu przyzwalająco, jakby chciała mu powiedzieć – wszystkiego najlepszego.

Najpierw sięgnął do zamka i rozsunął go. Kiedy niewielka lateksowa klapka opadła jego oczom ukazały się czerwone namiętne usta, które aż lśniły. Mężczyzna był przekonany, że gdyby zrzucić idiotyczną maskę, właścicielka takich ust wyglądałaby kuriozalnie, wręcz groteskowo. Jednak podane w takiej formie, były zjawiskowe. Spomiędzy mięsistych ust wysunął się język. Seweryn drgnął, kiedy spostrzegł, że język jest rozcięty na końcu. Wyglądał jak język węża kusiciela. Każda z tych końcówek poruszała się niezależnie. Widok tyleż niepokojący, co podniecający. Podziałał na jego wyobraźnię. Patrzył jak zahipnotyzowany, kiedy gadzi język oblizał usta. Diablica pomachała nim do zaskoczonego Seweryna, który nie mógł oderwać od niej wzroku.

Te usta zostały stworzone, żeby je pieprzyć – tłumaczył wewnętrzny głos.

Przełknął ślinę i poczuł napięcie w dżinsach. Tymczasem Kobieta diabeł uklękła przed nim. Rozpięła mu spodnie. Lateksowa dłoń złapała prącie, które błyskawicznie stanęło na wysokości zadania. Jednym niedbałym ruchem zsunęła napletek i ich oczom – nawet jeśli jedna para, to guziki – ukazała się czerwona żołądź.

Mężczyzna z fascynacją obserwował własne prącie trzymane przez dłoń skrytą pod czarnym lateksem. Gadzi język falował w powietrzu tuż przy nasadzie jego członka. Wreszcie polizała główkę, a ta naprężyła się i zaczęła pulsować. Czerwony język i nieco mniej czerwona żołądź stopiły się w jedno. Jakby ktoś otulił go ciepłym jedwabnym szalem. To było intensywne doznanie, a kiedy piekielna kochanka okryła nasadę penisa mięsistymi ustami, zadrżał. Pieściła go wargami dłuższą chwilę. Czyż nie od tego były? Te usta zostały stworzone, żeby je pieprzyć, przypomniał sobie. To był rozkoszny masaż, bo inny nie mógł być. Nagle pozwoliła mu wejść głębiej. Najpierw żołądź otarła się o język, następnie masował jej policzek od wewnątrz, aż w końcu połknęła go do samego końca. Jeszcze nigdy, żadna kobieta nie wzięła go w usta tak głęboko. Tak intensywnie. Z taką pasją.

Jednak to ona bawiła się członkiem, nie odwrotnie. Wysuwała go powoli, cmokała, kiedy wychodził na zewnątrz i wsuwała go sobie z powrotem do ciepłego gardła. Długo to trwało. Serwowała mu leniwą pieszczotę, która zdawała się nie mieć końca. Po minucie poruszał się w jej gardle jak po utartym, znanym i kochanym szlaku. Pożądanie spalało kochanka coraz mocniej. Miał wrażenie, że jego kości za chwilę obrócą się w popiół. Krew spłynęła mu do przyrodzenia. Zaczął ciężej dyszeć. Zapragnął czegoś więcej. Złapał ją za rogi. Były twarde jak prawdziwe. Zacisnął na nich palce, jakby złapał za ster jachtu. Teraz on dyktował kurs. Teraz wreszcie on pieprzył ją w usta. Tak jak tego chciała, czyż nie? Nie, zaraz. To on tego chciał. zresztą, czy to ważne? Szarpał jej głową w przód i w tył, ale kiedy Kobieta diabeł poczuła, że żyły rozochoconego prącia zwiększają swoją objętość, powstrzymała go, a on nie miał odwagi protestować. Mimo wszystko.

Kochanka podniosła się, spojrzała na niego tymi swoimi czarnymi guzikami. Oblizała usta i odeszła głaszcząc go delikatnie w twarz. Patrzył oszołomiony na zgrabny tyłek opięty lateksem. Potrafiła nim kręcić, jednak wreszcie pochłonęły ją kłęby białej pary. Mężczyzna był zaskoczony i rozdrażniony. Miał wzwód i w pewnym sensie poczuł się oszukany. Spojrzał na Kobietę jelenia. Zdało mu się, że każe mu iść przed siebie. Posłuchał jej i zanurzył się w białych kłębach... czegoś.

Nie uszedł za daleko. Nie możesz tego wiedzieć na pewno – kołatało mu się w głowie. W każdym razie sądził, że nie zaszedł daleko, kiedy usłyszał stukot czegoś, co przywodziło na myśl kopyta stukające o twarde podłoże. Pogłos zbliżał się coraz bardziej i brzmiał, jakby zbliżało się do niego stado koni. Tyle że dostrzegł niewyraźne sylwetki, które były za małe na konie. Stały przed nim trzy karlice ubrane jak tancerki brzucha. Błyskotki brzęczały przy każdym ich ruchu. Wszystkie miały sznurki przymocowane do rąk, nóg i głów. Sznurki znikały gdzieś w górze, jakby gdzieś wysoko znajdowali się władcy tych cudacznych marionetek i pociągali za sznurki. Karlice miały podkute buty jak stepujące tancerki. Ich ruchy były nieskładne i trochę szalone. Wykonywały swój psychodeliczny taniec, nie zwracając na niego uwagi. Wtedy usłyszał nieco głośniejszy stukot, który właśnie się zbliżał.

Zrobił wielkie oczy, kiedy z mgły wyłoniła się różowa głowa kucyka. Zauważył wielkie brązowe oczy i długie rzęsy. Dalej było już kobiece, cholernie zgrabne ciało w różowym opiętym niczym prawdziwa skóra, stroju. Ręce wyglądały jak końskie nogi, zakończone kopytami. Dostrzegł kształtne piersi i słodkie wcięcie w talii. Finit coronat opus – koniec wieńczy dzieło. To dzieło kończyło się najsłodszym tyłkiem, jaki widział. Był krągły, nie za mały, nie za duży. Był jak szczere złoto. Kucyk czy nie, pupa była obłędna, taka, za którą warto wysłać w morze tysiąc sto osiemdziesiąt pięć okrętów. Spomiędzy pośladków – kombinezon miał z tyłu dziurę, choć skóra również była różowa – wystawał szklany korek analny, z którego zwisało długie różowe włosie.

Kucyk zatrzymał się przy nim, a on obszedł „go” dookoła. Pogłaskał po plecach. Klepnął w tyłek i spojrzał na Kobietę jelenia. Ta skinęła przyzwalająco. Jakby chciała mu powiedzieć – wiesz, co robić. Mężczyzna uklęknął z tyłu i przesunął ogon na bok. Spojrzał na słodką różową waginę. Wyglądała troszkę jak malutkie chińskie oczko, ale nie cofnąłby się, nawet gdyby do niego mrugnęło. Ta kreskówka musiała mieć ciąg dalszy. Karlice wciąż tańczyły w narkotycznym transie, a on przyłożył penis do mięciutkiego sromu. Mój mały, rozkoszny kucyk. Wszedł w nią, zaciskając z rozkoszy powieki. Karlice nie pasowały mu do tej sceny.

Zanurzył się w ciepłym, przytulnym wnętrzu kucyka. Dłonie same zacisnęły się na słodkich krągłościach. Zaczął „ją” ujeżdżać, choć rozpoczął ostrożnie jakby w obawie przed ewentualną niespodzianką. Nie wiedział jaką, ale kiedy pieprzysz różowego kuca, musisz być ostrożny. Tak podpowiadał zdrowy rozsądek. Kiedy już rozgościł się w jej kroczu, rozochocił się i pchnięcia przybrały na sile. Słyszał, jak kochanka uderza kopytami o podłogę. Przyjmował to za wyraz entuzjazmu z jej strony.

Emocje wzięły go w objęcia. Nawet trzewia zdawały się pulsować, mrowić i prosić o więcej. Białe pierzaste kłęby chwilami okrywały kochanków, jakby niewidzialna siła przytulała ich pierzyną. Pierzchały równie szybko, jak się pojawiały. Kucyk kręcił zadkiem coraz bardziej ochoczo. Musiało „mu” być równie dobrze. Seweryn jedną ręką złapał kochankę za grzywę, drugą klepnął w tyłek. Na tych cudownych pośladkach mógłby wybrzmieć cały Mazurek Dąbrowskiego. Pożądanie ścisnęło go za gardło. W pewnej chwili zgrali się oboje. Mężczyzna i jego kucyk, wpadli w perfekcyjny rytm, który mógł prowadzić wyłącznie na szczyt.

Seweryn zorientował się, że Kobieta jeleń stoi za nim. Uklękła i zwiesiła swój zwierzęcy pysk na jego ramieniu. Był ciepły, co jak na maskę dziwiło, ale trudno jest roztrząsać taki dylemat, kiedy twój penis ślizga się w ciasnej mięciutkiej różowej norce. Ręce stojącej z tyłu złapały go za pośladki. Jakby chciała go dopingować, ale ona miała co innego w zanadrzu. Kazała mu się uspokoić. Chciała, żeby się powstrzymał od galopu – to słowo pasuje tu jak ulał, prawda? Dłonie Kobiety jelenia przesunęły się na jego jądra. Zwolnił. Uspokoił się, choć był tak blisko. Teraz pozwolił prowadzić swojej kochance.

Różowe plecy i wypięty tyłek tworzyły falę – taką samą jak można zobaczyć podczas meczu – najpierw unosiły się łopatki, a kiedy opadały, podnosił się środek pleców, a kiedy i ten opadał, zaczynała się kołysać rozkoszna różowa pupa. Mogłaby zamerdać ogonem, ale nie można mieć wszystkiego. Nawet w takim miejscu jak to. Kobieta jeleń ściskała jądra, masowała je, rozstawiała po kątach w zmarszczonym worku. Robiła to wolno z rozmysłem. Czasem trącała go porożem. Czuł jej piersi na plecach. Ta łuska... zdawała się obrzydliwie realistyczna. Mimo to nabrał ochotę na wężowatego jelenia.

Wysunął penis z kucyka. Wargi sromowe zamknęły się, mlaszcząc nieprzyzwoicie. A może właśnie w ten sposób wagina puściła jednak oko? Odwrócił się do tyłu. Tyle że Kobieta jeleń odczytała wcześniej jego intencje. Już leżała na plecach z nogami rozchylonymi w szpagacie. To był piękny widok. Seweryn słyszał stukot oddalających się kopyt. Kątem oka dostrzegł, że karlice wciąż tańczą na swoją mroczną i pokręconą – nie bójmy się tego słowa używać – modłę.

Tymczasem mężczyzna wśliznął się w słodką i zadziwiająco malutką piczkę Kobiety jelenia. Dlaczego piczkę? Tak mu przyszło na myśl. Była mała i ciasna, ale za to mokra i pełna entuzjazmu. Dźgał ją z coraz większym impetem. Czuł się coraz bardziej odrealniony i szczęśliwy. Sam nie był pewien czy cały czas nie śni gdzieś tam na górze, przed niby-studnią albo w fotelu przy kominku. Jednak na razie, trwaj chwilo, jesteś piękna. Kobieta jeleń potrafiła rozłożyć nogi naprawdę szeroko. Wreszcie poczuł, że za chwilę nadejdzie spełnienie. Ciasna wagina otuliła jego członek jak rękawiczka zdjęta z kaloryfera. Zastygł w niej, pozwalając, żeby to do niej należało ostatnie słowo. Choć kochanka nie była rozmowna, jej pochwa zaczęła zaciskać się i rozluźniać. Zaciskać i rozluźniać, do obłędu. Kiedy wystrzelił, świat zawirował mu przed oczami. Być może jej również.

*

Rafał się obudził. Zrzucił koc i wstał. Nogi miał jeszcze nieco miękkie, ale nie kręciło mu się w głowie i potrafił ustać. Spojrzał na śpiącą Jankę. Dziewczyna właśnie się przebudziła. Zamrugała i spojrzała na niego.

– Kochanie, już dobrze?

– Chyba tak – pokręcił głową. – Nie uwierzysz, jaki miałem sen.

– Masz na myśli moją siostrę?

– Tak, przyjechałem razem z nią, żeby cię szukać...

– Nie katuj się kochanie. To tylko sen... – podniosła się i podeszła do niego.

Mężczyzna patrzył przez okno. Dziewczyna wtuliła się w plecy partnera i położyła dłonie na jego piersiach. Za oknem znajdował się las. Deszcz siąpił z nieba niemal niezauważalnie. Panował lekki półmrok taki jak w środku dnia tuż przed burzą. Ogień w piecu syczał leniwie. Było tak spokojnie.

– Stęskniłam się za tobą – szepnęła mu w ucho. – Bałam się, że cię stracę.

– Nie przesadzaj – chciał, żeby jego głos brzmiał spokojnie, ale wciąż miał mętlik w głowie.

Jego myśli stanowiły w tamtej chwili prawdziwe mrowisko, na które ktoś rzucił ciężki koc. Tak, że nic nie mogło się poza niego wydostać. Dziwne uczucie jednak bliskość Janki była przyjemna. Czuł na plecach jej piersi. Chwilę później poczuł jej dłonie na brzuchu. Jedna ręka wsunęła się pod spodnie.

– Co robisz? – pytanie było głupie, a zadał je tylko dlatego, że czuł, iż powinno paść.

– Muszę się upewnić, czy faktycznie do mnie wróciłeś.

Poczuł ciepłą dłoń na przyrodzeniu. Delikatne palce przesunęły się po włosach łonowych, dotknęły prącia i złapały jądra. Janka gniotła je chwilę spokojnym sennym ruchem. Penis naprężył się, drgnął kilka razy i zaczął się podnosić. Wprawne palce natychmiast po niego sięgnęły. Dziewczyna zaczęła go masturbować.

– Robiłeś sobie kiedyś dobrze i fantazjowałeś, że to moja ręka? – szept i oddech, który poczuł na uchu, sprawiły, że przeszły go przyjemne ciarki.

– Chyba tak... – zamyślił się – tak sądzę.

– Każdy mój palec z osobna i wszystkie razem odgrywały twojego kutasa, wielokrotnie – Rafał poczuł w uchu język, kolejna fala spłynęła po jego ciele w dół.

Członek zesztywniał mocno. Dziewczyna zmusiła go, żeby się odwrócił, a sama uklękła, rozpięła rozporek i wzięła go w usta. Zrobiła to od razu. Po prostu wsunęła prącie pomiędzy wargi i naparła głową. Dopiero kiedy się cofała, zsunęła mu napletek. Jej usta przesunęły się wolno po wrażliwej żołędzi. Jęknął. Pieszczota nie trwała długo. Kochanka czując, jak bardzo jest twardy, podniosła się oplotła go nogą, którą owinęła na jego biodrze i sama zadbała o to, żeby wśliznął się do jej mokrego wzgórka.

Obrócił ją i przycisnął do ściany. Wtulił się w szyję dziewczyny i zagłębił w jej wnętrzu. Czuł jej ciepło, a odnosił wrażenie, że tego potrzebuje najbardziej. Janka zaczęła cichutko pojękiwać, kiedy twardy członek wypełnił ją po brzegi i naciągał pochwę. Wszedł w nią najgłębiej, jak potrafił i zastygł. Było to dla niego wspaniałe uczucie. Jakby stali się jednym ciałem i zastygli w niekończącej się rozkoszy. Pochwa pulsowała, pieściła prącie swoim ciepłem i miękkością. Zaczęli się całować. Bardzo intensywnie i nerwowo. Każdy dotyk jej ust, każda pieszczota jej języka w jego ustach sprawiała, że zanurzona żołądź pulsowała niczym serce. Kiedy główka nabrzmiewała, miał wrażenie, że rozsada jej ciało. Jej delikatne, puszyste wnętrze.

Powoli zaczął się poruszać. Jego lędźwie wykonywały ruch podobny do tego, jaki wykonuje huśtawka. Złapał ją za nogę, którą zarzuciła na jego plecach. Ścisnął za udo, zsunął z biodra i rozchylił w taki sposób, że jej szparka otworzyła się nieco szerzej. Jęczała mu prosto w ucho, lizała po szyi, a po ciele mężczyzny ciągle spływały dreszcze. Jakby stał pod prysznicem tyle, że zamiast wody spływała na niego czysta rozkosz. Jej kobiecość rozwarła się z podniecenia. Zaczął wychodzić z niej do samego końca. Uwielbiał czuć, jak żołądź napiera na śliskie wargi, jak te poddają się i rozchylają, jak głaszczą go po główce, która po chwili zanurza się w mięsistym tunelu. Skończyli jednocześnie. Wtulili się w siebie mocniej, a ich ciała zadrżały. Znowu zaczęli się całować. Tyle że spokojnie i w zwolnionym tempie. Nie odrywali od siebie ust.

*

Lena sączyła wino, wpatrując się w koleżankę. Mirka była już bardziej odprężona niż rano jednak wciąż na jej twarzy widniał cień. Próbowała się skontaktować z Rafałem, ale nie zastała go w pokoju. Nikt z obsługi nie potrafił jej udzielić sensownej informacji. Ze względu na pogodę, w karczmie znajdowali się niemal wszyscy goście. Panował gwar i harmider.

– Nie wiem po co, ty się tak zamartwiasz? Seweryna też nigdzie nie ma. Może poszli gdzieś razem? Spacerują sobie po wiosce albo siedzą w saunie.

– Sama nie wiem. Mam złe przeczucia. Rozstaliśmy się w niezbyt przyjaznej atmosferze.

– Skarbie, przyzwyczaisz się do tego. Mówi ci to mężatka z dwunastoletnim stażem – puściła oko do dziewczyny. – Lepiej mi powiedz czy rzeczywiście jutro wyjeżdżacie?

– Owszem. Rafał był zdecydowany. Chyba ma tego miejsca serdecznie dość.

– Wiesz co? Musimy się umówić i spotkać już po powrocie do domu.

– To zależy – Mirka skrzywiła się, jakby właśnie wypiła cytrynę.

– Od czego?

– Nie wiem, czy nie będę musiała wrócić do Anglii.

– Daj spokój, pasujecie do siebie. Jestem pewna, że...

Lena przerwała, ponieważ w karczmie zjawiła się Chiara i poprosiła gości o uwagę.

– Szanowni Państwo, chociaż nigdy tego nie robimy, ze względu na tragedię, jaka nas nawiedziła, chciałyśmy państwu to jakoś wynagrodzić. Choćby w małej części.

W karczmie zaległa cisza. Ustały nawet szurania krzeseł.

– Postanowiłyśmy udostępnić dla was grotę, w której wciąż odprawiamy prastary rytuał. Ci z państwa, którzy są zainteresowani, zapraszam za piętnaście minut przed hotel. Stamtąd ruszymy tradycyjną procesją. Zapewniam was, że wrażenia pozostaną z wami do końca życia.

Kiedy tylko ogłosiła swoje zaproszenie, wyszła z karczmy. Lena spojrzała na Mirkę. To było zaskakujące. Mirka nigdy by nie sądziła, że dojście do groty okaże się tak banalnie proste.

– No widzisz? A wy uważaliście, że dzieją się tam, Bóg wie jakie rzeczy – Lena podniosła się od stołu. – Biegnę zobaczyć, czy przypadkiem Seweryn nie wrócił. Głupio byłoby, gdyby to przegapił.

– Też sprawdzę.

Kobiety poszły do hotelu, jednak nie zastała zarówno Seweryna jak Rafała. Kiedy wyszły przed hotel, zebrała się tam już kilkunastoosobowa grupa. Niebo zdążyło się już ściemnić. Zrobiło się nieco chłodniej, ale frekwencja dopisała. Każdy chciał zobaczyć prastary rytuał.

– Co za dupek – zaklęła Mirka. – Tyle czasu uganiał się za tą grotą, a teraz kiedy można tam wejść, jego nie ma.

– Nie zdziwiłabym się skarbie, gdybyśmy ich tam zastały – Lena wzięła dziewczynę pod rękę i ruszyły z pozostałymi.

Ten tekst odnotował 13,435 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.74/10 (42 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Z tej samej serii

Komentarze (9)

0
0
jak zwykle powalająco . Szkoda że już koniec
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Jak koniec?
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
koniec ?? trochę pokręcone jak na koniec liczyłem na jakieś wyjaśnienie wątków
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-2
Domyślam się. Jedni liczyli na wyjaśnienie, inni na pozostawienie tajemnicy, a ja poszedłem w pokręcone 🙂 liczyłem się ze słabszą oceną
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Czemu raz nazywasz bohatera Rafał a innym razem Sławek?
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Bbq: już poprawiłem. Kolejny powód dla którego Czarci Jar musiał odejść. Dzięki
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Różowy kucyk, kobieta jeleń,kobieta diabeł i tańczące karlice... 😀
A i tak to opowiadanie jest lepsze niż 80% opowiafań publikowanych na tym portalu 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Panna Nikt, cieszę się, że ktoś w końcu docenił moją oniryczną wizję 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Mnie też się podobały te wizje, niedosyt pozostaje po zakończeniu... No ale było oryginalne i pozostawiło pole dla wyobraźni 🙂
Zazdroszczę pomysłów 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.