Nocny pociąg z rudzielcem, czyli na zdrady nie ma rady

17 października 2019

Szacowany czas lektury: 46 min

Słów kilka wstępu: niniejsza historia dość długo tłukła mi się po głowie, ale dopiero ostatnio nabrała właściwych kształtów, a to dzięki:
– _MK_, którego nieocenione rady pozwoliły mi uporządkować strukturę tekstu i ogarnąć motywację bohaterów. O drobniutkich cytatach nie wspomnę,
– pewnej Kobiecie o Płomiennych Włosach, która pragnie pozostać anonimowa. Ona dobrze wie, za co Jej dziękuję, choć się nie przyznaje i uważa, że bredzę.

Poniższe opowiadanie jest zdecydowanie najdynamiczniejszym i najostrzejszym, jakie wyszło spod mojej ręki. O czym uprzedzam zawczasu, żeby nie było zaskoczenia. Ponadto spróbuję w nim odpowiedzieć, jak daleko może posunąć się dwoje nieznajomych, postawionych nerwowo pod ścianą, którzy spotykają się w wyjątkowo sprzyjających pewnym wydarzeniom okolicznościach. Na ile celnie, oceńcie sami i skomentujcie!

Jednocześnie zachęcam do zapoznania się z wersją zremasterowaną, pozbawioną błędów i niedociągnięć, a jednocześnie zawierającą niepublikowaną wcześniej scenę:
https://www.pokatne.pl/opowiadanie/pasierbica-czyli-w-roku-2020-wciaz


 

Nie, w żadnym wypadku nie jestem zdenerwowany, zestresowany, czy choćby roztrzęsiony. Jestem oazą spoko… ni chuja! Rozsadza mnie wszechogarniające, namacalne wręcz wkurwienie. Bryzgam gniewem niczym doprowadzony do wrzenia wulkan, czekający na byle pretekst do erupcji. Roznosi mnie już od ponad tygodnia, gdy oznajmiono mi w wielkiej łaskawości, że mam jechać na podpisanie ważnej umowy z jeszcze ważniejszym klientem. Bo kolejny z teoretycznie niezastąpionych przydupasów dyrektora zawalił i w ostatniej chwili ktoś musiał dokończyć jego pracę, a ja akurat nieopatrznie przebywałem w pobliżu. Zgłosiłem się więc na ochotnika, by nie tylko ogarnąć astronomiczny chaos w dokumentach, ale i jechać na drugi koniec kraju. Udając z przyklejonym do ryja uśmiechem, że mam pojęcie, czego dokładnie dotyczy kontrakt i na co mogę sobie pozwolić przy negocjacjach.

Gdybym jeszcze mógł po powrocie do domu usiąść spokojnie, zrelaksować się i wypocząć, ale nie! Bo jeden syn poszturchał się z kolegą i zaraz wielkie lamento! Ileż razy ja sam wracałem ze szkoły z obdartymi pięściami, względnie nosem, i nikt rejwachu nie robił? Bo drugi chłopak, najwyraźniej zazdroszcząc pierwszemu atencji, postanowił wleźć na płot i widowiskowo z niego spaść. Wprost w wypielęgnowany żywopłot sąsiada. And last, but not least, bo żona. Mająca niezwykle ważne plany, polegające na zakupach i ploteczkach ze znajomymi. A ten wstrętny chłop wszystko jej zepsuł, zakopując się po uszy w stosach papierów, podlewanych litrami kawy! Nie, żebym wyszedł na stereotypowego faceta, myślącego tylko o jednym, ale… dziewięć? Bite dziesięć dni bezczelnego odmawiania bliskości nie jest najlepszym, co teoretycznie kochająca współmałżonka może w takiej sytuacji uczynić.

Jakby tego było mało, czeka mnie całonocna podróż. Mówiłem, przekonywałem, prawie błagałem, żeby nie musieć się tak tłuc, ale nie! Bo firmie nagle się przypomniało, że istnieje genialny wynalazek zwany wagonem sypialnym, dzięki któremu oni zaoszczędzą na kosztach hotelu, a ja na czasie. Taaa... O tyle dobrze, że mam zarezerwowany najlepszy dostępny na tej trasie przedział typu double i jeśli trafię na jakiegoś idiotę, to tylko jednego.

 

Wzbiera we mnie ledwo hamowana ochota, by się na kimś wyżyć, ale jak na złość: taksówkarz okazuje się miły, dworzec czysty, a skład podjeżdża punktualnie. Targam walizy po schodkach i korytarzu, zatrzymuję się przed drzwiami przedziału, pociągam za klamkę i… Wita mnie nie najszczuplejsza trzydziestokilkulatka z rudawymi włosami spiętymi w niedbały kok, ubrana w porozciąganą, pasiastą bluzę i ze zdecydowanie zbyt dużymi, ciemnozielonymi oprawkami.

– O przepraszam panią, szukam numeru…

Ale wszystko się zgadza. Ona patrzy na mnie, ja na bilet, ona na plakietkę na drzwiach, aż w końcu ja rzucam soczystą kurwą w bliżej nieokreśloną przestrzeń i wołam konduktora. Jak się okazuje, także płci ładniejszej.

 

Parę telefonów i kilkanaście zdań później wiemy już wszyscy, że sytuacja jest patowa. I ja i rudzielec mamy ważne bilety w tym samym przedziale i na tej samej trasie. Najwidoczniej sekretarka w swej niezmierzonej inteligencji zarezerwowała bilet bez określenia płci (lub na siebie samą, kto ją tam wie?), ewentualnie jakiś kolejowy chochlik postanowił zrobić wszystkim psikusa. A ani mnie, ani okularnicy nie ma dokąd przenieść, bo wszystkie pozostałe miejscówki są zajęte. Zastanawiam się, w jaki sposób wybrnąć z zamieszania nie mordując nikogo postronnego i wówczas głos zabiera ma współtowarzyszka niedoli.

– Pani mundurowa, a co gdybym zgodziła się na podróż z obecnym tu panem? Mnie on nie będzie przeszkadzał, a z tego, co widzę – zwraca się bezpośrednio do mnie – wysiadamy na sąsiednich stacjach. Więc jeśli tylko nie będzie miał nic przeciwko dzieleniu przedziału z kobietą, na pewno się dogadamy!

Konduktorka marudzi coś jeszcze o przepisach i tym podobnych pierdołach, ale ostatecznie dochodzi do jedynego słusznego wniosku, że i tak nie ma innego wyjścia. I szybko oddala się nerwowymi kroczkami, udając, że nigdy jej tu nie było.

– Z góry przepraszam za niedogodność, ale obiecuję pani, że postaram się w niczym nie uwłaczać swą nieplanowaną obecnością – tłumaczę się niezgrabnie, wciągając bagaże do przedziału – jestem zmęczony i szybko się położę.

– Nie ma sprawy, czasami nic nie dzieje się tak, jakbyśmy tego chcieli – filozoficznie odpowiada tycjanowy koczek, wyciągając rękę ozdobioną paznokciami pod kolor okularów – a w ogóle to żadna pani. Proszę mi mówić Mirella!

 


 

Jestem na tyle zmęczony, wręcz nieprzytomny, że zdążam już tylko opróżnić duszkiem butelkę wody, dyskretnie się przebrać i mimo wyraźnych prób zagajenia rozmowy, zawinąć w przekrochmaloną kołdrę. Może i chciałbym jeszcze niezobowiązująco pogawędzić, zwłaszcza że Mirella wydaje się całkiem miła i (co udowodniła) uczynna, lecz oczy same mi się zamykają. Ignorując nie tylko irytujący hałas pociągu, ale i nie najciszej krzątającą się sąsiadkę, momentalnie odpływam.

 

Wstać? Nie wstać? Chęci chęciami, ale zdecydowany nadmiar płynu wypity przed snem daje o sobie znać wzmożonym parciem na wizytę w toalecie. Uchylam powieki, dostrzegając półleżącą naprzeciwko Mirellę, rozjarzoną zimnym blaskiem laptopa, którego jedną ręką podtrzymuje na kolanach. A drugą…

Jestem aż tak rozkojarzony, czy może dopowiadam sobie zbyt wiele? Dyskretnie przecieram oczy dłonią i skupiam wzrok. Nie, nie mylę się! Nawet w tym świetle dostrzegam rozszerzone oczy, zaognione policzki i dłoń, gmerającą aż nadto jednoznacznie i wyjątkowo energicznie na wysokości bioder. A przede wszystkim odbijający się od gładkiego panelu za łóżkiem obraz z ekranu. Na którym widać… zaraz, bo szczegóły mi się rozmazują… Fellatio? Obciąganko? Robienie laski? Zaiste interesujące.

Wstać? Nie wstać? Oto dopiero w tym momencie jest pytanie. Niechęci niechęciami, ale naprawdę nie mam innego wyjścia. Poza tym, jeśli wsadzę łeb pod kran, może uda mi się ochłonąć. Przeciągam ręce nadto ekspresyjnie, na co skupiona do tej pory wyłącznie na sobie amatorka cyfrowej golizny w panice wyciąga rękę spod kołderki, składa laptop wpół i wyszarpuje słuchawki z uszu.

– Nie przeszkadzaj sobie – chrypię z autentyzmem godnym paradokumentów, celowo wstając bardzo powoli – ja tylko do łazienki.

 

Wylewam na twarz kolejne strugi lodowatej wody, starając się dojść do ładu nie tylko ze srogim burdelem opanowującym myśli, ale i dziwnym niepokojem, skupionym poniżej pasa. Mam się przyznać, co widziałem? Bez żartów! Ostatnim, czego mi trzeba, są nocne rozmowy o współpasażerskiej masturbacji. Trzeciego wyjścia nie znajduję, więc wybieram drugie w postaci udawania, że kompletnie o niczym nie wiem. Jakby nigdy nic wracam do przedziału, życzę dobranoc siedzącej w pozie najniewinniejszego niewiniątka Mirelli i wskakuję do łóżka.

 


 

Nie, to na pewno nie jest szum zza okna, skrzypienie materaca, ani cokolwiek innego poza pojękującą w jednoznacznie seksualnym kontekście kobietą. Ale wytrzymam! Dam radę! Wszystko skończy się za pięć minut. Może kwadrans. Albo dopiero nad ranem? Wcisnę głowę pod poduszkę, pomyślę o wylegujących się na plaży leniwych foczkach, względnie rozrządzie silnika o rozwartych cylindrach i dwóch wałkach rozrządu w głowicy, po czym za chwilę spokojnie zasn…

– Oooaaa! – tym razem odgłosy ekstazy roznoszą się po chyba całym wagonie.

Odrzucam pościel na podłogę i nie zważając, że mam na sobie tylko slipki i żonobijkę, staję między łóżkami.

– Mirella, czy ciebie nie poje… nie zapominasz się czasem? No co się gapisz? – wyrzucam z siebie, nie kryjąc irytacji, choć ze względu na okoliczności staram się mówić możliwie cicho. – Myślisz, że cię nie słyszę? Nie widzę, co wyrabiasz? Pogięło cię do reszty, kobieto? Mam taką propozycję, bo nie uśmiecha mi się wstawać kolejny raz: wyjdę na powiedzmy pół godzinki, ty zrobisz, co uważasz, a potem grzecznie pójdziemy lulu. A rano się ogarniemy, pożegnamy i zapomnimy o całej sprawie. O sobie nawzajem zresztą też. Pasuje?

Nie czekając na odpowiedź, wbijam się w spodnie i koszulę, wciskam bose stopy w buty, biorę telefon i bez silenia się na grzeczność trzaskam drzwiami.

 

Dwie podkręcone ciastem kawy później żałuję tylko jednego: że nie mam przy sobie choćby piersiówki, a najmocniejszym, co można kupić w pociągu, jest cienkie piwo. Nerwowo stukam obrączką o ekran telefonu, gapiąc się bezmyślnie na zdjęcie dwóch roześmianych chłopców w wieku wczesnoszkolnym, otoczonych czułym objęciem szczupłej, eleganckiej brunetki. Odliczam minuty do końca zapowiedzianego czasu, starając się zbytnio nie roztrząsać bieżącej sytuacji. Bo o czym miałbym myśleć? O pozornie szczęśliwym, ale dźwięczącym pusto niczym cymbał małżeństwie, w którym wszyscy żyjemy niby razem, a przecież jakże osobno? Pracy, w której stałem się może i sowicie opłacanym, ale jednak jawnym pomiotłem?

Owszem, miewam czasami ochotę jebnąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady. Względnie na Kamczatkę. Ale przecież moje problemy nie wykraczają specjalnie poza typowe nieprzyjemności i niewygody dnia powszedniego, które znosić musi znakomita większość cywilizowanego społeczeństwa. A już na pewno nie są pretekstem do choćby hipotetycznego rozważania jakichkolwiek stosunków pozamałżeńskich. Nawet z kobietą, która nie tak wcale dawno robiła sobie dobrze dosłownie metr ode mnie.

A może jednak? Okoliczności sprzyjają mi na pewno, kandydatkę znalazłem bardzo prawdopodobnie (czy raczej sama się znalazła), co mnie więc powstrzymuje przed skokiem w bok? Jednorazowym, niezobowiązującym oraz… z czego nie jestem dumny, nie pierwszym w moim życiu. I, o ile znam siebie, nie ostatnim. Niestety.

Po upływie zapowiedzianych dwóch kwadransów od opuszczenia przedziału wracam doń z przemożną chęcią rozszarpania na strzępy każdego, kto nawinie mi się pod rękę. I zamieram w pół kroku.

 

Nie, nie mogę. Nazwijcie mnie, jak tylko chcecie. Słabeuszem, chwiejem, ciepłą kluchą, kimkolwiek innym. Może i jestem podstępną, zdradziecką, męską świnią, ale nic nie rozczula mnie równie mocno, jak kobiece łzy. Wylewane przez skulonego w kącie łóżka, potarganego rudzielca.

– Czy wszystko w porządku? – po cholerę pytam, skoro widzę, że nie? – Ja naprawdę nie chciałem…

Oszołomiony nagłym wybuchem histerycznego płaczu cofam się przestraszony, uderzając plecami o drzwi. Otwieram je spanikowany i biegiem rzucam się ku końcowi korytarza. Zastanawiając w międzyczasie, dlaczego jeszcze nikogo ze współpasażerów nie wkurwiły nasze nocne hałasy, i czemu hołdując wielowiekowej tradycji nie zażądał satysfakcji, obijając mi w efekcie papę?

 


 

Trzeci raz w ciągu bodaj godziny wchodzę do mojej tymczasowej sypialni. Cicho, spokojnie, starając się nie zwracać uwagi na groźne spojrzenie, wyzierające zza uchylonych drzwi sąsiedniego przedziału. Czyli jednak któś coś usłyszał... Stawiam na stoliku największą kawę i porcję słodkości, jakie udało mi się kupić, przysiadam na krawędzi łóżka i zamieram w oczekiwaniu na twój ruch, Mirello. Jeśli czujesz taką potrzebę, wypłacz się. Powiedz mi, o czym tylko chcesz, lub przeciwnie: zmilcz i do końca podróży nie odezwij się ni słowem. Wybierasz bramkę numer jeden? Twoja wola!

 

Niezgrabnie podaję ci chusteczkę, czekając cierpliwie, aż wytrzesz nos, oczy i szkła okularów i zaczniesz snuć opowieść. O sobie samej. O losie, który obchodził się z tobą raczej mało subtelnie i nieraz zamiast nadzieją, obdarowywał cierpieniem. O niedostatku, wręcz biedzie. O zaniedbującym cię mężu, który dawno zapomniał, czym jest nie tylko pożądanie, ale i miłość w ogóle. O upragnionym synku, wypełniającym twój świat nie tylko radością, ale też troskami i bólem. O…

Ujawniasz przede mną takie sekrety, choć przecież nie musisz, aż zaczynam czuć się niezręcznie. Co gorsza, nie jestem najlepszym słuchaczem. Przytakuję, zarzucam czasami jakimś pytaniem, ale coraz częściej gubię wątki i zaczynam uciekać myślami w kierunku pobocznych, zupełnie niezwiązanych z tematem spraw. Już-już mam zamiar ci przerwać, gdy na powrót zbaczasz w stronę relacji małżeńskich. W sposób, którego się nie spodziewałem.

– Wiem dobrze, że nie jestem taka atrakcyjna, jak kiedyś. Mocno przytyłam w ciąży, brałam silne leki na depre… złe samopoczucie. Zdaję sobie sprawę, że mężowi nie było łatwo, ale on po prostu mnie odrzucił! Odepchnął jak zużytą zabawkę, która mu zbrzydła! W chwili, w której najbardziej potrzebowałam jego ciepła, nie próbował nawet mnie zrozumieć, pomóc, wesprzeć! – nakręcasz się coraz silniej. – Rozumiesz, jakie to uczucie, gdy najbliższa osoba nie akceptuje cię w łóżku? Nie pragnie, nie dopieszcza, nie przytula? Nie mam idealnego ciała, ale czy to oznacza, że potrzeb seksualnych także? Może jestem chętna i otwarta na eksperymenty? Pragnę spełniać swoje fantazje, nawet jeśli są… odważne?

– Wybacz, Mirello – wstrzymuję twój osobliwy wywód – ale chyba mówisz mi za dużo. Jestem przecież obcym facetem i naprawdę dziwnie jest mi słuchać o preferencjach eroty... które jakie by nie były, są twoją prywatną sprawą! Przykro mi, że nie masz jak ich zaspokoić, ale w tym akurat ci nie pomogę!

Zarzucam pozornie niewinnym, podkreślonym zalotnym uśmieszkiem żarcikiem, starając się rozluźnić atmosferę. Popełniając, choć jeszcze tego nie wiem, pierwszy z serii katastrofalnych błędów.

 

Ożywiasz się podejrzanie i wbijasz we mnie spojrzenie wciąż zaczerwienionych oczu. Które coraz mniej mi się podoba.

– A gdybym poprosiła cię, żebyś mi jednak pomógł? Chociaż troszkę?

– Nie pytaj nawet o to! Mam żonę i dzieci! Nie będę ukrywał, że akurat nie dzieje się między nami najlepiej, ale zależy mi na nich! – przerywam jawny, wręcz bezczelny podryw, choć nie tak zdecydowanie, jak planowałem. I powinienem.

– Ja też mam męża. I dziecko. Na których także mi zależy… czasami. I co z tego? – pytasz szczerze zdziwiona, jakby nie było to dla ciebie specjalnie istotne.

– Mirella, dość! Ponownie przepraszam za przykrość, którą ci sprawiłem, ale postaw się w mojej sytuacji! Jestem przemęczony i cały w nerwach, bo jadę na ważne spotkanie biznesowe, nie wspominając o zamieszaniu z przedziałem. A tymczasem kładziesz się koło mnie i… twoje zachowanie naprawdę było mało komfortowe i przyjemne, wiesz?

– Nieprzyjemne? Jak dla kogo! – znów posuwasz się o krok za daleko, ale tym razem nie mam zamiaru cię przystopować.

– Dobrze już, dla ciebie może i było, ale mnie jakoś nie bawi widok mastur… palców… – czy nazwanie tej czynności wprost jest aż tak trudne?

– Nie podobam ci się? Brzydka jestem, prawda? – teraz toś wystrzeliła jak filip z konopi. Rakietowy.

– A co to ma do rzeczy? Powiedzmy, że nie jesteś do końca w moim typie. Bez urazy, Mirello. – niby jeszcze się bronię, ale moje myśli coraz niebezpieczniej skręcają ku „co by było, gdyby”, a na ustach znów pojawia się dwuznaczny uśmiech.

 

Najwyraźniej nie czujesz się zbytnio urażona, bo wstajesz z łóżka i sprawdzasz, czy zamek jest zaryglowany. Zapalasz wszystkie dostępne światła, aż oszołomiony nagłą jasnością mrużę oczy. Stajesz naprzeciw mnie, łapiesz krawędź widocznie spranej, mającej najlepsze czasy dawno za sobą koszuli nocnej i jednym pociągnięciem zdejmujesz ją przez głowę. Prezentujesz się jeszcze przez moment przodem, po czym obracasz, drepcząc w miejscu, a na koniec lekko klepiesz dłonią w wypięty pośladek. Tak samo nagi, jak i cała reszta twojego ciała. Pomijając okulary, wciąż ozdabiające nos.

– A teraz powiedz mi prawdę. Szczerze. Czy mogę jeszcze podobać się mężczyznom z takim wyglądem? Z moimi kształtami, ciałem, twarzą? – pytasz.

 

Niby mogłem spodziewać się rozemocjonowanej reakcji z twojej strony, ale nie aż takiej. Tym bardziej nie rozumiem, jak i dlaczego zapłakana, roztrzęsiona istotka przemieniła się w jawnie prowokującą kusicielkę. Ale skoro zapytałaś, odpowiem. A przynajmniej się postaram, bo cóż właściwie mam ci rzec, Mirello? Czy jesteś atrakcyjna? Zdaję sobie sprawę, że są gusta i guściki, a ładne nie jest to, co ładne, a co się komu podoba, więc… nie. Nieszczególnie. Obiektywnie, subiektywnie, jakkolwiek cię nie ocenię. Choć mogłabyś.

I nawet nie w tym rzecz, że się ewidentnie zaniedbujesz, czy ubierasz jak kilka rozmiarów tęższa kuzynka, która nie zauważyła, że moda na grunge skończyła się ze dwadzieścia lat temu. Powód leży znacznie głębiej. Teoretycznie masz zadatki na bycie bodaj najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek poznałem, a było ich naprawdę wiele. Praktycznie coś poszło bardzo nie tak. Jakby Stwórca starannie ułożył dopracowany w najdrobniejszych szczegółach plan i na jego podstawie opracował doskonały projekt ponętnie krągłego rudzielca. Ale zlecił jego wykonanie byle remiesze, dając mu jako tworzywo materiały trzeciego sortu. I tak właśnie, z piany morskiej… czy w tym przypadku z pianki raczej przyklapniętej, nieco już przeterminowanej i oblanej wyrobem czekoladopodobnym, zrodziłaś się ty.

 

Na głowie miast napuszonych, gorejących fal, sterczy ci raczej skołtuniony pęczek przywiędłej marchewki. Z grzywką. Brwi masz wyregulowane, ale chyba lewą ręką i po ciemku. Twój nos jest nieco za duży a usta, choć pociągająco kształtne, ściąga nieprzyjemny, smutny grymas. Goszczący na nich najwidoczniej na tyle często, że aż zdążył trwale odcisnąć zmarszczki w kącikach.

Jedynym, co posiadasz autentycznie ślicznego, są oczy. Ogromne, cudownie wykrojone, podkreślone gęstymi rzęsami, o tęczówkach koloru wzburzonej, morskiej toni. Wpatrujesz się nimi we mnie tak przenikliwie, że ostatecznie nie wytrzymuję nierównego pojedynku i spuszczam zawstydzony wzrok.

Zatrzymuję się dopiero na twych piersiach. Dużych, apetycznych, ukoronowanych sporymi aureolami. I wyraźnie opadłych, dodatkowo naciągających swym niemałym przecież ciężarem zmęczoną skórę dekoltu. Pod którymi odznacza się wydatny brzuch, przechodzący w ciężkie biodra i niezgrabne nogi, niemalże pozbawione wcięć na wysokości kostek.

Nie wiem właściwie dlaczego, bo widzimy się przecież pierwszy i zapewne ostatni raz w życiu, a na dodatek wcale nie mam wobec ciebie specjalnie uczciwych zamiarów, ale czuje smutek. Żal. Może nawet litość. Chciałbym ci skłamać i pocieszyć, że jesteś taka ładna, seksowna i zdecydowanie przesadzasz w samobiczowaniu. Ale nie powiem nic, czego sam nie uważam za najszczerszą, choćby nie wiadomo jak bolesną, prawdę. Niczego też wbrew sobie nie uczynię, nawet jednego, najdrobniejszego gestu.

 


 

Dlatego właśnie podnoszę się z łóżka, stając na wyciągnięcie ręki naprzeciw całkowicie nagiej, nie najmłodszej ani tym bardziej nie najpiękniejszej, praktycznie nieznajomej kobiety. Ciebie, Mirello. Rozpinam koszulę i zsuwam spodnie, zostając w samych slipach. Przez jedną, wypełnioną nerwowym wahaniem chwilę zerkam na nie, by w drugiej nie mieć już absolutnie niczego do ukrycia.

Podchodzę i obejmuję twój nadgarstek, obracając go spodnią stroną ku sobie. Oglądam niewielki tatuaż, przyuważony już w trakcie rozmowy, jakby celowo zrobiony w miejscu będącym niby na widoku, a przecież łatwym do ukrycia. Na pewno zetknąłem się już z tym symbolem, podobnym do yin yang, ale jednobarwnym i składającym się nie z dwóch, a trzech elementów, wpisanych w okrąg. I za nic nie mogę sobie przypomnieć, co dokładnie oznacza, choć mam wrażenie, że nie stanowi li tylko ozdoby.

Drugą ręką przeciągam powoli po całym twym ciele, od jasnopomarańczowej, nastroszonej kępki pomiędzy udami, przez pofałdowany boczek, po nasadę szyi. Za każdym pokonanym centymetrem nabierając pewności, że za moment wszystko się skończy. Odskoczysz spłoszona, w gniewie uderzysz mnie w twarz, zwyzywasz jak ostatniego chama i czym prędzej ubierzesz. Albo ja wreszcie stchórzę i zrejteruję haniebnie, siejąc pożałowania godne zgorszenie na korytarzu. Ale sięgam ci palcami już do szczęki, przesuwam je dalej na policzek i za ucho, zagarniając po drodze opadające swobodnie włosy, pachnące lakierem i… czyżby papierosami?

 

Masz lekko spierzchnięte, niespokojne usta o posmaku kawy, ciasta oraz, czego jestem już pewien, pewnego paskudnego nałogu. Jakże inne od delikatnych, zadbanych warg, którym ledwie parę godzin wcześniej obiecywałem, że nie pozostaną zbyt długo samotne. Muskając je podówczas czule. I kłamliwie.

 

Uderza mnie lodowata fala otrzeźwienia. Kim ja właściwie jestem i co najlepszego wyprawiam? Czy postępujące wypalenie, przemijanie starych podniet i brak nowych w jakikolwiek sposób mnie usprawiedliwiają? Jak nisko trzeba upaść, by z nieprzymuszonej woli znaleźć się o dosłownie krok od zdrady własnej żony? Czułej, pięknej, mądrej oraz, w przeciwieństwie do swego męża, wiernej? Może czasem zbyt interesownej i skupionej na dzieciach oraz karierze, ale kochającej. Pytanie, czy kochanej?

Mógłbym zrzucić winę na nerwy, gorszy nastrój, stres, ale bez przesady, nie raz bywało ze mną znacznie gorzej. Alkohol? Odpada, jestem trzeźwiutki jak prosię. Przedłużająca się, wymuszona przez wspomniane humory wspomnianej żony przerwa w pożyciu? A co ja, królik w rui jestem, że myślę tylko o pierdo… I to jeszcze z kim? Przecież gdybym zobaczył cię na zdjęciu, Mirello, albo nawet poznał w bardziej typowych okolicznościach, nie zwróciłbym na twą osobę większej uwagi. A przynajmniej nie zbytnio pozytywnej. Tymczasem nie mogę przestać na ciebie patrzeć, myśleć o tobie i wyobrażać, jak…

 

Przerywam pocałunek, słysząc świszczący oddech, przebijający się przez miarowy stukot kół. Wciągam do płuc ciężkie powietrze, wysycone duszącym aromatem tanich perfum, potu i żądzy tak namacalnej, że wżera mi się w pory skóry.

Wbijam palce obu dłoni głęboko w twój miękki tyłek i na powrót przysiadam na łóżko, ciągnąc cię za sobą. Jesteś sporo cięższa, niż przewidywałem i najwyraźniej jeszcze bardziej napalona. Bez najmniejszego słowa zachęty obejmujesz mnie za szyję i przytulasz mocno, wciskając mą twarz w swój biust. Choć właściwie nie zaczęliśmy nawet porządnej gry wstępnej, dyszę głośno wprost w ściśnięte ramionami piersi, czując, jak napierasz na mnie nie tylko nimi, brzuchem czy udami. Osaczasz mnie swą wabiącą lepkością, niczym doświadczona łowczyni, kusząca zdezorientowaną, nieświadomą zagrożenia ofiarę, obietnicą rozkoszy absolutnej.

Jeśli teraz cię nie odepchnę, nie wstanę i się nie ubiorę, nic mnie już nie powstrzyma.

– Mirello – zaczynam nerwowo, czując narastającą gulę w gardle – jeśli teraz nie wstanę i się nie ubiorę, nic mnie już…

Spoglądam w twe oczy, chcąc podkreślić wagę deklaracji kontaktem wzrokowym. I popełniam kolejny błąd. Być może największy od momentu wejścia do pociągu. Na peron. Wyjścia z domu. Zgodzenia się wyjazd. Tylko czy na pewno? Może to nie jest błąd? Albo ja z pełną premedytacją chcę go popełnić?

 

– Zdajesz sobie sprawę, co to znaczy, że mąż mnie nie zaspokaja? – przerywasz mi znacznie pewniejszym tonem, niż mój własny. – I nie akceptuje moich skłonności? Jestem nieustannie napalona i tak rzadko mogę dać ujście swym żądzom… Ja lubię ostro, rozumiesz? Chcę, żeby mężczyźni mnie wykorzystywali! Mocno, brutalnie, bez litości. Pragnę tego! Sprawia mi przyjemność, kiedy mnie biją. Duszą. Drapią. Gryzą. Uwielbiam, jak wciskają swoje wielkie, nienasycone chuje w moją spragnioną pizdę, w gardło, w...

Jakim cudem w ciągu kolejnych paru chwil z może i prowokatorki, ale jednak tylko prowokującej, stałaś się… kim? I jak mam nazwać ową sytuację, rzeczywistość, efemeryczną relację między dwojgiem przypadkowych nieznajomych, do której najwyraźniej dążysz? Przychodzą mi do głowy różne pojęcia, od masochizmu i uległości, po sadyzm i dominację, ale co właściwie o nich wiem? Poza suchą, encyklopedyczną definicją i zapewne mocno przekłamanym obrazem, zbudowanym przez wątpliwej jakości czytadła (i kręcone na ich podstawie filmidła) dla znudzonych gospodyń domowych, niewiele. Co najwyraźniej doskonale zauważasz w wyrazie mej twarzy. Milkniesz na moment, jakbyś zastanawiała się, czy jeszcze coś dopowiedzieć, ale boisz się reakcji.

– Albo teraz, w tym przedziale, weźmiesz mnie na wszelkie możliwe sposoby albo wypier...

 


 

Zrywam się cały roztrzęsiony, mokry od potu, w panice boleśnie uderzając nadgarstkiem o bok łóżka. Otwieram oczy i chaotycznie rozglądam się dokoła, sprawdzając, czy przebywam w dokładnie tym samym miejscu, stanie i towarzystwie, w którym się położyłem. Widzę nad głową półkę z własną walizką, obok zaciemnione okno, a naprzeciwko, oświetlone słabiutką lampką sufitową, drugie posłanie. Puste, przykryte wyraźnie używaną, byle jak złożoną pościelą. Wciąż nie będąc do końca pewnym, co się dzieje, odrzucam kołdrę i sięgam ręką do majtek.

 

Są na swoim miejscu. Czyste i pachnące. Oddycham z ulgą. Rozumiem: zmęczenie, stres, nietypowa sytuacja… ale taki sen, czy raczej koszmar, to już jakaś gruba przesada! Nigdy i nigdzie więcej, choćbym musiał tłumaczyć się szefowi, używając środków przymusu bezpośredniego, nie pojadę nocnym pociągiem! Zwłaszcza takim, którym podróżują puszyste, nieprzesadnie ładne rudzielce.

Przeciągam palcem po zdjęciu dwóch cudownych urwisów i ich fantastycznej matki, sprawdzając godzinę. Jest nieco zbyt wcześnie, ale może i dobrze? Prysznic, solidne śniadanie, ostatnie przejrzenie najważniejszych dokumentów przed spotkaniem… i koniecznie telefon. Długi i wyjątkowo osobisty.

 

Chciałbym powiedzieć sobie, wam i wszystkim pozostałym zainteresowanym, że finalnie cała historia okazała się tylko wytworem mej rozchwianej wyobraźni. A jedynym, czego pragnę, jest jak najszybszy powrót do domu. Bardzo bym chciał. Ale nie mogę.

 


 

– Powtórz to! – żądam od ciebie twardo.

– Ale co dokładnie? – jesteś autentycznie zaskoczona.

– Wszystko! Tak, jakbyś mówiła wprost do mnie. – uściślam.

– Weź mnie jak nikogo wcześniej! Wyżyj się za wszystkie czasy! – podnosisz głos, aż mając na uwadze komfort pozostałych podróżnych, muszę cię przyhamować. – Potraktuj jak ostatnią szmatę i uderz, a gdybym wrzeszczała, zatkaj mi usta! Najlepiej własnym fiutem! Zajedź we mnie jednego kondoma, drugiego, trzeciego jeśli będzie trzeba! Przerżnij na wylot moją nienasyconą pizdę, rozochoconą dupę, lubieżne wargi! – nagle chichoczesz, jakbyś powiedziała coś wyjątkowo zabawnego. – W tej właśnie kolejności, a potem powtórz wszystko jeszcze raz! A jak już poczuję się zaspokojona, to…

– Bądź więc tak miła – wchodzę ci bezczelnie w słowo – i zamknij się, Mirello!

 

Celowo ściągam ci ramiona jeszcze mocniej, aż niewielkie początkowo fałdki między ich nasadą a biustem wybrzuszają się na tyle, bym mógł je chwycić ustami. Co właśnie czynię. Nie przeszkadza mi, że daleko ci do nawet szeroko pojmowanych, ogólnie przyjętych kanonów piękna, a o świeżości twego ciała moglibyśmy naprawdę (nomen omen) intensywnie dyskutować. Skupiam się tylko i wyłącznie na lizaniu wyżej wymienionego, intrygującego miejsca. Wbijaniu palców w miękką pupę, którą mnie przytłaczasz. Słabnącym powstrzymywaniu się od wsadzenia sztywnego penisa głęboko w źródło kleistej wilgoci, tak bliskiego, chętnego i szeroko otwartego.

I zastanawianiu, w której kieszeni walizki schowałem prezerwatywy?

 

Gdy kończę z zaskakująco smakowitymi wałeczkami, przenoszę się ku szyi, zahaczając o nie dający się ukryć drugi podbródek, po czym wracam do piersi. Łapię wargami za rozbudzone sutki i mocno zasysam, czując na języku charakterystyczną słoność. Przygryzam je zębami, z początku leciutko, obserwując twą reakcję. Chcesz więcej, widzę to wyraźnie! Ściskam cię mocniej, aż do momentu, w którym grymas bólu wykrzywia ci twarz. Późno się to dzieje. Bardzo późno.

Klepię cię w boczek. Coraz energiczniej. W końcu uderzam, jakbym wyrabiał wyjątkowo oporne ciasto, z którym nie mogę sobie poradzić nawet wałkiem. A ty za każdym razem spinasz się mocniej, stękasz głośniej i… uśmiechasz. Gryzę ci brodawki niemal do krwi, paznokciami jednej ręki rozdrapuję skórę, zostawiając czerwone szramy, a drugą dosłownie biję. I boję, dokąd zmierzamy. A ty się śmiejesz.

 

Chwytam cię pod brodę i unoszę, zmuszając do zejścia ze mnie. Staję przed tobą i wpijam ci się w usta, obśliniając policzki i brodę. Schodzę ku dołowi, miętosząc po drodze trzęsący się brzuszek, całując oponki, wciskając język w pępek. Już z tej odległości dociera do mnie twój zapach, ale odważnie podążam niżej. Przykładam nozdrza do zmierzwionych włosów, porastających wzgórek i aż muszę się cofnąć. Nie wiem, kiedy ostatnio się odświeżałaś i wolę nie pytać. Nie, że – wybacz dosłowność – śmierdzisz, ale intensywna, drażniąca mieszanka całodniowego potu, ociekającej lepką żądzą pizd… kobiecości i amoniakalnej nuty moczu w tle, jest dla mnie zupełną nowością. Perwersyjnie tajemniczą i fascynująco wręcz wulgarną. Którą pełen ambiwalentnego podniecenia zlizuję z posklejanego zarostu.

Wciskam dłoń pomiędzy twe uda, zbierając śliską, ciągnącą się długimi nićmi namiętność. Bez najmniejszego oporu wsuwam w ciebie palec, potem drugi i dopiero trzecim wypełniam całkowicie. Wstaję szybko, nie przerywając pieszczot i spoglądam w płonące iście diabelskim blaskiem oczy, wciąż skryte za ciemnozielonymi oprawkami.

– Mirella, ja się naprawdę obawiam, że…

– Bój się, bo masz czego, waniliowa buło!

Niekoniecznie rozumiem kontekst, ale zamiast mi go objaśnić, wyszarpujesz mą dłoń ze swego wnętrza i oblepioną mlecznobiałą wydzieliną wkładasz do ust tak głęboko, jakbyś celowo chciała się udławić. Odwracasz się, opierasz rękami o poręcz nad łóżkiem i wypinasz w moją stronę w bardzo jednoznacznym celu. Powracam ku szeroko rozchylonym, mięsistym płatkom, rozpychając je ociekającymi sokami i śliną palcami. Napinasz biodra, pragnąc jeszcze, a ja sprawdzam, czy dobrze odczytałem twój gest. Powolutku przesuwam kciuk w kierunku pośladków, rozsmarowując wilgoć dokoła nich i czekając na reakcję. A ty rozstawiasz nogi szerzej, prężąc się i opuszczając głowę znacznie poniżej rąk. Czyli zrozumiałem.

Nie przerywając penetracji rozgrzanej już kobiecości, wciskam kciuk w drugą dziurkę. Drżysz, ale się nie odsuwasz. Zaczynam więc nim poruszać, szybko i jeszcze szybciej, słuchając coraz głośniejszych pojękiwań. Przymierzam się, by umieścić w tobie kolejny palec, ale wtedy definitywnie się spinasz. Więc jeszcze za wcześnie.

A może jednak nie?

 

Poprawiasz się, jakby zastanawiając, czy jest ci wystarczająco przyjemnie. Najwyraźniej tak, bo odrywasz jedną rękę od poręczy i uciskasz sutek, w odpowiedzi na co ja zaczynam cię znów posuwać, gdy ty odwracasz głowę i… chwila, bo się pogubię! Czy dobrze widzę? Stoisz przede mną pochylona na środku przedziału sypialnego. Jedną ręką drażnisz brodawki zwieszających się swobodnie piersi, a drugą kierujesz między uda, pobudzając łechtaczkę tak energicznie, że aż zahaczasz paznokciami o moją dłoń. Wypełniającą twą calutką cipkę, gdy tymczasem kciuk wcisnąłem ci po ostatni staw w tyłeczek. Drugą zaś wkładam w usta… nie! Błąd! Ty sama ssiesz ją tak łapczywie, że obawiam się, byś się nie zakrztusiła, lub co gorsza nie pokaleczyła podniebienia.

Ale ty właśnie tego chcesz! Nie przytulasków, czułego miziania i zwiewnej niczym puszek z pipki jednorożca gry wstępnej. Nie kochania się. Nie seksu. Pragniesz pierwotnie wściekłego rżnięcia. Bez zahamowań. Bez oporów. Bez litości. Pędzącego na złamanie karku wprost ku ostatecznemu zatraceniu. Dlatego mimo oporu wciskam ci do pizdy kolejny palec i zginam kciuk tkwiący w dupie tak mocno, aż czuję je wzajemnie przez cienką ściankę, oddzielającą odbyt od pochwy. Wpycham rękę w usta po same kostki, spieniając ślinę spływającą przez nadgarstek ku przedramieniu.

Wierzgasz na tyle gwałtownie, że w pewnym momencie muszę wstrzymać pieszczoty, o ile w ogóle można je jeszcze tak nazwać... Spoglądasz na mnie wzrokiem pełnym złości, zawodu i kpiny, więc chcąc nie chcąc jedynym, co mi pozostaje, jest pieprzenie cię coraz mocniej. Z takim zaangażowaniem, aż bolą mnie mięśnie, a ścięgna napinają się niczym postronki.

Nie mam pojęcia jak nazwać odgłos, który właśnie z siebie wydajesz i mam tylko nadzieję, że hałas pociągu zdoła go choć trochę zagłuszyć. Plujesz płatami śliny z jednej i gęstą, kleistą mazią z drugiej strony, trzęsąc się rozpaczliwie, jakbyś zaraz miała upaść. Co faktycznie robisz, osuwając się bezwładnie i tylko dzięki mojemu refleksowi nie uderzasz twardo o wykładzinę. W przeciwieństwie do twoich własnych okularów.

Prosiłem, byś mnie nie straszyła, Mirello! Chociaż nie do końca to miałem na myśli.

 


 

Leżysz na łóżku zwinięta w kłębek, próbując złapać głębszy oddech. Nie wiem właściwie dlaczego, ale klękam przed tobą i wtulam głowę w piersi. Obejmuję cię ramieniem, kładąc drugą rękę na mięciutkim łonie i bezwiednie rozgarniając palcami splątane wilgocią, urocze loczki. Powoli odwracasz głowę i spoglądasz na mnie zmętniałymi oczami. Jesteś mi wdzięczna? Chcesz podziękować? A może zbyt wiele sobie dopowiadam i twe spojrzenie nie wyraża niczego poza satysfakcją lub najzwyklejszą ulgą? Ostatecznie właśnie się zaspokoiłaś, przy mojej co najwyżej niewielkiej pomocy i…

Wtem twój wzrok krzepnie, jakby pod ognistą grzywką nagle pojawiła się niezwykle istotna, nie dająca spokoju myśl. Unosisz się na łokciach, dosuwasz do mnie i przytulasz. Co zaskakuje mnie znacznie bardziej, niż niedawna, podwójna palcówka.

– Wstań – szepczesz ciepłym, miękkim głosem wprost do ucha.

Unoszę się z kolan, czekając na ciebie, ale najwyraźniej masz inne plany. Wiesz doskonale, że moje sztywne przyrodzenie znajdzie się akurat na wysokości twej twarzy i bez ceregieli chwytasz mnie dłonią, mocno i zdecydowanie. Mam zamiar zaprotestować, ale wbijasz mi paznokcie w pośladek i otwarcie żądasz, bym podał ci prezerwatywy. Po chwili mocowania się z opakowaniem nakładasz lateksowy krążek na czubek penisa i ściągasz go w dół. Wargami. Coraz niżej, aż wyraźnie czuję opór i chcę się odsunąć, ale ponownie mi nie pozwalasz. Nabijasz się na mnie, dopychając na siłę, aż zaczynasz się dławić.

– Nie! – protestuję.

Podnosisz oczy i patrząc na mnie z wyrzutem, na powrót obejmujesz penisa. Tym razem, co wydaje się niemożliwością, jeszcze głębiej, tocząc pianę z kącików ust. W pewnym momencie zatrzymujesz się, łapiesz mnie za ręce i kładziesz je sobie za głową.

Nie chcę, Mirello. Nie mogę. Nie jestem taki. Ja przecież nigdy i żadnej kobiecie…

Trzymam cię za włosy, wbijając kutasa w twe usta raz za razem, szybciej i gwałtowniej. Pełen atawistycznej furii, pośród lejącej się strumieniami śliny i dzikiego charkotu, dosłownie rozrywam ci gardło, podczas gdy ty rozdrapujesz mi pazurami plecy.

 


 

Kładziesz się na zdecydowanie zbyt małym i kompletnie nieprzystosowanym do bieżących potrzeb łóżku, podnosząc nogi do góry i rozchylając palcami kobiec… pizdę. Wyraźnie obrzmiałą, przekrwioną, porośniętą posklejanymi, rudawymi kędziorami. Przyklękam i opieram czubek penisa o rozpulchnione płatki, napierając powoli, ale konsekwentnie. Praktycznie nie czuję fizycznego oporu, ale psychicznie… tak, chcę tego! Pragnę całym jestestwem! Moje mizoginistyczne ego wrzeszczy, bym cię posiadł, wykorzystał i upokorzył zarazem, a na koniec pogardliwie porzucił!

Nie mogę się przemóc. Nie jestem… tak samo pewny swych zasad, jak ledwie parę chwil wcześniej, gdy zafundowałem ci poniżający facefuck?

Łączę nasze biodra w jedność. Posuwam się z początku ostrożnie, z uwagą badając teren. Jesteś śliska, cudownie ciepła i zaskakująco ciasna. Przyjmujesz mnie całego z widoczną, nieukrywaną przyjemnością. Przesuwam palcami po twym pofalowanym brzuchu i głaszczę kołyszące się swobodnie piersi, delikatnie tym razem podskubując skutki. Kładę dłoń na zaróżowionym, uniesionym w ślicznym uśmiechu policzku. Ale ty wyraźnie oczekujesz więcej. Zachęcasz mnie do wzmożonego zaangażowania, gwałtowności, niemal agresji. A ja jestem ci całkowicie i bezwarunkowo posłuszny.

 

Nie myślę już o własnej żonie i dzieciach, szczerości i zaufaniu, miłości i wierności… Zatracam się w nieprzytomnym, zwierzęcym rżnięciu w gruncie rzeczy przeciętnej urody, o nieco nadmiernie zaokrąglonym, przepoconym ciele, żony cudzej. Czyli ciebie, Mirello. Co cholernie mi się podoba.

Klęczysz przede mną z wypiętym wysoko, pulchnym zadkiem, a ja pierdolę jak oszalały twą chlapiącą sokami cipę w akompaniamencie ciężkich postękiwań, plaskających odgłosów biustu i smaganego obiema moimi rękami tyłka. W którym trzymasz już dwa palce i zaraz wciśniesz trzeciego… przepraszam, właśnie to zrobiłaś.

Nie jestem w stanie czekać dłużej. Pochylam się, łąpię za nędzne resztki koczka i odciągam ci głowę do tyłu.

–  Wyruchać cię w dupala, ty gruba, brzydka kurwo?!

W sekundzie czerwienieję ze wstydu. Do jakiego doprowadziłem się stanu, że w ogóle śmiałem powiedzieć coś takiego? Ale zamiast jakże uzasadnionego spoliczkowania mej osoby, wyciągasz dłoń z wiadomego miejsca, nadstawiając ku mnie ziejącą szeroko, obtartą do czerwoności dziurę. Podniecającą mnie do obłędu i jawnie obrzydliwą zarazem, o której higienie (lub jej braku) nie chcę nawet próbować myśleć. Do której wnętrza spluwam raz i drugi i jednym ruchem wypełniam nabrzmiałym fiutem po samo dno. Pieprzę cię w nawilżoną jedynie moją śliną i twymi własnymi sokami, jak sama rzekłaś, rozochoconą dupę.

Kiedy ostatni raz uprawiałem seks analny? Dawno. Kiedy brutalnie pierdoliłem rozwartą wulgarnie… Przenigdy!

 

Okładam cię niczym upojony adrenaliną jeździec swą narowiście galopującą klacz. Wbijam palce głęboko w zawijające się boczki. Drapię plecy paznokciami. Nie potrafię się powstrzymywać, choćbym chciał. Zwalniam wszelkie hamulce, stając się wściekle zdziczałym samcem, dosiadającym uległą mi samicę nie w akcie prokreacji, a prymitywnej dominacji i chuci. Próbuję nie tylko opanować nieartykułowane odgłosy, które z siebie wydaję, ale też zignorować ich coraz poważniejsze konsekwencje w postaci ewidentnie ostrzegawczych postukiwań, dobiegających zza ściany. Mimo starań, chęci i zaangażowania ostatnich resztek sił, nie daję już rady. Unoszę jeszcze biodra tak, że wbijam się w ciebie bardziej z góry niż od tyłu, przytrzymuję za kark i spuszczam wprost do tyłka.

Co najwyraźniej nie do końca ci się podoba. Czekasz, aż skończę, ale potem odwracasz się z miną, jakbyś miała ochotę kogoś zamordować. I przy okazji zgwałcić. Co gorsza, dobrze wiem, kogo. Nie dając mi dojść do słowa, ściągasz prezerwatywę i wyciskasz jej zawartość do swojej dupy, po czym chwytasz mnie za nadgarstek. Nie udaję, że nie wiem, dokąd nim zmierzasz.

 

Nie chcę, Mirello. Nie mogę. Tym razem zupełnie serio. Wcześniej miałem tylko podejrzenia, ale teraz jestem już całkowicie pewien. Niestety. Choć padam ze zmęczenia, zdaję sobie doskonale sprawę, że nie jesteś czysta. Dlatego też, starając się zwalczyć ohydne uczucie kwasu wzbierającego w przełyku, składam palce i wciskam ci rękę w… Nie, tego nie zrobię, choćbyś nie wiem, jak mnie błagała, groziła, czy przymuszała.

W zamian docieram tak głęboko w otchłań twej pizdy, aż nie mogę uwierzyć, że w ogóle się w niej mieszczę. Podczas gdy ty dosłownie rozszarpujesz sobie łechtaczkę paznokciami, jednocześnie znów próbując dobrać się do czeluści własnego odbytu. Ogarnia mnie nagły przypływ powracającego nieoczekiwanie, nieokiełznanego podniecenia, któremu muszę czym prędzej dać ujście. W jednym i tym samym momencie poddaję cię brutalnemu fistingowi, masturbuję się aż do bólu i podziwiam twe nieludzko zmaltretowane, a przecież niepowstrzymanie podniecające mnie ciało, mdlejąc z wyczerpania. Wraz z twoim szczytowaniem, moim wytryskiem i wezwaniami o natychmiastowe i definitywne zaprzestanie seksualnych ekscesów, dobiegającymi zza drzwi, osuwam się na podłogę.

 


 

Podziwiam cię półprzytomnym wzrokiem, dysząc i charcząc na przemian. Leżysz bezwstydnie rozłożona, z iście kurewskim uśmieszkiem na ustach, odważnie podnosząc nogę aż do wysokości półki na bagaż i ukazując wszystkie wdzięki. Widzę zaczerwienione piersi o przekrwionych sutkach, podrapany brzuch, obtarte uda, spływającą po ciele spermę. Ślady palców na szyi i potargane włosy. Wciąż rozwartą, zerżniętą bezlitośnie, dosłownie zmasakrowaną cipę, z której wyciekają kolejne porcje sam już nie wiem czego, zostawiając wstrętne, lepkie plamy na prześcieradle. Może i dobrze, że z tej perspektywy nie dostrzegam dupy, bo strach nawet pomyśleć, jak teraz wygląda i co się z niej wylewa.

 

Wiesz, jak w tym momencie wyglądasz? W jaki sposób mógłbym cię nazwać? Jaka jesteś?

– Jesteś piękna, Mirello.

Otwierasz oczy i zwracasz ku mnie zaskoczone spojrzenie barwy tym razem spokojnego morza, jakbyś źle usłyszała, lub zupełnie mi nie uwierzyła. Aż tak dziwią cię me słowa? Uważasz, że kłamię? A w jakim niby celu? Bo chciałbym się odwdzięczyć za prawdopodobnie jeden z najlepszych, a definitywnie najostrzejszy seks w życiu? Tak! Czy mam ochotę sprawić ci przyjemność komplementem? Owszem. A może pragnę, byś poczuła się… doceniona? Usatysfakcjonowana? Szczęśliwa? Zgadza się!

– Jesteś piękna, Mirello. Ze swym naturalnym, cudownie nieidealnym ciałem. Ponętnymi piersiami, apetycznym brzuszkiem, niesamowitą kobiecością. Nieoczywistą, wcale niełatwą urodą. Hipnotyzującymi oczami. Jesteś piękna w swej bezpruderyjnej, pierwotnie zdziczałej seksualności. Pełna nieokiełznanej żądzy, drzemiącej nieoczekiwanie w jakże zwyczajnej, niepozornej osobie. Jesteś piękna.

Za to ja nie jestem już nawet pewny, czy wypowiedziałem ową jawną deklarację uczuć na głos, czy tylko pomyślałem. Osuwam się na swoje łóżko, nie dając rady powstrzymać ołowianych powiek. Zaraz wstanę, ułożę się przy tobie i przytulę do tak dalekich od perfekcji, a przecież wspaniałych kształtów. Wciągnę głęboko w płuca ostry zapach wspólnej namiętności i pocałuję cię nie tylko w usta, zlizując słono-kwaśną żądzę, ściekającą po skórze. Już, za momencik, tylko się zdrzemnę…

 


 

Zrywam się roztrzęsiony, mokry od potu, uderzając nadgarstkiem o bok łóżka. Otwieram oczy i rozglądam się dokoła, sprawdzając, czy przebywam w miejscu, stanie i towarzystwie, w którym się położyłem. Widzę półkę z walizką, okno, a naprzeciwko drugie posłanie. Puste, przykryte byle jak położoną pościelą. Wciąż nie będąc do końca pewnym, co się dzieje, odrzucam kołdrę i sięgam do majtek.

 

Których nie mam. Za to wyraźnie widzę i czuję na penisie podeschniętą, choć miejscami wciąż kleistą mieszankę… oby jedynie środka nawilżającego z prezerwatywy i własnej spermy. Wstaję i zapalam światło, starając się dojrzeć w lustrze, czy chociaż trochę przypominam osobę, która ledwie kilka godzin wcześniej weszła do przedziału. Na szczęście poza dającymi się przysłonić ubraniem zadrapaniami, bladoszarą twarzą i podejrzanymi plamami w cokolwiek dziwnych miejscach, nie stwierdzam specjalnych różnic. Wciągam spodnie i ostrożnie wystawiam głowę na korytarz, wyglądając ratunku.

 

Prysznic, jedną zmianę bielizny, podwójne śniadanie w bufecie i trzy kawy później opanowuję drżenie rąk na tyle, że jestem w stanie w miarę normalnie się ubrać i spakować. Nie chcę nawet zaczynać analizy wydarzeń mijającej nocy, bo zwariuję. Tym bardziej że złapana po drodze konduktorka nie ma pojęcia, kiedy i jak wysiadłaś. O tyle dobrze, że najwyraźniej nie dotarły do niej odgłosy naszych wyjątkowo niegrzecznych zabaw, a i współpasażerowie nie zgłosili skarg ani zażaleń.

Opuszczając ostatecznie miejsce będące świadkiem mego może i po części zawinionego, ale jednak wstydu, hańby i upadku, upewniam się po raz ostatni, czy niczego nie pozostawiłem. I wówczas dostrzegam wizytówkę, leżącą pod stolikiem. Podnoszę ją i czytam: Mirella, nazwisko, nazwa chyba firmy, mail, numer telefonu.

Wypadła ci przypadkiem, czy raczej celowo postanowiłaś ujawnić, kim dokładnie jesteś? A jeśli tak, jaki cel ci przyświecał? I dlaczego w takim razie opuściłaś mnie bez słowa wytłumaczenia, czy choćby symbolicznego pożegnania?

Z walącym niczym młot sercem opadam na krawędź łóżka. W jednej ręce trzymam ów kawałek papieru, mogący być równie dobrze przepustką do nowego, wspaniałego świata, co biletem w jedną stronę ku najczarniejszym czeluściom piekieł, a w drugiej telefon ze zdjęciem rodziny na tapecie. Spoglądam naprzemiennie w obie te rzeczy, wiedząc doskonale, że nic i nigdy nie będzie już takie samo.

 




 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Zdjęcie w tle: Pixabay 

 


 

Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę, będzie mi niezmiernie miło gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

Agnessa

Ten tekst odnotował 22,065 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.71/10 (77 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Komentarze (29)

0
0
Na razie z tego co widzę przyjęcie jest raczej chłodne... albo ktoś się bawi w dowcipnego matematyka i chce wystawić wszystkie możliwe oceny 😉
Jeśli z jakichś powodów (obojętne jakich) opowiadanie wam się nie podoba - poświęćcie minutkę na wystawienie komentarza! Z góry dziękuję!
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-1
pasiastą bluzę i zdecydowanie zbyt
albo "i ze zdecydowanie zbyt dużymi" albo "i (w?) zdecydowanie zbyt duże" Chciaz czy oprawki się ubiera? Ja zakładam, ale jako #niebieski mogę robić coś nieprofesjonalnie. 🙂

Sobie nawzajem zresztą też
"O sobie nawzajem..."

kandydatkę znalazłem bardzo prawdopodobnie
coś gryzie i drapie w tym zdaniu...

nie tylko nimi, brzuchem czy udami. Osaczasz mnie
Tak bardzo brakuje tu połączenia... ;P

chichotasz
Ja jednak chichoczę, "chichotasz-owanie" jest zbyt demoniczne... IMHO... tylko IMHO.

boję, dokąd zmierzamy
Nie bój żaby! 🙂)

Zatracam się we nieprzytomnym

"w"

Wraz z twoim szczytowaniem, a moim wytryskiem
"i moim..." bo to zdaje się nie to samo...

Narratorze!
Mieszane mam uczucia. Zapowiadasz słowami autora (-torki) rzecz mocną, podczas gdy - nie rozpisując się zbyt wiele - mam wrażenie, żeś jest pensjonarką, którego (hmmm...) kontakty, z wieloma n.b. kobietami, musiały do tej pory być skromniejsze od odzienia myszki, rodzaj: szara, gatunek: cicha, występowanie: podmiotlarska...
Chylę czoła przed wzniosłą postawą bohatera, lecz jego niesamowicie sumieniowyrzutogenne przeżycia IMHO plasują się realnie gdzieś przed tym, nim gimbaza z nudów zabija czas grą w "słoneczko".
Najtrudniej zaakceptować mi staranne i dokładne odrywanie wydarzeń od możliwej, znów IMHO, rzeczywistości, łomem uczynionym w pośpiechu z drutu stalowego, żebrowanego, fitrzydzieści...
Najtrudniej, bo historia ma zadatki. Na coś. Być może decydujesz się na zbyt wiele wątków, a może nawet niektórym rzeczom zostawiasz zbyt wiele miejsca na pracę wyobraźni.
Poza suchymi opisami 'akcji' oraz poczuciem wstydu i perwersyjnego żalu u mężczyzny nie dowiadujemy się o wydarzeniach nic. To może sprawiać wrażenie, że nie dzieje się nic, w sercach bohaterów także, o ile otwierając je mają chęć na coś więcej, niż tylko suchą inwentaryzację.
Sceny erotyczne są dla mnie 'erotyczne z założenia' - zachwyca, no jak nie, jak tak! Być może długość, którą można było poświęcić ...hmmm na seks, przy założonej krótkiej formie oraz baardzo rozbudowanym wstępie, była... zbyt krótką?
Wydarzenia, których sprawcą jest Narrator, mają być tak przerażająco wulgarne, że sam on jest swymi dokonaniami przerażony. To szczególne połączenie schizofrenicznej erotyki0 w sztuczny sposób sprowadzone do technicznych opisów może być prawdziwe, jednak dla mnie nie jest ani erotykiem ani beletrystyką. To reportaż, trochę W złym guście, ale i gusta bywają różne.
Mimowolnie dobrze rozumiem żart z punktami oceny - mi także trudno się zdecydować. Pod kątem lektury erotycznej - mnie jednak nie zachwyca, A zasadniczo staram się wchodzic do pierwszej wolnej... 😛

Bardzo chętnie poczytam więcej, nawet jeśli ewolucja stylu nie będzie szła w ulubionym przeze mnie kierunku! 🙂)

Całość oczywiście to tylko moje NIEWYMUSZONE zdanie... 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Dziękuję za konstruktywną krytykę i wypisanie błędów, zawsze się coś przemknie przez korektę. Większość udało się poprawić.

We wstępie celowo zaznaczam, że jest to najodważniejsza rzecz dla mnie. I tylko dla mnie. Nigdy nie pójdę w klimaty bdsm (tu są tylko leciutko zasygnalizowane), albo tym bardziej większe hardkory jak na przykład gwałt. To nie moja bajka. Wiem, że to co dla mnie jest sufitem, dla innych będzie podłogą i nawet z tym nie dyskutuję. Staram się natomiast określić granice, w których jestem jeszcze w stanie w miarę prawdopodobnie umieścić bohaterów i wydarzenia, a jedyną metodą na ich wyznaczenie jest właśnie napisanie tekstu, opublikowanie go i poddanie dyskusji.

Co do formy... opowieść miała być z założenia relacją tylko jednej strony. O Mirelli wiemy tyle, ile widzi / słyszy / czuje bohater i nic więcej. Co ma oczywiście swoje wady. Podobnie jak długość: czas akcji to ledwie kilka godzin, za miejsce służy jedno pomieszczenie, a tymczasem opowiadanie rozrosło się do ponad 6 tysięcy słów (45 minut czytania według licznika). Gdyby przy takiej treści zamieniło się formą z na przykład "Adamem i Ewą" i tamtejszymi kwiecistymi opisami i rozważaniami bohaterów, byłoby lekko licząc o 50% dłuższe. Czy słusznie? Wątpię.
Idąc w drugą stronę, gdyby wywalić wstęp (przesuwamy akcję aż do momentu, w którym bohater się budzi i widzi, co wyczynia bohaterka 😉 ) i końcowe dylematy , co by zostało? Seks dla seksu? Da się, ale nie u mnie. Co oczywiście nie każdemu podpasuje.

Mimo opublikowania teoretycznie całkiem sporej ilości tekstów, wciąż eksperymentuję. Czasami z lepszym, czasem gorszym skutkiem, ale zawsze staram się wyciągać wnioski na przyszłość. Idei w/w opowiadania raczej nie powtórzę, choć na pewno nauka pewnych rzeczy nie poszła w las. Chyba 😉

PS Z ocenami to lekko żartobliwa uwaga, ale tak to wygląda: 2,3,4,5,6,7,8,9,10 jakby ktoś celowo dawał każdą możliwą 😉 Do tej pory nic nawet trochę podobnego mi się nie zdarzyło 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0
Zacznę od tego, że z podziękowaniami możesz zbastować; mój wkład w niniejszą historię był symboliczny.

Ogólnie, moje odczucia znasz z naszych wcześniejszych dyskusji. Jeśli miałbym ten tekst oceniać, to byłbym w kropce. Dlaczego? Cóż, jeden z powodów to osobiste preferencje, które sprawiają, że treść nie kręci mnie w ogóle; a cóż to za opowiadanie erotyczne, które nie krzesa choćby tyciej iskierki podniecenia? Nie lubię przemocy w seksie, ani dosadnego słownictwa, nic na to nie poradzę. Potrafię docenić fachową robotę pisarską w takich klimatach, lecz nie działa ona na mnie tak, jak na zwolenników takich zabaw. Jak to mówią: nie moja bajka.

Zgodzę się z diagnozą przedmówcy, że opowiadanie stoi w niewygodnym rozkroku pomiędzy pełnym zatraceniem, a bezpiecznym pozostaniem w zgodzie ze sobą. Rozterki głównego bohatera, miast czynić go prawdziwszym, gmatwają przekaz. Również to całe sado-maso wypada nieco... nieangażująco? Może faktycznie za sprawą nader sowitego sypania szczegółami, co prowadzi do reporterskiego brzmienia? Może zaś stąd, że to również nie twój świat i nie umiesz się emocjonalnie zanurzyć do końca w opowiadanej historii - tym samym ja, czytelnik, też go nie czuję? Dla mnie to raczej odcinek Ulicy Sezamkowej sponsorowany przez literki B, D, S i M oraz cyferkę "pizda", aniżeli pełnokrwisty sadomasochizm.

Mogłoby zrobić lepiej całości, gdyby narrator-bohater był bardziej zdecydowany, a jego charakterystyka - mniej waniliowa. Bardziej nawrócony na małżeństwo bad boy, nie ciepła klucha. Łatwo tu wprawdzie popaść w stereotyp, ale być może trochę więcej ognia wydobyło się z takiej konfiguracji, gdzie byłoby bardziej grzesznie, a mniej grzecznie.

Sądzę, że takich użytkowników, którzy mają kłopot z wydaniem końcowego werdyktu, jest więcej - stąd ten matematyczny kalejdoskop wystawionych not. Choć można to zapewne odczytywać także jako zaletę - nieoczywistość, niebanalność wszak nią jest.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Zaczynając czytać opowiadanie myślałem, że się pomyliłem, że to wytwór "historyczki". Ona sie lubuje w perwersjach, wulgaryzmach i bezpłciowych pseudoopowiadanich. Ale to Agnessa jednak napisała. Zdecydowanie jestem na "nie"! Nieciekawe, bezpłciowe i - jak sama przyznała - pełne wulgaryzmów i ostrych scen... O co w tym chodzi - i jakie jest przesłanie opowiadania? Nie podrożujcie z napaloną, niewyżytą kobietą...
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
-3
Zaraz to wywalę, przerobię na pierdy jednorożca, słodziutkie muszelki i żyli długo i szczęśliwie! O! I wtedy będziecie zadowoleni! 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Kitu - odpowiedź na swoje pytania masz w przedmowie i poprzednim komentarzu. Tekst miał na celu przetestowanie (na Czytelnikach, bo inaczej się nie da 😉 ) paru rozwiązań stylistycznych i fabularnych za jednym razem.
Czy finalny efekt mi się podoba? Paradoksalnie tak, bo choć krytyka jest znacznie otrzejsza, a przyjęcie mniej entuzjastyczne niż zwykle, to wasze uwagi i wątpliwości w większości pokrywają się z moimi. Choć potępiać swojego własnego dzieła na zasadzie "macie rację, Agnessa wypuściła paździerz, pora posypać d**ę popiołem" też nie będę, bo nie uważam go za słabe. Raczej inne, z założenia jednorazowe, ale nadające się tylko do śmietnika? Zdecydowanie nie.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+3
-1
Zazwyczaj do czepialstwa jestem pierwsza, ale tym razem muszę przyznać, że nie mam pola do popisu 😀

Początkowo irytował mnie niezmiernie ten kluskowaty, ślamazarny bohater, natomiast w wymiarze całości przyznam, że daje to oryginalny efekt, bowiem czytanie o ostrych facetach i niezdecydowanych kobietach już mnie trochę nudzi, miło zobaczyć zamianę ról.

Lubuję się w ostrych i wulgarnych klimatach do tego stopnia, że tutaj czuję jeszcze niedosyt. Ale odnosząc się do tego, co Agnesso napisałaś wyżej - moja podłoga może być dla ciebie czy innych czytelników sufitem i z tym dyskutować nie będę. Przyznam też, że jak na eksperyment i nie do końca twój klimat, wyszło to (w mojej skromnej opinii) zaskakująco dobrze i chętnie bym zobaczyła, jak idziesz dalej w tę stronę, ku zgorszeniu opinii publicznej 😀

A czy każdy tekst musi mieć jakieś głębsze przesłanie? Czy wulgaryzmy są jakąś ujmą? Mam ostatnio częste wrażenie, że gdy tylko pojawi się tu ostrzejszy tekst, zostaje od razu skrytykowany, bo przecież czytelnicy bardziej święci od papieża - ma być romantycznie, słodko, pod kołderką, z happy endem i morałem.

Wyznam jeszcze, nawet nie udając zawstydzenia, że w pewnym filmie (oglądanym nie powiem na jakiej stronie), który bardzo lubię i do którego czasem wracam, widziałam podobne przygody w przedziale pociągu. I tym właśnie sposobem nabrałam do tego tekstu nawet więcej sympatii, niż zamierzałam 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
No i komu mam teraz wierzyć? 😀 Dosadny język zły, ale dobry. Niezdecydowany bohater dobry, ale zły. Haha 😀

A bardziej serio @Constance - żeby się nie rozpisywać (i nie ujawniać za dużo sekretów 😉 ) powiem w skrócie, że plan na opowiadanie dużo mocniej szedł w bdsm. Tylko że, po riserczu i rozmowach z osobami klimatycznymi (w odróżnieniu od waniliowych 😉 ) wiosek był jeden. Cytując bohatera: ni ch**a 😀
- dla przeciętnego czytelnika, oczekującego powtórki z Greja, byłaby to nielatwa w lekturze opowieść psychologiczna z momentami dość nieprzyjemnym, odartym z czułości i ciepła seksem
- obyci w temacie w momencie wyłapaliby nieścisłości, fantazje autorskie (nie jestem w temacie i tego nie ukrywam), uproszczenia i jawne bzdury. O zbyt krótkim czasie do skonstruowania jakiejkolwiek prawdopdobnej relacji sub-dom nie wspomnę.

Więc wyszło jak wyszło, faktycznie nieco może w rozkroku, ale uważam, że w tym przypadku i tak udało się to co najmniej znośnie. Jest szybko, dynamicznie, bez specjalnego miziania po łapkach miedzy bohaterami, dosłownie i chwilami ostro (choć jak dla kogo) bo miało być. Oczywiście lepiej się pewnie dało, ale brakło mi i wyobraźni i warsztatu. Niemniej eksperyment z inną niż zwykle tematyką uważam za generalnie udany 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
PS Co prawda w tekście zostało kilka nawiązań do tematu bdsm w postaci Mirelli. Jak pojęcie "waliniowości" czy tatuaż z triskelionem, ale mających raczej na celu zdezorientowanie bohatera, który coś tam słyszał, ale nie do końca rozumie co. Dlatego też, skoro widzimy świat jego oczami, w tekście nie pada w/w słowo, a łopatologiczny opis tatuażu. Ale to już był mój prywatny pomysł 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-1
Jestem wściekła, ponieważ jednym nierozsądnym kliknięciem posłałam w eter bardzo drobiazgowy komentarz, dlatego przepraszam za mało, a może nawet brak cytatów. To, co pamiętam:
Za opisanymi emocjami, wydarzeniami nie idą odpowiednie słowa i tu przykład: mężczyzna myślący o sobie: rozsadza mnie wkurwienie, w tym samym czasie nie pomyśli

Bo jeden syn poszturchał się z kolegą


a użyje bardziej dosadnych słów. Tego jest więcej, ale już nie mi wyłapywać.
Podobna sprawa; nie pamiętam dokładnych słów, wiec taki mój przykład: pomyślał, że jest wkur... i pojeb... W myśli nie urywamy słów, ponieważ są zbyt wulgarne. To wypowiadając je możemy mieć obiekcje, dlatego taki skrócony zapis myśli jest niepoprawny. Byłby jedynie w przypadku, gdyby cała myśl, z jakichś powodów została nagle przerwana - ale to nie dotyczy tego opowiadania.

wbijasz we mnie spojrzenie wciąż zaczerwienionych oczu. Które coraz mniej mi się podoba.


na ten cytat trafiłam szukając czegoś innego. Nie mam zielonego pojęcia, co chciałaś osiągnąć tworząc taki zapis, a może to jedynie literówka, bo na to samo trafiłam w tekście chyba trzy-cztery razy

Dwie podkręcone ciastem kawy później żałuje tylko jednego:


tego zdania nie rozumiem

O pozornie szczęśliwym, ale brzmiącym coraz dźwięczniej niczym cymbał małżeństwie,


tego, w obecnym zapisie również (oczywiście, gdybym się BARDZO postarała, ale to nie moje zadanie, a twoje autorko)
Sądzę, że podobnie jak większość i ty prędzej myślisz - a w tym wypadku wymyślasz dalszą fabułę - niż piszesz i stąd takie zdania.
Przypomniało mi się jeszcze coś - czasownik zdążyć nie występuje w czasie teraźniejszym, powinnaś więc zmienić na inny /usunąć, jak uważasz.
To tyle, co pamiętam ze skasowanego komentarza. Było tam jeszcze o różnicy pomiędzy ostrym seksem, a BDSM - dzięki ci autorko, że chociaż wspomniałaś o klimacie w opowiadaniu, nie użyłaś go w tagu; było też o przemycaniu siebie, ale żadnego z tych tematów nie chce mi się po raz kolejny rozwijać. Było też o brakujących przecinkach... ech...
Na koniec mam pytanie do _MK_

, którego nieocenione rady pozwoliły mi uporządkować strukturę tekstu i ogarnąć motywację bohaterów. O drobniutkich cytatach nie wspomnę,


Czytałam twoje teksty i zostały one przeze mnie ocenione wysoko pod względem warsztatowym. Całość była/jest dopieszczona w każdym szczególe, postawiony odpowiedni znak interpunkcyjny we właściwym miejscu, użyte słowa odpowiadały opisywanej sytuacji, poprawny szyk itd. I teraz moje pytanie do ciebie jako osoby wymienionej we wstępie, a w ,,Pasierbicy..." nazwanej nawet współautorem: jak to się stało, że w OBU tekstach (zgoda, w tym mniej) trafiam na tyle baboli?
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-1
Bo _MK_ był współautorem, a nie autorem jedynym w "Pasierbicy", a tutaj mi raczej podpowiadał, a nie pisał. Więc błędy można zwalać na mnie 😉 W związku z czym odniosę się do zarzutów:

żadnego z tych tematów nie chce mi się po raz kolejny rozwijać



Bardzo słusznie! Popieram! Oby tak dalej! 😀

A bardziej serio - dziękuje @Krystyno za uwagi, ale wybacz, dla mnie dyskusja o każdym błędnym przecinku, formie, a zwłaszcza "to słowo ma być inne bo cośtam" jest bezcelowa. Od chwili, w której jeden mój tekst przeszedł przez ręce trzech korektorów i jeden poprawiał po drugim, drugi po trzecim, a potem finalnie i tak poprawki do poprawek szły do śmieci, mam do takich spraw baaardzo dwuznaczny stosunek.
W skrócie: jest babol rzucający się w oczy - dziękuję za jego wskazanie! Jest jakaś nie taka forma nie tego czasownika - jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno. Naprawdę 😛
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
W preambule piszesz, że będzie krótko, więc komentarz zostawię krótki.

Chciałbym powiedzieć sobie, wam i wszystkim pozostałym zainteresowanym, że finalnie cała historia okazała się tylko wytworem mej rozchwianej wyobraźni. A jedynym, czego pragnę, jest jak najszybszy powrót do domu. Bardzo bym chciał. Ale nie mogę.


Nie rozumiem dlaczego to zdanie stoi w połowie tekstu a nie na końcu. Wydaje mi się, że ono domyka opowieść, zresztą całkiem zgrabnie skonstruowaną, która jest kompletna.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Komentarz do komentarza: "Od chwili, w której jeden mój tekst przeszedł przez ręce trzech korektorów i jeden poprawiał po drugim, drugi po trzecim, a potem finalnie i tak poprawki do poprawek szły do śmieci, mam do takich spraw baaardzo dwuznaczny stosunek" - albo korektorzy do bani, albo tekst mega kiepski, albo autorka wszystko wiedząca, albo reguły języka polskiego tak gumowe, że każdy może je rozumieć po swojemu. Niepotrzebne skreślić. 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-1
Korektorzy byli dobrzy, ale każdy rozumiał swoją rolę inaczej. Jeden chciał ingerować mocno w tekst włącznie z przebudową zdań, druga (bo to kobieta była) poprawiała tylko technicznie, za to bardzo wnikała w treść (a czemu to jest tak, a tamto inaczej?). O trzecim nie wspomnę 😉 A finalnie okazywało się, że jedynym sensownym rozwiązaniem byłoby napisanie historii od nowa. Bo tekst po trzeciej warstwie poprawek był warsztatowo okej, ale poza tym... dramat. Bez jednolitego stylu, pocięty logicznie, a już na pewno nie "mój".

A reguły polszczyzny? Uwielbiam czytać dyskusje na grupach językowych na FB, gdzie grammar nazi żrą się, że "łooo ta forma ma być a nie tamta, gunwo wiesz, a w tym znaczeniu ma być przecinek, bo to zdanie nadrzędno-nierządne, a nie podrzędno-współrzędne HURRDURR". No komedia po prostu 😀 Staram sie dbać o język jak tylko mogę, ale mam pewną granicę tolerancji, za którą jest to już przesada i strata czasu.

PS Zarzucę propozycją wprost i publicznie - jeśli ktoś chce, mogę bez problemu podesłać tekst przed publikacją do przejrzenia pod względem warsztatowym. W zamian równie publicznie podziękuję, zadedykuję, co kto uważa. W razie czego piszcie na maila.

PPS A ten tekst ze środka? Taki mały twist 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Droga Krystyno, wezwany do tablicy tłumaczę się gęsto:

Mój udział w tym opowiadaniu zamknął się w wymianie wrażeń na temat treści. Nie mam żadnego wkładu w jego zawartość, wyjąwszy ze dwa-trzy zdania, które przypadkowo się w nim znalazły, na drodze towarzyskiej rozmowy. Tutaj nie zawiniłem i proszę u ułaskawienie.

Co do "Pasierbicy" - no, to już grubsza sprawa, bo pod wspólnym szyldem, od odpowiedzialności się nie uchylam. Pozwolę sobie jedynie wyjawić nieco zza kulis, czego Agnessa, mam nadzieję, nie będzie mieć mi za złe.

Tamto opowiadanie powstawało w niecodziennych okolicznościach, przynajmniej dla mnie - nowicjusza na tej stronie. Pisaliśmy przez e-mail, podczas mojego pobytu na urlopie. Traf chciał, że nie miałem przy sobie komputera, więc klepałem wszystko swoje na tablecie, do czego nie przywykłem - tak samo, jak nowością była dla mnie wspólna praca twórcza z kimkolwiek. Niewątpliwie, musiały być takie uchybienia, które uszły mojej rozproszonej uwadze. Nie będę ukrywał, że cała ta kooperacja była też osobliwa, a ja odgrywałem mimo wszystko rolę drugoplanową, nie decydowałem o ostatecznym kształcie całości. Są tam obszerne fragmenty mojego pióra, kilka ważnych tropów wyszło z mojej głowy, lecz nie narzucałem niczego, a z perspektywy czasu, może i bym mógł. Moje uwagi były li tylko sugestiami, Agnessa przyjmowała te, które uważała za słuszne, odrzucała pozostałe. Także te, dotyczące np. tego, kiedy używać średników zamiast kropek i tym podobnych technikaliów. To nie była łatwa dla mnie praca, zważywszy nasz bardzo odmienny, jeśli wolno mi użyć tego wyrażenia, styl pisarski. Jestem zdania, że jak na partyzanckie warunki, srogą objętość tekstu i szeroko pojęte niedopasowanie, udało nam się urodzić coś całkiem fajnego. Do ideału daleko, i ja w przeciwieństwie do swojej współautorki pewnie usilniej bym do niego dążył (i tak ostatecznie przegrywając tę batalię), ale mam satysfakcję z tego doświadczenia.

Dziękuję ci, przy okazji, za kolejne pochwały pod moim adresem, skądinąd offtopicowe - nadal jednak miłe. Nie odbierajmy jednak cesarzowej co cesarskie. To nie mój tekst, a od nieproporcjonalnych podziękowań już się odżegnałem parę komentarzy wyżej. W przyszłości chyba będę jednak wolał pisać sam, mam wówczas pełniejszą kontrolę nad efektem końcowym, a i odpowiedzialność jest mniej rozmyta: wiadomo, kogo ganić i kogo chwalić.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Amen _MK_, amen. I na tym skończmy deliberacje co można było zrobić, co nie, kto zawinił, kto nie dopilnował, komu laury a kogo pasem po dupie.

I przyznaję, łatwa nasza współpraca nie była 😉 Chociaż twój wklad podkreślam i podkreślać będę. Dobrze wiesz dlaczego i za co 😀 Zwłaszcza że z tego co pamiętam, większość twoich uwag była zdecydowanie celnych i znalazła się w wersji finalnej.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
@Agnessa nie tego się po tobie spodziewałem. Ode mnie masz 8/10, bo tekst jest napewno lepszy od przeciętnego tutaj i budzi wyobraźnię. Jednak mam pewne uwagi i zapewne powtórzę się.

Coś co rzuciło mi się w oczy, to to, że na początku dowiadujemy się, że pociąg jest pełen ludzi, a chwilę potem bohaterowie uprawiają dzikie harce, które nie mogły być niesłyszalne. Zwłaszcza w pociągu i nocą.
No i sam, mocno rozchwiany bohater, który najpierw się tłumaczy, a potem i tak klops. Bohater, który już wcześniej zdradzał i zdradza znowu. Przekleństwa nie są problemem, moim zdaniem. Byłyby rzucane przez narratora 3-os.. Nie ma co ugrzeczniać.

Brak relacji i ogarnięcie szałem tłumaczy wiele, ale jednak fisting bez przygotowania brzmi dość, ehm, wymagająco. Nie próbowałem, więc jeśli ty lub inna fanka takich zabaw próbowała może mnie poprawić.

No i bohaterka, z szarej myszki w famme fatal w 1 godzinę, też jest dość nierówna. Chociaż to pewnie rozumiem, jeśli chciałaś to tak rozegrać.

Na twoje szczęście masz dobry warsztat i przyjemnie się to czyta. Jest inaczej, ale według mnie, opublikowane trochę na gorąco, gdy emocje wisiały w powietrzu podczas pisania i edycji.

Fajnie, jakbyś spróbowała swoich sił z BDSM, może we współpracy z kimś, bo jestem ciekaw.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@BlueNight - nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji! 😀
Chcę tu po raz kolejny uprzedzić, żebyście nie wciskali mnie zbyt mocno do jakiejś pasującej wam szufladki. Owszem, mam w pewnym stopniu rozpoznawalny (czy dobry, zły, pasujący lub nie czytelnikom, to inna sprawa) styl, lubię pewne tematy i schematy, ale nie mam zamiaru trzymać się ich kurczowo i pisać ciągle o tym samym.
A gdyby w kolejnym moim opowiadaniu najobficiej lejącym się płynem ustrojowym była - uwaga - jucha bryzgająca na ściany, to co wtedy? To też byłoby "nie agnessowe"? Proszę was...

Co do hałasów to _MK_ zwrócił mi na to uwagę na etapie pisania. Kilka momentów zostało złagodzonych, w innych dodano uwagi bohatera, że powinni się zachowywać ciszej, ale... jeżdziliście nocnymi połączeniami? Ja tak. Wbrew pozorom, o ile ktoś naprawdę nie zacznie drzeć ryja za ścianą, większość odgłosów ginie w hałasie samego pociągu, pasażerów wsiadających / wysiadających na stacjach, itp.

W kwestii bdsm - powtarzam - prawie na pewno w nią nie pójdę. Byłaby to bardziej czyjaś historia (ja jej nie stworzę samodzielnie, nie ma szans) tylko opowiedziana moimi słowami, ze zbyt obszerną warstwą psychologiczną, a poza tym... źle mi się pisze takie rzeczy. Mogę rzucić kurwochujami, barwnie opisać sadomaso włącznie z naprawdę nieprzyjemnymi praktykami, ale satysfakcji mi z tego nie przybędzie za wiele. Nie zamykam sobie definitywnie tej furtki, ale bez dobrego współautora nic z tego nie wyjdzie. A jak się ze mną pracuje, to opisał już _MK_ 😀

Co prawda mam w głowie jedną naprawdę (aż na granicy dobrego smaku) ostrą rzecz, powstałą w wyniku dyskusji z pewną mocno klimatyczną osobą, ale: 1 jest w temacie głównie masochizmu, 2 autor(ka), mimo kilku próśb, nie chce udostępnić mi praw do historii, nawet jeśli sam(a) nie skorzysta i nie rozwinie pomysłu w pełne opowiadanie. A cichaczem podkradać cudzych pomysłów nie będę.

Także tyle w temacie 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Agnessa i dobrze. Twoje teksty, baw się i eksperymentuj do woli. Co do BDSM-a się zgodzę. Sam się za coś takiego nie biorę, bo byłbym mało wiarygodnym.

Zdarzało się nocnymi pociągami jeździć. Cień szansy, że współpodróżni, nie zauważyliby takich rozrywek zawsze jest.

Co do dziwnych tematów i skrajnych fetyszy, ostrzeż na wstępie tylko, żebym wiedział, które kawałki ominąć 😀

Krwawe opowiadanie? Mów mi jeszcze, mało tu mieszańców gatunkowych i jakiś dobry thriller/horror poczytam chętnie.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Zgodnie z waszymi sugestiami, współpasażerowie przestali być całkowicie głusi na nocne harce bohaterów, choć ograniczyli się tylko do ostrzeżeń 😉

Taka prośba (uwaga?) - jeśli ktoś wytyka mi błędy (zwłaszcza gramatyczne), do których popełniania się całkowicie przyznaję, niech zaznaczy, na czym polegają! Ja serio czasami nie wiem o co wam chodzi, gdy cytujecie jakiś fragment i piszecie tylko "źle". Źle, bo co? Bo szyk? Bo nie ta forma? Bo zdanie jest niewłaściwie podzielone / złożone? Jeśli to objaśnicie, zapamiętam na przyszłość!

Oczywiście pamiętajmy też, że jest to pornografomania, a nie bestseller literatury wyższej i naprawdę nie jest tu konieczna wyjątkowo, że tak powiem, dogłębna analiza 😀

Krwawe opowiadanie? Mów mi jeszcze, mało tu mieszańców gatunkowych i jakiś dobry thriller/horror poczytam chętnie.



Kto wie... 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
komu wierzyć.. czy utwór jest dobry czy nie.. oceny mówią, że się podoba. Ilość komentarzy świadczy o zainteresowaniu🙂 pozdrawiam głównie Autorkę (jak to miło) i czytelników
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-1
@ Agnessa
Przeczytałem Twoją opowieść o owym sfrustrowanym, wątpiącym facecie. Zastanawiam się, czy byłoby łatwo wskazać na jakieś inne opowiadanie opublikowane na pokatne, które mogłoby konkurować z Twoim utworem jako studium wątpliwości faceta, który zdradza.

Ciekawym zagadnieniem jest ponadto, czy Twój sposób na konstruowanie fragmentów stanowiących "narrację" dałoby się jakoś nazwać (sklasyfikować). Wydaje mi się, że jest to jakiś sposób nietypowy. Bohater opowiada także sobie.... hm ... Pozdrawiam serdecznie.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Miło mi słyszeć, że bohater jest w tej materii wiarygodny. Zwłaszcza, że powstawał w oparciu o obserwacje osób trzecich i rozważania teoretyczne, a nie (na szczęście) przeżycia własne.

Natomiast warsztatowo... przyznaję, tak jednostronny, skrajnie subiektywny punkt widzenia sprawił mi nieco kłopotów. I wiem, że miejscami to, co bohater widzi, robi i rozważa, zlewa się w jedną całość, taki strumień świadomości. Ktoś z wprawniejszym piórem zapewne poradziłby sobie z tym lepiej, może oddzielił jasno czyny od myśli, albo zastosował jeszcze inny zabieg? Ale jest jak jest i już tego nie zmienię 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
#WTEM w ciągu dosłownie 10 dni "Nocny pociąg" przebił 10000 wyświetleń! Wiem, jest to tekst kontrowersyjny, o czym świadczy nie tylko niższa niż zwykle niższa średnia ocen, ale także (przede wszystkim?) spory w komentarzach, ale... wynik jest wynik!

Po raz kolejny dziękuję serdecznie wszystkim moim wspaniałym Czytelniczkom oraz Czytelnikom! 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Uwierz mi, proszę, że czytam teksty, zamieszczone na pokatne.pl
Zamysł (przedział sypialny) zaciekawił mnie. Motywacja głównego bohatera (modus vivendi?) wciągnął mnie w fabułę.
Czekam na ciąg dalszy...
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Dziękuję za miłe słowa, choć ciągu dalszego raczej nie przewiduję. Co prawda furtka w postaci półotwartego zakończenia jest uchylona (czy raczej drzwiczki do kibelka, nawiązując do treści) ale nie widzę za bardzo celowości ponownego zejścia się bohaterów. Chociaż oczywiście nie mowię nie, niemniej dużo kawy w warsie musiałoby upłynąć, żeby coś z tego wyszło 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Nawiązując do komentarza pod "Pasierbicą" #WTEM 😀 liczba odsłon "Rudzielca" przebiła ówczesny odnośnik, czyli "MiniaTurkę". Ale nie w 7 tygodni, a praktycznie równo (zależy, czy liczyć wynik tamten, czy obecny) połowę tego czasu. I teraz się zastanawiam jaki wpływ mają na to kwestie:
- wzrostu mojej popularności i rozpoznawalności. Wiem, strasznie pretensjonalnie to brzmi, ale liczby nie kłamią,
- odpowiedniej tematyki i użycia właściwych tagów,
- dyskusji (lub nie) pod opowiadaniem,
- i na koniec czy ocena ma jakikolwiek wpływ na wyświetlenia, lub odwrotnie. I dlaczego, bez zagłębiania się w teorie spiskowe, wysyp niskich ocen miał miejsce właśnie w trakcie najbardziej zażartej wymiany komentarzy, a teraz średnia powolutku, ale stale, rośnie? Chociaż akurat nad tym może lepiej się nie zastanawiać 😛
- jakie znaczenie (i czy w ogóle) będzie to wszystko miało na kolejne opowiadanie. I to takie, którego chyba nikt (poza baaardzo uważnymi czytelnikami) się nie spodziewa 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+3
0
@AgnessaNovvak zapewne wszystko po trochu, albo po prostu trafiłaś na właściwy moment z właściwą treścią i wszystko ruszyło.

To, że opowiadanie wzbudza dyskusję nakręca liczbę ocen. Rozpoznawalność swoje robi, bo już jakąś swoją markę wyrobiłaś i mniej więcej wiadomo, że o ile twój tekst może nie przypaść do gustu, to będzie warty przeczytania i dobrze, składnie napisany.
Wulgarność tekstu może też mieć dość duży wpływ, ale mam nadzieję, że nie pójdziesz w pełni tą drogą, bo tutaj łatwo jest przegiąć.

Co do ocen, myślę że ważniejszą oceną są tu komentarze, ewentualne prywatne wiadomości, niż same oceny. Zauważyłem, że ludzie lubią tutaj oceniać, rzeczy których się nie spodziewali, czy po prostu łamiące stereotyp, jakby zawiedzeni, że ich konkretna fantazja się nie pojawiła, albo że pojawiła się inaczej niż myśleli.
Zgadzasz się z tym komentarzem?

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.