Ilustracja: Ramez Nassif

Burza (I)

10 maja 2022

Opowiadanie z serii:
Burza

Szacowany czas lektury: 9 min

Wstęp

 

Odkąd pamięta bała się burzy. Wiedział to, mimo że prawie ze sobą nie rozmawiali. Widział jak próbuje ukryć swój strach krzątając się i porządkując wszystko jeszcze szybciej niż zwykle, a na jej szyi coraz gęściej pojawiały się kropelki potu. Przez skrywane pod zbyt dużym ubraniem jej drobne, jeszcze nastoletnie ciało raz po razie przechodził dreszcz. Na dźwięk grzmotu zamykała oczy. Jose przyglądał się jej z nieukrywanym rozbawieniem. Strzepując ciężką, metalową fajkę obserwował jak falują jej czarne, długie aż do pasa włosy. Jak kasztanowe, lekko skośne oczy rozglądają się nerwowo.  Bawiło go, że ta młoda, rumiana twarzyczka nie patrzy w jego stronę, bo wstydzi się swojego strachu. Wiedział, że jej życie zależy od niego, że trzyma je w swoich dłoniach. Mógł je zniszczyć jednym zdaniem: ,,zwalniam cię”, a ona i cała jej rodzina umarłaby z głodu. To on był najpotężniejszym człowiekiem w wiosce. Ojcem czworga dzieci, mężem, właścicielem hektarów i wszystkich sprawnie działających biznesów w okolicy. Ona nie miała nic.

Sprowadzona do jego letniej posiadłości przez własną matkę nie miała wyboru. Musiała pracować dla tego człowieka, mimo, że od zawsze słyszała o nim przeróżne rzeczy. To od tej pracy zależało, czy jej malutka siostra nie będzie zasypiała głodna. Maria starała się ze wszystkich sił. Nie zwracała uwagi na upokorzenia, wytykanie jej młodego wieku czy braku umiejętności opieki nad gospodarstwem. Jej pracodawca był surowy, ale hojny. Nigdy nie zwlekał z wypłatą, nie żałował jedzenia, nie zabraniał odwiedzin u rodziny. Jose był mężczyzną honorowym. Mimo swoich pięćdziesięciu lat wciąż zachowywał wygląd i wigor młodzieniaszka, a jego doświadczenie i dryg do interesu pozwalały mu na życie w dostatku. Miał dość swojej marudnej żony, która po urodzeniu czwórki dzieci roztyła się niemiłosiernie i ciągle czegoś od niego chciała. Tu, w letnim domku na obrzeżach miasta miał swój azyl. Młodziutka Maria nigdy nie odważyłaby się postawić swojemu Panu. Była łagodna, cicha, wszystkie polecenia wykonywała z największą starannością. Naprawdę się starała i to podobało mu się w niej najbardziej. Nawet tego wieczoru, gdy burza zdawała się być zaraz nad ich domem, grzmoty rozbrzmiewały w promieniu kilku kilometrów, a strach paraliżował całe jej ciało – ona wciąż wykonywała swoją pracę najlepiej jak mogła. Jose nie mógł oderwać od niej wzroku. Pierwszy raz w życiu tak młoda osoba naprawdę mu imponowała. To właśnie to uczucie coś w nim obudziło. Nie mógł i nie chciał już dłużej się powstrzymywać. Wstał z fotela i szybkim krokiem podszedł do Marii, która drżąc i zaciskając zęby szorowała zabytkowy kominek. Jedną ręką złapał jej ramię i silnym szarpnięciem podniósł, tak, że jej twarz była tuż przy jego twarzy.

- Odwróć się – powiedział rozkazującym tonem.

Maria po raz pierwszy nie posłuchała. Zamknęła oczy, a łzy spłynęły jej po policzkach.

Jose nie czekał dłużej. Mocnym ruchem odwrócił i przyparł ją swoim ciałem do ściany. Jedną ręką sięgnął pod długą, ciężką spódnice i ze zwierzęcą złością zdarł jej bieliznę. Grzmot uderzył zaraz obok domu, roztrzaskując ulubioną jabłoń Marii. Tak bardzo lubiła skrywać się w jej cieniu i marzyć, że jej życie wygląda inaczej. Że to ona jest właścicielką prężnych biznesów i wielkiego gospodarstwa. Że cała jej rodzina żyje szczęśliwie w takim miejscu i nie musi się martwić o to, że nie wystarczy im jedzenia do wiosny. Marzyła o tym także teraz, gdy Jose posiadł ją jak swoją własność. Wiedziała, że któregoś dnia to się stanie. Widziała jak na nią patrzył. Czekała, modląc się codziennie, by stało się to jak najszybciej. Bała się bólu, bała się zniesławienia, bała się, że po tym wszystkim wyrzuci ją na ulicę jak psa. Nie chciała już dłużej się bać. Tej nocy, razem z burzą, jej strach przeminął na zawsze.

 

Rozdział I

1961r.  Alentejo, Portugalia.

 

Osiem miesięcy później na świat przyszedł śliczny, zdrowy chłopiec. Urodzony przed terminem był malutki i wydawał się kruchy, niczym porcelanowa laleczka z wystawy drogiego sklepu z zabawkami. Ciemna karnacja, czarne włosy i przeszywające kasztanowe spojrzenie zdradzały, kto jest jego ojcem. To jedyne co- oprócz imienia- Jose odziedziczył po swoim tacie. Dumny przedsiębiorca nie chciał uznać dziecka poczętego ze swoją nastoletnią gosposią, dlatego zaraz po porodzie odesłał młodą mamę wraz z niemowlęciem do sąsiedniej wsi.

Przygotował dla nich wszystko: dom, ogród w którym można uprawiać warzywa, kilka drzew owocowych, a nawet krowę. Maria przez kilka miesięcy nie musiała martwić się o jedzenie, jednak zdana była już tylko na siebie. Jako samotna panna z dzieckiem nie miała przed sobą żadnej przyszłości. Jej tak cudowna i niespotykana uroda nie miała teraz żadnej wartości. Wiedziała, że będzie musiała pracować jeszcze ciężej nich dotychczas o ile ktokolwiek zechce ją zatrudnić. Cała wieś mówiła tylko o tym, jak to młoda Maria zmyślnie uwiodła najlepiej sytuowanego mieszkańca. Niemal wszyscy się od niej odwrócili: rodzina, którą tak kochała nie chciała mieć z nią nic wspólnego, przyjaciółki ze szkoły przestały odpisywać na pełne żalu i smutku listy, a ksiądz odmówił jej wejścia do kościoła. O chrzcie małego Jose na którym tak bardzo jej zależało nie było mowy. To właśnie wtedy, gdy zamknięto przed nią drzwi plebanii zacisnęła pięści i przysięgła sobie, że wytrzyma. Że będzie walczyć dla swojego synka i nikt nie jest w stanie jej w tym przeszkodzić. Maria była piękna, mądra i silna. Nikt nie spodziewał się, że jest aż tak twarda i że poradzi sobie nawet wtedy, gdy na skutek wypadku straci nogę.

 

Jose mimo swojego niewielkiego wzrostu i drobnej postury wyróżniał się na tle innych dzieci. Biegał najszybciej ze wszystkich, najlepiej grał w piłkę i jako pierwszy nauczył się jak zarabiać pieniądze. Nie interesowały go dziecięce zabawy w chowanego czy berka. Jego celem był zakup roweru i bynajmniej nie po to, by się na nim ścigać. Jose chciał mieć rower, by jak najszybciej mógł dojechać do sąsiedniej wsi, gdzie sprzedawał złowione przez siebie ryby. Miał osiem lat i prężnie prowadził swój pierwszy, mały biznes. Każdego dnia wstawał o czwartej nad ranem, by na prowizoryczną wędkę i własnoręcznie zrobione sieci złapać kilka dorodnych dorszy, krabów czy kalmarów. W tamtym czasie nie było to zadanie trudne; ocean obfitował w ryby, wody były czyste, a konkurencja niewielka. Ludzie skupiali się na roli i zwierzętach gospodarskich. Tylko dwóch rybaków we wsi miało kutry, które pozwalały na prawdziwy połów i mały Jose obserwował ich przez całe wakacje, by wiedzieć, jak najlepiej powinien wykonywać swoją pracę. Nie chciał pracować dla starych rybaków. Wszystko chciał robić sam, być swoim szefem. Złapane przez siebie o poranku ryby, zawoził na rowerze na targ do sąsiedniej wsi, gdzie był już znany i miał swoich stałych klientów. Wszyscy wiedzieli, że mały Jose ma tylko najlepszy i świeży towar. Wszystko co zarobił chował do skarpetki, po czym wskakiwał na rower, by zdążyć do szkoły na pierwszą lekcje.

Niestety z nauką już nie radził sobie tak dobrze. Miał problem ze skupieniem i utrzymaniem uwagi na tym, co mówi nauczyciel. Jego myśli wciąż podążały własnym torem. Wyobrażał sobie, że jest właścicielem fabryki, albo kapitanem wielkiego statku. Widział jak wypływa na szerokie wody i odkrywa nieznane lądy. Wciąż zastanawiał się w jaki sposób może zarobić pieniądze. Co powinien zrobić, by być naprawdę bogatym i zapewnić wspaniałe życie sobie i mamie.

Maria miała dziewiętnaście lat, gdy na skutek wypadku straciła prawą nogę. Nie miała pieniędzy by opłacić dobrego lekarza i jedyne co jej zaoferowano to ciężka, drewniana proteza. Początkowo ból był nie do wytrzymania, więc całe dnie spędzała w łóżku płacząc. Jej malutki synek przyglądał się jej z uwagą nie rozumiejąc, co się stało jego ukochanej mamie. Zawsze była taka silna. Całymi dniami pracowała w polu, gotowała, sprzątała i jeszcze uczyła go przeróżnych rzeczy. Była jak prawdziwa bohaterka. Nigdy nie chorowała, nigdy nie miała złego humoru. Każdego dnia witała go swoim pięknym uśmiechem i pocałunkiem. Jose kochał ją nade wszystko. Chciał być tak dzielny i mądry jak ona. Tego dnia jednak, nie rozumiał, co stało się jego mamusi. Podszedł powoli do łóżka w jej sypialni i niepewnie wyciągając malutką rączkę dotknął drewnianej protezy. Była zimna i twarda.

- Mamusiu… – powiedział cichutko.

Ta dziwna, nowa nie spodobała mu się. Patrzył jeszcze przez chwilę na swoją mamę i zdecydował, że od dziś to on będzie się nią opiekował.

Ten tekst odnotował 15,258 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 7.3/10 (24 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Z tej samej serii

Komentarze (8)

+1
0
Początek historii, bo przecież jest to 1. część, ciekawy, by nie powiedzieć fascynujący. Oby tak dalej.
Brakuje w tekście kilku przecinków, kilka jest postawionych niepotrzebnie, ale ważne, że nie są to rażące błędy, szczególnie że w praktyce nie da się ich całkowicie uniknąć. O kilku innych błędach napiszę Ci autorko poprzez PW. Jeśli zechcesz, skorzystasz 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Indragor - Autor nie Autorka (a przynajmniej tak jest napisane). Zgadzam się, ze dobry początek, choć może zbyt dramatycznie z tą utratą nogi.. nie lubimy dziś zbytnio kalectwa..
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Jakub, pozory mylą, jednak autorka 😉
Może Miszell_faifer pojechała tu (utrata nogi) po bandzie, ale z tej bandy nie spadła, że się tak wyrażę.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Przydałoby się dzielić tekst na akapity, żeby nie wyglądał jak inskrypcja na kamieniu z Rosetty.
Jest Jose, jest Maria. Jose + Maria = Jose-Maria, zdrobniale Chema. Czyżbyśmy ostatecznie wyjaśnili etymologię tego imienia? 😉
Podoba mi się metaforyczna jabłoń trafiona piorunem. Ciekawe co dalej wymyśli Miszell, obojętnie czy autor to, czy autorka.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Dziękuję za wszystkie uwagi i miłe słowa. Chciałam jeszcze tylko dodać, że ta opowieść jest oparta na prawdziwej historii. Maria i Jose żyli w Alentejo 70 lat temu. Maria była naprawdę piękna i naprawdę straciła nogę w wypadku pociągu(jeśli niektórzy twierdzą, że dramatuzyję - to samo życie)
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0

Miał dość swojej marudnej żony, która po urodzeniu czwórki dzieci roztyła się niemiłosiernie i ciągle czegoś od niego chciała.


Młodziutka Maria nigdy nie odważyłaby się postawić swojemu Panu. Była łagodna, cicha, wszystkie polecenia wykonywała z największą starannością.


Pierwsze zdanie powaliło mnie na kolana - to dlatego, że urodziła czwórkę dzieci, ciągle coś od niego chciała? Jakby tak się zastanowić, to całkiem słusznie. Natomiast zestawienie obu tych zdań sugeruje klimat opowiadania...

Nie oglądam tasiemcowych brazylijskich telenoweli, tureckich też nie i pewnie dlatego, pomimo rekomendacji @Indragor i pozytywnej ocenie @MrHyde, odpuszczę doczytanie tej części i kolejnych.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
A ja przeczytam. Autorka umie opowiadać, i to w taki sposób, żeby chcieć zajrzeć do kolejnej części, choćby z szacunku do jej pisania.
A, i co za burak dał jeden?!
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Zgadzam się z przedmówcami, że część jest bardzo zachęcająca, głosuję za wprowadzeniem na główną stronę.
Pozdrawiam.
Zgadzasz się z tym komentarzem?

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.