Ilustracja: Ayo Ogunseinde

Bejbe

31 października 2023

Szacowany czas lektury: 38 min

„Wjechałbyś mi w dupę, przystojniaku? Ciekawe, czybym krzyczała” — nie powiedziała nigdy, przenigdy. Mimo to, panowie praktycznie od zawsze ochoczo dzielili się z nią swoimi przemyśleniami.

Zaczęło się niewinnie. Miała raptem kilka lat, gdy wuj dostrzegł w niej tyle słodyczy, że mógłby ją zjeść, a kuzyn przytakiwał, że jest w sam raz do schrupania.

— Uśmiechnij się, Jokerku — prosił nie raz tato, kreśląc po twarzy linie utytłanymi od chorizo paluchami. Wykonywała więc swój „uśmiech na żądanie”, tak szeroki, że niechybnie przywodzący na myśl kreskówkowego złoczyńcę.

Do zachwycania się nad tą manifestacją wyjątkowo udanej mieszaniny genów hiszpańskiego ogrodnika i przybyszki z zagranicy chętnych nigdy nie brakowało. W ich domu położonym nieopodal Costa de la Vina Tusca zawsze roiło się od gości.

Sara nie zaczęła nawet chodzić do szkoły, a już wpojono jej miejsce na świecie. Urodzona na wschodnim wybrzeżu Hiszpanii szybko zrozumiała, że w swoim nadmorskim miasteczku, jak i w całym kraju, liczył się tylko futbol i kobiety. W kolejności nieprzypadkowej, bo dość powiedzieć, że mężczyźni nad seks przedkładali cotygodniowy mecz La Liga, a ich idole moment strzelenia gola niejednokrotnie porównywali do orgazmu. Dziewczyna rzecz jasna piłkarzem być nie mogła, ale zdaniem dziadka czekał ją inny wielki zaszczyt — zostanie żoną etatowego kopacza balona.

Mała ślicznotka musiała tylko wyglądać, a wszyscy byli z niej tacy dumni. Swoją obecnością wnosiła więcej światła niż największe okna tego świata. Nic w tym dziwnego. Każdy chciał być choćby niewielką częścią życia Sary i towarzyszyć jej w podróży do szczęścia, które rzekomo było jej pisane. W pewnym momencie sama uwierzyła, że jest tylko kwestią czasu, kiedy do drzwi zapuka nażelowany koleś i klęcząc na jednym kolanie złoży jej ofertę transferową.

Być może dlatego nikt nie chwalił jej zdolności językowych i nie motywował do rozwijania talentów. „Kolejna dziesiątka? Super, ale do włosów to chyba masz jakieś magiczne wcierki...” — słyszała. Nie miała przecież zostać ciężko harującą lekarką czy prawniczką, a szczęśliwą ozdóbką w cudzych rękach.

Od zawsze definiowała ją uroda, a ta z upływem lat rozkwitała.

— Nieokiełznane piękno staje się przekleństwem — ostrzegała babka García, gdy wspólnie taplały nogi, wpatrując się w bezkresny lazur wody na Playa de la Torre.

Jej słowa miały okazać się prorocze.

— Fajna dupa!

— Fiu, fiuu! — ekscytowali się obcy mężczyźni na ulicy.

Było co komentować.

Kocie oczy kontrastowały jasnością białek ze złocistą skórą twarzy o rysach tak doskonale ostrych i miękkich zarazem, że pewnikiem stało za nimi dłuto jakiegoś wybitnego greckiego rzeźbiarza, a brunatne włosy intensywnym połyskiem kierowały spojrzenia na zwodniczą klepsydrę jej figury, która każdego dnia zatrzymywała czas niezliczonym rzeszom przechodniów.

— Uśmiechnij się!

— Ale kręci tym kuferkiem!

— Kici, kici!

Początkowo dawała sobie z tym radę, ale natura nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Poszerzyła dziewczynę w biodrach, powiększyła co nieco z przodu i nadała niewinnej dotąd buźce dojrzały sznyt, zamieniając jej życie w piekło.

— Ale bym z taką cimcirimcim!

— Boże, pobłogosław jej mamuśkę!

Próbowała to ignorować. Naprawdę próbowała.

— Ej! Słuchaj, jak do ciebie mówię! — Niektórzy byli nieustępliwi.

Sara każdego wieczora wracała do domu splugawiona niewybrednymi komentarzami. Wchodziła pod prysznic i szorstką stroną gąbki do czerwoności ścierała ze skóry brudną powłokę chamstwa. Nie mogła wiedzieć, że część tego gówna trafiała do krwiobiegu, by finalnie rykoszetować w jej głowie.

Może to z nią było coś nie tak? Może rację mieli ci, którzy przekonywali, że powinno jej schlebiać zainteresowanie wielmożnych panów? Że powinna być grzeczna i nauczyć się przyjmować komplement? Cieszyć się z możliwości dawania strudzonym mężczyznom odrobiny radości? Zwłaszcza że komentowali ją nie tylko ludzie z marginesu, ale też eleganciki pod krawatem.

— Ale bym jej zajebał w sralnię! — powiedział kiedyś człowiek czynu z klasy wyższej.

Pip, pip! Innym razem, już jako studentka, przyjęła na tyłek ostrzał samochodowych klaksonów.

— Podwieźć cię, mała?

— Nie! — uniosła głos.

Rzadko tak reagowała, ale coś w niej pękło. W ogólnokrajowych mediach od tygodni analizowano sprawę głośnego gwałtu na młodej dziewczynie. Podobno zaczęło się od zaczepek. Sara postanowiła z tym skończyć, ale żeby walczyć ze swoim problemem, musiała go najpierw nazwać.

Catcalling — dowiedziała się — to uliczne nękanie za pomocą słów i gestów; w wielu krajach nieusankcjonowana prawnie forma molestowania seksualnego, której doświadcza około osiemdziesięciu procent kobiet. Przeczytała o sięgających czterech tysięcy euro mandatach za pogwizdywanie na kobietę w Holandii i przeszło jej przez myśl, że gdyby za każdym razem, gdy ktoś ją molestuje, pieniądze trafiały do niej, to chyba kupiłaby sobie piłkarski klub. Jeden z tych większych. Zrozumiała, że kobiety w jej kraju nie miały prawa do komfortu czy nawet poczucia bezpieczeństwa, a mężczyźni poczuwali się wręcz do obowiązku, by wyrazić swój zachwyt lub niezadowolenie, gdy wygląd przechodzącej pani nie dawał im wystarczającej satysfakcji.

Nie zamierzała dłużej przyjmować słownych cięgów i pozwalać, by traktowano ją przedmiotowo.

Nazajutrz wyszła do miasta bojowo nastawiona, z zamiarem ostrych odpowiedzi i możliwie ciężkiego zawstydzania oprawców. Po pierwszych werbalnych sukcesach i kilku przykrych spięciach pojęła, że na trzech amatorów niewyszukanego podrywu trafia się jeden cwaniak, który żywi się jej daremnym oporem. Konfrontacja z takimi boli podwójnie. I cóż to, że czasem da komuś popalić, skoro w kolejce czekały tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy kolejnych agresorów? Sama świata zmienić nie mogła, a kolejne próby tylko pogarszały sytuację.

Nie tylko wróciła do punktu wyjścia, ale zżerana przewlekłym stresem popadała w coraz głębszą apatię. Zaszczuta przez ludzi nieświadomych ran, jakie jej zadają, coraz rzadziej wychodziła na miasto, bo każdemu opuszczeniu mieszkania towarzyszyła obawa, że tym razem nie skończy się na słowach. I cóż to, że wyszukane kreacje w jej garderobie zostały stopniowo wyparte przez workowate szmaty? Nawet z kapturem na głowie czuła się jak owca w stadzie wilków. Kątem oka przyglądała się zerkającym na nią panom i z przyspieszonym tętnem czekała na ich ruch: „powiedz, co masz powiedzieć i daj mi spokój”. Więc mówili. Od jednego usłyszała nawet, że to ona jest wilkiem, bo oczyma wyobraźni widział, jak połyka jego czerwonego kapturka.

Dotarło do niej w końcu, że to nie ona była słaba. Tak już po prostu jest, że nawet potężne tygrysy i słonie są na wyginięciu przez swoje cudowne futro i kość słoniową.

— Maleńka, chyba dawno nikt ci nie strzelił gola — zagadnął ją pewnego wieczora jakiś dryblas.

Przyspieszyła kroku, ale podążył za nią. Serce natychmiast skoczyło jej do gardła. Dyskretnie schowała rękę do torebki, ale jak na złość nie mogła wymacać w niej gazu pieprzowego. Odruchowo skręciła do parku w zaciemnioną uliczkę. Kiedyś nie bała się ciemności, ale lata wysłuchiwania o tym, jaka jest mała, malutka i maleńka sprawiły, że lękała się tego, co się może kryć za mrokiem. Usłyszała bieg. Nie wiedząc, że to zwykły biegacz, rzuciła się w krzaki. Z desperacją przedzierała się przez gęste krzewy, aż w końcu wyprysnęła na fartownie opustoszałą ulicę. Dostrzegła światło w uchylonych drzwiach warsztatu samochodowego i czym prędzej tam wtargnęła.

— Pomocy!

Mężczyźni zobaczyli jej zasmarkany nos, zaszklone oczy i skaleczenie na lewej dłoni, którego musiała się nabawić podczas ucieczki.

— Mogę zatrzymać ci krwawienie, preciosa. Gwarancja na dziewięć miesięcy!

Czy przy niej każdy facet musi zachowywać się jak pieprzony macho? Skrzywiła się, jakby oberwała ostrym rzemieniem. Czasami człowiek po prostu nie ma już sił.

Ostrożnie wychyliła się z warsztatu. Zauważyła przechodzącą grupkę starszych ludzi, a następnie przyczepiła się do nich w nadziei, że przy świadkach będzie bezpieczna. Do domu wróciła cała, ale na pewno nie zdrowa. Skuliła się na kanapie w pozycji embrionalnej. Sytuacja ją przerastała. Nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Była przekonana, że żaden z tych „tylko żartujących” prostaków nie wytrzymałby na jej miejscu dwóch dni, a ona musiała zmagać się z tym całe życie! Co oni mi zrobili? — pytał łamiący się głos. Wyzuta z osobowości niby kwiatek, z którego rok w rok bezmyślnie zrywane są płatki charakteru, niczym nie przypominała towarzyskiej dziewczyny sprzed lat. Przez zamknięte oczy wypuściła kilka łez, żłobiących w jej policzkach ścieżkę do ważnych decyzji.

Wyjedzie na wymianę studencką. Odpocznie. Spróbuje żyć inaczej, odzyskać dawną, szczęśliwą siebie.

Żaden z jej znajomych nie potrafił powiedzieć „Powiązki”, ale to właśnie tam, na obsługującej jej nietypowy kierunek studiów polskiej uczelni, miała spędzić trzeci rok nauki.

— Potrzebuję przygody — skłamała rodzicom.

Uciekała.

 

Już pierwszego dnia, wracając z zakupów ze swoją japońską współlokatorką Yoko, spotkała pod akademikiem paczkę chłopaków uprawiających rytualną obczajkę nowych dup.

Hey, bejbe. How are you? I’m Robert [Cześć. Jak się masz? Jestem Robert] — zagadnął krótko ścięty blondyn.

It’s our first day here [To nasz pierwszy dzień] — odpowiedziała Sara.

We know [Wiemy] — odezwał się ubrany w stanowczo zbyt duże ciuchy skejt. — Bejbe.

Robert szturchnął go łokciem i przedstawił pozostałych:

He is Seba, and the other guy is Rudy, that means red. [To Seba, a ten to „Rudy”, czyli rudy.]

Nice to meet you [Miło was poznać] — skłamała i już miała odejść, gdy do rozmowy włączyła się jej kumpela:

Why is he Rudy? He is bald [Dlaczego Rudy? On jest łysy] — zauważyła trafnie.

Yea, so you never know [Właśnie, więc nigdy nie wiadomo] — wyjaśnił Robert.

Obie parsknęły szczerym śmiechem. Nieoczekiwana gadka-szmatka przeciągnęła się na blisko kwadrans. Dziewczyny dowiedziały się, że portierkom lepiej nie podpadać, a najlepsze (bo najtańsze) żarcie podają „U Boba”. Pierwsi poznani mężczyźni, a w zasadzie Robert, bo pozostała dwójka prawie nie mówiła po angielsku, okazał się miły i całkiem zabawny.

Good morning, bejbe [Dzień dobry] — rzucił na pożegnanie Rudy.

We wish you great day [Życzymy wam miłego dnia] — poprawił go Robert.

Dziewczyny skierowały się do akademika.

— Co za szprycha. Dupsko prima sort! — nie wytrzymał Seba.

— Ciągnęłaby mi jak odkurzacz — wtórował mu Rudy.

Ku zaskoczeniu Yoko, Sara natychmiast odwróciła się w ich kierunku.

We have a beautiful weather today [Mamy dziś piękną pogodę] — przetłumaczył Robert.

Odeszły. Sara wiedziała, że stało się coś dziwnego.

 

Przez pierwsze dwa miesiące każdy dzień przybyszki z Hiszpanii wyglądał tak samo. Wstawała pierwsza i szykowała się do wyjścia we wspólnej dla sześciu osób toalecie. Jak zwykle nie mogła znaleźć szczoteczki do zębów, którą ktoś odkładał w inne miejsce, a korzystający z łazienki o tej samej porze Yusuf zawsze był gotowy, żeby pomóc jej w dochodzeniu.

Ogarnięta wchodziła do cukierni po drożdżówkę, gdzie mina sprzedawcy jednoznacznie sugerowała chęć polukrowania jej twarzy. Unikała więc kontaktu wzrokowego i wsiadała do autobusu, gdzie w lusterku wstecznym oczy wiozącego ją kierowcy zapraszały do pozmieniania mu biegów. Głównie dlatego wysiadała o przystanek wcześniej i to tylko po to, by patrzeć, jak wykładowca historii ma na jej widok powstanie. Po zajęciach szła po książki, a bibliotekarz zawsze gotów był pozwolić jej na więcej niż dwie pozycje jednocześnie. Przed powrotem do siebie wstępowała jeszcze na zakupy, gdzie zauroczony sprzedawca żył nadzieją, że kiedyś zapłaci mu zbliżeniowo.

I tak dzień za dniem, podczas których jedynym szczęściem była krótka rozmówka z chłopakami, zdającymi się spędzać każdą chwilę, nie tylko wolną, pod akademikiem. Rudy z Sebą opanowali nawet kilka dodatkowych słów oprócz „bejbe”.

Bejbe, all game? (błędnie: Wszystko gra?) — Nieporadne starania Rudego poprawiały jej najgorszy nawet nastrój.

Trochę jej zajęło uświadomienie sobie, że to tylko wytwory zmaltretowanej głowy podsuwały jej niecne zamiary napotykanych osób. Z biegiem czasu poczuła się pewniej. Powolutku wracała dawna Sara, której tak jej brakowało. Pan w piekarni stał się serdeczny, kierowca skoncentrowany na drodze, bibliotekarz profesjonalny i tak dalej. Jedynie z Yusufem był problem, bo po tym, jak trzeci raz pomógł jej wnieść ciężkie siaty z zakupami, wieczorem przysłał jej dickpica.

Mijały miesiące, a zima przerodziła się w wiosnę. Oczywiście zdarzało się, że ktoś patrzył na nią za długo albo śledził ją z telefonem wymierzonym w tyłek, ale w porównaniu z tym, co przeżywała wcześniej, były to tylko ekscesy. Nawet dziady ocierające się o nią w komunikacji miejskiej robiły to tylko zewnętrzną częścią dłoni. Sara pokochała Polskę — kraj, który pozwolił jej żyć.

— Cicho, czarnulka idzie — szepnął pewnego upalnego dnia skejt.

— Wcale nie jest czarna — zaprotestował Robert.

— Jakie to ma znaczenie? I tak zostanie albinoską, gdy skończę ją wylizywać — uciął dyskusję Rudy.

What? [Co?] — Sara stała tuż obok nich.

He looks like an albino, compared to you [Przy tobie wygląda jak albinos] — wyjaśnił Robert.

Uwielbiała tych gości. Będzie jej ich brakowało po powrocie do Hiszpanii.

— Zapytaj bejbe, czy do nas wróci — poprosił Rudy, a Robert spełnił tę prośbę.

It’s my last month here. I’d love to go back in October but I don’t know yet. [To mój ostatni miesiąc. Chciałabym wrócić w październiku, ale jeszcze nie wiadomo.]

Robert przetłumaczył chłopakom, na co ci odpowiedzieli smutnymi westchnięciami. Ona też nie chciała się z nimi żegnać. Przy nich pierwszy raz od trzynastego roku życia miała poczucie kontroli.

— Powiedz jej, że chętnie pomogę z zakupami — zaproponował Seba, co również zostało przetłumaczone.

Och, gracias! How to say „thank you” in polish? [Dziękuję! Jak jest „dziękuję” po polsku?] — zapytała.

Robert nie zdążył odpowiedzieć, bo wciął mu się Skejt:

— Weź mnie w dupę.

— Wesz mie wdu-pę — powtórzyła. Panowie nieporadnie powstrzymywali śmiech. — Was that wrong? [Źle mi poszło?]

No, no, Bejbe. Perfect [Nie, nie. Było idealnie] — pochwalił Seba, pokazując gest połączonego kciuka z palcem wskazującym.

Następnie chłopak w spodniach po bracie wziął od niej torby i szarmancko puścił przodem na schodach. Kiedy dotarli do jej pokoju, położył siatki na stole. Sara od razu odprowadziła go do wyjścia.

— Weź mnie w dupę — powtórzyła znacznie poprawniej, na co chłopak wyszczerzył zęby.

Zamknęła mu przed nosem drzwi. Odczekała chwilę i wybuchnęła śmiechem.

Skurwysyny nie miały pojęcia, że Sara doskonale mówi po polsku.

 

Tydzień przed odlotem Sary większość studentów opijała zakończenie sesji, ale ona wyczekiwała wieczornego spotkania Hiszpania-Polska, które było dla niej czymś więcej niż meczem. Odbywające się niewiele ponad sto kilometrów od jej rodzimych stron starcie drużyny ojca z reprezentacją matki — drugą ojczyzną, do której samej dziewczynie było coraz bliżej — budziło w niej ogromne emocje. W sporcie nie ma jednak miejsca na sentymenty i latynoska weszła do pubu w czerwonej koszulce La Furia Roja z dychą na plecach.

Beer [Piwo] — poprosiła, na co blondynka po drugiej stronie baru tylko podrapała się po głowie. — Piwo.

Nie lubiła piwa, ale przynosiło ono szczęście jej ukochanej drużynie. Barmanka postawiła przed dziewczyną ciężki kufel, przyglądając się jej jak jakiemuś ufoludkowi. Wreszcie się przemogła:

— Pati jestem. Będziesz oglądała mecz?

— No tak. A co?

— Nic, ale sama widzisz…

Robiło się gwarno, wokół panowała podniosła atmosfera sportowego święta. Sara omiotła wzrokiem stoliki. Przy każdym zbierała się grupa rozgadanych mężczyzn, zgodnie ubranych w biało-czerwone stroje. Dla barmanki byli to faceci z wrogiego Sarze plemienia, ale ona widziała to inaczej. Niebywałe! Blisko stu chłopa, a żaden nie miał jej nic ważnego do powiedzenia.

Pierwszy gwizdek, w pubie cisza jak makiem zasiał, wszystkie oczy skupione na wielkim telebimie. Ku rosnącej frustracji Sary, podniecony własnym głosem komentator przekonywał, że niemogąca wyjść z trzydziestego metra drużyna biało-czerwonych ma sytuację pod kontrolą.

Czterdziesta minuta. Nikt nie rozumiał, co się właściwie stało.

— Gol! — ryknęły polskie basy.

— Haha! A nie mówiłem?!

— Jeszcze jeden, jeszcze jeden!

Kibice zaczęli skakać, tulić się do siebie i wymachiwać szalikami. Każdy każdemu bratem. Sara zapadła się na swoim krzesełku i z kamienną twarzą patrzyła na spuszczone głowy swoich idoli. Wreszcie ciężko wypuściła powietrze.

— Pati, jeszcze jeden. Albo nie, potrzebuję czegoś mocniejszego. Wodka? Wódka?

Barmanka postawiła przed nią rządek czterech kieliszków wódki wymieszanej z kolorowymi sokami, które zaangażowana kibicka wraz z kolejnymi minutami bez bramki wyrównującej systematycznie upijała. Jakim cudem ani razu nie trafili do bramki?!

— Kolejne pudło — relacjonował komentator.

Impotentes! [Bezpłodni!] — krzyknęła.

Istotnie, hiszpańscy mistrzowie przy biało-czerwonych orłach byli jak małżeństwo od lat starające się o dziecko przy parze nastolatków, która wpadła na szybkim numerku w kiblu.

Jej okrzyk nie umknął uwadze zebranym mężczyznom. Choć była fanką przeciwnej drużyny, w ich uśmieszkach znajdowała szacunek, bo w Polsce kobiety nie tak często interesują się futbolem.

— To tylko mecz… — tonowała emocje Pati, za co została spiorunowana wzrokiem.

Im bliżej końca meczu, tym trudniej było Sarze usiedzieć na miejscu. To podskakiwała, to zakrywała usta lub łapała się za głowę, co chwilę popijając kolejne serie kolorowych uspokajaczy. Kulminacja sportowych emocji nastąpiła w dziewięćdziesiątej minucie, kiedy doskonałe podanie przeszło przez zwarte szyki polskich defensorów.

— Kurwa! — wyrwał się spanikowany kibic, który doskonale wiedział, co się zaraz stanie.

Wszyscy na sali wstrzymali oddech. Zawodnik z dziesiątką na plecach znalazł się w pozycji sam na sam z bramkarzem. Przymierzył, kopnął. Obok bramki. Gdyby tylko jego shoty były równie celne, co Sary.

Lo has jodido, hijo de puta! [Ale zjebałeś, ty skurwysynu!] — Nieudolność piłkarza spowodowała nagły wybuch gorącego temperamentu dziewczyny, która zerwała się z miejsca i zaczęła wygrażać piłkarzom do telebimu, kładąc akcent na dosłownie każde słowo.

— Wow! — Zareagował ktoś z tłumu. Kto, jak nie polski kibic, doceni ostre chlastanie mięsem w swojego?

Podążyło za nim kilku innych, którzy odrywając się na moment od meczu, urządzili jej owację. Z zawstydzonym uśmieszkiem opadła na krzesło i założyła ręce na piersi. Sympatyczny gest nie zmieniał faktu, że jej drużyna przegrała zero do jednego. Blamaż, kompromitacja. Sara odwróciła się tyłem do opuszczających pub kibiców, nie chcąc oglądać ich świętowania.

— Nie mogę uwierzyć, że Campeones przegrali z takimi gamoniami. I to jeszcze u siebie! — wyzłaszczała się swojej nowej koleżance i popijała niepozorne soczki, które już mocno uderzyły jej do głowy. Nagle ktoś popukał ją palcem po plecach, na co odwróciła się gwałtownie: — Czego chcesz?!

Widząc Roberta z szeroko otwartymi ustami, zrobiła wielkie oczy i szybko pożałowała swojego wybuchu. Chłopak potrzebował dłuższej chwili, by przetrawić to, co właśnie usłyszał.

— Bejbe, cały czas nas oszukiwałaś… — wydusił w końcu.

— Ja was oszukiwałam? Przypomnieć jak jest po polsku „dziękuję”?

— Ale to nie ja wymyśliłem.

— To jest twoje usprawiedliwienie? Stałeś obok i nic nie zrobiłeś! Wszyscy jesteście tacy sami!

— Bejbe…

— Odezwij się raz do mnie po imieniu, cholerny seksisto! Przez takich śliskich typów jak wy, całe życie musze oglądać się za siebie! — kompletnie nabzdryngolona przerzucała na niego wściekłość po przegranym meczu.

— Sara, gdybym tylko wiedział… przepraszam.

— Wiesz co? Coś ci powiem… — Jej słowa rozpływały się w majaki.

— Jesteś pijana. — Było to z jego strony spore niedopowiedzenie. — Wracajmy do akademika.

— Nigdzie z tobą nie pójdę… — Dziewczyna osunęła się na blat.

Półprzytomna Sara ledwo rozumiała, co się wokół niej dzieje, gdy Robert tłumaczył Pati, że mieszkają obok siebie i musi się nią zaopiekować. Latynoska nie protestowała, gdy mężczyzna wziął ją pod rękę i wyprowadził z pubu. Na zewnątrz odnalazła w świeżym powietrzu siłę do jeszcze jednej próby obrony:

— Policja! Help! Nie pozwólcie mnie zabrać!

I to by było na tyle. Sen zaczął mieszać jej się z jawą. Przez półotwarte oczy rejestrowała tylko pojedyncze obrazki. Leżała oparta o murek, czerń; siedziała bezładnie w samochodzie, czerń. Z zamkniętymi oczami czuła, jak ktoś niósł ją przez dłuższą chwilę na rękach, a potem położył na czymś miękkim. Gdy ściągał jej buty, raz jeszcze otworzyła oczy. Zanim ołowiana kurtyna powiek odcięła ją od świata na dobre, zdążyła spostrzec, że nie jest w swoim łóżku.

— Kolorowych snów — powiedział Robert, głaszcząc ją po głowie.

 

Leżała na wznak, przylegając do podwójnego łóżka jak do najlepszego przyjaciela. Rozpostartymi kończynami zataczała leniwe kółka w niekończących się poszukiwaniach najwygodniejszej pozycji, wypinając przy tym to, co miała najlepsze. Unosząca się w powietrzu woń aromatycznych świeczek zniechęcała do wybudzenia się. Dziewczyna kontynuowała więc swój senny taniec. Wykręcona w nienaturalnej pozie, przejechała sutkiem po gładkim materacu. Nic w tym dziwnego, bo zdarzało jej się spać bez nocnej koszuli, ale gęsty pasek włosków między nogami także przemknął po gładkiej powierzchni, wysyłając do głowy impuls ze zdwojoną siłą. Sara uzmysłowiła sobie z przerażeniem, że w akademiku nie ma podwójnych łóżek.

Zastygła nagle, przerywając pokaz dla głośnych oddechów, które wyłoniły się za jej plecami. Ostrożnie otworzyła oczy, jakby bojąc się, że to, co zobaczy, może okazać się prawdą.

Serce zerwało się do biegu, gdy zdezorientowanym wzrokiem omiatała zdjęcia przytwierdzone do wiszącej na piwnicznej ścianie tablicy korkowej. Jedno przedstawiało jej pupę w sklepowej kolejce, inne zamyśloną twarz na sali wykładowej. Wszystkie zostały zrobione z ukrycia.

Młoda kobieta raptownie zerwała się do ucieczki, ale równie szybko opadła na podłożoną pod brzuch poduchę, wyśmiana brzękiem napiętych łańcuchów.

— Ratunku! Pomocy! — wydzierała się na całe gardło, lecz szybko przestała, bo usłyszała zrelaksowane, znajome głosy.

— Nikt cię tu nie usłyszy, bejbe — odezwał się Robert.

— Wypuśćcie mnie! — odpowiedziała Sara, po czym bez zastanowienia zwymyślała ich od najgorszych.

Nie było to w smak skejtowi, który wpakował jej coś do ust, a następnie zakleił je taśmą, ostatecznie zamykając dziewczynę w jej polu karnym. Była bliska płaczu. Nie powinna była z nimi zadzierać. Nie powinna była kopać się z koniem! Mężczyzna zignorował furię kasztanowych oczu i przejechał Sarze dłonią po policzku.

— Kiepsko zaczęliśmy. Spróbujmy jeszcze raz. — Oddalił się teatralnie od łóżka, a następnie podszedł ją od tyłu i capnął mocno za tyłek. — Komisja do spraw jędrności pośladków, witam panią.

Do ręki Seby szybko dołączyły trzy inne, bo Rudy ugniatał oburącz.

— Takiej dupy jeszcze tu nie mieliśmy! — ocenił łysek.

— To kto pierwszy? — zapytał Robert. — Bejbe jest otwarta na propozycje.

— Mamy z bejbe niewyjaśnione sprawy — Rudy potarł dłonie jak do uczty, a pozostali zeszli z obu stron łóżka i jeszcze szerzej umocowali nogi dziewczyny.

— Powodzenia. — Ciężka dłoń Seby spadła na jej pośladek, wywołując rozkoszne fale jędrnej skóry. Nikt nie przejął się jej wrogim warknięciem.

Sara zrozumiała, że pierwszy raz ktoś zrealizuje na niej wypowiedziane groźby. Była kompletnie bezbronna. Równie dobrze mogłaby opuścić ciało i z boku przyglądać się swojemu dramatowi.

Czując wilgotne wargi na łydce, cała się wzdrygnęła. Czym zasłużyła sobie na takie rzeczy?! Ograniczonym ruchem skrępowanej nogi odtrącała zapędy Rudego. Za każdym razem, gdy przykładał usta do jej nagiej skóry, próbowała choćby symbolicznie uderzyć go w twarz. Z narastającym niepokojem obserwowała, jak chłopak nic sobie z tego nie robi. Jego język kontynuował wspinaczkę na szlaku jej nóg. W tylko sobie znany sposób zdobywał tak strategiczne miejsca, jak zgięcia pod kolanem czy wewnętrzne strony ud.

Cała drżała ze strachu, kiedy mężczyzna przerwał swój rytuał i wyprostował się, klęcząc tuż przed jej kroczem. Pochylił się nad nią i w kolejnym ruchu odrzucił z pleców porozrzucane włosy, odsłaniając tym samym następne tereny do zdobycia. Próbował włożyć rękę pod pierś, ale zaalarmowana dziewczyna uniemożliwiła to, przylegając mocno do materaca. Zamknęła oczy w obawie przed karą, ale zamiast tego otrzymała… masaż.

Czułe dłonie zaczęły ugniatać jej napięte do granic możliwości ciało, sukcesywnie zmuszając mięsień za mięśniem do kapitulacji. Jedna z rąk oparła się na biodrze i nieśpiesznie przesuwała się w górę. Tym razem nie napotkała oporu i bez przeszkód wślizgnęła się pod pierś, zaciskając palce na delikatnej skórze.

Młoda kobieta nie wiedziała, jak na to wszystko reagować. Znała słowną agresję, znała bezczelność, prostactwo i chamstwo, ale nie potrafiła się bronić przed demonem czułości. Nawet tej złej, niechcianej i wymierzonej przeciw niej.

Ostateczną klęskę poniosła, gdy Rudy przejechał językiem wzdłuż jej kręgosłupa. Zdradzona przez własny organizm, wydała z siebie cichy pomruk zadowolenia. Nie potrafiąc zatrzymać rozłamu ciała i duszy czuła, jak rozpada się na kawałki. Pozwalała się lizać, ssać, całować i robić wszystko, co doprowadziło do tego, że na jej plecach nie pozostał ani jeden suchy skrawek skóry.

— Czas na danie główne — skomentował zniecierpliwiony Robert, a Rudy przeszedł wreszcie do sedna sprawy.

Schował głowę między nogami dziewczyny i wciągnął w nozdrza jej łagodny zapach. Wydawało się, że dalej będzie się nią powolutku delektował, ale dla niego cipa, nawet tej, za którą oglądał się przez cały rok, nie była białymi truflami z Singapuru.

Potraktował ją infantylnie. Liznął raz, potem drugi, a następnie zaczął chlastać zapamiętale jęzorem, wdzierać się do środka, rozpychać, wciągać ustami jej perłę. Zaskoczona Sara wytrzeszczyła oczy, piszcząc co sił i desperacko szukając drogi ucieczki.

— Ale zjada jej dupę! — przeżywał Seba.

Istotnie, Rudy wpierdalał ją jak kebsa z ostrym sosem, wylizywał skrupulatnie jak oblepione ciastem widełki miksera.

— Bejbe, twoja skóra w kolorze karmelu. — Mlask, mlask! — Jest gorąca i słodka.

Oddech kobiety nabierał rozpędu, a Rudy nie ustawał w coraz to nowych ewolucjach. Piski na powrót przerodziły się w coraz śmielsze pomruki. Sara chwyciła się mocno materaca, jakby lada chwila miała odlecieć i wyrżnąć głową w sufit. Z jej oczu wyparowała wściekłość. Przewracała nimi raz po raz, ale bynajmniej nie z obojętności.

Robert stanął przed nią, wsunął dłoń pod podbródek i uniósł głowę dziewczyny. Jej błędne spojrzenie uciekało w górę.

— Ale ma karuzelę w oczach!

Zaczęła się szarpać, ale jej wzmożona aktywność nie była walką z napastnikami, a ekspresją swoich uczuć. Wierzgnęła kilka razy i to by było na tyle.

Rudy uniósł się i otarł usta nadgarstkiem. W całym pomieszczeniu dało się słyszeć tylko ciężki oddech Sary.

— Dobra, ja też mam z nią niewyjaśnione sprawy — odezwał się Seba i zajął miejsce Rudego.

— Tylko nie traktuj tego zbyt dosłownie — powiedział Robert.

— Nie no, jak w dupę, to w dupę!

Nie!

 

— Nie! — Sara uniosła się na łóżku i z przerażeniem w oczach łapała głębokie hausty powietrza, jakby ktoś długimi minutami trzymał jej głowę pod wodą. W pierwszym odruchu sprawdziła, czy nie wyblakła jej karnacja. Idiotka.

Bad dreams [Koszmary] — powiedziała spokojnie Yoko, która nie przerywała rozczesywania włosów.

Did I sleep in your bed whole night? [Spałam w twoim łóżku całą noc?] — zapytała.

And half of a day, but it’s not a problem [I pół dnia, ale wszystko w porządku]. — Sara rzeczywiście stała przed większymi problemami niż wypranie koleżance pościeli. — Robert brought you over. You were completely wasted. This morning he gave me this. [Robert cię przyniósł. Byłaś kompletnie nawalona. Rano przyniósł ci to.] — Yoko wręczyła Sarze kartkę.

Sara z ulgą przyjęła informację, że nic jej się nie stało. Jednocześnie nie mogła uwierzyć, że jej skaleczona dusza przywołała tak okropne obrazy. Przeczytała kartkę, widniał na niej numer telefonu i krótki napis: „nie wszyscy jesteśmy tacy źli”.

Oh my god… [O mój Boże...]

Police picked you up to the student house. You were yelling at Robert so loud, at first they took him as rapist. [Podwiozła was policja. Tak wrzeszczałaś na Roberta, że początkowo wzięli go za gwałciciela.] — Japonka ewidentnie miała ubaw z całej historii, ale odchrząknęła i dodała z powagą: — Did he insult you? [Obraził cię?]

No. [Nie.]

Did he hurt you?! [Skrzywdził cię?!] — Nie ustępowała.

I don’t know… no! [Nie wiem… nie!]

Yoko odsapnęła z ulgą.

So I think he wants to date you. [W takim razie chyba chce się z tobą umówić na randkę.]

Why? [Dlaczego?] — Sara nie wiedziała, jak to jest być podrywaną tak naprawdę. Przekleństwem jej urody było nie tylko wszechobecne chamstwo, ale i poczucie mężczyzn, że nie mają u niej szans.

Flower. It’s also yours [Kwiatek. Też dla ciebie] — Japonka wskazała na stojącą w prowizorycznym wazonie ze szklanki pojedynczą stokrotkę. Żaden z jej listków nie był choćby postrzępiony.

Sara wykorzystała resztę dnia na zwalczenie kaca i doprowadzenie się do stanu używalności.

Please don’t tell your friends. Let it be our little secret [Proszę, nie mów kolegom. Niech to będzie nasz mały sekret] — wybłagała przez telefon, kiedy wreszcie odważyła się zadzwonić na wskazany numer.

— Idą po mnie, zaraz będziemy przed wejściem — odpowiedział po polsku ściszonym głosem.

No tak, nie musiała już przed nim udawać.

Zeszła na dół. Ciężko było jej patrzeć w oczy Rudego i Seby.

They have no idea what you tell me anyway but we have a lot to talk about. [I tak nie rozumieją, co do mnie mówisz, ale mamy dużo do obgadania.]

I’m going for a quick shopping and then… maybe I’ll let you invite me to The Bob’s? [Idę po szybkie zakupy, a potem… może dam ci się zaprosić do Boba?] — Uśmiechnęła się zalotnie i poszła dalej.

— Co powiedziała? Gadaj, Robert — prosił Rudy, ale jego kolega stał jak ten kołek.

— „Bobs” to chyba coś o cyckach. Gadaj! — żądał Seba nie na żarty.

Rozbawiona Sara pokręciła głową.

Jeśli prawdą jest, że bramki na wyjeździe liczą się podwójnie, to czeka ją jeszcze wiele dobrego.

 

Drogi Czytelniku! Przeczytałeś do końca? Pozostaw po sobie komentarz. To najlepsza nagroda dla twórcy.

Ten tekst odnotował 10,534 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.99/10 (25 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Komentarze (29)

+2
0
Jak zwykle, bardzo specyficzne i mocno dzikie. Czasem nawet nazbyt. Ciężko wtedy się połapać co się dzieje, gdzie itd. Taki urok twoich tekstów i nie należy traktować tego za wadę.
Trochę drażnią mnie podwójne dialogi, można było to ładniej spleść w narrację niż stawiać na tłumaczenie w nawiasach (w sensie: Sara raczej rozumie, co mówi Seba, a Rudy nie i wystarczyłaby mała adnotacja o tym, że bohaterowie rozmawiają po angielsku niż specjalne wstawki tłumaczące nam każdą wypowiedź). Jednakże to decyzja twórcy jak chce taki temat ugryźć.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-4

czy bym


czybym. Jeśli wygląda nieładnie, napisz "czy krzyczałabym".

Wjechałbyś mi w dupę, przystojniaku? Ciekawe, czy bym krzyczała — nie powiedziała nigdy, przenigdy.


Nie rozumiem...

chorizo


Jeśli "chorizo" oznacza wędlinę, to bez kursywy. Chyba że to tytuł jakiegoś dziwnego dzieła, który/e tytła paluchy 😉.

Costa de la Vina Tusca


Jak rozumiem, jest to nazwa geograficzna, więc nie kursywą.

Sara nie zaczęła chodzić do szkoły, a już wpojono jej miejsce na świecie


"nie zaczęła nawet" lub "jeszcze nie zaczęła"

La Liga


Nazw organizacji, meczów itp. nie piszemy kursywą. Było o tym niedawno przy omawianiu rzekotki. Na dodatek bez spacji (LaLiga).

Mała ślicznotka musiała tylko wyglądać, a wszyscy byli z niej tacy dumni. Swoją obecnością rozświetlała pomieszczenia bardziej niż największe okna tego świata.


Dwa nieładne zdania. Ślicznotka już wygląda, inaczej nie byłaby ślicznotką, a okna nie rozświetlają (w NKJP jedno przywołanie z samoizdatu).

babka Garcia


Wg dostępnych ksiąg imion Garcia to imię męskie, znaczy "odważny w boju". Ja pamiętam je ze "Znaku Zorro", gdzie nosił je znany sierżant, i do dziś z sierżantem mi się kojarzy 🙂 .

Playa de la Torre.


Bez kursywy.

zwodniczą klepsydrę jej figury, która każdego dnia zatrzymywała czas niezliczonym rzeszom


Hmmm... Klepsydra zatrzymuje czas?

szorstką stroną gąbki do czerwoności ścierała ze skóry brudną powłokę chamstwa. Nie mogła wiedzieć, że część tego gówna trafiała do krwiobiegu, by finalnie rykoszetować w jej głowie.


No nie! Przesada przenośnotwórcza! Wymiękam i kończę listing.
---
No i cóż... Pierwsze opowiadanie Vee, którego nie doczytałem do końca. Ba! Nawet skończyłem przed połową – na sążnistych dialogach tłumaczonych z angielskiego na polski w nawiasach kwadratowych manierą MrHyde'a (skąd on to wziął?). Tak więc uwaga do narracji jest tylko jedna: dziewczyny wychowano w kulturze macho umieją sobie radzić lepiej i inaczej niż bohaterka, stąd jej charakterystyka szkicowana w pierwszych akapitach (przed wyjazdem do Polski) jest niewiarygodna.
Gdybym przeczytał całość, może zapytałbym Autorkę: "Czy nie zmieniasz jakości w ilość", co – jak wiadomo – jest sprzeczne z zasadami dialektyki marksistowskiej (🙂 ), a więc jest wstecznictwem, ale skoro nie dotrwałem nawet do połowy, to zmilczę. 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
-4
@Rascal pisze:

Ciężko wtedy się połapać co się dzieje, gdzie itd. Taki urok twoich tekstów i nie należy traktować tego za wadę.


Nie zgadzam się. Jeśli czytelnik nie może się połapać, co się dzieje i gdzie, to NALEŻY to traktować jako wadę narracji.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-3
Rascal, miło Cię gościć pierwszy raz pod moim tekstem! Oczywiście specyfika i mocna dzikość to klimaty, w które często celuję. Żałuję, że tak mało osób włada w swoich opowiadaniach językiem niczym łysy Rudy, dlatego muszę sobie takie rzeczy pisać 😉

Chętnie się dowiem, w których miejscach gubiłaś orientację. Oprócz "Różowych okularów" to chyba jedyne opowiadanie, w którym stosuję elementy znane z kryminałów, więc istnieje szansa, że tak miało być, a jeśli nie, to wyciągnę wnioski. Co do zapisu dialogów, to taki sposób był mi niezbędny do wypuklenia, że panowie spod akademika igrają z Sarą oraz do efektownego (no cóż, dla mnie!) odwrócenia tej sytuacji. Co prawda Tomp także narzeka na ten zabieg, ale... taka dola autorów. Pod "Życie to gra" slang był dla wielu osób przeszkodą w odbiorze (brak zrozumienia+niechęć do sprawdzania słów), stąd decyzja o tłumaczeniu na bieżąco. Oczywiście nie zamierzam na siłę bronić takiego rozwiązania, ale myślę że to ważne, by wytłumaczyć powody takiego wyboru. Wciąż uważam, że jest OK, zresztą koniec końców to tylko forma krótkich fragmentów we względnie długim tekście.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+5
0
Jednak ponownie, wystarczyłyby adnotację, które rozmowy są prowadzone po angielsku i normalne zapisy. Nie traktujmy czytelnika jak debila i jeśli zaznaczymy raz, że Rudy nie włada językiem Poe, dlatego Sebastian może żartobliwie tłumaczyć mu kwestię bohaterki.
Dam przykład:
Spojrzała na niego i po angielsku rzuciła.
– Myślę, że możemy zrobić to w jej łóżku.
Sebastian zaśmiał się, a Rudy nadal nie wiedział, o co chodzi.
– Co ona tam gada?
– Że masz sobie iść i to szybko.

Tym bardziej że sama Sara jest dwujęzyczna, więc nie byłoby z tym problemu.

Głównie to odczucie jest do momentu Uciekła (polecam zacząć używać interlinii przy dzieleniu fragmentów). Jest tam dość mocny chaos, który jakbyś włożyła rękę do miski z chipsami, nagle natrafiła tam na żelka, drażetki i suszoną żurawinę zamiast Laysów Chilli i Lime (pieprzona dieta).
Dużo się dzieje, że tak powiem i nie mamy czasu na zorientowanie się. Tutaj opisy kim jest Sara, tu jakaś rozmowa z ojcem, tutaj o tym, jak jej wygląd przyciąga uwagę... Dosłowny gulasz z wszystkiego, co było w lodówce lub jakbym znów czytała Nagi Lunch (polecam legendę, jak ta książka była składana przez autora).
Potem jest nieco łatwiej, bo mamy jakąś główną linię, której możemy się złapać i wyłapywać.

@Tomp Czy zaraz wadę. Niektórzy lubią taki rozgardiasz i go stosują, by nas wprowadzić w klimat.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
-4
Tompie, najpierw uwagi:

Nie rozumiem...


Bohaterka nigdy nie zadawała takich pytań, a w późniejszej fazie tekstu otrzymuje same odpowiedzi.

Dwa nieładne zdania. Ślicznotka już wygląda, inaczej nie byłaby ślicznotką, a okna nie rozświetlają (w NKJP jedno przywołanie z samoizdatu).


Czy "Panienka musiała tylko wyglądać" byłoby lepiej, czy problem jest z samą czynnością wyglądania? Jeśli to drugie, to uważam to za przesadną sztywność językową. W drugim przypadku nawet ładniej byłoby "wnosić światło" i pewnie tak będzie w poprawionej wersji 🙂

Wg dostępnych ksiąg imion Garcia to imię męskie


Zasadniczo chodziło mi o nazwisko, ale rzeczywiście tak to wygląda. Zastanowię się, ale mnie nie razi.

Klepsydra zatrzymuje czas?


Nie, ale jest zwodnicza. Jak to piękne kobiety 🙂

No nie! Przesada przenośnotwórcza!


To jest przesada? Trudno o tym dyskutować, ale zaskakuje mnie ta opinia.

dziewczyny wychowano w kulturze macho umieją sobie radzić lepiej i inaczej niż bohaterka, stąd jej charakterystyka szkicowana w pierwszych akapitach (przed wyjazdem do Polski) jest niewiarygodna.


To dosyć stereotypowe podejście. W takim kraju najbardziej urodziwe panie są bardziej narażone na słowne ataki, a to jak się przed nimi bronią jest kwestią mniej lub bardziej indywidualną. Nawet w krajach największych twardzieli znajdą się chłopcy, którzy będą pozwalali zabrać sobie czapkę.

Tompie! Jesteś jedną z przynajmniej kilku osób, które do tej pory czytały wszystkie moje teksty, a to coś, co wysyłając "Prezent" nawet nie było moim celem. Pozwolę sobie na spłycenie (ale wcale nie jakieś wielkie) Twoich uwag i zażartowanie, że przestałeś czytać przez 3 kursywy i @MrHyde'a 😉

Ja wiem jak piszę, a Ty wiesz, że w ogień rzucam się z uśmiechem. Dla mnie np. "Bejbe" to jedno z ciekawszych dzieł i w ogóle by mnie Twoje jednorazowe odrzucenie nie obeszło, gdyby nie sugestia o zamianie jakości w ilość. Mam swoją pisarską dyscyplinę i potrafię się jej trzymać, dlatego na teksty o zbliżonej długości poświęcam mniej więcej tyle samo czasu. W listopadzie i grudniu może być mnie nieco mniej z powodu obowiązków. Głowę mam jednak pełną pomysłów i pewnie któreś z kolejnych tworków będzie dotyczyło jakiegoś klasycznego motywu pielęgniarka-pacjent albo profesor-studentka. Niezmiennie z moim stylem, który mam nadzieję zawsze będę odkrywać.

Naturalnie Twój komentarz doceniam nie mniej, niż te pozytywne!
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-6
Widocznie dziś jestem w nastroju krytykanckim. Może to przez Bejbe, a może z innych powodów... Sorry.
Co do zdania z "wjechaniem w dupę", to po siódmym przeczytaniu i Twoim niewyjaśniającym (mi) nic wyjaśnieniu, nabieram przekonania, ze to coś przed myślnikiem jest jakimś cytatem z czegoś hipotetycznego. Abstrahując od sensu takiego otwarcia, jeśli mam rację, to należy to umieścić w cudzysłowie, bo to nawet nie może być mowa myśli. Dopotąd nie wiem, co to jest. Jak napisałem: "Nie rozumiem".
O "ślicznotce": Gdybym miał świadczyć pomoc redakcyjną, zaproponowałbym zastąpienie tego zdania przez: "Ślicznotka po prostu miała być śliczna i to wszystkim wystarczało" .
"Panienka musiała tylko wyglądać" jest równie zle. Wprowadza niejasność związaną z interpretacją znaczenia czasownika "wyglądać".
O "rozświetlających oknach" (znów bez uprawnień bawię się w redaktora): "Swoją obecnością rozświetlała pomieszczenia bardziej niż..." [wybrać: "tysiącżarówkowy żyrandol"/"stuświecowy kandelabr"/"promienie słońca w południe"/"łuk elektryczny"/"tysiąc słońc"/"supernowa"/"Lucyfer"].
"Wnoszenie światła" byłoby dysonansem stylistycznym (użycie zwrotu charakterystycznego dla mowy wysokiej w tekście popularnym/młodzieżowym).
"klepsydra jest zwodnicza"? A to dlaczego? (W NKJP brak powiązania "zwodnicza" z "klepsydra").
Garcia to nazwisko babci? Nie wiem, jak w Hiszpanii, ale w Polsce zdecydowana mniejszość dziewcząt identyfikuje w umyśle babcię po nazwisku (a większość po imieniu).
Kursywy mnie zdziwiły (nieprzyjemnie), ale zadecydowała nieprzyswajalność przenośni, brzydota zdań, niespójność osobowości Hiszpanki wobec kultury macho i Twoja decyzja o edycji dialogów z tłumaczeniami w nawiasach. MrHyde'a bym w to nie mieszał – każdy autor odpowiada za siebie.
Tak sobie patrzę na Twoje statystyki vs moje oceny i odbiegam od vox populi w przypadku dwóch Twoich opowiadań (wobec jednego drastycznie, wobec drugiego zauważalnie). W całej reszcie jestem blisko średniej ocen, więc możesz mnie traktować jako przedstawiciela populacji. Tym bardziej, że oceniam z reguły jako jeden z pierwszych i kieruję się wyłącznie swoim gustem. Na dodatek komunikuję powody, co może Ci się do czegoś przydać.
Zobaczymy, czy wobec Bejbe będzie podobnie. Na razie za wcześnie, by o tym wyrokować.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-7
Hihi, dobre!
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-5
Ta opcja także chodziła mi po głowie, ale ostatecznie wydało mi się, że zacierałby się kontrast między światami obu języków, a warstwa lingwistyczna była dla mnie priorytetem – catcalling to pierwszy tag i główny motyw opowiadania, który chyba spowodował odrazę Tompa. Rozmowy bohaterki ze studentami w takiej formie są dla mnie nieco bardziej wymowne, a i mogę dzięki temu grać słowami między językami, gdy przywołuję znaną z innego opowiadania knajpę i robię z niej... cycki. Oczywiście można wątpić, czy tego szuka czytelnik Pokątnych, ale to rzeczy, których ja oczekuję od sztuki, stąd takie wybory. Czy słuszne, to oczywiście kwestia gustu. Mnie estetycznie te nawiasy kwadratowe rażą jedynie w końcówce, gdy lokatorka Sary ma kilka dłuższych wypowiedzi.

Co do prologu, to chaos nie jest ani zamierzony, ani niezamierzony – stanowi on szybką przebieżkę przez kilkanaście lat życia. Jej celem jest przedstawienie historii bohaterki poprzez kilka wydarzeń obrazujących wpływ, jaki wywarły na nią uliczne zaczepki. Catcalling ma tu mnóstwo ról. Stosuję go jako podnietę, obracam w humor i jednocześnie przestrzegam przed nim, ponieważ uważam, że stosunek do tego zjawiska wśród obu płci jest kompletnie nieskonsolidowany.

Dzięki za Twoje uwagi 😉


@MrHyde, no jasne, że tak! 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-4
Czekajcie no, Garcia nie jest przypadkiem imieniem/nazwiskiem portugalskim? Po hiszpańsku nie pisze się tego trochę inaczej?

Mnie zastanowiło z kolei, gdzie Hiszpania ma wschodnie wybrzeże. Z północą, południem i nawet z zachodem nie miałbym problemu, ale czy na wschodzie Hiszpanii jest jakieś morze? Chodzi o Katalonię? Swoją drogą, czy Costa de la Vina Tusca nie leży gdzieś nad Ostsee? 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
-6
Hajdzie, Garcia okazuje się najpopularnieszym nazwiskiem w Hiszpanii, co wraz z faktem, że piszę w 3. osobie, w dużej mierze usprawiedliwia mój zabieg, choć Tomp pewnie ma rację, że nie jest idealnie.

Przede wszystkim jednak cieszę się z Twoich geograficznych przemyśleń. Sara początkowo miała być fanką Barcelony lub jakiegoś pobliskiego klubu, bo udało mi się wywiedzieć, że jakieś zespoły grały w ostatnich latach gdzieś w Polsce. Koniec końców jednak bez sensu mi się wydało korzystanie z realnych miejscowości tylko na potrzeby prologu. To zaś prowadzi nas do Costa de la Vina Tusca. Nie jest to bynajmniej ekspresja moich poglądów, a jedynie wyraz sympatii do tego mema i jedna ze wskazówek, że matka bohaterki jest imigrantką zarobkową z Polski, co w późniejszej fazie tekstu jest nie bez znaczenia. I słusznie prawisz, że taka fikcyjna lokacja bardziej nadawałaby się nad Ostsee, ale czy warto oddawać im takie wspaniałe miejsce, skoro w najbliższych latach i tak wiele zrobimy fur Deutschland? 😉 Brawo za czujne oko.


Tompie, nie wiem czy sorry oznacza przepraszam, ale na pewno nie ma powodów. Analizuję liczby pod swoimi opowiadaniami i płyną z nich bardzo sprzeczne sygnały, tym cenniejszy feedback osób, które poświęcają mi tak wiele literek w komentarzach.
Społeczny efekt słuszności to potężne zjawisko i nie mam złudzeń, że średnia ocen Bejbe znaczaco w górę nie pójdzie, ale dzięki zaangażowaniu mojego cichego wielbiciela nie jest mi już przykro, gdy moja ciężka praca kilku wieczorów zostaje wyceniona średnio na 3. Kto wie? Może kiedyś okaże się to najcenniejszym bagażem wyniesionym z Pokątnych? 😉 Tak czy siak, niskie oceny staram się weryfikować publikacjami w innych miejscach Internetu i ciekawostkowo dodam, że w dwóch z nich zdecydowanie najlepszy odbiór ma Fabryka Życia 😀

"Wjechanie" pewnie faktycznie powinno mieć cudzysłów. Masz rację, że jest to hipotetyczne zdanie głównej bohaterki. Uważam wymowę takiego otwarcia tekstu za całkiem istotną i wartą pogłówkowania, by kolejne akapity, pomimo cofnięcia się w czasie, ładnie się z nim zazębiały.

Co do "wyglądania", to nie jest to z mojej strony jakieś szaleństwo językowe. "Idę do fryzjera, bo mamy grilla w pracy i muszę jakoś wyglądać" to całkiem standardowe zdanie. Potoczne i to w narracji trzecioosobowej, ale pasujące do charakteru opowiadania. Z Twoich propozycji promienie słońca w południe mogłyby być, choć to wnoszenie światła jest bardzo kuszące 🙂

Klepsydra mierzy czas. Ta w opowiadaniu jest zwodnicza, ponieważ czas zatrzymuje, a wciąż jest klepsydrą 😀

Co do tych najcięższych zarzutów, to mam inną percepcję mojej hiszpańskiej postaci, a z brzydotami trudno dyskutować. Powiem szczerze, że znam już mniej więcej Twój gust, a jednak nie przyszłoby mi na myśl, że te catcallerskie rzeczy wywołają taki efekt, bo metafory to inna kwestia - zawsze jedna wyjdzie, a druga nie.

Skoro mówisz o bawieniu się w redaktora bez uprawnień, to przyznam Ci się, że na mocy dyskusji na forum i pod którymś opowiadaniem chodziło mi po głowie zapytanie o wspólną pracę nad tym tekstem. Koniec końców innym przyda się to bardziej, a i tego typu współpraca wydaje mi się lekkim przerostem formy nad treścią w kontekście pokątnej premiery. No, szczęśliwie do takiej współpracy nie doszło, skoro akurat ten tekst lubisz zauważalnie mniej 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-3
García. Garcia jest zapisem portugalskim. 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-9

No, szczęśliwie do takiej współpracy nie doszło, skoro akurat ten tekst lubisz zauważalnie mniej


Zapewniam, że robię wszystko, by "lubienie tekstu" nie wpływało na "profesjonalizm" mojej amatorskiej pracy redaktorskiej. Intuicja mi podpowiada, że właśnie zachwyt redaktora spowodowany entuzjazmem wobec obrabianego tekstu może skutkować gorszymi efektami redakcji niż jego brak.
Co do "wyglądania":
Nie chce mi się tego jakoś weryfikować (bo w tej dyskusji niczemu to nie posłuży), ale intuicja językowa mi podpowiada, że "musieć jakoś wyglądać" jest (chyba już, choć WSFJP P. M.-Nieckowskiego go nie zna) utartym frazeologizmem, natomiast "musieć tylko wyglądać" frazeologizmem nie jest, co samo w sobie stwarza różnicę w odbiorze wyrażenia. Wpływa na ten odbiór (w sensie niejednoznaczności) zastąpienie przysłówka "jakoś" spójnikiem "tylko", który kieruje skojarzenie poza "wygląd", a w kierunku "wyjrzeć".
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+8
-2
Ty, drogi @Tomp, zdecyduj się wreszcie, czy Tobie podpowiada "intuicja", czy reguły i autorytety językoznawstwa teoretycznego, o których wciąż wspominasz jak magnes zniewolony w cewce, do której ktoś złośliwy podłączył napięcie.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
-3
@MrHyde, pierwsze wyniki po wyszukaniu najbardziej popularnych imion w Hiszpanii nie uwzględniały zagranicznych znaczków. Ach, ten Google 😉

@Tomp, rzeczywiście nie ma sensu się głowić nad tym wyglądaniem. Zgaduję, że obie wersje są OK i niemal na pewno nikt nie zwróci na to uwagi 😀 Nie wiem czy redaktor lubiący tekst będzie gorzej wyłapywał błędy (bardzo możliwe), ale dopóki robimy to amatorsko, wolę żeby obie strony czerpały z tego trochę satysfakcji, choćby nawet kosztem jednego czy drugiego niedopatrzonego niuansu 🙂

@Empirio, cieszę się, że znowu do mnie zaglądasz. Nawet jeśli wiem, że to z powodu Tompa 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-8
@Empiria Jak zwykle złośliwie i jak zwykle bez sensu. Tzn. magnes w cewce jest bez sensu. Takie twory technicznie nie mają racji bytu, a zatem językowo też. Wymyśl lepsze porównanie.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+4
0
"A korzystający z łazienki o tej samej porze Yusuf zawsze był gotowy, żeby pomóc jej w dochodzeniu."
Zważywszy na charakter tego portalu jest to bardzo dwuznaczne zdanie.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-3
@Empiria przyłożenie napięcia by ten magnes z cewki uwolniło. Może nawet z impetem katapulty 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-3
ateel, jest to w pełni świadomy zabieg 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+4
0
@MrHyde Otóż to... otóż to... A w przypadku napięcia przemiennego? 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-4
Empirio, to przekracza granice mojej wyobraźni. Przy okazji podłącza się urządzenie, napięcie się przykłada — przynajmniej wg mojego ułomnego wyczucia (nie sprawdzałem w słowniku).
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+5
0
@MrHyde - być może nie przykładam zbyt wielkiej wagi do nomenklatury elektryków, przynajmniej tu - to fakt. W każdym razie o ile można podłączyć prąd do budynku i jego instalacji, to sformułowanie "podłączyć napięcie" jest dla mnie literacko tożsame. A nawet poetyckie i metaforyczne wielce 😉

A w kwestii zasadniczej - mam wrażenie, że w przypadku podłączenia prądu zmiennego do wzmiankowanej cewki, magnes lub inny ferrocośtam będzie robił to samo co Tomp. Znaczy wibrował, drgał i buczał...
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-4
Ktoś tu popada w samozachwyt meta-literacki? Lepiej zejdź z Tompa. Najeżdżaniem osobistym niczego na plus nie wnosisz.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+4
-1
@MrHyde Nie zejdę, bo przecie nań nie wchodzę... Tomp nie wywołuje u mnie żadnych ciągot natury prokreacyjnej. Jest wyłącznie idealnym obiektem uśmiechogennym.
A "plus", przypomnij mi, to w akumulatorach ta klema o większej, czy mniejszej średnicy?
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+3
0
@MrHyde I jeszcze w ramach wdzięczności za elektryczne zawiłości "podłączania" - człon "meta" piszemy (nomen omen) łącznie z następującym wyrazem. Zatem: "metaliteracki"
Nawet guru Tompa - prof. Bańko tak zaleca...
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-2
Plus jest tam, gdzie jest plus.
Dziękuję za wyjaśnienie. Więc bez skrótów: "metaforo-poetycko-literacki" będzie lepiej?
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+3
0
@MrHyde Tak. Będzie lepiej.
A propos... Doceniam poczucie humoru w stylu pana Kołodziejczaka pytanego o Zgromadzenie Narodowe u redaktora Mazurka 🙂 Nawiasem, dodatnia klema ma większą średnicę.
Kwestię plusów ujemnych i minusów dodatnich pozostawiam chętnym na rozważania "metaforo-poetycko-literackie" 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+5
-2

Zaczęła się szarpać, ale jej wzmożona aktywność nie była walką z napastnikami, a ekspresją swoich uczuć. Wierzgnęła kilka razy i to by było na tyle.


@ Vee To zdanie brzmi zagadkowo. Można je zinterpretować na kilka sposobów. Zastanawiam się, czy zastąpienie słowa "uczuć" słowem "konwenansów" nie byłoby trafniejsze? Może błądzę w temacie Twoich intencji. A może nie.

Co do Tompa - NIe. NIe tylko onże człek sprawia, że czytam Twoje opowiadania. On jest tylko radosną przyprawą do seansu 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-3
@Empiria, konwenanse mi się nie widzą, ale faktem jest, że uczucia nie są najtrafniejsze. Nie był to celowy zabieg w tym konkretnym miejscu, ale przy pisaniu sennej sceny przyświecała mi myśl, żeby nie rozpisywać zanadto emocji czy głębszych przemyśleń – sny takie nie są. W tym sensie te uczucia, ogólne i mało refleksyjne, mają nawet sens. Inna sprawa, że "uczucie" to trochę nadużywane słowo i warto o synonimy z dobrą fonią. Patrzę sobie teraz na inne opcje i widzę... empirię. Dziwne, ja kojarzę to słowo bardziej z nauką i w słowniku takie też są definicje 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.