Ilustracja: Charly Pn

Zanim stopnieje lód (I)

16 kwietnia 2021

Szacowany czas lektury: 31 min

Obowiązków nie ubywa, a pomysłów przybywa. Taka kolej rzeczy, chyba... Zapraszam do czytania.

Wielokrotnie mijaliśmy się bez słowa, jednak zawsze z uśmiechem życzliwości i przeciąganym spojrzeniem, sekundę dłuższym niż zwykły gest uprzejmości, sekundę za krótkim na flirt.  Czasami długo spoglądałem przez ramię, aż znikała mi z oczu. I czułem jakąś nieokreśloną, przygnębiającą sympatię. Czasami przeważało w niej współczucie, a czasami przeczucie, że coś tracę. Pewnie jakąś życiową, idealizowaną szansę, ale przecież… Byłem nieśmiały, zaś ona głucha. I nie wiedziałem czego właściwie chcę ani jak to zrozumiale przekazać, a przede wszystkim nie chciałem jej zranić. Z jakiegoś względu nie mieściło mi się w głowie, że moglibyśmy się dogadać albo być razem. Zwłaszcza że dawniej, w szkole, i bez kontaktu z nią musiałem użerać się z łobuzami, więc mnożenie naszych problemów razy dwa byłoby nieodpowiedzialne. Wiadomo, dzieciaki bywają okrutne w stosunku do wszystkiego, co odstaje od normy, niezależnie czy to wrażliwość, czy też niesprawność. Standardowe równanie do najgorszych charakterów wpisane w naturę człowieka. Tak więc trzymałem się na uboczu i próbowałem wybić, wyrwać, najszybciej jak się da.

Mieszkaliśmy po sąsiedzku, na wsi, aczkolwiek większość czasu spędzałem w mieście, gdyż uczyłem się w szkołach z internatem, a niebawem miałem rozpocząć drugi rok studiów, co wiązało się z pobytem w akademiku. W domu, tym prawdziwym, bywałem zaledwie gościem. Tym sposobem przywykłem trochę do „normalniejszych” ludzi i realizowałem swoje ambicje, ale jednocześnie ceniłem sobie spokój, więc korzystałem z przerw na wakacje, by zaliczyć powrót na ciche, gorące łono natury.

Tak się zdarzyło, że tym razem zjechałem w rodzinne strony wyjątkowo wcześnie, bo zaraz po ostatnim egzaminie. W czerwcu ojciec źle się poczuł, przeszedł lekki udar, na szczęście bez powikłań. Ogółem miał coraz większe problemy z układem krążenia. Chciałem go zobaczyć, pomóc w czymś, jeśli zdołam i spędzić trochę czasu z resztą tej naszej hałastry, zanim rodzeństwo rozpełznie się po świecie.

Agatę spotkałem na podwórzu, kiedy po długiej jeździe mikrobusem wlokłem się z tobołami jak wędrowny kupiec. Słońce smażyło niemiłosiernie. Pragnąłem snu, łaknąłem wody, a mimo to upuściłem torbę na środku dróżki, by rozciągnąć zdrewniałe plecy. Mimochodem wykorzystałem tę chwilę, by przyjrzeć się uroczej sąsiadce.

Minął chyba rok, odkąd się widzieliśmy. Za każdym razem kwitła w oczach, coraz piękniej, a pod jej ręką kwiaty też miały się coraz lepiej. Pamiętałem, jak biegaliśmy w tym miejscu. Było to wtedy, gdy słowa nie miały jeszcze wyraźnych znaczeń, a za ogrodzeniem z drutu rosła tylko zielona trawa. 

Rozgarniając łodygi kwiatów, Agata plewiła grządki. Oblizałem spieczone wargi. Być może na widok mokrej konewki, nie wiem, a może przez wzgląd na wypinane w moją stronę, opięte spodenkami kształty. Dziewczyna, nieświadoma mojej obecności, uwijała się jak pszczółka. Jako że dzień był upalny, a w pobliżu sami swoi, ubrała jedynie kuse jeansy i obcisły, sportowy biustonosz, trzymający w ryzach to, co dyndać musi. I niewątpliwie dyndałoby, rozpraszając nie tylko jej uwagę podczas ruchu. Nic dziwnego, że ojciec dostawał zawału tudzież innych chorób związanych z nadpobudliwym krążeniem. Na takie widoki sam odczuwałem nadciśnienie.

O, zauważyła. Ułożyłem więc usta w ciche, radosne: „cześć” i pomachałem na przywitanie. Odpowiedziała tym samym, jakby zmieszana, co zresztą trochę mi się udzieliło. Bo na tym generalnie kończyła się nasza komunikacja, więc czym prędzej podniosłem torbę z ziemi i ruszyłem przed siebie.

Nasze podwórka w istocie pozbawione były wyraźnych granic, bowiem żadna z trzech zamieszkujących tu rodzin nie zdecydowała się na odgrodzenie działek, ponadto dzieliliśmy ze sobą dojazd do głównej drogi. Z uwagi na bezkonfliktowe sąsiedztwo, oszczędziliśmy przed wycinką parę cudownych, starych drzew, które odpłacały nam tą porą roku, rzucając błogi cień, a jesienią trochę żołędzi i jabłek.

Jak wspomniałem, żyliśmy wszyscy raczej w zgodzie, choć bez zażyłości. Tym lepiej, starałem się nie przywiązywać do otoczenia, bowiem spośród rodzeństwa nie byłem wcale najstarszym synem, co cieszyło mnie o tyle, że miał kto przejąć gospodarkę. Tym bardziej, w obliczu dolegliwości ojca, nie obawiałem się ewentualnej rozmowy o testamencie. Niczego nie chciałem. Oprócz tego, żeby staruszek jeszcze trochę pożył, rzecz jasna, bo co w tym dobrego, że człowiek będzie tytanem pracy, gdy na starość ma z tego ledwie choroby i szybszą śmierć? Całe życie w znoju i gnoju. Oszczędzałem każdy grosz, by uniknąć podobnego losu, a nawet gdyby z wielkiego uporu i wysiłków miało wyniknąć coś dobrego, nigdy nie zrównałoby się w efekcie temu, co złe za tym idzie.  

Przeszedłem przez rozwarte na oścież drzwi. Z ulgą wkroczyłem do chłodnej sieni, gdzie zrzuciłem ciężkie bagaże – cały skromny dobytek. Stanąłem w progu kuchni. Rozsunąłem wierzchem dłoni parawan drewnianych korali tworzących latem wejście.

– Co tu tak cicho? – spytałem wesoło.

Mama stała przy kaflowej kuchni. Wyrwana z zamyślenia, przyjrzała mi się uważnie. Zaskoczenie prędko ustąpiło nieskrywanej radości. Przy czym nawet po długiej rozłące zachowywała niezmiennie powściągliwość w powitaniu. Nadal mieszała w garnku.

– O, wróciłeś, ale tak bez zapowiedzi? Upiekłabym coś jeszcze.

Usiadłem na krześle przy stole. Znad żeliwnej płyty buchał żar, jakiego nie powstydziłby się kocioł lokomotywy. W garnku pyrkał kapuśniak, co przywitałem uściskiem w żołądku, bo po tej całej tułaczce nic tak nie smakuje jak domowe żarcie.

– Nie ma potrzeby. Dobrze cię widzieć, gdzie ojciec?

– Pojechał z Darkiem na wizytę u doktora, Zośka i Marysia zabrały się z nimi na zakupy.

– A młody?

– Odkąd zaczęły się wakacje, bierze rower i tyleś go widział.

– Tak cię tu samą zostawili?

– Nie, po prostu wygnałam wszystkich, żeby zrobili coś pożytecznego.

O tak, cała mama. Nic jej tak nie drażniło jak młody, zdrowy człowiek, który się leni.

– To może też w czymś pomogę?

– Odpocznij sobie jeszcze, bo ducha wyzioniesz. Zdane egzaminy?

– Tak, raczej zdane.

– Raczej?

– Na dwie oceny jeszcze czekamy, ale jestem dobrej myśli. W najgorszym razie wrócę na poprawkę. Powiedz lepiej, co z ojcem.

– Znasz go, leków brać nie chce, najchętniej szedłby w pole albo na grzyby, same kłopoty z nim.

– Skoro go nosi, to chyba lepiej z nim.

– Zadyszkę łapie po kilkunastu krokach, piwa już nie ćka, bo tabletki, fajki nie zapali, może w końcu rozumu trochę do niego trafi, że czas odpocząć.

Jasne, chyba po rozwodzie – westchnąłem w duchu.

– Aha, ciężka sprawa – wtrąciłem.

– Darek nie pozwala mu iść do lasu. Jeszcze trzeba nam boreliozy albo żeby się wywrócił gdzieś w rowie. Absolutnie, mowy nie ma. Wiek już nie ten.

– A z twoim zdrowiem w porządku?

– O tyle, o ile Zośka coś pomoże, bo z Marysieńki to żadna gospodyni. Nic nie ugotuje, pazury zapuści i tyle z niej pożytku. Po dyskotekach tylko chodzi.

Odciągnąłem kołnierz lepkiej koszulki.

– To dobrze, że masz pomoc. Gorąco tu jak w piekle, ciężko wystać.

– A powiedz, ty se jakąś pannę znajdziesz w końcu? Żeby ojciec ślubu nam doczekał.

Oho, zaczyna się – pomyślałem. Podparłem głowę na łokciu.

– Nie szukam, uczyć się muszę.

– Nauka swoją drogą, a ty zanim się zdecydujesz, to już najlepsze za mąż pójdą i tyle z tego będzie.

– Oj, teraz to tak nie działa.

– Michał, ręce weź ze stołu.

Wziąłem głęboki oddech i rozparłem się na krześle, najwygodniej jak umiałem. Głód wyssał ze mnie ochotę na cokolwiek prócz snu, aczkolwiek drzemka o wczesnej porze dnia zapowiadała jedynie zmarnowany czas i ból głowy. Przy życiu trzymał mnie jedynie zapach obiadu.

– Widzę, żeś głodny, ale jeszcze chwilę musi się podgotować. Szkoda, że nie uprzedziłeś.

– Nic nie szkodzi, mamo, idę do sklepu. Potrzeba ci czegoś?

– Dziewczyny kupią.

– Okay, to wrócę później.

– Tak swoją drogą, widziałeś Agatkę?

– Tak, co z nią?

– Lubi prace przy grządkach. Poprosiłam ją, żeby zajmowała się czasami również naszym warzywniakiem, ale skoro jesteś, mógłbyś jej pomóc.

– Niezbyt znam się na roślinach.

W końcu uciekłem przed nimi w miasto. Dbałem tam jedynie o kaktusa w doniczce. Marnie wyglądał. Poprzedni lokatorzy chyba niezbyt się nim przejęli.

– Nic trudnego. Chyba nie pozwolisz dziewczynie samej ciężko pracować? Tak czy inaczej weź z portfela dwadzieścia złotych i jej daj przy okazji.

– Zobaczę, co da się zrobić, na razie do sklepu idę.

Tak, a potem na dłuuugi spacer. Nic dziwnego, że młody znikał na cały dzień. Przynajmniej spotka się z kumplami, zabawi, a tak to ciągle miałby zajęcie, rzekomo pożyteczne. Rzecz w tym, że wokół domu zawsze znajdzie się coś do zrobienia, lecz życie nie polega na nieustannym wypatrywaniu i łataniu problemów. No jasne, można w ten sposób, ale jaki w tym sens?

Idąc do sklepu, nie zauważyłem nigdzie Agaty. Zatrzymałem się przy jej ogrodzie. Bez wiedzy dotyczącej nazw kwiatów, mogłem jedynie podziwiać harmonijny efekt, jaki tworzyły w jednobarwnych skupiskach. Po bliższych oględzinach rozpoznałem krzak dzikiej róży i uderzający w zmysły zapach śmierdziuszek, które siostry namiętnie hodowały niegdyś na balkonie. Ich nieznośny, mdlący zapach sprawiał, że uciekałem w popłochu. Odczekałem chwilę, pokręciłem się przy barierce schodów prowadzących do drzwi sąsiadów, zabijając czas głaskaniem ich kota.  

Ostatecznie wzruszyłem ramionami, wstąpiłem do najbliższego sklepu po bułkę i poszedłem swoją drogą. Odwiedziłem tym sposobem wiele utrwalonych wspomnieniami miejsc, zamieniłem kilka słów z dawnymi kolegami, wypiłem piwo pod sklepem, a ze wszystkiego najciekawsze były plotki, które chętnie wymieniałem, w zamian dzieląc się wrażeniami z życia w mieście. Po części zmyślonymi, zwłaszcza w kwestiach łatwości podrywu. Kiedy poruszyłem ten temat z Frankiem, człowiekiem wylewnym i za kołnierz nie wylewającym, dowiedziałem się wszystkiego o ślubach i rozwodach we wsi oraz okolicach. Ten człowiek nigdy nie przepuszczał okazji do zrobienia weselnikom bramy za parę flaszek. Postawione piwo wspaniale rozwiązało mu język.

Wybraliśmy się na przechadzkę po kładce. Lustro wody ledwie przykrywało kamienie, na których siedzieli rodzice pluskających się dzieci. Nad głębszymi miejscami rzeki, ze sto metrów od całej wrzawy przycupnęli wędkarze. Przezornie wybrali miejsca spokojne, powyżej miejsc wypoczynku, gdzie nikt nie zmulił wody, a wypatrywana z nadzieją rybia łuska połyskiwała gdzieniegdzie w promieniach słońca.

Z daleka nadciągały powoli jakieś skłębione, ciemne chmury. Rozświetlane błyskami, sprawiały wrażenie ociężałych, niosących w zanadrzu prawdziwą nawałnicę. Doświadczenie podpowiadało mi, że o naszą wieś zahaczy co najwyżej przelotny deszcz. Póki co, nikt nie panikował.

Zatrzymaliśmy się na dłużej pośrodku chwiejnego, wiszącego mostku.

– A ta Agata, pamiętasz ją? – zagadnął Franek.

– Mieszkam naprzeciw.

– Niby tak. – Podrapał się po głowie. – Tylko ciebie nie ma, to chyba nie wiesz.

– O czym?

– Tadek zaręczyny z nią zerwał.

– Byli zaręczeni? – spytałem, zaskoczony.

Właściwie nie wiedziałem, że miała chłopaka. Franek natychmiast wyczuł zainteresowanie z mojej strony, ale chyba trochę je wyolbrzymił. Po prostu cała rzecz jakoś nie obiła mi się o uszy. Nic wcześniej nie wskazywało na podobny obrót spraw.  

– Niezła heca, nie? – Trącił mnie w bok łokciem.

– No tak, ale że się rozeszli…

– Pewnie go nie słuchała – parsknął śmiechem, jakby opowiedział dobry żart – albo się przesłyszała, że coś obiecał.  

– Wiadomo o co poszło? Tadek nie mówił?

– Wiesz, jaki jest. Naobiecywał, głupot naopowiadał, pociupciał i zostawił.

– A może nie dała mu się urobić?

– Może, ale to on chodzi i po wsi gada, co tylko chce i mu spasuje.

Rozmawialiśmy jeszcze trochę, jednakże odkąd Franek ujrzał dno butelki, zaczął robić się marudny, wręcz przykry. Na dodatek zaczęło donośnie grzmieć. Tym lepiej, że przyspieszał kroku. Po drugiej stronie kładki wyciągnął rękę.

– Czas na mnie – rzekł.  

– Dzięki za miłą pogawędkę – odparłem, patrząc gdzieś  w dal ponad jego ramieniem.

– Powodzenia w zaliczaniu. – Puścił oczko. – Egzaminów i lasek.

– Taa, o ile te pierwsze się skończą, tych drugich nigdy nie zabraknie.

Pokiwał głową z uznaniem.

– Noo, zdrówka.

Kiedy zostałem sam z własnymi myślami, po wielu dalszych krokach pozbawionych wyraźnego celu, doszedłem do wniosku, że pewni ludzie nigdy się nie zmieniają. Rozumiałem doskonale, że cokolwiek padło w rozmowie z Frankiem, będzie od jutra znane każdemu znajomkowi. Dawno już się tyle nie nakłamałem w kontakcie z drugim człowiekiem. Zastanowiłem się krótko, czy ten fałsz przyniesie jednak coś dobrego oprócz śmiechu, gdy plotka zatoczy koło i nabierze rozmachu? Zresztą co za różnica, przecież niebawem wyjadę.

Na dłużej zatrzymałem się przy rozważaniu, czy Tadek faktycznie przeleciał Agatę, a tym samym zrobił coś, przed czym wzbraniałem się całe życie – dla zasad, uczciwości, sąsiedzkiej kurtuazji, czy z braku wizji na związek. Kiedy złapałem Internet w sieć zasięgu, spróbowałem raz jeszcze odnaleźć ją w wiodących prym mediach społecznościowych, co nie przyniosło żadnego skutku.

Zdecydowałem się na powrót dopiero kiedy poczułem na skórze dziwnie zimny, przesiąknięty wilgocią wicher. Nie zwlekając, przebiegłem przez kładkę, bowiem chmury nad głową zgęstniały w sposób, który nie wróżył nic dobrego. Pod kładką nikt już się nie bawił. Popędzany błyskawicami, dobiegłem do asfaltu, gdy spadła przede mną pierwsza, całkiem spora kula gradu. Roztrzaskała się z impetem zrzuconego z wieżowca jabłka. Za nią, pośród strug ziębiącego deszczu, posypały się kolejne pociski.

Popędziłem w desperacji do najbliższego możliwego schronienia. Wbiegłem, co wtedy zdawało się być dobrym pomysłem, do niewielkiej szklarni. U wejścia zamarłem w bezruchu, ponieważ napotkałem Agatę. W bardzo nietypowych okolicznościach.

Naprawdę, zastygłem w miejscu.

Stała ledwie parę kroków ode mnie, zwrócona plecami do wejścia, z podwiniętą wysoko sukienką i nogą opartą na wysokim taborecie. Niepomna otoczenia, miejsca ani sytuacji, trzymała w drobnej dłoni dorodny okaz ogórka szklarniowego, z pomocą którego uprawiała namiętną masturbację. Raz za razem zapamiętale wpychała go w siebie, wydając ciche, nieartykułowane jęki.

Patrzyłem jak urzeczony na kształtny pośladek uginający się sprężyście pod pląsającym wytrwale przedramieniem. Ciężko pracowała na ten orgazm.   

Gdyby otworzyła oczy, zobaczyłaby jak poliwęglanowe ścianki bohatersko odpierają nawałnicę lodowych grudek, wytrzymując napór wiatru jedynie dzięki mocnemu stelażowi. Szczerze wątpiłem, by potrafiła świadomie lekceważyć te niedogodności, czyli nie dostrzegła również mnie. Wciąż miałem szansę oszczędzić nam obojgu wstydu i pobiec do domu.

Odwróciłem się, stanąłem u wejścia jak spadochroniarz. Rozważałem wiele możliwości, ale szczerze – wolałem chronić durny łeb przed dwoma pięściami niż przed całą chmurą gradu ciskanego z siłą tworzącą istną ścianę.

Wyraźnie ochłodziło się.

Usłyszałem z tyłu jakiś zgrzyt. Jeszcze zanim odwróciłem głowę, wiedziałem doskonale, że tak upaść może w tej ograniczonej przestrzeni jedynie drewniany taboret. Wprost na ubitą ziemię. O ile nie waliła się jeszcze cała konstrukcja szklarni.

Spojrzałem przez ramię i po raz kolejny tego dnia zamarłem. Stało się, zobaczyła mnie. Wciśnięta w kąt jak przyparty do muru kot, nieco pobladła, jak gdyby niedowierzając temu, co zaszło w rzeczywistości i wymknęło się spod kontroli bezpiecznych wyobrażeń. Wodziła niespokojnie oczami, przybierając niewinny uśmiech, który łatwo ustępował zdenerwowaniu.

Z jakiegoś względu nie mieściło mi się w spodniach, że mógłbym nie spróbować z nią odrobiny szczęścia. Skoro Tadek mógł się zabawić, dlaczego nie ja? Zawsze mi się podobała, ale jak miałem to powiedzieć, żeby mnie dobrze zrozumiała? Rzadko nosiła aparat słuchowy, za który podobno długo jej się obrywało u nauczycieli, gdyż myśleli, że słucha muzyki. Poza lekcjami, jakby na przekór złośliwościom losu, pozostawała głucha na docinki. Ignorowała zazdrosne dziewczyny, olewała chłopaków, beztrosko zdejmowała aparat i wodziła za nos urokliwym śmiechem. Tak samo niewinnym, pełnym naiwności, podatnym na stres, a jednocześnie obcym pełnemu spektrum emocji, jakie mógłby przekazać. Mnie wtedy też miała w nosie. Ukrywała się za maską obojętnej wesołości. Po prostu była miła. Nic więcej. Dlatego nie chciałem sobie robić nadziei, szukałem wymówek.

Minęły lata.

Wyglądała niesamowicie pociągająco w tej żółtej kiecce. Z dłonią zaciśniętą w pięść i zawieszoną defensywnie w powietrzu sprawiała wrażenie jakby rozważała, czy faktycznie dać mi po głowie, czy może jednak dupy. Miałem nadzieję, że będzie tradycyjnie miła i przez wzgląd na okoliczności podejmie drugą opcję.

Wciąż szybki oddech sprawiał, że pod materiałem sukienki balansowały wyraźnie nakreślone, rozrywające dekolt cycki, swobodnie rysujące sutkami delikatne kółka. Rozchylone usta wabiły obfitością, karminową barwą. Wcześniej, tuż po przyjeździe, nie dostrzegłem tej szminki.

Czyżby Agata zapragnęła być dostrzeżona? Przez kogo?

W miarę upływu odczuwanych godzinami sekund rozbiegane oczy skupiły się na mnie, a ręka, ni to mdlejąc, ni to spuszczając gardę, stopniowo opadała wzdłuż tworzącego łuk ciała. Endorfiny gasnącego orgazmu tworzyły napięcie domagające się kolejnej, lepszej dawki zapewnianej odrobiną szaleństwa.

Zamierzałem się nimi poczęstować, a jednocześnie wzbogacić nastrój pełnym smakiem rozbuchanej chemii uderzającej w nasze zmysły. O ile tylko zechce, pozwoli.  

Uśmiechnąłem się najserdeczniej jak potrafiłem. Uniosłem ręce, żeby nieco się uspokoiła. I zrozumiała, że nie zrobię nic, nic złego w każdym razie. Pomachałem nawet dla żartu, jak wcześniej, przy ogrodzie. Zaśmiała się, chyba szczerze, błysnęła ząbkami.

Dopiero po chwili wyciągnąłem ku niej dłoń w zapraszającym geście, jak do tańca. Kiedy wahając się, z niemym pytaniem wypisanym na twarzy, odwzajemniła ruch, podszedłem spokojnie jak pająk do schwytanej ofiary. Będąc wystarczająco blisko, oparłem dłonie nad jej głową, po czym nachyliłem się tak, bym poprzez bliskość ust nie pozostawiał złudzeń co do charakteru działań.

Muskałem jej wargi wydychanym powietrzem i czekałem, bowiem instynktowne przeczucie podpowiadało mi, że Agata wcale nie pragnęła pieprzyć się z ogórkiem, ale z braku laku taki miała kaprys, zaś moją zachcianką było uprawianie w tej szklarni czystego, niczym nieskrępowanego, jednokrotnego seksu. Skoro z Tadkiem mogła, to i ze mną zatańczy, na ile zdołam coś ugrać.

Wodziła oczami krótko, po czym przyjęła oferowany pocałunek. Domino intensyfikacji doznań zostało puszczone w ruch, runęły wszelkie opory. Kiedy moja dłoń przeniosła się niepostrzeżenie z pleców Agaty na jej tyłek, zaczęła nieśmiało szarpać się z guzikiem moich spodni. Szczęśliwy z takiego obrotu spraw, pomogłem jej w obnażeniu upragnionego fiuta.

– Tego chcesz, prawda? – wyszeptałem.

Wiedziałem, że raczej niczego nie usłyszy. Podobno bez sprzętu wspomagającego słuch wyłapywała tylko dość głośne dźwięki, w sposób bardzo niewyraźny. Jednocześnie mówienie do niej, w zasadzie po raz pierwszy w życiu, tak otwarcie, niesamowicie mnie podniecało i sprawiało coś na kształt satysfakcji. Jakbym wreszcie mógł bezkarnie powiedzieć, co kiedyś czułem, wylać z siebie całą frustrację i dobrze się przy tym zabawić.

– Weź go sobie, ale w zamian musisz mi coś dać.

Zdecydowanym ruchem uniosłem rąb spódnicy. Kontynuując pocałunki, ocierałem się członkiem o podbrzusze Agaty. Z każdym gwałtownym wdechem powietrza wciągałem łapczywie jej zapach. Odchyliła się w moich ramionach na tyle, żeby umożliwić penetrację.

– Myślę, że jesteś gotowa. Długo na to czekałem.  

Wśliznąłem się łatwo, ale ze stanowczym posuwaniem wewnątrz zaczekałem aż pobudzona bodźcem cipka stanie się bardziej gościnna. Droczyłem się, pozostając u wejścia mimo tego, że szukała mnie, kołysała się, chcąc nadziać głębiej. Poirytowany brakiem dostępu do piersi, a także koniecznością utrzymywania nas w kłopotliwej pozycji, w najmniej oczekiwanym momencie wszedłem głębiej.

Cała rumiana na twarzy, Agata jęknęła, dość głośno, ale tym się nie przejmowałem. Dudnienie gradu w folię tłumiło wszelkie inne odgłosy, pozostawiając nas samym sobie. 

– Masz słodki głos, chciałbym słyszeć go częściej – wyszeptałem.

 Kiedy wyszedłem z niej, spojrzała nieprzytomnie, nieco skołowana. Odszedłem tylko na moment, co wystarczyło, by poczuła się jawnie urażona.

– Bez obaw, zaraz cię ładnie wyrucham.

Łagodnym gestem postawiłem taboret tak jak stać powinien. Chwyciłem Agatę za nadgarstek i położyłem jej rozwarte dłonie na siedzisku. Pochylona w lekkim skłonie, uśmiechnęła się figlarnie, pokręciła z niedowierzaniem głową, trochę jak człowiek z rodzaju tych, co rozumieją dowcip po niewczasie.

– Tak będzie nam lepiej – skwitowałem. – Mi na pewno.

Wracając na pozycję, przesunąłem stanowczo dłońmi po jej plecach, aby utworzyły łuk wklęsły. Posłusznie wypięła pośladki. I wtedy zaczęła się prawdziwa jazda.

Spodnie obciągnąłem po kostki. Zesunąłem z niej suknię aż po szyję. Wbijałem się raz za razem, rżnąc w pocie czoła, bezlitośnie, jakbym zbierał plon oczekiwany latami. Mogła krzyczeć, piszczeć, jęczeć do woli, tymczasem mruczała zmysłowo, pojękiwała cichutko. Zaskoczony tym melodyjnym głosem, pragnąłem wycisnąć go więcej i więcej. Zwolniłem obroty dopiero kiedy poczułem bliski kres sił i możliwości.

Pozostając wewnątrz, niemalże położyłem się na niej, międląc w dłoniach obwisłe, dorodne piersi. Pulsowała pode mną w przemijającym orgazmie, na drżących, wykręconych koślawo nogach. Wysiłek jej kończyn utrzymujących nas nad ziemią pogłębiał najwyraźniej doznania tych mięśni, nad którymi utraciła chwilowo kontrolę. Gdybym nie zwalił sobie dzień wcześniej, nie doszlibyśmy tak daleko.

– Zawsze mnie ignorowałaś. Teraz widzisz, co traciłaś. Unikałaś mnie, tak jak reszty. Dlaczego?

Łza zakręciła mi się w oku, ale nie pozwoliłem jej popłynąć. Przeszłości w żaden sposób nie dało się odmienić. Jednocześnie gotował się we mnie słuszny gniew, prawdziwa furia na ruszcie testosteronu. Łatwość, z jaką mi się oddała, sprawiła, że miałem ochotę nazwać ją każdym złym słowem, jakie istnieją na świecie i wyrażają lekkość obyczajów. 

– Jeszcze na domiar złego, oddałaś się Tadkowi. Bo co, pierwszy ci się narzucał?! Tyle wystarczyło?! Ty… !

Ze złością wymierzyłem całkiem mocnego klapsa. Upadła na kolana, a ja ledwo utrzymałem się na nogach. Pomyślałem, że to dobra okazja, aby tymi malinowymi usteczkami dokończyła naszą schadzkę. Wiele nie brakowało, bym z nią skończył.

Agata zdjęła do reszty sukienkę. Z namaszczeniem złożyła ją na taborecie. Podniosła się, zanim wpadłem na pomysł jak skłonić ją ku mojej fantazji. Kiedy stała przede mną, w samych klapkach, bezwstydnie naga – oniemiałem z wrażenia. Zamiast pozostać na klęczkach jak mi się marzyło, z podniesioną śmiało głową zbliżyła się. Skracała dystans do tego stopnia, że dzieliło nas od siebie zaledwie skromne dwadzieścia centymetrów.

Patrząc uwodzicielsko, w pełnym aluzji dotyku, sprawiła, że ściągnąłem mokrą, spoconą koszulkę. Zaciągnęła się ciężkim zapachem tkaniny, następnie odrzuciła ją ślepo za siebie.

– Agata, co robisz?

Objęła mnie za szyję i całowała zapamiętale, dopóki nie odwzajemniłem uścisków. Wtedy podskoczyła i uwiesiła się na szyi, więc odruchowo ująłem ją za jędrne pośladki. Bezpardonowo nabiła się na mnie, oplotła wysoko udami jakby zapinała pas bezpieczeństwa i zaczęła się bujać, polegając w głównej mierze na sile naszych ramion. W pościgu za kolejnym spełnieniem żądzy nie zważała na nic. Zamknęła oczy i zagryzając wargi, tkwiła gdzieś w swoim świecie, gdzie czciło się falliczne kształty i uznawało za godnych jedynie tych, którzy zasługiwali na miano boga seksu.

– Tak cię nie utrzymam – mamrotałem coś w ten deseń, ale jednocześnie nie chciałem też odpuścić. – Zwolnij trochę.

Czując się nieco pewniej, odchyliła się lekko, po czym oswobodziła mój zbolały od rzemienia torby kark. Wystraszyłem się, że może osłabła i zrobi sobie krzywdę, ale nie, stopniowo, zmysłowo, miękko oparła się dłońmi o grunt w ryzykownym mostku. Jak pieprzona akrobatka. W międzyczasie udało mi się wyzuć stopę z buta i mogłem trochę pewniej stanąć na nogach.

– Jebać to – stwierdziłem. – Skoro chcesz, to masz.

Poszerzając rozkrok, uścisnąłem Agatę w talii i zabrałem się do dzieła. Włożyłem w tę serię pchnięć dosłownie całą energię. Pląsała na moim kutasie jak pompowana laleczka, zdana całkowicie na to, co się zdarzy. Tuż przed końcem chciałem wysunąć się z niej, ale nie zdołałem, ponieważ ciągnęła mnie do siebie zaciśniętymi kurczowo łydkami. Oportunistycznie przywarłem do niej tak głęboko jak rozmiar pozwolił i rozkoszowałem się powalającym uczuciem wysysania spermy, do ostatniej kropli. 

Delikatnie osunąłem się na kolana w naszym nieziemskim lądowaniu. Kiedy powróciła z siódmego nieba, zdawała się być zaskoczona, że dolecieliśmy tak szybko. Prawdę powiedziawszy, nie miałem pojęcia, kto tu kogo przeleciał tak naprawdę.

– Szajbnięta jesteś – zarechotałem. – Zdrowo popierdzielona.

Jeszcze nigdy nasze oczy nie zetknęły się na tak długi czas. Z trudem oderwałem od nich wzrok i wyjąłem fiuta. W tej samej chwili, niby za sprawą biologicznego przełącznika, powróciłem do zmysłów. Gdy podniosłem się, Agata wystawiła dłoń, co nawet bez znajomości migowego, wobec błagalnej ekspresji, przemawiało do mnie słowami: „nie odchodź”.

Na zewnątrz grad ustąpił miejsca pojedynczym kroplom deszczu. Zaciągnąłem w pośpiechu spodnie, koszulkę też, chociaż nadawała się tylko na szmaty. Wyjrzałem dyskretnie czy nikt nie patrzy i już zamierzałem wyjść, jak gdyby nigdy nic, ale popełniłem błąd i spojrzałem raz jeszcze wstecz. Po tym, co zaszło, obawiałem się, że nie będę potrafił zostawić jej w przeszłości tak jak dawniej, ani tym bardziej spojrzeć na nią tak samo niewinnie jak dotychczas.

Agata leżała wciąż na ziemi, wyraźnie zdziwiona tym, co wyczuła pod palcami w ujściu solidnie zalakowanej szparki. Zamiast podążyć za moim przykładem i doprowadzić się do porządku, odrzuciła głowę w tył i zaczęła się jeszcze masturbować. Tyle że czas zatrzymał się wyłącznie dla niej.

Wyszedłem na pozór obojętnie. Oddaliłem się, może kilkanaście metrów. Niestety tylko po to, by nabrać nowej perspektywy co do własnej, nieuleczalnej głupoty. Przez tę cholerną folię przebijały się kształty, wyostrzane najdrobniejszym ruchem, natychmiast ściągające wzrok każdym nieregularnym cieniem, jakiego człowiek nie spodziewałby się ujrzeć pośród uprawianych roślin. Z poziomu asfaltowej dróżki mogłem dokładnie obserwować jak miękko, okrężnie pracują jej filigranowe palce rozsmarowujące moje nasienie na chłonnej, płodnej, spragnionej…

– Kurwa mać!

Wróciłem. Dopiero wtedy, jak gdyby ta chwilowa nieobecność nagle coś zmieniła, Agata zawstydziła się trochę, że dała się ponieść falom miłosnych uniesień aż tak daleko od brzegu świadomości. Rozpalona, wciąż jeszcze wyprężona ku niebiosom, okryła cipkę dłonią, a rozlane piersi ramieniem, co pomagało w stopniu takim jak ukrycie się za firanką. Podniosłem leżącą na taborecie sukienkę. 

– Wyglądasz jak niewyżyta idiotka. Dawniej poprosiłbym cię o rękę.

Wyciągnąłem pomocną dłoń. Z rozbawieniem obserwowałem jak zawahała się, którą rękę podać. Wreszcie złapała nadgarstek obiema. Pomogłem jej otrzepać się z ziemi, włożyć suknię, a nawet pozwoliłem sobie rozprostować klapsami parę zagniecionych fałdek. Majtek nie znalazłem, więc chyba nie miała ich od początku ani stanika. Przyszła w pełni przygotowana do odrobiny zabawy na osobności, ale nie spodziewała się mnie. Chyba dlatego nie wiedziała, gdzie podziać wzrok.

Wyszliśmy ze szklarni razem. Powolnym krokiem, w milczeniu, udaliśmy się w stronę domu. Wsadziłem ręce w kieszeń. Namacałem dwadzieścia złotych. Przypomniałem sobie, że obiecałem matce oddać je Agacie, ale wstrzymałem się. Mogłaby źle odebrać tę zapłatę.

Tymczasem dziewczyna zatrzymała się.

Spojrzałem na nią, a potem na ogród, który znajdował się nieopodal nas, za siatką. Wyczułem to ukłucie smutku gdzieś trochę za blisko serca. Przeczuwałem, jaki widok zastaniemy.

Pobiegła tam.

Wlokłem się tuż za nią.

Towarzyszyłem Agacie w oględzinach stłuczonych gradobiciem roślin. Gołymi rękami odwalała grudki lodu. Po chwili wahania również zabrałem się do pracy, gdy tylko zrozumiałem, że kwiaty mogą umarznąć, zanim stopnieje lód. W owej grobowej ciszy, nie mogąc się powstrzymać przed wybrykiem, wsunąłem okruch gradu za ramiączko sukienki.

Agata pisnęła, klapnęła na trawę, po czym rzuciła we mnie całą garścią niknących kul – białych, drobnych kryształków, które wyrządziły tak wiele szkód.

Śmiała się, w głos, przez łzy.

Ten tekst odnotował 11,189 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.85/10 (29 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Komentarze (0)

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.