Mea Culpa

6 stycznia 2020

Szacowany czas lektury: 4 godz 44 min

„Wierność – silne swędzenie z zakazem podrapania się”
Julian Tuwim

I. Przypadki chodzą po ludziach

 

O Boże, jak boli.
Gwałtowny błysk światła, rażący zmysł wzroku, pukanie do drzwi sypialni, zazwyczaj będące delikatnym dźwiękiem, łagodnie wybudzającym go ze snu, tym razem brzmiące jak walnięcia młota pneumatycznego.
Bum.
Bum.
Bum.

Sześcioletni syn, który najczęściej był o tej porze w szkole, dzisiaj wyjątkowo został w domu i postanowił zrobić mu poranną pobudkę. Kochał dzieciaka, jak nikogo innego na świecie, ale w tej chwili miał ochotę zakneblować go i przywiązać do nogi od stołu.
A potem położyć się spać.
Bum. Bum. Bumbumbumbum.
– Taaatoooo!!! Wstawaj!!! Już po dziesiątej!!!
Cholera, nawet w dniu urlopu pospać nie dadzą! Co z tego, że wypada w środku tygodnia, a jego powodem jest pożegnalna impreza jednego z podwładnych w pracy. Po takim chlaniu najczęściej jest się nie do życia dzień później, więc dzień wolny to obowiązek.
Starość, nie radość.
Tylko zazwyczaj wtedy w domu nie ma tego małego potwora.
A dzisiaj Daria pozwoliła mu zostać i nie iść do szkoły. Zrobiła mu na złość? Dobrze wiedziała, że będzie miał kaca-giganta.
– Taaatoooo!!!
Bumbumbumbum.
Ruch klamki.
O Boże, nie!!! Jeszcze pół godziny!!! No, kwadrans!!!
Poduszka na głowę.
Tuptuptuptuptup.
– Ale tu śmierdzi, fuuu!!!
– Odejdź, mały diable. – Głos wydobywający się z jego gardła przypominał dalekie krzyki z dna studni. Kręciło mu się w głowie i miał ochotę zwymiotować. Daria jak zwykle zamknęła okno w sypialni i w pomieszczeniu pewnie była teraz niezła gorzelnia. – Odejdź, bo zostaniesz zjedzony.
– Idę, bo tu strasznie śmierdzi. – Tuptuptuptuptup. – Mamooo, tata śmierdzi brzydko!
Cisza.
Jeszcze pięć minut. Tylko o tyle prosił w myślach.
Po kwadransie powoli podniósł powieki. O dziwo, sufit nie wirował, a pomieszczenie, w którym leżał, wydawało się stabilne. Ciemnoszary kolor rolet skutecznie blokował dostęp natrętnego światła, rażącego w oczy. Obawiał się unieść głowę i ruszyć ciało do innej pozycji – perspektywa biegu nad sedes z zatkanymi ustami nie była zbyt zachęcająca.
Jeszcze chwilę.
Jego wzrok przesunął się po błękitnej ścianie i padł na zdjęcie, wiszące po lewej stronie w ramce nad łóżkiem. Stojąca, uśmiechnięta blondynka (jeden z jego kumpli określił kiedyś Darię jako „idealną żonę wikinga”) z prostymi włosami do łopatek, ubrana w dopasowaną sukienkę w kwiaty, czochrająca włosy siedzącego przed nią szatyna. Jego oczy śmieją się, mimo że twarz jest poważna.
Wtedy jeszcze miał włosy.
Stare dzieje.

Dwie godziny później było już zdecydowanie lepiej. Prysznic, herbata z cytryną i śniadanie z tostami na ostro, włożył do środka posiekane papryczki piri–piri. Podobno to pomaga na kaca. A że piecze na wejściu i na wyjściu? No cóż, czasem musi boleć.

Mały poszedł oglądać bajki, a Daria po przewietrzeniu sypialni (kiedy tam weszła, jak powiedziała, „poczuła się pijana od samych oparów”) zaczęła pracować. Z jednej strony to było dobre, że jego żona pracuje w domu. Nie musiała chodzić do biura, kiedy działo się coś z małym w przedszkolu mogła szybko reagować.
Z drugiej strony.
Dzisiaj chciał pobyć sam. Czasem tak jest, nie ma się ochoty na rozmowę i towarzystwo.
Kac powoli znikał. Oczywiście wiedział, że wytrzeźwieje całkowicie za jakiś czas, pewnie późnym popołudniem, co nie zmienia faktu, że czuł się zdecydowanie lepiej, niż kiedy odtworzył oczy pod wpływem nawoływania tej małej syreny alarmowej.

Może gdzieś by się ruszyć z domu? Za jakiś czas? Przewietrzyć?

– Wychodzę, jadę do centrum handlowego.
– Weź go ze sobą, nudzi mu się, a ja nie mogę się nim w tej chwili zająć – odparła, nie podnosząc wzroku znad klawiatury. Czasem to jej zimno irytowało go ogromnie.
– Chciałem pojechać sam. – Próbował być nieugięty, ale wiedział, że stoi na z góry przegranej pozycji.
– Daj spokój. – Odwróciła na niego wzrok. Zimne, niebieskie oczy i okalające je, jasne blond włosy nadawały jej wygląd idealnej żony dla prawdziwego nordyka. Zawsze zastanawiał się, czemu wybrała akurat jego pod względem aparycji, z roku na rok jego zdaniem coraz bardziej przestawali do siebie pasować. – Mały nie poszedł do szkoły, bo obiecałeś mu, że zajmiesz się nim w czasie, gdy ja będę pracowała – umilkła na chwilę dla podkreślenia wagi słów – trzeba było tak nie chlać wczoraj, kochanie – dokończyła miękko, ale jej spojrzenie mówiło co innego. „Głupi sukinsynu, zabieraj gnoja ze sobą, bo nakopię ci do dupy”.

Bez słowa odwrócił się i poszedł do salonu, gdzie rozbrzmiewał odgłos telewizora i oglądanych bajek.
Miał jej dość. Zmieniła się od ślubu. Po urodzeniu Franka odsunęła się od niego. Mieli problem z komunikacją (z jej winy w większym stopniu, jak oceniał), seks to była ułuda i efemeryda, rozmawiali na błahe tematy, jego próby rozwiązania problemów w związku zbywała komentarzem „ale przecież jestem z tobą, wspieram cię i rozmawiam z tobąa a terapia, o której mówisz od dłuższego czasu to twój wyimaginowany problem, Krystian”. Albo „Ale co ja mam ci powiedzieć? Wiedziałeś, jaka jestem. Zdecydowałeś się żyć ze mną i nagle teraz jestem be? Bądź dorosły”.
Tak, wiedział. Tylko każdy ma swoje granice, poza tym myślał, że ona zmieni się pod jego wpływem. Zaakceptował jej podejście do życia, ale chciał czegoś więcej.
I czuł, że ona mu tego nie da.
Na wszelki wypadek przed wyjściem dmuchnął w alkomat, który dostał od kumpli z pracy na urodziny dwa lata temu, o dziwo, mimo iż czuł się niezbyt dobrze, na liczniku wyszło zero.

„Reduta” w warszawskiej dzielnicy Ochota to dość stare, bo kilkunastoletnie centrum handlowe, zbudowane jeszcze przed zawaleniem się wiaduktu przy ulicy Łopuszańskiej i kilka lat przed konkurencyjnym „Blue City”, mającym swą siedzibę w budynku wielkiej, w połowie szklanej kuli, pod drugiej stronie Alej Jerozolimskich. Wczesnowiosenna pogoda wyglądała raczej jak niespodziewany odprysk zimy, a wściekle atakujący, zimny i przenikliwy, północno-wschodni wiatr wdzierał się pod kurtkę, mroził twarz, dłonie, stopy i nawet najbardziej zatwardziałych, potencjalnych zakupowiczów oraz chętnych rozrywki zmuszał wręcz do pozostania w domu. Nawet liczba samochodów, poruszających się jedną z głównych arterii miasta stołecznego w ten zamarznięty poranek była niższa w stosunku do zwykle tutaj widzianej.

– Tak?
– Wstąpcie do marketu i kupcie ziemniaki. – Jej głos, wysoki i melodyjny wybrzmiewał w słuchawce smartfona. Dopiero teraz, w dobrze oświetlonym miejscu, jakim było centrum handlowe widoczna była jego powiększająca się łysina. Niezbyt wysoki, dość chudy, choć jego chód zwiastował, że jest sprawny fizycznie i silny, trzymał za dłoń małego chłopca, ze zwichrzonymi ciemnymi włosami, szarymi oczami i zawadiackim uśmiechem.
– Coś jeszcze? Może wyślij mi SMS–a, pewnie zaraz coś ci się przypomni.
– Kup może jakieś wino na wieczór.
– Daria, muszę kończyć. – Chłopiec gwałtownie wyrwał do przodu, na co mężczyzna odsuwając smartfona od ucha, huknął głośno na małego po imieniu na cały parking, czym zagłuszył parkujący obok samochód. – Naprawdę muszę, Franek dostał małpiego rozumu. Czekam na SMS-a. Cześć.
– Tato, zobacz, jaka super fura!
– Synu, ja wiem, że jesteś fanatykiem samochodów, ale nie możesz biegać po parkingu, rozumiesz? Co stanie się, jak wpadniesz pod samochód? No?
– Noo… – Mały patrzył na niego ze skruszoną miną.
– No, słucham.
– Pojadę do szpitala i będę leżał w gipsie w łóżku. – Franek z opuszczonym w betonowe płyty wzrokiem przyznał ojcu rację – Albo nawet mogę umrzeć – dodał – ale fura i tak jest świetna! – Zerknął z błyskiem w oku na stojącego nieopodal Jaguara. – Jak będę zarabiał dużo pieniędzy, to sobie taką kupię!
– Myślę, że z twoim zacięciem będzie stać cię na lepsze sztuki. – Mężczyzna poczochrał dziecku włosy i wskazał kierunek wyjścia. – Musimy zrobić zakupy, mama potrzebuje ziemniaków. Przysłała mi też SMS–a, że na obiad będą buraki i kotlety z kurczaka.
– Znowu buraki na obiad? Fuu. – Młody wysunął język i włożył palec wskazujący do ust, symulując wymioty. – Będę miał czerwone siki, hehehee – zarechotał – A kupa, też jest czerwona po burakach?
– Nie wiem, sprawdź. – Mężczyzna mrugnął okiem do chłopca, wsiadł do windy i wcisnął „zero”. – Nie oglądałem aż tak szczegółowo własnej kupy, ale może tobie uda się coś dojrzeć.

– Tato, długo jeszcze? – Chłopiec ewidentnie nudził się w trakcie zakupów. Wózek, prowadzony przez mężczyznę oprócz ziemniaków i buraków uzupełniły kolejne składniki, przesyłane SMS-ami, na które przestał się denerwować i reagował jedynie ciężkim westchnięciem. Kac zniknął, jak ręką odjął. W duchu podziękował Darii, faktycznie zabranie Franka na zakupy było świetnym pomysłem.
– Już kończymy. Kupię sobie jeszcze piwo.
– Piwo śmierdzi. Fu. – Franek po raz kolejny włożył palec do ust.
– A co tobie nie śmierdzi? – zaśmiał się głośno i zaczął wykładać zakupy na taśmę przy kasie.
– Wszystko śmierdzi – Chłopiec pełnym przekonania głosem odparł ojcu. Kasjerka obserwowała z zaciekawieniem na ich dialog. – Wszystko śmierdzi tak, że nie da się wytrzymać.
– A kanapki z dżemem truskawkowym?
– Też śmierdzą. – Franek szedł w zaparte.
– A miód? – Kolejny ulubiony składnik kanapek chłopaka został poddany zapachowej analizie.
– Śmierdzi strasznie. – Chłopak zaczął wygłupiać się z ojcem.
– A mały Franek, co gada głupoty?
– Też śmierdzi – wybuchł śmiechem.
– Zapytam cię o to samo przy kolacji, podczas zjadania trzeciej z kolei kanapki z dżemem, albo miodem – Mężczyzna zaśmiał się po raz drugi i odbił kartę płatniczą w czytniku, po czym sprawnie spakował zakupy do toreb i ruszył w kierunku wyjścia.

Cholera, miałem tu wstąpić wcześniej. – Jego wzrok padł na sklep z biżuterią, nowo otwarty, przed mniej więcej tygodniem, znajdujący się w drodze do podziemnego parkingu – Franek! – zawołał syna – Musimy jeszcze wejść tutaj.
– O nie!!! – Chłopiec ze złości zaczął tupać w podłogę butami – Nigdzie nie idę!!! Cześć, czapka i parasol!!! – Ruszył w kierunku ruchomych schodów.
– Miałem nadzieję, że wyjście w weekend do kina na Strażaka Sama albo Psi Patrol zrekompensuje ci nieco tę niedogodność. – Przekupuję własne dziecko. Jestem patologicznym ojcem.
– Strażak Sam to może iść sobie do dupy!!! – wypalił wściekły chłopiec, czym spowodował opad szczęki mężczyzny i parsknięcie przechodzącej obok młodej kobiety.
– Słownictwo, młodzieńcze. – Mężczyzna obniżył głos i spojrzał karcąco na chłopaka, który z zawadiackim wzrokiem, niewzruszenie spoglądał w jego twarz. – Porozmawiamy o tym w domu. Potrzebuję tam wejść, żeby kupić prezent dla mamy.
– Prezent? – Nastawienie Franka zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. – Uwielbiam prezenty.

I po co ja próbowałem go przekupić kinem? – Mężczyzna zerknął na potomka.

– Ale nie dla ciebie, chcesz nosić dziewczyński pierścionek?
– O fuuu. – Palec po raz kolejny powędrował w usta. – No dobrze, zgadzam się, ale jestem bardzo głodny.
– Ciebie jest łatwiej ubrać, niż nakarmić. Nie mam nic na teraz, oprócz bułek. – Mężczyzna z westchnieniem wyjął ciepławą jeszcze grahamkę z torby z zakupami i zostawił wózek przed sklepem. – Zjedz i daj mi pięć minut, naprawdę muszę tam wejść. Stań sobie grzecznie za mną i poczekaj chwilę, okej?
– Noo dooobrze, tato, już rozumiem. – Znudzony chłopiec zaczął przeżuwać bułkę, spoglądając z tęsknotą w kierunku schodów.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – Młoda, dwudziestokilkuletnia ekspedientka, z uśmiechem „numer pięć” przywitała go w progu sklepu.
– Dzień dobry. Na razie dziękuję, porozglądam się trochę. A jak znajdę coś ciekawego, to panią poproszę. – Oddał uśmiech, a kiedy odwróciła wzrok, otaksował jej figurę (niezły tyłek i fajne, kształtne cycki – podsumował), po czym zatopił swój wzrok w półki z biżuterią. Ilekroć spojrzenie padało na coś, co mogło spodobać się Darii, cena natychmiast zabijała jego entuzjazm.
Cholera jasna, trudno będzie znaleźć coś, na co nie wydam majątku. – Zmartwił się nieco faktem, że to, co sobie upatrzył, kosztuje o kilkaset złotych więcej, niż sobie założył – No ale trudno. Dziesięciolecie przeżywa się tylko raz. Jak się nie zaharuję albo nie zejdę na zawał, to może doczekam do dwudziestki – zażartował w myślach, po czym zrobił krok, aby odezwać się do ekspedientki i otworzył usta...
– Przepraszam, mogę na sekundę panią poprosić? – Damski głos wyprzedził go o ułamek sekundy. Tyłem do niego stała kobieta, która, jak odniósł niejasne wrażenie, była mu w jakiś sposób znajoma. Coś w jej sylwetce sprawiało, że niemal od razu rozpoznał... – Chciałabym zobaczyć ten męski sygnet, o ten – Kobieta wskazała palcem w szybę. Kiedy ujrzał czerwoną szramę, tuż pod paznokciem palca wskazującego prawej ręki, zamarł.
Tę szramę może mieć tylko jedna osoba na świecie, nie ma możliwości, żeby to był ktokolwiek inny. – Przez jego głowę przebiegła galopada myśli, począwszy od chęci jak najszybszej ucieczki, poprzez odezwanie się do rozpoznanej nieznajomej, skończywszy na...
Kobieta wyczuła na sobie czyjś wzrok, odwróciła głowę i rzuciła na jego twarz zdawkowe spojrzenie, po czym, nie reagując, spojrzała ponownie we wskazywane sygnety.
I zamarła.
Do jej mózgu dotarła informacja, kto stoi za nią.
Błyskawicznie zrobiła się blada. Instynktownie obejrzał się za siebie, kontrolując Franka, który, znudzony, przeżuwał bułkę, otaczając się rosnącą na kurtce i podłodze warstwą okruchów, po czym przesunął wzrok na jej twarz i szare, pełne niedowierzania oczy. Ekspedientka początkowo mówiła do kobiety, po kilkunastu sekundach przerwała, widząc, że tamta nie reaguje.
– Proszę pani, czy coś się stało? – Zaniepokojona przesuwała wzrok z obojga wpatrujących się w siebie w milczeniu ludzi.
– Nie, przepraszam. Wszystko w porządku. – Kobieta uśmiechnęła się lekko, po czym odwróciła wzrok. – Przyjdę do pani jutro, proszę przytrzymać dla mnie ten sygnet. To moja wizytówka, gdyby potrzebowała pani potwierdzenia, że jestem wiarygodna. Do zobaczenia jutro. – Wręczyła zdziwionej ekspedientce kartonik i nie spoglądając na mężczyznę, ruszyła w kierunku wyjścia, z każdym krokiem przyspieszając.
Ten stał jak skamieniały przez kilka sekund, po czym bez słowa pożegnania wybiegł ze sklepu, doganiając ją dwa metry od wyjścia.
– Weronika. – Chwycił ją za łokieć. – Zaczekaj.
– Na co? – Stanęła twarzą do niego. Ciemne, kręcone blond włosy do ramion kontrastowały z lekką opalenizną i szarymi oczami. Była niższa od niego o około dziesięć centymetrów i miała rubensowskie kształty. Wyraźnie zarysowane kości policzkowe, dość wąskie usta, piękny uśmiech, który czarował go wieki temu. – Czego chcesz, Krystian?
– Porozmawiać. – Wydawał się zbity z tropu jej reakcją.
– Porozmawiać?
– No... tak.
– O czym? – odparła lekko zniecierpliwionym głosem – Myślę, że nie bardzo jest o czym, przynajmniej z mojej perspektywy.
– Co u ciebie?
– W porządku – odparła z rezerwą w głosie, patrząc gdzieś w dal, przez witrynę sklepu – a u ciebie?
– Świetnie. – Rozpaczliwie szukał tematu do zatrzymania jej na dłużej – Masz kogoś? – zadał pytanie, chyba najbardziej idiotyczne, jakie mógł zadać. Wywołał na jej twarzy wyraz zdziwienia, połączony z rozbawieniem i nutką politowania.
– Ja pierdolę. – Otworzyła szeroko oczy. Franek, stojący kilka metrów od nich na szczęście nie zareagował na wulgaryzm. – A co to? Kolejny odcinek „Wybacz mi”? – rzuciła ripostę – Chyba nie sądziłeś, że będę na ciebie czekać do śmierci? I tak robiłam to wystarczająco długo. – W jej spojrzeniu odbiło się cierpienie i żal. Długo i głęboko skrywane. Przed całym światem. – Więc tak. Mam kogoś. Mam męża, który mnie kocha i którego ja również kocham. Córeczkę, którą ubóstwiam. Dobrą pracę, z której jestem zadowolona i dom rodzinny, który zbudowałam własnymi rękami. Zadowolony z przesłuchania? Zresztą widzę, że ty też nie próżnowałeś. – Zerknęła na obrączkę i pałaszującego ostatnie kęsy bułki Franka. – Muszę iść, Krystian. Udanego życia. – Odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.
– Weronika, zaczekaj, proszę. Chciałbym się z tobą spotkać. Daj mi swój numer telefonu. – Podbiegł i stanął przed nią. Jej widok w sklepie wywrócił wszystko do góry nogami w głowie. Ile to lat? Dziesięć? Więcej?
– Mój numer nie zmienił się od kilkunastu lat. Krystian, proszę. – Zdjęła rękawiczkę, pogłaskała go po policzku i westchnęła cicho. Dotyk jego szorstkiego, twardego zarostu, który uwielbiała. Przesuwała jeszcze przez chwilę dłoń po jego skórze. – Zostaw mnie. Jesteś przeszłością dla mnie, a ja dla ciebie. Nie zamierzam do niej wracać, a ty powinieneś wrócić do żony. Żegnaj. – Odziała z powrotem dłoń i blada, z drżącymi dłońmi i udami jak z waty ruszyła przed siebie.

– Tato, skończyłem, chodźmy. – Franek pociągnął go za połę kurtki. – Tato?
– Już, synku, jeszcze moment. – Patrzył na malejącą sylwetkę Weroniki, która zniknęła za ruchomymi schodami.
– Kto to był, tato? – Franek, bardziej z dziecięcej ciekawości i w celu zabicia nudy, niż z faktycznego zainteresowania zadał pytanie.
– Koleżanka z pracy – odparł Krystian nieobecnym głosem – chodź, wracamy do domu. – Drżącymi dłońmi pociągnął wózek i przesunął w stronę ruchomych schodów.
– Tato, a jak myślisz, jak zjadłem tyle okruchów, to moja kupa też będzie okruszkowa? – zapytał chłopiec, czym wywołał wybuch śmiechu ojca.
– Myślę, że wygląd twojej kupy będzie różnił się niewiele od tego, jaki jest po innym jedzeniu. Chodź, jedziemy do domu, ty mój ekspercie od kup – zaśmiał się, zmierzwił włosy chłopca i obaj ruszyli w kierunku wyjścia. Po chwili jego uśmiech zniknął, a przed oczami stanęła mu ona.

W drodze powrotnej, stojąc w korku, w kierunku Ursusa milczał. Franek, zmęczony zakupami i szumem silnika zasnął.
Zerknął we wsteczne lusterko. Światła samochodu ciężarowego, jadącego za nim oślepiały go, ale przez blask halogenów dojrzał uśmiechającą się przez sen twarz dzieciaka. Mimowolnie sam się uśmiechnął i zerknął na siedzenie obok, gdzie zwykle widział Darię, żonę, której siedem lat temu założył – jak śmieli się koledzy z pracy – simlocka na rękę. Długowłosą blondynkę, upartą, jak jasna cholera. Pracoholiczkę, zodiakalnego Barana.
Urzekła go w pięć minut, kiedy czekał z koleżanką w kinie na przed salą, siedząc na kanapach na rozpoczęcie seansu. Mimo że uroda jego żony była dość specyficzna, aparycja zimnej, nordyckiej blondynki kontrastowała z jej niemal południowoeuropejskim charakterem. Włoszka w skórze Norweżki, wychowana w Polsce – podsumował w myślach. Pracowita, ułożona, namiętna i kochająca. Apodyktyczna, momentami zimna jak lód. I rzadko kiedy przyznająca się do błędu czy winy.
Kochał ją. Chyba kochał. Ostatnio coraz częściej się nad tym zastanawiał.
Czuł, że coraz bardziej się od siebie oddalają.
Pracowała coraz więcej, rzadko kiedy wychodzili razem gdziekolwiek, seks spowszedniał i stał się rutynowy. A momentami w ogóle go nie było. Nawet uroczystości, takie jak urodziny obojga, rocznica poznania się czy ślubu nie wywoływały już takich emocji, jak dwa-trzy lata wcześniej.
A teraz spotkał Weronikę.
I wszystko, co zakopał głęboko w pamięci i ukrył przed sobą, wróciło z wielokrotną mocą.

Październikowe, niedzielne, pochmurne popołudnie. Rok 2008. Jeden z warszawskich multipleksów, hol przed salą nr 4.

– Pójdę do toalety. – Ewelina, dwa lata starsza od Krystiana koleżanka z pracy, wstała i ruszyła w kierunku oświetlonych trójkątem i kołkiem drzwi. Jej chude ciało kontrastowało z groteskowo dużymi jak na skromny wzrost piesiami. Krótkie, obcięte nieco za uszy blond włosy, cherubinowa uroda i niebieskie oczy biły chłodnym blaskiem, którego nie niwelowało w całości pogodne usposobienie dziewczyny.
– Okej. – Kiwnął głową i powiódł wzrokiem za znikającą sylwetką.
Lubił ją, wiedział i czuł, że leci na niego, ale jednocześnie był przekonany, że nic z tego nie będzie w dłuższej perspektywie. To nie była kobieta dla niego. Za mało samodzielna i zbyt – zastanawiał się przez chwilę, jakiego słowa użyć – zbyt staromodna. Pasowałaby do przedwojennej żony, która wychowywała dzieci i nie pracowała, a mąż dbał o finanse – Doszedł do wniosku. Nie chciał takiego związku i był w ciężkim szoku, kiedy wyszła z inicjatywą pójścia do kina we dwójkę.
– Przestań, to nie randka. – Uśmiechnęła się nieśmiało, choć wiedział, że ona to tak traktuje. – Po prostu nie mam z kim pójść, a ty jesteś kolegą z biura. Jeśli nie masz planów na jutro to – dodała z wahaniem – zapraszam.

Zgodził się, właściwie nie wiedząc dlaczego. Niby planów nie miał, ale...
Nie chciał dawać jej nadziei na coś więcej. W jej oczach widział, że gdyby skinął palcem, poszłaby z nim do łóżka.
Nie był taki, nie wykorzystywał kobiet, mimo że w jego mniemaniu miała niezły tyłek, świetne cycki i całkiem ładną buzię.

W oczekiwaniu na jej powrót zaczął rozglądać się po holu. Mimo faktu, że było niedzielne popołudnie, multipleks świecił pustkami. Najwyraźniej pochmurna i wietrzna pogoda przegoniła potencjalnych kinomanów, a oni należeli do nielicznych, którzy odważyli się zmierzyć z niemal huraganowym wiatrem i zacinającym deszczem.
Ziewając, rozglądał się dookoła, kiedy w jego wzrok zaciekawiła blond włosa, niska, kobieca sylwetka, rozmawiająca z koleżanką obok i kupująca zestaw z popcornem. Zaintrygowany podniósł się i powoli ruszył w kierunku stanowiska, przy którym stały obie kobiety. Zbliżając się do nich, zauważył, że blondynka jest sporo niższa od niego, ma niski, dźwięczny głos oraz małe, zgrabne dłonie, w których widniał pięćdziesięciozłotowy banknot. Paznokcie były pomalowane na różowo, a na kciuku nosiła mały sygnet.

– ...ten mega zestaw poproszę. Bez nachosów. – usłyszał końcówkę jej wypowiedzi, początek z powodu zbyt dużej odległości zlał się z niezrozumiały zlepek dźwięków.
– Nachosy są lepsze od popcornu – wypalił bez zastanowienia i w myślach zganił się za śmiałość – a pikantny sos urozmaici oglądanie, bo przynajmniej cola zostanie w całości wypita.
Dziewczyna odwróciła się do niego i zamarła. Wpatrywała się w jego twarz, uśmiechając się lekko. On również patrzył bez słowa w jej niebieskie oczy. I jego uśmiech rósł.
Ładna.
– Daria, wszystko w porządku? – Koleżanka blondynki odwróciła się, zerkając na nią z niepokojem, a na Krystiana z ciekawością (i nutką zazdrości w oczach).
Kurwa, ale pasztet. Nawet nie zajęczy. – Podsumował towarzyszkę Darii w myślach.
– Tak, wszystko jest okej – odparła powoli pytana, nie odrywając wzroku od Krystiana. – Zmieniłam zdanie. Zestaw z nachosami i pikantnym sosem poproszę. – Spojrzała na ekspedienta, w którego wzroku pojawiło się „kurwa, co za niezdecydowana dupa, będę biegał jak łoś, bo jakaś pinda zobaczyła leszcza, na którego widok ma mokro”. – Jak masz na imię?
– Krystian. – Zaskoczony jej śmiałością odparł po chwili wahania się.
– Cześć, Krystian. – Oczy dziewczyny błyszczały. Wyciągnęła dłoń. – Jestem Daria, a to Andżelika. – Ciepły, delikatny uścisk otulił jego skórę. – Na co idziesz?
– Do czwórki, jakaś komedia. Nawet nie znam tytułu. Czekam na koleżankę. – Rozejrzał się, Eweliny wciąż nie było. Dostała sraczki? – Przemknęło mu przez myśl i parsknął, niespodziewanie dla siebie. – Przepraszam. – Natychmiast spoważniał. – Czasem zachowuję się jak bałwan.
– W porządku, nic się nie stało. No to idziemy na to samo. – Uśmiechała się cały czas i puściła dłoń. – Chyba idzie twoja koleżanka. – Spojrzała za jego plecy. Krystian odwrócił się i ujrzał kroczącą i niezbyt zadowoloną z towarzystwa Ewelinę.
– To Daria i Andżelika, a to Ewelina – Dokonał prezentacji, nieco skonsternowany zaistniałą sytuacją. Chłodne „cześć” w wykonaniu Eweliny obwieszczało, że jest niezbyt zadowolona z nowego towarzystwa Krystiana.
Mam to gdzieś. – Podsumował w myślach. – To nie randka, a jeśli ona tak myśli, mimo zapewnienia mnie, że to tylko wyjście do kina, to niech wybije sobie z głowy coś więcej.

Teraźniejszość

Jego myśli wróciły do Darii. A właściwie do jej obecnego wcielenia, jeśli tak mógł ją określić. Bo Daria z kina i Daria z „teraz” to dwie różne osoby. Bywały momenty, kiedy miał ochotę chwycić ją za włosy, owinąć je wokół dłoni i uderzać jej głową o ścianę.
Wkurzała go. Coraz częściej wracał myślami do nocy, kiedy jego najlepszy kumpel, Radek, starszy od niego kilka lat, tuż przed uroczystością próbował odwieść go od ślubu z obecną żoną. Wiedział, że oboje lubią się, jak pies z kotem i prędzej nauczyłby świnię latać, niż przekonał ich do siebie nawzajem.
Nie rozumiał tylko powodu, dlaczego tydzień przed zmianą stanu cywilnego słyszał to, co przyjaciel miał mu do powiedzenia.

„Spotykałem się z podobną.
Koszmarny charakter, ona jest teraz dla ciebie taka dobra.
Zobaczysz, co będzie kilka lat po ślubie, przejebane jak sanki w maju.
Wierz mi, że będziesz żałował.
Daria to zimna, interesowna suka. Jeśli nie możesz być z Weroniką, przynajmniej nie wychodź za nią. Jeszcze nie, jesteś z nią półtora roku. To za krótko.
Poczekaj, aż będziesz z nią przynajmniej dwa, dwa i pół roku. Jeśli ona się nie zmieni i będziesz jej w stu procentach pewien – wtedy to zrób”.

Po latach wiedział, że Radek miał po części rację. Nie całkowicie, ale w dużym fragmencie.
Czuł się wykorzystywany przez żonę, wszystko było tak, jak ona chciała. Wystrój mieszkania, wakacje, wyjścia, nawet jebany samochód kupili taki, jaki ona chciała mieć.
Jakim cudem dałem się tak wpierdolić? W takie bagno? – Uderzył pięścią w kierownicę, stojąc w korku.

Ta szrama. – Myśli skakały jak szalone, a przed oczy wrócił mu widok dłoni Weroniki, z obrączką z białego złota i palca wskazującego, którym dotykała szyby sklepowej. – Pamiętam, jak dziś, skąd to się wzięło.

Rok 1991. Lipcowy, gorący, wakacyjny dzień. Gdzieś na warszawskim Grochowie, między blokami.

– Goń grubą sukę! – Dziki wrzask rozległ się za plecami uciekającej dziewczynki, która z płaczem i łzami, płynącymi po brudnych policzkach biegła przez podwórko między blokami. Wysoka, ostra trawa kaleczyła jej piszczele, a ostre, letnie słońce paliło plecy i odbierało dech w piersi.
– Nie dam rady – zaszlochała – nie ucieknę im. – Obejrzała się i w tym samym momencie potknęła o jeden z wystających kamieni, po czym rozciągnęła na piaszczystej ziemi. Gotowa na ciosy skuliła się, zasłaniając brzuch i mały jeszcze biust. Kiedy wyczuła nad sobą cień, zacisnęła zęby, chcąc jak najmniej boleśnie poczuć pierwszy cios.
– Zjeżdżajcie stąd. – To nie był głos prześladowców, braci Adamskich, ich kumpla, niedorozwiniętego Mariuszka Tymińskiego i jeszcze jednego. Nigdy nie potrafiła zapamiętać jego imienia, tego z tłustymi włosami. – Spieprzajcie stąd, zanim wam spuszczę wpierdol. – Głos wskazywał na dorastającego chłopca. Głos nieznany, ale dający nadzieję, że tym razem obejdzie się bez pobicia. I narzekań ojca, że „powinna sobie radzić, bo w prawdziwym życiu są jeszcze większe problemy, niż kilku złośliwych chłopaków. Zresztą powinna spojrzeć w lustro i wziąć się za siebie. Nie ma się co dziwić, że sobie z ciebie żartują. Nie uciekłabyś przed pijanym żółwiem”.
Kochany tatuś. Wsparcie moralne dziecka zawsze na pierwszym miejscu.
– Patrzcie, grubaska ma swojego rycerza. No, no, tłuścioszku – sapiący Sebastian Adamski, gorszy z braci, herszt „bandy” jadowitym głosem obwieścił swoje przybycie. – Najpierw wpierdolimy twojemu chłopakowi, a potem dokończymy nasze porachunki z tobą.
– Posłuchaj, nie chcę was pobić. – Chłopak przemawiał rzeczowo i spokojnie. Nieśmiało otworzyła oczy, spojrzała, mrużąc je od słońca przez lewy bok i zdała sobie sprawę, że jest zgubiona.
O on nie wie, w co się wpakował. Był niewiele wyższy od niej, chudy i przy przeciwniku wyglądał jak młodszy brat. A ich jest razem czterech. – Macie ostatnią szansę na spokojne odejście, później zabierze was karetka.
– Ty chyba robisz sobie jaja – Adamski z niedowierzaniem otworzył szeroko oczy. – Taka ciota chce pobić nas czterech. Nawet nie muszę czekać na resztę ślamazar, żeby ci wpierdolić. – Zamachnął się, próbując wyprowadzić cios w twarz niższego prawie o głowę chłopca.
Nagle stała się rzecz niezwykła. Weronika, z rosnącą fascynacją i kiełkującą głęboko w środku radością patrzyła, jak chłopak błyskawicznym unikiem uchylił się przed ciosem, wziął zamach i z pełną mocą kopnął Adamskiego w krocze. Ten nabrał głęboko powietrza, jego twarz mieniła się różnymi kolorami, począwszy od purpury, skończywszy na zieleni, przewrócił się na ziemię i zaczął płakać.
Drugi z braci, Kamil, nadbiegł z dzikim wrzaskiem, trzymając kawałek ułamanej ławki w dłoni, czym ułatwił unik bezimiennemu obrońcy Weroniki, który z kocią zwinnością uchylił się przed kolejnym ciosem, podbił stopą sztachetę, po czym prawym prostym rozkwasił nos kolejnego przeciwnika.
Szczęka dziewczyny opadała coraz niżej, a otworzyła się całkowicie po wyłączeniu z walki Mariuszka Tymińskiego, który, niepomny nieudanych ataków braci Adamskich otrzymał cios sztachetą przez całą długość klatki piersiowej, przewrócił się na ziemię plecami, po czym uciekł ze strachem w oczach, widząc pobitych kompanów. Jedynie „tłuściowłoch”, Jjak nazywała go w myślach, nie pojawił się jeszcze na polu bitwy.
– Chyba mają już dość. – Chłopak odwrócił się do niej twarzą i z przyjaznym uśmiechem podał jej rękę, podnosząc z ziemi. Weronika, zszokowana i wdzięczna za niespodziewaną pomoc zauważyła za jego plecami zbliżający się kształt (Kot, to Karol Kot! – przypomniała sobie imię i nazwisko „tłuściowłocha”), który zamachnął się pięścią i uderzył jej wybawcę w tył głowy. Ten upadł na ziemię i przyjął kolejny cios w żebra od agresora, który z dzikim wrzaskiem („Ty chuju, zajebię cię, ty kurwo”) zaczął okładać go bezładnie po całym ciele.
Weronika, niewiele myśląc, złapała sztachetę i zdzieliła nią Kota w głowę.
Skutecznie, bo ten padł jak długi na ziemię.
– Chodź, szybko, musimy stąd uciekać, zanim się podniosą. – Pociągnęła go w górę, trzymając pod ramiona.
– Już, kręci mi się w głowie, chwila.
– Nie mamy chwili, musimy uciekać teraz. – Coraz bardziej przerażona spoglądała na Kamila, który widząc, że przeciwnik został znokautowany, wstał z ziemi i ze złośliwym uśmiechem, powoli zbliżał się z w jej kierunku. Chwyciła za kawałek drewna, którym wyłączyła z walki Karola i próbowała zamachnąć się w kierunku nadciągającej, zakrwawionej twarzy. Cios, który niespodziewanie, acz skutecznie wyłączył z walki ostatniego atakującego, niestety tym razem nie wystarczył.
Broniący jej chłopak z trudem podniósł się i stanął przed nią.
– Odejdź, Adamski.
– Pierdolony karateka. Dopadniemy cię jeszcze, cwelu. – Kamil, krwawiący z nosa i pomny ciosu, który zainkasował, cofnął się na bezpieczną odległość.
– Spróbujcie szczęścia – rzucił, obserwując spod łba przeciwnika. Ten, widząc, że niewiele zdziała, podniósł brata z ziemi, trzymając się za twarz i złorzecząc, ruszył w kierunku najbliższych bloków. Za nimi, nie patrząc w stronę chłopaka i dziewczyny smutno poczłapał Tłuściowłoch.
– Jesteś cała? – Zwrócił głowę w jej kierunku. Drżała w szoku z powodu niespodziewanej pomocy i szybkości rozegrania się zdarzeń, których była uczestnikiem.
– Eee, co?
– Pytałem, czy jesteś cała? – Spoglądał na nią z niepokojem. – Masz skaleczony palec. – Zerknęła na prawą rękę i ujrzała krew. Zrobiło jej się momentalnie słabo, nie znosiła tego widoku, purpurowa czerwień przyprawiała ją o mdłości.
– Ttak, chchyyba wszystko jest dobrze. – Zakręciło jej się w głowie – Mmuszę iść do domu. Ojciec bbędzie się denerwował. – Niepewnym krokiem ruszyła w kierunku bloków, po chwili zachwiała się i zaczęła przewracać. Chłopak, czujny, podbiegł i złapał ją w pół.
– Chodź do mnie. Mama przemyje skaleczenie i da nam coś do picia.
– Nie mogę. Ojciec...
– Ojciec, nie zając, chodź. – Świdrował jej twarz intensywnym spojrzeniem brązowych oczu. – No chodź!
– No dobrze, ale tylko na chwilę – zgodziła się, piekło ją prawe kolano i łokieć. – Chce mi się pić.
– No to dobrze się składa, bo mama zrobiła pyszną lemoniadę – rozgadał się. – A w ogóle to jestem Krystian.
– Weronika. – Patrzyła przed siebie, powoli krocząc obok niego. Mimo bólu i skaleczeń było jej dobrze.
Ktoś o nią zawalczył, czuła się potrzebna. W klasie stała z boku, uczyła się dobrze i, mimo że nie miała opinii kujona, to nikt nie zapraszał jej na urodziny. Ot takie klasowe dziwadło, które czasem okazuje się pożyteczne, jak trzeba mieć od kogo ściągnąć na klasówce.
Może też dlatego, że była nowa.
A teraz?
Skończyłoby się ciężkim laniem, bo Adamscy to szkolna patologia, z ojcem alkoholikiem, bez matki. Bili wszystkich, jak popadnie. Nie patrząc, czy to chłopak, czy dziewczyna.
Uratował ją. Niski, cherlawy i niezbyt przystojny. Taki przeciętny, ale szybki, bardzo zwinny i pewny siebie. Zaimponował jej, rzucił się na starszych od niego czterech chłopaków i obronił ją.
A przecież jej nie znał.
Idąc, czuła jego ciało obok, ciepło i jeszcze chłopięcą, a nieco później męską moc, w której za jakiś czas nieświadomie (nie wiedząc początkowo, że to się dzieje) zakochała się. Jej serce waliło jak szalone, a przez twarz przeskakiwały uczucia, wstyd (bo co pomyślą inni, kiedy mnie z nim zobaczą. Z CHŁOPAKIEM!), zadowolenie, duma, rezerwa, niepewność.
Było…prawie jak na randce. Sam na sam z chłopakiem, który uratował ją przed bandziorami.
Czy dwunastolatki chodzą na randki? – Zaczerwieniła się.

– Mieszkam tu, w bloku obok – gadał jak nakręcony. – Wyszedłem pokopać piłkę, kiedy zobaczyłem Adamskich, goniących cię od bloku obok.
– Dziękuję, że mi pomogłeś – odparła cichym głosem. – Gdyby nie ty...
– Nie ma co się zastanawiać, co by było. Ważne, że się udało. – zarechotał wesoło – Nie kojarzę cię ze szkoły, jesteś nowa?
– Tak, przeprowadziłam się. Z Ursusa na początku roku.
– To fajnie. O, to mój blok. – Znowu przeskoczył na inny temat – Mama ucieszy się, że mam gościa. Twierdzi, że w końcu powinienem znaleźć sobie jakiegoś kolegę. Tylko co ja poradzę, jak u mnie w klasie są sami idioci?
– No, nie wiem... – Wydawała się zbita z tropu jego gadatliwością.
– Ja też nie. – Błysnął zębami. Miał zaraźliwy uśmiech i kąciki ust dziewczyny mimowolnie poszły w górę. – Panie przodem. – Przepuścił ją w windzie i wcisnął dziesiątkę. – Czytałem, że mężczyzna zawsze powinien przepuścić kobietę przodem w drzwiach. Tego wymaga kultura.
– To bardzo grzeczne – odparła neutralnie, nie patrząc na niego. Fajny był, ale trochę za dużo mówił. – Gdzie nauczyłeś się tak dobrze bić?
– Chodzę na karate – Wypiął z dumą pierś – ale nie biję się z innymi. Nie lubię się bić.
– To dlaczego biłeś się z nimi? Przecież mnie nie znasz.
– Bo jesteś słabsza. Tak jak ja jestem słabszy od nich. Teoretycznie. – Uśmiechnął się lekko, ale w jego oczach ujrzała błysk, który nieco ją przeraził, ale też zafascynował. – Poza tym, jakim trzeba być chujem – Po raz drugi opadła jej dzisiaj szczęka, z powodu użycia przez niego wulgaryzmu w jej obecności – żeby próbować pobić dziewczynę. Bracia Adamscy to gnoje i zasługiwali na wpierdol. Jeśli nadarzy się okazja, to z chęcią zrobię to znowu. – Nacisnął dzwonek obok drzwi. – Mama będzie zadowolon...

Teraźniejszość

Weronika zatrzymała samochód na poboczu przed blokiem. Serce biło jej jak szalone.
Boże, dlaczego? – Oddychała szybko i nerwowo, opierając spocone dłonie o kierownicę. – Jest tylu facetów na świecie, a ja musiałam w tym cholernym sklepie spotkać właśnie jego?

Pogrzebała go głęboko w sercu, w zasadzie o nim zapomniała. A teraz wrócił, z wielokrotną mocą. Kiedy poczuła zapach jego szyi i kiedy dotknęła policzka, zapragnęła po prostu go pocałować. Niezależnie od konsekwencji.
Nie, nie mogła tego zrobić, miała męża, dom, dziecko. Prowadziła firmę. Jest odpowiedzialną osobą.
Poza tym on też ma rodzinę. Jego syn wygląda na niezłego ananasa. – Uśmiechnęła się – Jak mogłabym to wszystko zepsuć? Jestem pewna, że gdybym jednoznacznie nie powiedziała „nie” on poszedłby za mną.
Spojrzała we wsteczne lusterko.
Nie możesz tego zrobić – postanowiła. – Niezależnie od faktu, jak źle układa ci się małżeństwie i co w dalszym ciągu do niego czujesz. Do Krystiana.
Bo cały czas coś czujesz.
Nagle zapragnęła napić się lemoniady, takiej samej, jak wtedy, kiedy obronił ją przed braćmi Adamskimi. Aż jęknęła, kiedy zapach napoju „wypełnił” jej nozdrza.
Lemoniada.

Rok 1991. Lipcowy, gorący, wakacyjny dzień. Godziny popołudniowe. Mieszkanie pani Krawczyk.

– Synku, dobrze, że przyszedłeś. Akurat jest obiad. – Tuż po otwarciu drzwi w przedpokoju dobiegł ich kobiecy głos.
– Mamo, mam gościa. – Chłopak uśmiechnął się do niej i mrugnął okiem.
– Przyprowadziłeś kolegę? – Pani Krawczyk stanęła w drzwiach do kuchni i otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
– Koleżankę, to Weronika.
– Dzień dobry. – Dziewczyna dygnęła.
– Dzień dobry. – Matka Krystiana spoglądała badawczo na nią. Najwyraźniej Weronika zdała jednak test, bo po chwili uśmiechnęła się do niej przyjaźnie. – Zjesz z nami? Mamy chłodnik, a potem kurczaka z pieca.
– Dziękuję, ale tata na mnie czeka. Muszę wracać do domu.
– Ależ przestań, dziecko. Krystian nie ma żadnych kolegów, bo, jak słyszę od niego „wszyscy w klasie to idioci”, więc może będzie miał koleżankę. – Westchnęła – Utrapienie boskie z tym chłopakiem.
– Mam! – Zadowolony głos Krystiana dobiegł z łazienki. Po chwili zza drzwi wynurzyła się chuda sylwetka z ciemnymi włosami – Weronika skaleczyła się podczas zabawy – Mrugnął do niej okiem, po raz drugi, na co ona zaczerwieniła się – Przemyję ci rękę woda utlenioną i zakleję plastrem.
– Cieszy mnie synu, że jesteś dżentelmenem. Zajmij się koleżanką, a ja w tym czasie podam obiad. Czego się napijesz? – Zwróciła się do dziewczyny.
– Ale naprawdę, proszę się nie kłopotać. Muszę zaraz wracać, ojciec mnie zabije. Miałam być pół godziny temu w domu. – Zerknęła na zegarek.
– Krystian, odprowadzisz Weronikę po obiedzie.
– To się rozumie samo przez się, mamo. – Uśmiechnął się szeroko. – Musisz umyć dłoń, łokieć i kolano. Najlepiej wodą z mydłem.

– Au – syknęła kilka minut później, czując nieprzyjemne szczypanie w miejscu, gdzie kapnęły krople wody utlenionej. Brązowe oczy siedzącego na krawędzi wanny chłopaka śmiały się do niej. – Szczypie.
– Poszczypie i przestanie. – Kolejne krople spadły na kolano, pieniąc się. – Burczy mi w brzuchu, zgłodniałem po naszej bitwie.
– Jakiej bitwie? – Matka niespodziewanie weszła do łazienki, podając mu plaster. – Obiad jest na stole.
– Eee – Zawiesił się na chwilę – graliśmy w statki.
– Synku, synku. Nie potrafisz kłamać tak jak ojciec. – Zmierzwiła mu włosy i pocałowała spocone czoło – Biłeś się z kimś? Masz skaleczoną głowę. – Zaczęła szczegółowo badać miejsce uderzenia.
– Eee. – Spojrzał na dziewczynę, szukając ratunku.
– Bracia Adamscy gonili mnie i chcieli pobić. Krystian uratował mnie przed nimi. – Postanowiła wyłożyć kawę na ławę.
– To ci chuligani z siódmej klasy? Napytasz sobie biedy. Stosowałeś ciosy z treningów?
– Noo, tak.
– A trener mówił przecież, że nie powinieneś. Bij się z równymi sobie.
– Ale mamo, oni nie byli równi. Są starsi, było ich czterech, a ja sam. Poza tym nie mogłem pozwolić, żeby coś jej zrobili. – Wstał za wychodzącą matką i chciał wyjść z łazienki, żeby się wytłumaczyć. Weronika pociągnęła go za rękę. Zaskoczony spojrzał na nią.
– Twoja głowa też wymaga przemycia wodą utlenioną. – Uśmiechnęła się i wzięła w dłoń wacik, nasączony przezroczystym płynem. – Nie tylko ja będę cierpieć.

– Mmm, ale pyszne. – Spałaszowała obiad, a teraz najchętniej poszłaby spać.
– Poczekaj na lemoniadę. – Chłopak wsuwał drugą porcję obiadu.
Zjadł chyba więcej, niż waży. – Doszła do wniosku, patrząc na kolegę z lekkim przerażeniem.
– Proszę, do popicia. – Matka Krystiana podała napój. Lekko mętna woda pachniała cytrusami, w środku pływały plastry cytryny i pomarańcza, a z boku szklanki zamoczony był liść mięty.
Dziewczynka umoczyła ostrożnie usta, po czym wzięła większy łyk.
Bum.
Gdyby znała wtedy pojęcie orgazmu, to kulinarny szczyt byłby tym, co przeżyła. Jej oczy rozszerzyły się, a przez twarz przebiegł wyraz nieprawdopodobnej przyjemności. Wzięła drugi łyk, potem trzeci.
– To... – Odstawiła szklankę na stół, przełknęła głośno – to jest pyszne. To najlepsza rzecz, jaką piłam w życiu...

Teraźniejszość

Boże, lemoniada, ale bym się napiła. – Zaczęła ślinić się, idąc w kierunku bloku. – Zrobię sobie w domu.

– A co tobie się nagle stało z lemoniadą? Przecież zawsze, kiedy chciałem się jej, napić to mówiłaś, że nie lubisz? – zagadnął mąż, wchodząc do kuchni.
– Kobieta zmienną jest – odparła, nie patrząc mu w oczy i mieszając pomarańczę z cytryną w dzbanku. Wstydziła się siebie. Czuła wstyd i zażenowanie faktem, że w ogóle pomyślała o lemoniadzie, jako jednym z symboli jej znajomości i późniejszego związku z Krystianem. I o możliwości odnowienia kontaktu (jeśli mogła to tak określić) z nim.
Bo w sytuacji, w której oboje się znajdowali, nie było szans na nic więcej. Nie, na pewno nie. Musiałaby być szalona, żeby próbować rozbić swoje i jego małżeństwo, żeby odnowić dziecięcą i młodzieńczą miłość. To byłoby absolutne wariactwo. – Próbowała przekonać się, mieszając zawzięcie zawartość dzbanka.
Musiałaby uciszyć i stłumić w sobie uczucie, które po raz kolejny rozgorzało w niej, jak pożar prerii. Jakby miała kilkanaście lat, a nie była dojrzałą, dorosłą i świadomą siebie, prawie czterdziestoletnią kobietą.
Uciszyć pierwszą miłość, której zaznała.
Jedyną prawdziwą? – zapytał głos wewnątrz.
– Tramwaj jedzie? – skomentował zgryźliwie dzwonienie łyżki mąż, wchodząc po raz drugi do kuchni.
– Przepraszam, jestem zmęczona. – Odstawiła dzbanek na bok i potarła skronie. – Pójdę zrobić sobie kąpiel. – Uciekła do łazienki.

Nalała wody do wanny, rozebrała się i odetchnęła ciężko, kładąc się w dywanie piany.

Oprócz skosztowania lemoniady tego dnia odprowadził mnie do domu. Jeszcze nie do mieszkania, to robił później. Za pierwszym razem nie był aż tak śmiały.
Dostałam burę od ojca, ale było warto. O tak, było.
To był wspaniały dzień, dzień pełen wrażeń.

Rok 1991. Lipcowy, gorący, wakacyjny dzień. Godziny popołudniowe. Blok przy ulicy Łukowskiej.

– To mój blok. – Stanęła obok wejścia do klatki schodowej. Na chodniku dwóch młodszych od nich chłopaków grało w kapsle. Nie kojarzyła ich, musieli być z bloku naprzeciw.
– Fajnie – uśmiechnął się – będę mógł cię czasem odwiedzić?
– No, chyba tak... – odparła niepewnie, zastanawiając się, co na to powie ojciec. Nie potrafiła jeszcze przewidzieć jego reakcji, tego nauczyła się później, kiedy była starsza.
– Przyjdę jutro po śniadaniu. – Otworzył drzwi do klatki schodowej za jej plecami i wpuścił ją do środka. Stanęła w progu, patrząc na niego. – Numer pięćdziesiąt sześć? – Kiwnęła głową na potwierdzenie – No to do jutra, Weronika.
– Krystian? – Cieniutki głosik dziewczyny z ledwością przebił się przez odgłos wiercenia sąsiada z pierwszego piętra.
– Hm?
– Dziękuję – rzuciła na wydechu, wysunęła się w jego stronę, pocałowała go lekko w policzek, właściwie bardziej muskając wargami chłopięcą skórę i zniknęła jak kamfora. Drzwi pacnęły, a ich zamknięcie owiało jego twarz chłodnym podmuchem.

Chłopca zamurowało.
Przez kilkadziesiąt sekund stał w bezruchu, po czym ostrożnie, bojąc się, że po zrobieniu choćby jednego kroku jego ciało rozsypie się na cząsteczki, powoli rozejrzał się dookoła.
Nikt nie zwrócił uwagi na zdarzenie, które wywróciło świat Krystiana Krawczyka do góry nogami.
Otworzył szeroko usta, po czym zamknął je, jak ryba.
Otworzył ponownie.
– Pocałowała mnie – szepnął do siebie. – Pocałowała, w policzek – rzekł nieco głośniej, uśmiechnął się i pijany ze szczęścia ruszył wolnym krokiem w kierunku domu, kopiąc po drodze suche, spadające z drzew liście. Podskakiwał z radości i kilka razy krzyknął. Obejrzał się za siebie i popatrzył na jej blok.
Czuł, że od teraz będzie tam częstym gościem.

Teraźniejszość

– Idziesz spać? – Ubrana w koszulę nocną do połowy ud Daria stanęła w progu salonu. Długie, jasne niczym len włosy miała upięte w kok. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz szła spać z rozpiętymi.
– Zaraz, mam coś jeszcze do zrobienia. – Tak naprawdę nic nie miał. Pracy nigdy nie zabierał ze sobą do domu, zresztą, jaką pracę papierkową mógł mieć do zrobienia kierownik w urzędzie? Elektroniczne wnioski urlopowe podwładnych, zatwierdzenie przelewów, środków trwałych? I jeszcze kilka tego typu pierdół? W jego mniemaniu, w porównaniu z liczbą papierów, przewalanych przez żonę, księgową albo podwładnych – żadną.
– Połóż się zaraz, bo znowu będziesz narzekał, że jesteś niewyspany. Dobranoc, Krystian.

Otworzył usta, aby odpowiedzieć, ale po chwili zorientował się, że nie za bardzo ma do kogo.
Cóż za lawina czułości – szydził w myślach. – Nie dość, że pracuje po kilkanaście godzin i do wyjątków należą takie wieczory i dni jak dzisiaj, kiedy nie zajmuje się obowiązkami zawodowymi, bo nabrała milion zleceń, kiedy wcale tego nie trzeba robić, bo pieniędzy nam nie brakuje, to jeszcze, kiedy jest szansa, żeby spędzić razem wieczór, razem ona idzie spać. Dobranoc. Kochanie – dodał na koniec i wrócił do ekranu laptopa.

W jego wnętrzu kiełkowała chęć znalezienia JEJ. Bronił się przed tym wszystkimi siłami, jakie w sobie nosił. Przywoływał najgorsze wyrażenia, jakimi mógł się określić wobec czynu, który nosił znamiona zdrady. Może samo odnalezienie byłej partnerki to nie zdrada, ale po co jej chciał szukać?
Pół godziny później, ze skrzącymi oczami oraz drżącymi dłońmi zalogował się do Facebooka i zaczął poszukiwania.
Nie dał rady wytrzymać.

Pewnie zmieniła nazwisko, ale znalezienie jej nie powinno być aż takim problemem.
Jeśli nie Facebook, to może LinkedIn?
Szukamy.
Huh.
Ciche kliki klawiatury mieszały się z szumem włączonej w kuchni zmywarki do naczyń.
„Weronika Dawidowicz, Warszawa”
Nie ma...
Musiała zmienić nazwisko po ślubie.
Zaraz, jak nazywała się jej koleżanka ze studiów. Ta Aśka.
Cholera.
Miała takie śmieszne nazwisko.
Pyciak, Preciak.
Pytek!
Joanna Pytek.
Klik, klik, klik.
Nie ma...
Jasna cholera, co z tymi babami? Wszystkie nazwiska pozmieniały, no! Myślałby kto, że one tak do mężów są przywiązane...
Kto nie zmienia nazwisk?
Mężczyźni...
Hm...
Był też kolega z grupy, ten, który zawsze brał od niej notatki z wykładów, bo nigdy nie chciało mu się chodzić.
Krzysiek, Krzysiek...
Jarczyk!
Klik, klik, klik.
Jest!
Oby tylko miał odkrytych znajomych, to raz, a dwa – ona może nie mieć swojego zdjęcia na profilówce...
I co wtedy?
Jesteś w ciemnej dupie, Kryniu.
Na dźwięk zdrobnienia ścisnęło go w gardle. Daria go tak nie nazywała. Nie lubiła zdrabniać jego imienia. Zawsze mówiła do niego Krystian. Tak oficjalnie.
A dla Weroniki zawsze był Kryniem. Kryniu i Werka.
Musiała być na niego naprawdę wściekła, żeby usłyszał w jej ustach swoje imię niezdrobnione. Albo kiedy było jej tak dobrze w trakcie seksu, że nie kontrolowała się, wtedy mówiła czasem rzeczy, których nie pamiętała.

Otrząsnął się i wrócił do rzeczywistości.
Jarczyk znalazł się w kilka minut. Krystian rozpoznał go bez problemu, mimo brody zapuszczonej przez tamtego, na szczęście na profilówce miał aktualną fotkę.
I ma odkrytych znajomych!
No dobra, pierwsza przeszkoda pokonana. Czas na numer dwa.
Szukamy...
Klik, klik, klik.

Jest...
Szybko poszło...

Weronika Moczulska.
Ma ładną córeczkę. Podobna do matki.
Huuh.
No dobra, krok numer trzy.
Wiadomość.
Wyślij.

--------

Zamierzała położyć się już do łóżka, skołowana, zmęczona i obolała w środku, kiedy telefon zabrzęczał.
To nie połączenie ani SMS. Ktoś napisał Messengerem. Jutro zerknę.
Drugie brzęknięcie.
I trzecie.
Ktoś jest uparty.
Odblokowała ekran i zamarła.
„Cześć.
Chciałbym się z Tobą spotkać, nie ignoruj mnie.
Proszę”.

W sumie mogła się tego spodziewać. Że odpuści tak łatwo?
To nie było w jego stylu. Zawsze, no, prawie zawsze był uparty i zawzięty.
Szkoda tylko, że dziesięć lat temu nie był taki.
A może był, tylko ona to zgasiła?
I zawiniła w równym stopniu, co on? Może była zbyt mało zdeterminowana? Zaniedbała go i pozwoliła, aby ognisko zgasło? Jej uczucie wypaliło się przez te wszystkie lata, spowszedniało i z płomiennych uniesień stało się jednostajnym brzęczącym „kocham cię”, brzmiącym podobnie do standardowego „co na obiad?”.
Tylko co on teraz sobie myśli? Że spotka się nim, porozmawiają sobie o przeszłości, później podadzą sobie ręce i zostaną przyjaciółmi? Jak on to sobie wyobraża?
Nie potrafiłaby patrzeć na inną kobietę u jego boku, zawsze uważała się za idealną dla niego. Nawet wtedy, gdy się rozstali. Wtedy po prostu zakopała go na samym dnie pamięci, w jej najgłębszym zakamarku. A przynajmniej starała się, bo jak się okazało, tony gruzu, którymi, jak myślała, został przysypany, były raptem kilkoma popierdółkami, które bez problemu odrzucił i dotarł do niej.
Nie chciała wyobrażać sobie jego u boku innej. Nawet teraz, gdyby zobaczyła, jak trzyma żonę za dłoń? Albo ją całuje? Pękłoby jej serce.
Minęło dziesięć lat, a mimo to jej uczucia do niego nie wygasły. Nie w takim stopniu, o jakim myślała.
Jego chyba też nie, skoro tak usilnie dąży do spotkania.

Kładąc się do łóżka, poprzysięgła sobie, że nie da się złamać. Niezależnie od tego, jak bardzo będzie ją błagał.
Jednak wewnętrzny głos mówił jej, że ta przysięga może być nic nie warta.
Zasnęła, zmęczona i targana niepokojami.

Wrzesień 1995. Mieszkanie matki Krystiana.

– Miałeś się uczyć, a nie na mnie gapić, zboku. – Uniosła oczy znad książki do biologii i złapała go na tym, jak ślizgał się wzrokiem po jej biuście i pośladku, zasłoniętym przylegającą do ciała sukienką. Lubił ją w sukienkach i powtarzał jej, że wygląda w nich dobrze. Z początku nie była przekonana, ale później kilka razy ubrała się w nie sama w domu, zrobiła sobie sesję przed lustrem, wyginając się w różnych pozach.
I zdecydowała, że jej karateka ma rację. Że wygląda seksownie. Zaczęła przekonywać się, że grubaska sprzed kilku lat odeszła do przeszłości, a jej ciało dojrzało, przemieniło się i teraz nie jest już śmieszną kulką, tylko kobietą.
Teraz leżała na boku, na jego łóżku, oparta głową o łokieć, on siedział w fotelu i teoretycznie uczył się, a tak naprawdę patrzył się na nią bez jakiegokolwiek skrępowania.
Przez cztery lata z grubaski, jak ją określali w szkole, zmieniła się w kobietę, urosły jej piersi, kształty się zaokrągliły i zamiast odpychać, zaczęła przyciągać męskie spojrzenia.
– Ty uczysz się teorii o człowieku, a ja mam ochotę na nieco praktyki. – Wystawił język, zarechotał i usiadł obok niej.
– Niedoczekanie twoje – zaśmiała się, przyciągnęła go do siebie i pocałowała lekko w usta. – Po ślubie – szepnęła tak, aby jej ciepły oddech wpadł do jego ust. Twarz dziewczyny stała się poważna, ale w oczach paliły się radosne ogniki.
– Po dupie! – Złapał za książkę, zrzucił na podłogę i położył się na niej.
– Złaź ze mnie, ciężki klocu – stęknęła. – Jakim cudem taki chudzielec waży tyle, to ja nie mam pojęcia.
– To nie ja tyle ważę. – Uśmiechnął się prowokacyjnie, mrugnął do niej okiem i spojrzał między swoje uda, zakryte dżinsami.
– Jeeezu, Krawczyk, daj spokój – Próbowała zrzucić go z siebie, ale położył się na niej, udając zwłoki. Nazywali to często „zabawą w trupka”. – Strasznie czerstwy tekst.
– Czerstwy, nie czerstwy, ale sprzęt swoje waży. – Nie dawał za wygraną, po czym niespodziewanie dla niej spoważniał.
– Co się stało? – Zaniepokoiła się.
– Kocham cię, Wera – odpowiedział miękko. Tak miękko, że zrobiło jej się ciepło między udami, a w gardle ścisnęło.
– Ja też cię kocham, Kryniu – szepnęła, po czym wkleiła delikatnie usta w jego wargi, by po chwili ze stłumionym jękiem zacząć całować go coraz mocniej, szybciej i głębiej.

Całować swoją pierwszą miłość, która okazała się kimś wspaniałym. Kimś, kto był dla niej wsparciem, kumplem, nauczycielem, uczniem, czasem „ojcem”. „Ojcem”, który ją opieprzał, a czasem „synem”, któremu trzeba było dać do wiwatu. Na przykład wtedy, kiedy na koniec siódmej klasy poszedł „na solówkę” najpierw z jednym, a potem z drugim Adamskim, a następnie wylądował u dyrektora z podbitym okiem na dywaniku.
Matka w ogóle z nim nie rozmawiała na ten temat. Poznała już na tyle dziewczynę syna, żeby wiedzieć, że nie musi się odzywać, a Weronika wszystko załatwi. Kiedy wrócił po szkole do domu, ona czekała w jego pokoju, po czym zamknęła za nim drzwi i w krótkich, żołnierskich słowach wytłumaczyła mu, że jeśli tak będzie się zachowywał, to jego dziewczyną zostanie lecąca na niego Sylwia z siódmej C, która przez rok zaliczy więcej „obciągnięć kabla”, niż profesjonalne dziwki z burdelu.
– Nie chcę, żebyś był życiową dupą – strofowała go – ale ostatnio zachowujesz się jak bandzior. Jak Adamscy. A ty – zawiesiła głos – ty nie jesteś taki. Jesteś moim Kryniem – Pogłaskała go po policzku. – Kiedy mnie bronisz, jesteś moim rycerzem i herosem. Moim mężczyzną, z którym z dumą kroczę za rękę po chodniku, ale kiedy idziesz z nimi „na solo”, bo twoje męskie ego zostanie dzięki temu podwyższone – Ostatnie słowa wymówiła z widoczną pogardą, od której przeszły go ciarki, a oczy szeroko otworzyły się na jej argumentację – wtedy jesteś zwykłym chuliganem. A dziewczyną chuligana nie będzie Weronika, tylko Sylwia. – Pocałowała go delikatnie w usta. – A teraz idź, przeproś mamę, bo powinieneś i wracaj tu do mnie.
– Kocham cię – powiedział bez wahania i z głębokim, wewnętrznym przekonaniem. To był pierwszy raz, kiedy to od niego usłyszała – i przepraszam.
– Ja też cię kocham – Uśmiechając się, odparła niespodziewanie lekko, niemal automatycznie, jakby robiła to już wcześniej. – Idź do mamy. – Wypchnęła go do przedpokoju i zamknęła drzwi.

Teraz kiedy całowała się z nim, wspomnienie wróciło. Kochała go, najpierw miłością dziecięcą, która ewoluowała w nastoletnią. A teraz.
Czuła, że jest na niego gotowa. Że to jest ten dzień, dzisiaj on uczyni ją kobietą, a ona jego mężczyzną.
– Kryniu? – Rozłączyła się z nim ustami. Patrzył na nią skrzącym wzrokiem, ogromnymi, czarnymi źrenicami brązowych oczu, które zdawały się pochłaniać ją bez reszty. Był podniecony, czuła na wewnętrznej skórze uda, jaki jest wybrzuszony, twardy.
Gotowy na nią.
Bała się, ale była podniecona. Chciała tego. Chciała orgazmu, jego orgazmu i sama pragnęła skończyć. Chciała poczuć go w sobie.
– Zróbmy to. – Tchnęła ciepły oddech prosto w jego usta. Ten głos zawsze na niego działał. W późniejszych latach dostawał gęsiej skórki, kiedy tuląc się do jego pleców, zaczepiała go, szepcząc mu do ucha, jak będzie się z nim kochać, a później przechodziła do konkretów.
– Jesteś pewna? – Zawsze prący do przodu i nie patrzący przed siebie tym razem był bardzo ostrożny.
– Tak, jestem pewna. – Podjęła decyzję i nie zamierzała się z niej wycofywać. Uniosła się na łokciach, zepchnęła go z siebie, usiadła na łóżku i rozpięła suwak sukienki na plecach, po czym zsunęła ją z ramion. – Za ile mama wróci?
– Za półtorej godziny, jest w pracy. – Patrzył na nią z powagą. Wesoły chłopak, niemal dzieciak sprzed kilku minut zniknął.
– Masz zabezpieczenie?
– Mam.
– No to idź po te gumki i wracaj szybko.

Wrócił po kilkunastu sekundach.

Stała przodem do niego, w samym biustonoszu i figach. Rozpuszczone, kręcone ciemne blond włosy nadawały jej niemal anielski wygląd. Piersi, które urosły znacząco przez cztery lata, które tak dobrze znał, odznaczały się wyraźnie pod czarnym materiałem. Była podniecona i oddychała szybko.

Położył paczkę prezerwatyw na łóżku, podszedł do niej i pocałował ją, po czym zaczął rozpinać biustonosz, powoli, patrząc jej w oczy. Robił to już wiele razy, piersiami pozwalała mu się bawić, lubiła, kiedy je pieścił i czuła mrowiącą przyjemność „tam”, kiedy lizał i ssał sutki. Niekiedy miała ochotę, żeby jej dotknąć w trakcie, albo poprosić o to jego.
Pieściła ją w samotności, nie mówiąc mu o niczym. Była ciekawa orgazmu.
Czuła się wspaniale, robiąc to sama, ale teraz wiedziała, że nadszedł ten moment. I była pewna, że to uczucie, z nim w środku, będzie dużo mocniejsze.
Zaczekała, aż uwolni piersi, chwilę mocowała się z guzikiem jego dżinsów, rozpięła rozporek i powoli zsunęła je na ziemię z bioder. Napięty członek wycelowany w jej pępek odznaczał się pod materiałem bokserek. Drżącymi dłońmi dotknęła jego podbrzusza, pocałowała go i jęknęła, kiedy poczuła dłoń między udami.
Była mokra, podniecona, ale chciała, żeby to stało się w wyjątkowy sposób.
– Powoli. – Odsunęła jego palce. Poczuła, jak mokry materiał fig odkleja się od płatków. – Chcę powoli. – Wsunęła dłonie pod materiał bokserek i dotknęła członka. Zadrżał i również jęknął. Wiedziała, że jest bardzo podniecony i prawdopodobnie szybko skończy, ale chciała tego, coraz bardziej, kiedy poczuła go w dłoni.
– Zmieniłam zdanie – Odsunęła się, otworzył szeroko oczy, zdziwiony. – Chcę szybko – Uśmiechnęła się – Ale miałeś minę – zaczęła rechotać.
– Cicho, tyy... – Zabrakło mu argumentów i zaparło oddech, kiedy niespodziewanie szybko zsunęła z siebie figi i ujrzał jej świątynię. Czarne, krótko przystrzyżone włoski, które lśniły na środku, zwilżone tym, co wydostało się spomiędzy płatków.
– No chodź. – Położyła się na łóżku i powoli rozsunęła uda. Otworzyła się na niego. Różowa. Czekała na to, aż rozepchnie ją jako pierwszy, powoli, bezlitośnie i nieuchronnie. Aż zagłębi się w nią do samego końca i przerwie symbol jej dziewictwa.
Drżącymi dłońmi rozerwał opakowanie prezerwatywy. Kiedy był gotowy, klęknął między jej udami i dotknął główką powierzchni płatków.
– Kocham cię, Wera. – Popatrzył w jej szare oczy i powoli pchnął.

Teraźniejszość

Obudziła się, podrywając nerwowo w górę i oddychając szybko. Była podniecona i czuła, jak jej ciało pulsuje.
To przez ten cholerny sen. – Opadła ciężko na poduszkę. Śnił jej się pierwszy raz. Z Krystianem. Miała ochotę na seks, rozładowanie ciała i emocji. Obejrzała się przez prawe ramię. Mąż pochrapywał cicho, odwrócony do niej tyłem. Na myśl o tym, że rozłożyłaby przed nim uda, poczuła...
Obrzydzenie?
Chciała kogoś innego?
Jak mogłaś tak pomyśleć? To twój mąż. Przysięgałaś mu wierność. Do śmierci.
A czy poczucie miłości, takiej miłości na całe życie, która zdarza się raz, zwalnia od przysięgi wierności?
Czy życie bez kogoś, kogo kocha cię, jak nikogo innego na świecie, to uczuciowy masochizm?
A odejście od obecnego partnera do tej osoby to uczuciowy i życiowy egoizm?
Ochota na seks przeszła jej, jak ręką odjął. Zachciało jej się płakać. Wstała, lewą ręką, nie wiedząc czemu, zabrała ze sobą telefon. W kuchni nalała wody do szklanki, upiła łyk, oparła głowę o szafkę i zamknęła oczy.

--------

Telefon, leżący na komodzie w sypialni, tuż obok jego głowy zawibrował. Nieprzytomnym ruchem dłoni wymacał go, odblokował odciskiem palca wskazującego i mrugając szybko oczami, wpatrywał się w drażniącą wzrok biel i próbując odcyfrować to, co jest napisane.
Wreszcie tekst stał się zrozumiały.

„Krystian, nie mogę tego zrobić. Dobrze wiesz, że jeśli spotkam się z Tobą, to na spotkaniu się nie skończy. Nie widzieliśmy się ponad dziesięć lat, a mimo to wciąż coś do Ciebie czuję. Nie wiem, czy to miłość, tęsknota za Tobą, czy tylko odprysk i wspomnienie wszystkiego dobrego, co wydarzyło się między nami.
Nie możemy się spotkać. To byłoby złe. Złe, bo Ty masz żonę (bo masz, prawda?) i ślicznego synka, a ja mam męża, jak pewnie zdążyłeś się zorientować ze zdjęć na Facebooku oraz mojej krótkiej autoprezentacji przed sklepem i córkę.
Czułabym się odpowiedzialna za złamanie im życia, Twojej żonie i synkowi, a tego robić nie zamierzam. Podobnie nie zamierzam łamać życia mężowi i córce, niezależnie od tego, czy układa mi się dobrze w małżeństwie.
Nie pisz już więcej do mnie. I nie dzwoń. Proszę”.


Niczego innego nie mógłbym się spodziewać – podsumował smutno w myślach, wyłączając ekran smartfona i kładąc się na poduszce, twarzą do żony. Daria spała, odwrócona do niego plecami, a jej jasne włosy łaskotały go w nos i po twarzy.
Zastanawiał się, czy wciąż ją kocha.
Bo fakt, że kochał Weronikę, był dla niego aksjomatem. Kiedy ujrzał ją kilka godzin temu, poczuł się, jakby otworzył drzwi do pokoju, w którym nie był od dzieciństwa i nagle przypomniał sobie, jak świetnie było spędzać w nim czas, a obecny pokój wcale nie jest taki fajny. Bo ten dziecinny miał w sobie magię, niepowtarzalną.
A obecny jest nowszy, bardziej funkcjonalny i może nawet ładniejszy, ale zimny, niedostępny i taki, hmm, bezosobowy.
Co ty pieprzysz Krystian, Daria bezosobowa? – Zganił sam siebie w myślach. – Sporo złego można o niej powiedzieć, ale nie to, że nie ma osobowości. Czasem ma jej aż za dużo.
Co robić, co ja mam kurwa zrobić?
Przewrócił się na bok i do rana próbował bezskutecznie zasnąć, przed oczami mając twarz z kręconymi włosami i szramę na palcu.

--------

Nie oczekiwała odpowiedzi. Wiedziała, że teraz nie odpisze.
Podskórnie czuła jednak, że nie odpuści, będzie ją męczył, drążył i próbował nakłonić do zmiany zdania.
Wiedziała, że im dłużej to potrwa, tym słabszy będzie jej opór.

--------

– Jak Asia? – spytała wchodzącego do przedpokoju Rafała. Mąż zdjął okulary, kurtkę, zzuł buty i poszedł do kuchni.
– W porządku – odkrzyknął, włączając czajnik. Minutę później do jej nozdrzy dobiegł zapach świeżo parzonej kawy – ma trochę kataru, ale to nie tragedia. Jeśli będzie gorączkować, pojadę po nią i będę pracował w domu. – Wszedł do salonu. Siedziała na kanapie w białym t–shircie i niebieskich szortach, patrząc pustym wzrokiem w okno. Przebiegł po niej spojrzeniem.
– Nie idziesz dzisiaj do pracy?
– Nie, kiepsko się czuję – odparła, nie odwracając się w jego kierunku. Wstała i podeszła do okna, za którym szara, ponura, marcowa poświata nie nastawiała optymistycznie do aktywności.
– Kobiece dni? – zapytał ze zmartwieniem w głosie. Próbowała wyczuć, czy nabijał się z niej, ale chyba troska była autentyczna.
– Nie, nie wyspałam się – Potarła nerwowo skronie i zamknęła oczy. – Potrzebuję się zdrzemnąć, położę się, jak pojedziesz do pracy.
– Hmm – Stanął za nią, poczuła kawę w jego oddechu. – Są pewne sposoby na ból głowy. W zasadzie znam jedno, świetne panaceum. – Ręce Rafała spoczęły na jej biodrach i zaczęły krążyć po podbrzuszu. Wzdrygnęła się lekko, zaskoczona niespodziewanym „intruzem” na jej ciele. Przez ułamek sekundy zastanawiała się, kiedy po raz ostatni się kochali, po czym doszła do wniosku, że na pewno nie w marcu.
Ponad trzy tygodnie bez seksu, z Krystianem to byłoby niemożliwe – Niespodziewanie jej myśli pobiegły w kierunku eks, odwróciła się do niego i wypowiedziała jedno zdanie.
– Chodź do sypialni.

Podążał za nią, obserwując jej kształty. W drodze zdjęła z siebie t-shirt, a na miękki, zapadający się pod stopami dywan spadły po chwili szorty. Podszedł do niej i zaczął całować, z początku powoli i delikatnie, krążąc dłońmi po jej ciele. Rozpięła guziki jego koszuli, potem pasek i zsuwając spodnie, „przypadkowo” przesunęła dłonią między jego nogami.
Był gotowy.
Ona też.
Jej ciało potrzebowało seksu, mimo że głowa niekoniecznie miała na niego ochotę. Nie miała też nastroju na pieszczoty i całowanie. Chciała, żeby ją przeleciał i sobie poszedł.
Oderwała się od niego, klęknęła tyłem na łóżku, rozsuwając nogi i cierpliwie czekała. Po kilku sekundach poczuła, jak napięta główka napiera na wargi sromowe i wsuwa się w nią.
– O tak – westchnął, chwycił za biodra i zaczął pełnymi, mocnymi ruchami nabijać ją na siebie. W sypialni rozlegał się miarowy odgłos zderzających się ciał. Pojękując cicho pod nosem, opuściła głowę, zamknęła oczy i skupiła się na tarciu wewnątrz, ignorując jego, dźwięki, które z siebie wydawał, dłonie, które trzymały jej biodra, piersi.
Nachyliła się bardziej, wysuwając w jego kierunku, na co zareagował głośnym jękiem i przyspieszeniem tempa. Czuła, że jest podniecony i zbliża się do orgazmu, mimo to jej szczyt nie chciał nadejść. Wtulił się w jej plecy, jednocześnie opierając się o nie lewą dłonią, prawą chwycił od spodu za piersi i sapiąc tuż przy jej uchu „dochodzę” rozlał się w jej wnętrzu, po czym zwolnił i opadł na nią całym swoim ciężarem.

– Skończyłaś? – zapytał tuż po tym, jak uspokoił oddech. Pokręciła głową. – Przepraszam, ale muszę lecieć do pracy. Wieczorem ci to wynagrodzę. – Pocałował ją w policzek i zniknął.
Czuła się wykorzystana. Choć z drugiej strony wiedziała, na co się pisze.
Chciał, jak to kiedyś ktoś ładnie ujął, „spuścić z krzyża”. Jej potrzeby były zawsze na drugim miejscu. Czasem zainteresował się, czy doszła i nawet doprowadzał ją do więcej, niż jednego orgazmu.
Najczęściej jednak, kiedy kończył, tracił nią zainteresowanie.
Leżała tak przez kilka minut, nie zmieniając pozycji i słuchając, jak krząta się po domu, nasienie męża wypływało z niej, skapując na pościel, mimo to nie zwracała kompletnie na to uwagi.
Kiedy zamknął za sobą drzwi, wstała błyskawicznie i ruszyła w kierunku łazienki. W kabinie prysznicowej puściła mocny strumień wody, po czym wzięła słuchawkę i nakierowała ją na miejsce między udami, wsuwając w siebie jednocześnie palce i wypłukując jego spermę z wnętrza.

Zawsze tak było. – Pierwsza łza potoczyła się po jej policzku. – Zawsze do cholery było na jego. Jak zdecydowaliśmy, że nie chcemy mieć już dzieci, to musiałam zacząć przyjmować antykoncepcję, mimo że początkowo deklarował się, że zrobi sobie wazektomię, z której wycofał się w ostatniej chwili.

„Bo może jednak nam się odwidzi?”

Kiedy chcieliśmy zmienić samochód, kupiliśmy ten, który on chciał (bo jak kobieta może decydować o tym, jaką furą jeździ facet, jak masz ochotę to kup sobie własny).
Imię dla córki też wybrał on.
Tak jak lokalizację mieszkania, mimo że wielokrotnie powtarzała mu, że chce mieszkać po prawej stronie Warszawy.
Kiedy próbowała mu wytłumaczyć, że jeden z ubezpieczycieli jest lepszy od drugiego, zbył ją machnięciem ręki.
I tak dalej.
Zastanawiała się wielokrotnie, do czego jest mu potrzebna. Poza lansowania się tym, że ma ładną żonę na spotkaniach w pracy, rozkładaniem nóg w łóżku i zarabianiem pieniędzy.
Uważał ją za idiotkę? Przecież jest po studiach. Inteligentna i wygadana. Nie czuła się idiotką.

Kiedy skończyła, wytarła łzy i wyszła z kabiny. Spojrzała na siebie w lustrze.

Jesteś atrakcyjną czterdziestką, masz dom, męża, dziecko, nie narzekasz na finanse, mimo że w luksusy nie opływasz – oceniła, patrząc na siebie w lustrze – a mimo to czujesz, że coś jest nie tak, prawda? Że dużo jest nie tak. – Dotknęła oboma dłońmi piersi, które kwadrans wcześniej ściskał jej mąż. Przeszedł przez nią dreszcz, zupełnie inaczej, niż kiedy to jego dłonie miały kontakt ze skórą.
Przesunęła dłonią przez brzuch, coraz niżej i zamknęła oczy. Zobaczyła twarz Krystiana, starszą o dziesięć lat, brązowe, łagodne oczy, które nie zmieniły się nic, a nic. Zmęczoną twarz, o której całkowicie zapomniała.
Otworzyła oczy i ruszyła w kierunku sypialni.

 

Sierpień 1999 roku. Mieszkanie wynajmowane przez Weronikę i Krystiana na warszawskim Powiślu.

– Pyszne. – Uśmiechnął się do niej promiennie – I ty twierdzisz, że nie potrafisz robić naleśników? Wera… – Pokiwał głową z niedowierzaniem.
– No, robiłam drugi raz w życiu – odpowiedziała z lekkim uśmiechem i pochłonęła końcówkę naleśnika z bitą śmietaną i malinami. – Poza tym taka dawka kalorii jest zabójcza, a ja nie chcę się utuczyć, jak prosiak.
– Kalorie zawsze można spalić. – Spałaszował czwarty naleśnik i mrugnął do niej okiem.
– Czy ty kiedykolwiek myślisz o czymś innym niż seks? – Przewróciła oczami do góry.
– Kiedy widzę ciebie, kochanie? Mam cały czas ochotę. – Uśmiechał się, patrząc jej w oczy. Od tego spojrzenia zawsze robiła się mokra. Opuściła wzrok w talerz.
– Przestań – Spojrzała na niego z udawaną naganą. – Ty tylko seks i seks. Życie to nie seks.
– Owszem, oprócz tego to jeszcze jedzenie i spanie. – Zarechotał, krztusząc się naleśnikiem.
– Jezu, jak każdy facet – westchnęła ciężko – nażreć się, wyspać i podymać. Naprawdę macie prostą konstrukcję.
– No co – Wzruszył ramionami, zaczynając piątego naleśnika – dobrze wiesz, jak mnie kręcisz.
– No wiem, wiem. – Patrzyła na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy – Krystian?
– Hmm? – Podniósł wzrok znad talerza, przeżuwając powoli.
– Nie mam majtek. – Zamarł, słysząc cichy głos. Szare oczy patrzyły na niego spod przymrużonych powiek.
– Eee. – Wyglądał, jakby jego IQ spadło do poziomu nogi od stołu. Mało brakowało, żeby naleśnik wysunął mu się z ust z powrotem na talerz.
– No co, kochanie? – zapytała tym samym, cichym głosem, przesuwając stopą pod stołem po jego nodze. – Podobno tak lubisz seks ze mną, a teraz zapomniałeś nagle języka w buzi?
– Nooo – Przełknął głośno zawartość ust – eee…
– Może jeszcze naleśniczka, Kryniu?
– A tak, tak, jeszcze jednego. – Podniósł rękę i strącił przypadkowo nóż pod stół – Ja pierdolę – westchnął, a ona zaczęła rechotać – muszę zanurkować.
– Nurkuj, nurkuj. – Śmiała się dalej, popijając kompot, kiedy po kilku sekundach poczuła, śliską, mokrą powierzchnię, przesuwającą się po wnętrzu uda. Od razu zorientowała się, co to i błyskawicznie zrobiła się mokra.
– Och, Kryniu – jęknęła i wsunęła się głębiej pod stół, czując, jak jego dłonie podnoszą sukienkę – wyliż mnie, proszę. Marzyłam o tym od rana!
Język przesunął się w górę i bez ceregieli wjechał między wilgotne, rozpalone wargi. Krzyknęła i chwyciła go dłońmi za głowę. Pracował cierpliwie, smakując ją, przesuwając ustami po jej powierzchni i wbijając się między płatki. Zaparło jej oddech, kiedy poczuła palec w swoim wnętrzu, a język oplótł guziczek i zaczął poruszać się po nim szybkimi, krótkimi ruchami.
– O Boże, zaraz dojdę! Nie przestawaj! – krzyknęła i…

Teraźniejszość

– O tak! – Ciało Weroniki wygięło się w łuk, a lśniące od śluzu palce przesuwały się szybko między udami – Tak, tak, tak! – powtarzała coraz ciszej, aż opadła ciężko na pościel, wysunęła z siebie dłoń i rozmazała wilgoć na brzuchu i udach.

Potrzebowałam tego – Otworzyła oczy po kilku minutach – ale potrzebowałam, żeby dał mi to mąż, a nie, żebym musiała robić to sama. – Jej oczy zaszkliły się, a policzku potoczyła się łza. – Boże, co jest ze mną nie tak? Czy ja wymagam za dużo? Wybrzydzam? Jestem dla niego zła, niedobra? – Twarz Krystiana, którą cały czas miała przed oczami, wpatrywała się w nią. Doszła, myśląc o tym, jak doprowadził ją językiem wtedy podczas obiadu.
To było wspaniałe. – Uśmiechnęła się do siebie przez łzy. – A potem przeleciał mnie tak, że sąsiedzi wywiesili kartkę o tym, że jesteśmy za głośno. Cóż. – Wzruszyła ramionami i znowu zapłakała.

Co ja mam do cholery zrobić?

--------

– Słuchaj, może wyjedziemy gdzieś w święta? – Krystian zadał pytanie, wchodząc do pokoju, w którym pracowała Daria. Spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem. – Zarejestrowałaś, co mówiłem? – Stał w progu i patrzył na nią pytająco – Nie byliśmy na wakacjach od prawie dwóch lat, Frankowi przyda się odpoczynek, nam też. Sprawdziłem kilka fajnych lokalizacji, może Góry Stołowe? Odpoczniemy i naładujemy baterie – mówił coraz szybciej. – Co ty na to?
– Obiecałam klientom, że tuż po świętach będę w Katowicach, nie mogę Krystian. – Jego entuzjazm został zgaszony równie szybko, jak się pojawił. – Pojedźcie sami, jeśli czujecie taką potrzebę. Ja nie mogę. – Odwróciła wzrok w kierunku ekranu laptopa. – Przepraszam, ale muszę pracować.
– No tak.
– Co tak? – Spojrzała na niego.
– Czy ty mnie jeszcze kochasz? – wypalił – Odnoszę wrażenie, że jestem ci potrzebny tylko jako zasób w bankomacie, pomoc do dziecka i ewentualnie jako gumowa lalka do zaspokajania w łóżku, jeśli raz na miesiąc najdzie cię ochota na seks.
– Oczywiście, że cię kocham, co to w ogóle jest za pytanie? – Klikając szaleńczo w klawiaturę, odpowiedziała machinalnie – Jesteś moim mężem, mamy dziecko, dom. A co do seksu to po prostu nie mam ochoty. I to nie jest zwrócone przeciwko tobie, po prostu nie czuję potrzeby, żeby się z tobą kochać.
– Chodźmy teraz do łóżka – Stanął za nią, wsunął dłonie po jej pachy i zaczął krążyć nimi po piersiach. – Mam jeszcze godzinę, żeby odebrać Franka od kolegi, wystarczy na konkretny numerek. – Nachylił się nad nią i pocałował ją w szyję.
– Krystian, przestań, proszę – Zdjęła jego dłonie z biustu. – Dobrze wiesz, że nie mogę, muszę skończyć zlecenie. To ważny klient, a mnie zależy, żeby go nie stracić. Przepraszam. – Spojrzenie mówiło co innego. Daj mi spokój, to był wyraz jej oczu. Cofnął się i wyszedł z pokoju.

Powtarzał sobie wielokrotnie, że w końcu to zrobi. Teraz miarka się przelała.

– Daria. – Wrócił do niej, spojrzała na niego zniecierpliwiona – Mam dosyć. Po prostu kurwa dosyć. Mówiłem ci o tym wielokrotnie i odnoszę wrażenie, że nic nie działa.
– Co nie działa? – Jej wzrok powrócił do ekranu laptopa – Nie mam ochoty na seks, Krystian. Przykro mi, ale nie będę zmuszała się do czegoś, czego nie chcę. Pociągasz mnie w dalszym ciągu, ale mam taki okres w życiu, w którym chcę skupić się na pracy.
– Ten okres – podkreślił z emfazą – ciągnie się od dobrych kilkunastu miesięcy, a pewnie dłużej, bo nie chce mi się już liczyć. Poza tym nie chodzi o tylko o seks. – Wpatrywał się w nią, opierając dłonie na biodrach – Odsunęłaś się ode mnie. Czuję się, jakbym był ci potrzebny tylko do pomocy w domu, zajmowania się Frankiem i dostarczania pieniędzy. A ja nie zamierzam być pomocą domową za pieniądze, tylko pełnoprawnym partnerem, którego ty najwyraźniej nie potrzebujesz.
Cisza.
– Słyszysz mnie?! – Podniósł głos – Przestań chować się za laptopem i rozmawiaj ze mną! Chyba zasługuję na odpowiedź?
– Nie podnoś głosu – Wstała, minęła go i ruszyła w kierunku kuchni. – Dramatyzujesz.
– Dramatyzuję?! – Stanął za nią. – Rozmawiasz ze mną jak z uczniakiem! Jakbyś kompletnie lekceważyła moje potrzeby i ignorowała to, co mówię! Na czym mi zależy. Nie uważasz, że zasługuję na to, żebyś ze mną rozmawiała?!
– Nie, kochanie – Odwróciła się i pogłaskała go po policzku. – Po prostu nie chce mi się wysłuchiwać twoich gównoburzy. Pojedziemy na urlop w maju albo w czerwcu.
– Nie, nie pojedziemy!
– Teraz będziesz się fochował, bo nie zgodziłam się na wyjazd? – odparła z rozbawieniem w oczach – I dziwisz się, że traktuję cię jak uczniaka? Dorośnij.
– Nie, Daria – Był tak wściekły, że zaciskał nerwowo pięści. – Nie chodzi o wyjazd. Wyjazd to tylko jedna ze składowych. Chcę rozwodu.
– Słucham?! – Zamarła, wpatrując się w niego niebieskimi oczami – Czy ty wiesz, o czym mówisz?!
– Tak, bardzo dobrze wiem, o czym mówię i to nie jest decyzja spowodowana impulsem chwili. To trwa od bardzo dawna. Odsunęłaś się ode mnie, odsunęłaś mnie od siebie. Czuję się, jakbym wynajmował tu pokój, a nie jak mąż. Mam dosyć. Mam dosyć ciebie, tej jebanej pracy, zleceń, twojego zimna, obojętności i zwyczajnej nudy. Rozmawiałem z tobą wielokrotnie na ten temat. Prosiłem cię, błagałem, żebyś się mną zainteresowała. Żebyśmy gdzieś pojechali albo wyszli. Razem lub z Frankiem. Możemy przecież zostawić go u mojej matki, ale nie, bo praca jest ważniejsza, a jeśli nie pracujesz, to jesteś zmęczona. W porządku. Wolisz pracę ode mnie i będziesz mogła poświęcać jej całą uwagę, wedle uznania.
– Czy ciebie pierdolnęło coś w głowę? – podniosła głos – Haruję na to, żebyśmy mieli dom i za co płacić rachunki!
– Harujesz, bo jesteś uzależniona od pracy. A ja nie chcę mieć żony pracoholiczki, tylko kogoś, kto się mną interesuje. Poza tym jakbyś nie zauważyła, to ja również przynoszę pieniądze do tego domu i to niemałe. Mam cię dosyć, Daria.
– Jest ktoś? – Złapała go za rękę – Powiedz mi, czy mnie zdradzasz, Krystian. Znalazłeś sobie kogoś na boku?
– Nie, nikogo nie ma – Uwolnił dłoń – po prostu nadszedł czas, kiedy miarka się przebrała. Ulało mi się.
– Nie rób tego, zmienię się. Proszę. – Chwyciła go za ramiona i wymusiła spojrzenie w jej twarz. – Krystian, błagam cię, nie rób tego. – Położyła ręce na jego policzkach i zaczęła płakać. – Kocham cię. Nie zostawiaj mnie, proszę.
– Nie, to koniec. – Odwrócił się i ruszył w kierunku przedpokoju. – Dzisiaj się wyprowadzę.

Pół godziny później był spakowany i gotowy do wyjścia. Czuł ulgę, strach i niepewność. Jednocześnie wiedział, że robi dobrze.

– A co z Frankiem? Co z naszym dzieckiem? – Zapłakana Daria chodziła za nim krok w krok. – Skrzywdzisz naszego synka, zostawiając nas? Co się z tobą stało? Krystian!
– Krzywdzę go, żyjąc z tobą w chorym związku. Dziecko nie może chować się w rodzinie, która nie daje sobie miłości. Dziecko jest jak radar, przestań Daria – Próbowała go pocałować, ale uniknął jej ust – przestań to robić, to niczego nie zmieni. Podjąłem decyzję i musisz ją zaakceptować.

Było mu jej żal. Wiedział, że ją krzywdzi i czuł, że Franek może znieść to jeszcze gorzej, niż ona.
Czuł też, że jeśli będzie tkwił w tym dalej, zwariuje i ze sobą skończy.

– Jesteś egoistycznym dupkiem. Gnojem, który ucieka od problemów. Smarkacz w skórze czterdziestolatka. – Uderzyła go otwartą dłonią w twarz. I ponowiła cios, który zablokował dłonią. – Ty gnoju! – Łzy płynęły po jej twarzy – Ty nieodpowiedzialny smarkaczu! Zniszczę cię.
– Błagam cię, przestań robić z siebie cierpiącą Matkę Polkę – W jego wnętrzu zaczynała narastać wściekłość. – Dobrze wiesz, że nasze małżeństwo od dłuższego czasu to iluzja i ułuda. Nie chcę z tobą żyć, Daria. Mieszkanie jest twoje, więc nie będzie problemu z podziałem majątku. Zabiorę samochód i będę płacił ci alimenty na Franka.
– A jak zamierzasz powiedzieć o tym naszemu synkowi? – Otarła łzy dłonią, która kilkanaście sekund wcześniej wylądowała na jego twarzy – Że tatuś znudził się mamusią i sobie idzie?
– Nie. Powiemy mu o tym razem. – Przez kilka dni wstecz czytał sporo na ten temat. – Jest zbyt mały, żeby to zrozumieć.
– Nie ma mowy – Oparła dłonie na biodrach. – Powiem mu, że to twoja wina, ty gnoju! – Rzuciła się na niego z pięściami. Zablokował jej dłonie i przyparł do ściany. Czuł, jak jej ciało pulsuje w złości, a jego umysł był zimny jak lód.
– Jeśli za chwilę nie przestaniesz, zadzwonię po policję – wyszeptał jej prosto w twarz. – Wychodzę po Franka do szkoły. Kiedy wrócę, porozmawiamy z nim.

– Poczekaj! – Szarpnęła go za ramię i zablokowała całym ciałem drzwi wejściowe, opierając się o nie plecami. Odepchnęła go, klęknęła przed nim, rozpięła rozporek i jednym ruchem zsunęła spodnie razem z bokserkami. Smutno zwisający penis nie drgnął nawet o centymetr.
– Myślisz, że jak mi zrobisz teraz loda, to coś to zmieni? – Jego głos zadrżał w trakcie wypowiadania „ni”, kiedy główka członka zniknęła w jej ustach.
– Tak, dokładnie tak myślę – rzuciła niedbale, masując jądra jedną dłonią, a drugą uciskając penisa i miętosząc go. Chcąc nie chcąc poczuł podniecenie i spęcznienie organu między udami. Westchnął cicho i jęknął, kiedy na wpół wzwiedziony kutas zniknął do nasady w jej ustach. Zakrztusiła się i wysunęła go powoli, patrząc lekko załzawionymi oczami prosto w jego brązowe tęczówki i czarne, jak smoła źrenice.
– Przyznaj się, że to lubisz – Prowokującym głosem szeptała, koniuszkiem języka muskając spodnią część nasady i jednocześnie powoli zsuwając i nasuwając napletek złączonym palcem wskazującym i kciukiem.
– Oczywiście, że tak – wycharczał, czując coraz większe podniecenie. Chwycił ją z tyłu za głowę, bezwiednie rozsunęła wargi, dysząc ciężko, kiedy w pełni gotowy organ Krystiana wszedł miękką i ciepłą powierzchnię po samą nasadę. Trzymając splecione z tyłu jej głowy dłonie, pieprzył ją w usta mocnymi i miarowymi ruchami, pojękując cicho.
– O tak, ukarz mnie. Pokaż mi, jak bardzo jesteś na mnie wściekły – wysyczała, robiąc chwilę przerwy i łapczywie liżąc jądra.
Skoro tego chcesz... – Myśl sama wpadła mu do głowy. Był już naprawdę blisko orgazmu, w głowie dudniło mu, a w lędźwiach czuł coraz mocniejsze napięcie.
– Mhmmmm!!! – Pisnęła z bólu, kiedy chwycił ją za włosy, owijając je sobie wokół dłoni oraz nadgarstków. Wiedział, że jeszcze kilka ruchów i wystrzeli.
– Zaraz skończę – ostrzegł drżącym głosem.
– Na to czekam – jęknęła i wpakowała sobie nabrzmiałego kutasa wprost do gardła. Ruszała jeszcze chwilę szybko głową, krztusząc się, kiedy Krystian jęknął, zesztywniał, a potem krzyknął i spuścił się, drżąc.
Orgazm był intensywny i mocny, przed oczami migotały mu ciemne plamy, a nogi drżały, jak w febrze.
– O kurwa... – Ciężko dysząc szepnął i spojrzał w dół. Daria poruszała powoli głową, mając zamknięte oczy i wciąż trzymając jego spermę w ustach. Białawy, cienki strumyczek nasienia wypływał kącikiem ust i kapał powoli po brodzie na żółtą bluzkę, tworząc na niej coraz większą plamę. Podniosła powieki, powoli wysunęła członka z ust i połknęła wszystko, co trzymała w buzi, patrząc mu w oczy i zbierając jednocześnie cienkie nitki spermy z brody i t–shirta.
Wstała i z lubieżnym uśmiechem, oblizała palce. Krystian wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym zapiął rozporek i chwycił walizkę.
– Co ty robisz?! – Błyskawicznie przestała się uśmiechać.
– Jak to co, nie widać? – odparł chrypiącym i drżącym od orgazmu głosem.
– Ty skurwysynu!!! – W przedpokoju rozległ się plask uderzenia dłonią w twarz – Wykorzystałeś mnie, a teraz uciekasz jak szczur?!
– Zrobiłem to, co ty wielokrotnie robiłaś ze mną w ciągu ostatnich lat! – wykrzyczał, wpatrując się w nią nieruchomo. Policzek piekł go od uderzenia, ale nie dał po sobie poznać, że zrobiło to na nim jakiekolwiek wrażenie – I mam nadzieję, że poczułaś to, co wielokrotnie odczuwałem w trakcie naszego małżeństwa! – Otworzył drzwi, wiedząc, że awantura na pewno była słyszana przez większość sąsiadów. A na sto procent przez tą stetryczałą dewotę z naprzeciwka. – Pojadę dzisiaj po Franka. To koniec, daj mi spokój. – Ruszył w kierunku windy, nie oglądając się za siebie. Czuł jej świdrujące spojrzenie w plecach, które, gdyby mogło, przepaliłoby dziurę na wylot.
Milczała, dopóki winda nie ruszyła na dół, po czym zamknęła drzwi do mieszkania, oparła się o nie, powoli zjechała na podłogę i zaczęła płakać.



II. Ostatnie kuszenie Weroniki


– Prosiłam cię, żebyś zostawił mnie w spokoju. – Weronika odebrała po kilku sygnałach.
– Spotkaj się ze mną. Chcę porozmawiać.
– Ale ja nie chcę z tobą rozmawiać, Krystian. – W jej głosie pobrzmiewało zdenerwowanie – Nie mam ci nic do powiedzenia.
– Wera, proszę cię...
– Nie nazywaj mnie tak – przerwała mu – przestałam być dla ciebie Werą, kiedy mnie zostawiłeś, dupku. Żegnam. – Telefon zamilkł.

--------

Trzęsącymi się dłońmi odłożyła telefon na biurko i potarła skronie. Kiedy smartfon zadzwonił ponownie po kilku sekundach, podskoczyła jak oparzona.
– Wszystko w porządku? – W słuchawce rozległ się głos męża – Weronika, jesteś tam?
– Tak, wszystko jest okej – odparła po chwili ciszy i zawahania. – Mówiłam ci, że nie za dobrze się czuję. Poza tym musiałam pojechać do pracy.
– Asia jest chora, jadę po nią do przedszkola. Ma gorączkę i wymiotuje.
– Szlag by to trafił. – Zaniepokoiła się zdrowiem córki – Nie mogę przyjechać, przepraszam. Mam dużo pracy. Zajmiesz się nią do mojego powrotu?
– Tak, tylko wróć w miarę wcześnie. Mam dzisiaj umówioną partyjkę squasha.
No tak, dupek myśli o squashu, zamiast o tym, żeby opiekować się chorą córką.
– Postaram się – westchnęła ciężko. – Muszę kończyć. Cześć.

--------

W końcu zasnęła – Z niepokojem patrzyła na chorą i zmęczoną gorączką dziewczynkę. Mała wymiotowała przez dobrą godzinę po jej powrocie z pracy, dopiero Smecta pomogła jej, ale miała cały czas wysoką gorączkę.
Umęczona pracą i zajmowaniem się dzieckiem usiadła po turecku na kanapie przed telewizorem i bezmyślnie zmieniając kanały w ciemnym pokoju, myślała o niczym.
To dupek. – Przed oczami stanął jej mąż. Rafał. Poznała go przypadkowo na ulicy, doładowując kartę miejską w kiosku. Akurat sprzedała samochód i poruszała się komunikacją, chciał wepchnąć się przed nią w kolejkę, więc najzwyczajniej w świecie go spacyfikowała.
Nie miała problemów z konfrontacją z tego typu mężczyznami.

Marzec 2009. Kiosk w centrum Warszawy.

– Dzień dobry, poproszę o przedłużenie karty miejskiej. – Podała kioskarce plastikową kartę. Pogoda była pod psem, zacinała mżawka, a temperatura oscylowała w okolicach pięciu stopni.
– Dwa bilety jednorazowe poproszę – usłyszała za plecami.
– Kolejka jest, nie widzi pan? – odparła, nie odwracając się do mężczyzny.
– Spieszę się i nie mam czasu na kolejkę.
– A mnie mało obchodzi, że pan się spieszy, proszę zaczekać jak kulturalny człowiek, a nie zachowywać się jak cham. – Odwróciła się i zobaczyła wysokiego bruneta w okularach, z nażelowanymi włosami, brązowymi tęczówkami i błyskiem w oku.
Niezły – oceniła błyskawicznie.
– No niech mnie pani przepuści, jadę na rozmowę o pracę. – Spojrzał na nią błagalnie.
– A magiczne słowo? – Nie dawała za wygraną. Niech dupek ma za swoje.
– Boże, wy lubicie nas poniżać, co? – Wzniósł oczy do nieba. – Dobrze. Uprzejmie proszę, aby przepuściła mnie pani w kolejce, gdyż bardzo się spieszę i jeśli nie kupię tych cholernych biletów, a w konsekwencji spóźnię się na rozmowę i nie dostanę pracy, to wyrzucą mnie z mieszkania, bo nie będę miał za co zapłacić czynszu i będzie mnie pani miała na sumieniu – dodał, z poważnym tonem, ale jego oczy śmiały się .
Ładne są – Oceniła po dłuższej chwili wpatrywania się w nie. On również nie odrywał wzroku od jej twarzy.
– Chce pan te bilety, czy będzie pan debatował w dalszym ciągu na deszczu? – Kioskarka przerwała zwarcie spojrzeń.
– A tak, tak, poproszę. – Wyrwany z letargu podał jej drobne, wyrwał bilety z dłoni i rzucając z uśmiechem „dziękuję” w kierunku Weroniki pobiegł na przystanek.
– Dupek – podsumowała kioskarka, na co dziewczyna wybuchła śmiechem, a starsza pani podała jej naładowaną kartę miejską. – Ale się w panią wpatrywał. Wpadła mu pani w oko.
– Co pani mówi. – Weronika spłoniła się lekko – Po prostu wykorzystał sytuację, bo potrzebował biletów i użył uroku osobistego, ale ma pani rację, to dupek. – zarechotała, a kioskarka wtórowała jej, kaszląc od nadmiaru wypalonych papierosów.

Chwilę później ruszyła w kierunku domu, walcząc z parasolką, kiedy za plecami usłyszała znajomy głos.
– Muszę się pani jakoś odwdzięczyć za pomoc, proszę dać się zaprosić na kawę.
– Nie umawiam się z dupkami. – Odwróciła się z pewną siebie miną i uśmiechem na twarzy – Kioskarka trafnie pana podsumowała, a ja w zupełności się z nią zgadzam.
– No niech pani taka nie będzie – Stanął przed nią, blisko. Poczuła zapach kosmetyków i męskiej skóry. Przyjemny. – To tylko kawa. Zajmie to pani piętnaście minut, a jeśli po tym czasie w dalszym ciągu będzie mnie pani uważała za tego, kim dla pani jestem, to uwolnię panią od swojego dupkowatego towarzystwa. – Zaśmiała się – To jak, idziemy?
Wpatrywała się w niego przez chwilę. Podobał się jej, mimo że był pewny siebie. Zbyt pewny.
A co mi szkodzi? – pomyślała – Najwyżej po prostu wyjdę.
– Proszę prowadzić, panie dupku – rzuciła żartobliwie, a on wzniósł błagalnie oczy do nieba. – Zaraz – Zatrzymała się. – A pańska rozmowa?
– Przed chwilą do mnie zadzwonili, jest przełożona na za trzy godziny. No niech już pani idzie – ponaglił ją.
– Strasznie pan niecierpliwy – odparowała z przekąsem – tak się panu spieszy na kawę?
– Może – odrzekł nieco tajemniczo. – Proszę za mną.

Ruszyła we wskazanym przez niego kierunku.
Dwa miesiące później wprowadziła się do niego.
Dwa lata później wzięli ślub. A po niecałym roku urodziła się Asia.

Teraźniejszość

Dwudziesta trzecia trzydzieści. Jej oczy zamykały się, ale sen nie chciał nadejść. Rafał w dalszym ciągu nie raczył się pojawić po squashu, w sumie było jej wszystko jedno, i tak raczył ją zauważać tylko wtedy, kiedy była mu potrzebna.
Czuła się zmęczona. Zmęczona, styrana, niezdolna do znalezienia w sobie choć krzty energii do tego, żeby prowadzić normalne życie. Normalne, czyli jak inni ludzie, mieć obok siebie kogoś, kto się o nią troszczy, interesuje się nią sam z siebie, a nie przez pryzmat korzyści, które chce odnieść lub czynności, które zamierza na nią zrzucić. Chciałaby mieć kogoś, kto będzie jej oparciem w trudnych chwilach.
Czuła się bardzo samotna.
Kiedy to wszystko zgasło? – Zaczęła się zastanawiać – Przecież na początku tak nie było. A może było, tylko ja tego nie zauważałam, albo nie chciałam zauważyć?

Wzięła telefon w dłoń i zaczęła pisać.

„Miałeś kiedyś wrażenie, że Twoje życie toczyło się gdzieś obok, a Ty nagle obudziłeś się ze snu, który okazał się w jakimś sensie koszmarem? I Twoje otoczenie, mimo że jesteś z nim zżyty i w jakimś sensie jest Ci w nim dobrze, działa na Ciebie destrukcyjnie? Jeśli pozostaniesz w nim prędzej, czy później oszalejesz lub coś sobie zrobisz?”

--------

Miał już kłaść się spać, kiedy telefon zabrzęczał.
Sygnał Messengera.
Odblokował ekran i zamarł.

Przeczytał wiadomość kilka razy.
Zerknął w okno, za którym siąpił deszcz, błyszczący w świetle okolicznych latarni.
Westchnął ciężko i zaczął pisać.

„Moje życie przez kilka ostatnich lat tak wyglądało. W zasadzie kropka w kropkę to, co przedstawiłaś, dotyczy również mnie.
Coś się stało, że do mnie piszesz?”


Po chwili przyszła odpowiedź.

„Nie, nic się nie stało. Nie wiem”

Przerwa.

„Jest mi strasznie ciężko i nie daję już sobie rady”

Znowu przerwa, tym razem kilka minut.

„Przepraszam. Mój mąż wrócił najebany w sztok z partyjki squasha. Wrzuciłam go jak worek do sypialni i poszłam spać na kanapę”.

Odpisał po chwili.

„Potrzebujesz mojej pomocy? Jeśli tak, zaraz przyjadę”.

„Zwariowałeś? I co później powiem, że jesteś moim eks, który pomaga mi z najebanym mężem? A co Ty powiesz żonie? Nie Krystian, ale dziękuję za to, że się zaoferowałeś. Wiele rzeczy się zmieniło przez ostatnie dziesięć lat, ale Ty w pewnych kwestiach pozostałeś chyba taki sam. Na szczęście. Chyba. Dobrej nocy”.

„Dobranoc, Weronika”.


Odłożył smartfon na komodę i uśmiechnął się do siebie, ale jego uśmiech spełzł z ust, kiedy przypomniał sobie Darię. W jakimś sensie chciał ją postraszyć, a przynajmniej tak myślał, ale z drugiej czuł, że przekroczył pewną granicę i nie ma już powrotu do tego, co było „przed”, co istniało do tej pory.

Franek przeżył wyprowadzkę dość znośnie, trochę popłakiwał, ale kiedy uświadomiono mu, że tata wyprowadził się na stałe, rozbeczał się i uwiesił na jego nodze. Daria poszła płakać do kuchni, a jego uczucia wahały się od chęci rzucenia wszystkiego w diabły, nałykania się prochów na noc i nie obudzenia się rano, poprzez pozostanie tu, gdzie się znajdował (co po chwili zastanawiania się, z dzieckiem uwieszonym na nogawce odrzucił bez większego wahania), poprzez zabranie Franka ze sobą (co również odrzucił, ze zrozumiałych względów – dziecko w pokoju hotelowym, po tak traumatycznym dla niego przejściu mogłoby oszaleć z rozpaczy).
Uspokoił się i po chwili zaczął z nim rozmawiać.
Tata i mama kochają cię, tak jak kochali do tej pory i kochać będą.
Czasem tak bywa, że rodzice przestają się kochać, ale on zawsze będzie ich dzieckiem.
Będzie mógł odwiedzić tatę, kiedy tylko będzie istniała taka możliwość lub zadzwonić do niego, kiedy tylko będzie chciał i tata będzie mógł rozmawiać.
Tata odwiedzi go jutro i pójdą sobie gdzieś razem.
Przytulił dzieciaka, pocałował w czoło i wyszedł z walizką.
Pełen niepokoju, targany emocjami. Daria nie pojawiła się za nim w przedpokoju, zresztą czego oczekiwał? Dał jej wystarczająco do zrozumienia, że to koniec.

Łyknął proszek na sen i zamknął powieki, w oczekiwaniu na jego nadejście, lecz on nadejść nie chciał.

--------

Po kilku dniach poukładał sobie wszystko w wynajętym mieszkaniu, zabrał na weekend do siebie Franka. Daria nie zamieniła z nim nawet jednego słowa, poza potwierdzeniem, że dziecko ma z nim spędzić sobotę i niedzielę – nie oczekiwał tego i, jak później przyznał przed sobą, w sumie miał to gdzieś.
W poniedziałek rano zaraz po wejściu do biura zadzwonił do niej. Odebrała po kilku sygnałach.

– Cześć – rzucił w słuchawkę pewnym siebie tonem.
– Cześć – odparła, zdziwiona jego swobodą. – Czy my się na coś umawialiśmy?
– Umawialiśmy? – Tym razem to on osłupiał.
– No tak – W tle słyszał szelest papieru i stukanie klawiatury. – Dzwonisz sobie, jak do siebie, nie zastanawiając się nawet, czy mogę rozmawiać i czy telefonu nie odbierze mój mąż – syknęła wściekła. – Myślisz trochę, Krawczyk?
– Przepraszam – Zafrasował się – Pomyślałem, że...
– Pomyślałem, że – przedrzeźniała go. – Co ty jesteś zakochany nastolatek? Musisz mnie usłyszeć przed wejściem do klasy, bo inaczej źle pójdzie ci odpowiedź przy tablicy?
Po drugiej stronie zaległa wymowna cisza.
– Przepraszam – westchnęła – mam straszne dni ostatnio. Naprawdę. W domu, w pracy, w życiu, wszędzie. – Jej głos załamał się, słyszał jej płacz i zaciskał nerwowo pięści, nie wiedząc, co zrobić.
– Weronika – Zaczął. Po drugiej stronie panowała cisza, przerywana pochlipywaniem. – Nie chcę cię do niczego zmuszać – „Gówno prawda”, pomyślał, „chcę cię zmusić, żebyś się ze mną spotkała” – ale może powinnaś porozmawiać kimś, kto stoi z boku i nie ma nic wspólnego z aktualną sytuacją?
– I tym kimś będziesz ty? – weszła mu w słowo – Krystian, proszę cię...
– Poczekaj – przerwał jej – Przecież nie zamierzam zaciągnąć cię do łóżka. Po prostu chcę pomóc.
– Pomóc naprawić mi moje małżeństwo i życie? A co ty psycholog rodzinny jesteś? Albo moja przyjaciółka, której notabene nie mam? – Podniosła głos – Nie!
– Weronika...
– Nie, Krystian. – Jej upór rósł – Doceniam, że to zaoferowałeś, ale straciłabym do siebie cały szacunek, gdybym pozwoliła ci wcielić się w rolę psiapsiółki – terapeutki. I co, wysłuchiwałbyś o moich problemach łóżkowo – uczuciowych? – Była coraz bardziej wściekła, nie na niego, a na życie, które wyglądało na zjazd w przepaść. – Czy może miałabym się ci wyspowiadać z tego, że mój mąż to tyran, który potrzebuje w domu bezmyślnej kury, która nie ma własnego zdania i gdacze według jego instrukcji? Nie, Krystian, dziękuję, ale nie. Miłego dnia. – Rozłączyła się bez czekania na odpowiedź.

Osłupiały Krawczyk siedział przy biurku, wpatrując się w okno i analizował jej słowa. Zawsze taki był, rozkładał na części pierwsze problem, a potem starał się krok po kroku znaleźć słabe punkty po drugiej stronie, wyeliminować je i uwypuklić własne mocne. W tym przypadku nie chodziło o znalezienie jej słabych punktów (w końcu nie była przeciwnikiem), a o możliwość zdobycia terenu pod odzyskanie jej.
Więc ona też nie ma kolorowo – Z jednej strony było mu przykro (ale tylko trochę), a z drugiej pomyślał, że ten jej mąż to musi być skończony kretyn, skoro tak inteligentną, myślącą i samodzielną kobietę trzyma pod kloszem.
To tak, jakby próbować uwięzić motyla, zamiast pozwolić mu latać – Podsumował, a w jego głowie zaczął kiełkować plan. Kiedy wstawał, aby ruszyć w kierunku gabinetu szefa, w celu poproszenia o urlop jego telefon zawarczał.

„Przepraszam Cię. Nie chciałam na Ciebie krzyczeć, po prostu ostatnio wszystko się wali, zewsząd dostaję kłody pod nogi, w domu mi się nie układa, a na dodatek spotkałam Ciebie, co jeszcze bardziej namieszało mi w głowie. Nie chcę robić Ci nadziei, dlatego proszę, żebyś zostawił mnie w spokoju, dobrze? Nie wrócimy do tego, co było dziesięć lat temu, za dużo jest do zburzenia i za zbyt wiele jesteśmy odpowiedzialni, żeby to zburzyć”.

Zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią, po czym zaczął pisać.

„Odpowiedzialność mierzy się również tym, jak podejmujesz decyzje w życiu. Czasem nadchodzą momenty, kiedy zderzasz się ze ścianą. Nie sugeruję, że nastąpiło to u Ciebie, po prostu głośno myślę o tym, że i Tobie i mnie nie układa się w małżeństwie. A skoro tak jest i dotarłaś do określonego momentu, to automatycznie pojawia się pytanie – „Brniesz w to dalej, czy mówisz „Sprawdzam"?”
Jestem tu, nigdzie się nie ruszam, ani nie ucieknę. Jeśli będziesz miała ochotę ze mną pogadać – wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Kryniu”.

Celowo tak się podpisał. Żeby wbić gwóźdź, żeby zdobyć kolejny, mały przyczółek. Wiedział, że ona będzie oporna, że odzyskanie jej zajmie mu mnóstwo czasu, ale był pewien, że się uda.
To tylko kwestia czasu – pomyślał, uśmiechając się – ona jest dla mnie stworzona. Byłem skończonym idiotą, rozstając się z nią dekadę temu. – Wstał i zadowolony ruszył do szefa po urlop. Zamierzał spożytkować go z synem.

--------

Jej spojrzenie padło na elektroniczny zegar, stojący na blacie kuchennym blisko ściany. Minęła dziewiętnasta, a on w dalszym ciągu nie dawał znaku życia. Ostatnio regularnie wracał później z pracy, tłumacząc się dodatkowymi obowiązkami. Kilka razy zdarzyło mu się pojawić w domu po alkoholu – zaczynała mieć podejrzenia o romans, nigdy tak się nie zachowywał. Zmienił upodobania seksualne i stał się bardziej ostry w łóżku (samolubny był zawsze), ale mimo swojej natury, tyranizowania jej, zmuszania do robienia czegoś, na co nie ma ochoty, zawsze był jej wierny.

A dzisiaj, mimo że była sobota pojechał do pracy, rzekomo musiał.
Z drugiej strony – pomyślała, patrząc w okno – ja nie jestem lepsza. Powinnam uciąć od razu kontakt z Krystianem, a mimo to cały czas z nim rozmawiam.
Jakby na potwierdzenie tego smartfon zawibrował, a po odblokowaniu ekranu jej oczom ukazała się wiadomość od byłego partnera.

„Jak mija sobota? Bo mnie pracowicie. Jestem z synem w kinie.
Zastanowiłaś się, gdzie i kiedy się spotkamy?”

Przerwała gwałtownie czytanie. Krawczyk zawsze był bezpośredni, momentami bezczelny i nic się nie zmieniło w tym zakresie.
Mnie jest to obojętne, dostosuję się do Ciebie".
Dzięki, łaskawco – Uśmiechnęła się w duchu. Czuła coraz mniejsze opory przed spotkaniem się z nim, mimo iż wiedziała, że to grozi czymś więcej, już tylko rozmową. Mąż nie interesował się nią kompletnie we wszystkich sferach życia, nawet seks, który do tej pory jako tako im się układał traktował jako sposób rozładowania i zaspokojenia siebie, używając jej jako narzędzia. Nie okazywał jej uczuć, a wspólne wyjścia ograniczały się do wizyty raz na miesiąc (w najlepszym wypadku) u ojca i do wyjazdów na święta do jego rodziny pod Zgierz.

"Pomyślę o tym" – odpisała jedno zdanie, zakończone emotikonem z uśmiechniętą buźką. Pewnie teraz siedzi, zadowolony z siebie, że udało mu się zdobyć kolejne kilka pędzi terenu w tej batalii – Uśmiechnęła się z przekąsem i wróciła do krojenia cebuli.
Kwadrans później otworzyły się drzwi wejściowe.
Oho, jaśnie pan raczył wrócić do domu – Kontestowała w myślach, wrzucając pokrojone pomidory do miski.
– Gdzie Asia? – rzucił, wchodząc do kuchni.
– U koleżanki – odparła, nie odwracając się, cmoknął ją w policzek i otworzył drzwi od lodówki. Nie poczuła na szczęście od niego alkoholu. – Została na noc. Pojedziesz po nią jutro. – Bardziej stwierdziła, niż zadała pytanie.
– Pojadę, pojadę – Zabrzmiało to jak „pohadę, pohadę".
– Co tam znowu wyjadasz? – Odwróciła się do niego i nakryła go z kiszonym ogórkiem, wystającym z ust. – Za chwilę będzie kolacja.
– Muszę iść pod prysznic. – Odwrócił się na pięcie i prawie uciekł przed nią.
Zdziwiona jego zachowaniem odwróciła się do blatu i zaczęła kroić sałatę.
A może on naprawdę ma romans? – Zaczęła się zastanawiać po dłuższej chwili – zachowuje się, jakby coś przede mną ukrywał. Zapytam go o to wprost później. – Postanowiła i skupiła się na krojeniu reszty warzyw...
...co doprowadziło do tego, że kilka minut później tak się wyłączyła, że nie słyszała, kiedy on wyszedł z łazienki, zaszedł ją bezgłośnie od tyłu i złapał za biust, otaczając ją całą swoim ciałem.
– Boże, ale mnie przestraszyłeś, głupek! – Krzyknęła, podskakując ze strachu. Chciała się wyrwać, ale trzymał ją na tyle mocno, że nie była w stanie się ruszyć – Rafał, przestań! Muszę skończyć sałatkę.
– Sałatka nie zając – Szepnął jej w ucho, ściskając biust przez bluzkę. Nie miała na sobie biustonosza, była przed okresem i piersi bolały ją, jak jasna cholera.
– Przestań, boli mnie, za mocno ściskasz – zaprotestowała, znów próbując się wyrwać. Bez skutku. – To przestaje być śmieszne. – Wpadła w irytację.
– Zaraz zrobi się jeszcze mniej śmiesznie – odparł, a w jego głosie zabrzmiała nuta, która zaniepokoiła ją. Zanim zdążyła zadać pytanie, poczuła, jak na obu jej nadgarstkach zatrzasnęły się plastikowe obręcze.
Kajdanki???
– Odbiło ci, Moczulski?! – wydarła się, co on kompletnie zignorował i zatrzasnął pozostałe dwa kółka na uchwytach od szafek kuchennych. Spowodował to, że musiała stać nieco zgarbiona, z rozłożonymi rękami i wypiętą pupą.
– No, no, w końcu jakieś ciekawe widoki – skomentował zadowolony – jak się czujesz, kochanie?
– Jeśli za chwilę mnie nie rozepniesz z tego gówna, to zacznę tak się drzeć, że usłyszą mnie kilka ulic dalej.
– O tak, tak – Nachylił się nad nią i gwałtownym ruchem ściągnął z niej spodnie dresowe, w których chodziła po domu, niemal je rozrywając. – Na pewno sobie pokrzyczysz i to całkiem niedługo – dodał złowieszczym głosem.
Od tonu wypowiedzi przeszedł ją dreszcz, a kiedy zamierzała ponownie otworzyć usta, poczuła, jak na wylot z pupy spada coś mokrego i ciepłego.
– Co ty robisz, Rafał?! – Coraz bardziej wściekła zaczęła się szarpać – Rozepnij mnie, do cholery! – krzyknęła i moment później poczuła jego język, nachalnie rozpychający płatki.
– Przestań! – Zacisnęła mocno uda, krzyknął i szybko wstał.
– Ty pieprzona dziwko! – Złapał ją za włosy, docisnął do blatu i wymierzył siarczystego klapsa, na co zareagowała krzykiem, pełnym zdziwienia i bólu. – Przestałem ci się podobać?
– Nie, po prostu nie mam ochoty na seks! I nie mów tak do mnie! – Kończąc wypowiadać te słowa poczuła kolejnego, mocnego klapsa, tym razem w drugi pośladek. Pupa zrobiła się ciepła, a pod skórą czuła mrowienie.
– Wybredna się zrobiłaś, nie ma co. – Usłyszała, jak kieruje się w stronę salonu. Zaniepokojona, starała się odwrócić w jego stronę, ale jedyne, co widziała to kant futryny.
– Uwolnij mnie! Rafał, do diabła, to naprawdę nie jest śmieszne!
– Bo nie miało być śmieszne – Wrócił do kuchni tak niespodziewanie, jak zniknął. Kątem oka spostrzegła, że jest nagi, a jego penis sterczy w pełnej erekcji.
– Co ty robisz, kochanie? – Zrezygnowana położyła głowę na boku na deskę do krojenia, nie bacząc, że włosy ubrudzą się od resztek pomidora. – Rozepnij mnie, zjedzmy kolację, a potem, jeśli chcesz, możemy się kochać.
– Zamknij się, Weronika – szepnął jej do ucha, nachylając się nad nią i niespodziewanie rozpychając boleśnie wargi sromowe dwoma palcami.
– Ał, delikatniej, to boli – zaprotestowała, a w jej wnętrzu zaczęło kiełkować podniecenie. Bardzo delikatne i ulotne, ale kiedy palec wskazujący rozchylił płatki, a kciuk zaczął masować wejście do pupy, jęknęła.
– Nagle ci się spodobało, co? – Wyczuła w jego głosie wściekłość i coś jeszcze. Zazdrość? Otworzyła usta, żeby zaprotestować i w tej samej chwili usłyszała smagnięcie czymś i poczuła bolesne pieczenie wzdłuż obu pośladków.
– Ała!!! To boli, kurwa mać! – zawyła. To były witki z wazonu, stojącego w salonie.
– To miało boleć. – Zgasił jej agresję i uderzył po raz drugi.
Trzeci.
Czwarty.
Po mniej więcej dziesięciu smagnięciach jej tyłek zamienił się w wielkie ognisko pieczenia i bólu.
Kiedy włożył palec w cipkę, z satysfakcją zauważył, że jest mokra.
– Wiedziałem, że będzie cię to kręcić, pieprzyłaś się już tak kiedyś, co? Pewnie z tym kutafonem, co cię zostawił, Krystianem, czy jak on tam. – Przysłuchiwała się jego tyradom podczas lania z zamkniętymi oczami i łzami, płynącymi po twarzy. Mimo podniecenia czuła ból, który został spotęgowany wspomnieniem o Krystianie.
Nagle usłyszała, jak zdejmuje miski i deskę do krojenia z blatu, wdrapuje się niezdarnie na niego i kilka sekund później przed jej oczami pojawił się sterczący kutas.
– Ssij go! – zażądał – No co się tak na mnie patrzysz? Nie rozumiesz, co to znaczy obciągać? – Był tak wściekły, że kropelki śliny pryskały na jej twarz. – Bierz w dziób! – Chwycił ją za głowę i siłą nadział jej usta na penisa.
Zakrztusiła się, zszokowana jego brutalnością i bezwzględnością. Nie mogła złapać oddechu po tym, jak oboma dłońmi docisnął jej głowę do krocza. Na szczęście wyczuł, że przesadził i odciągnął ją do tyłu.
– Jeśli za chwilę nie przestaniesz, jak tylko uwolnię się z tego, w co mnie skrępowałeś, pójdę na policję.
– Nigdzie nie pójdziesz, dopóki porządnie mi nie zrobisz mi laski, suko –zaśmiał się i ponownie wcisnął przyrodzenie do jej ust – a jeśli wpadniesz na genialny pomysł – Urywanym głosem wypluwał z siebie kolejne słowa – żeby użyć zębów i coś mi zrobić to wiedz, że ja też mogę zrobić ci krzywdę i mam ku temu dużo większe pole manewru – jęknął, czując, jak główka dotarła do gardła.
Weronika była w takim szoku, że kompletnie nie myślała, jak się bronić i nie zastanawiała się nad tym, że to, co robi jej mąż to gwałt.
– Ooo tak, bardzo dobrze, obrabiaj go, jakbyś jadła lody w upale na słońcu – pojękiwał, podczas gdy jej wargi i wnętrze ust ślizgały się po główce i trzonie. – Zawsze potrafiłaś obciągać, to chyba kwestia wychowania, warszawka uczy patologii, co? – Złośliwie zażartował z niej, na co ona przygryzła boleśnie główkę.
– Osz ty dziwko! – krzyknął i gwałtownie zsunął się z blatu. – Tak ze mną pogrywasz? Czekaj!
– Rafał, przepraszam, przestań już! – Przestraszyła się nie na żarty, kiedy zniknął. – Rozwiąż mnie, będę się z tobą kochać, tylko przestań się tak zachowywać!
– Zamknij się – Stanął za nią. Usłyszała pstryczek i cichy warkot, a po chwili poczuła zimną powierzchnię, wciskającą się brutalnie między płatki.
O Boże, to wibrator, który dostałam na panieński! – Niechciana, rozrywającą przyjemność płynęła z podbrzusza.
– Fajnie, co? – Nachylił się nad nią i polizał za uchem. – Masz już jednego w sobie, zaraz będzie drugi – zaśmiał się złowieszczo, a ona zaczęła drzeć ze strachu. Przed własnym mężem.
Kolejne smagnięcie i uderzenie nie zrobiło na niej większego wrażenia. Skoncentrowała się na coraz większej przyjemności, płynącej z podbrzusza. Mimo zimnej, nieprzyjemnej powierzchni wibrator powodował coraz większe drgania w jej wnętrzu i rozlewającą się po całym ciele rozkosz.
– O Boże, tak! – jęknęła i nieco rozchyliła bezwiednie uda. W tej samej chwili poczuła, jak do jej pupy leje się strużka chłodnawej cieczy.
– Co robisz? – Urywanym głosem zapytała, odwracając głowę. Zanim zdążyła usłyszeć odpowiedź, poczuła, jak na wejście do odbytu napiera główka penisa.
– Nie chcę tam! – zaprotestowała – Nie!
– Mało mnie obchodzi, czego chcesz, a czego nie – odparł i wsunął się w nią powoli.
Krzyknęła od nagłego bólu, wypełnienia i lawinowo rosnącej rozkoszy z powodu szalejącego w jej wnętrzu wibratora, który Rafał w międzyczasie podkręcił na najwyższe obroty.
– Spuszczę ci się do tyłka, kochanie – szepnął, a następnie trzymając za oba pośladki z boków, zaczął powoli, pełnymi ruchami wsuwać się i wysuwać.
Weronika drżała i oddychała szybko.
– Zaraz skończę! – krzyknęła nagle i zadrżała ponownie, Rafał gwałtownie przyspieszył, czym spowodował u niej lawinę bólu, ale była na tyle blisko orgazmu, że dopchnięta do blatu jego mocnymi wbiciami zaczęła szczytować, ogłaszając to urywanymi krzykami. Wbicia trwały jeszcze chwilę, po której poczuła zalewające środek jej pupy gorąco, poprzedzone rykiem „Teraaaz!!!” Rafała i coraz cichszym „och, och” w trakcie zwalniających ruchów tuż po wytrysku.
Kiedy ochłonęła i zdała sobie sprawę, co przed chwilą się stało, jego już dawno nie było. Jedna para kajdanek była rozpięta, a kluczyk do uwolnienia się z drugiej leżał tuż obok jej głowy na blacie. Uwolniła się błyskawicznie i popędziła do salonu, czując ściekającą po wnętrzu między pośladkami, po płatkach i udach stygnącą spermę.

– Ty gnoju! – Wściekła rzuciła się na niego z pięściami, okładając go na oślep. – Ty pierdolony szmaciarzu, gwałcicielu! – Płacząc, tłukła go po twarzy i ramionach. Zasłaniał się, jak tylko mógł, starając się jej nie uderzyć, ale widząc nieporadne starania, w końcu wybuchł śmiechem.
Zbaraniała, kompletnie nie spodziewając się takiej reakcji. Stała przed nim naga, z czerwonymi, piekącymi od uderzeń pośladkami, pulsującymi bólem piersiami i białawymi, lśniącymi strużkami, wędrującymi w dół po wewnętrznej stronie ud.
– Śmieszy cię to? – syknęła – W porządku. Skoro to takie kurwa zabawne, to będziesz się śmiał baranim głosem.
– Daj spokój, przecież podobało ci się. – Wciąż się uśmiechał, ale ton głosu wskazywał co innego.
– Pierdol się! – Odwróciła się i zamierzała wyjść z salonu, kiedy zerwał się błyskawicznie i chwycił ją w pół. – Zostaw mnie! Pomocy! – wydarła się w nadziei, że ktoś to usłyszy.
– Zatkaj buzię, kochanie. – Zasłonił jej usta lewą dłonią, a prawą chwycił mocno w pół, a potem pchnął na kanapę. Jęknęła z bólu, uderzając boleśnie biodrem o oparcie. Kiedy odwróciła się do niego, w jej oczach czaił się strach.
– Boże, co się z tobą dzieje? Rafał!
– Ze mną? – Stał przed nią nagi z założonymi na torsie dłońmi – Co się dzieje z tobą? Już ci się nie podobam? A może masz kogoś innego, co? – Podszedł bliżej w taki sposób, że jego krocze znalazło się dokładnie na wprost jej twarzy. Zauważyła, że członek zaczął się podnosić.
– Kiedy zachowujesz się tak, jak teraz? – Wstała, nie dając mu okazji na zmuszenie jej ponownie do seksu – Nie, nie pociągasz mnie. W takich sytuacjach brzydzę się tobą i twoim zachowaniem. – Minęła go, zatrzymała się w progu. – Od bardzo długiego czasu oddalamy się od siebie. Mówiłam ci i tłumaczyłam wielokrotnie, czego oczekuję w związku, wiedziałeś o tym od samego początku. Na wiele kwestii machnęłam ręką i wyszło na twoje, ale zaczyna mi się ulewać – Patrzył na nią bez wyrazu – i na to, co stało się dzisiaj, mojej zgody nie ma. Mimo że odniosłeś wrażenie, że podobało mi się, to tak nie było. Jeśli to powtórzy się jeszcze raz, kiedykolwiek, to więcej mnie nie zobaczysz jako swojej żony, a nasze spotkania będą odbywały się w sali sądowej w trakcie rozwodu.
Trzasnęła drzwiami od salonu i wyszła do łazienki.

--------

Po wcześniejszym zdarzeniu zamknęła się w sypialni, nie odzywając się do niego. Przez cały wieczór siedziała tam w samotności i wcześnie poszła spać. Kiedy się obudziła w nocy, spał obok niej. Przewracała się z boku na bok, słuchając chrapania Rafała i jęków sąsiadki z góry, o której orgazmach wiedziało co najmniej pół bloku.
Masakra – Skrzywiła się z niesmakiem, wpatrując się w odblask światła przyblokowej latarni, migoczący na suficie – Ja też czasem lubię sobie pokrzyczeć, ale piłować się tak jak ona… Byłoby mi wstyd, mijać później na korytarzu sąsiadów, słuchających mnie chcąc nie chcąc w trakcie. – Charczący, męski jęk oraz przyspieszony odgłos uderzeń o łóżko zwiastował zbliżający się koniec i faktycznie po chwili odgłosy miłosnych uniesień ustały.
Nabrała ochoty na orgazm, ale bolały ją płatki i pupa po tym, co stało się kilka godzin wcześniej, więc szybko zrezygnowała z próby zaspokojenia się, choćby palcem. Nie chciało jej się spać, a na rozmowę z mężem nie miała absolutnie żadnej ochoty.

„Śpisz? Bo ja nie mogę zasnąć. Nudzi mi się i nie mam z kim pogadać”.
Z niepokojem oczekiwała odpowiedzi. Kiedy „ptaszek”, oznaczający odczytanie wiadomości przesunął się w dół, wiedziała, że nie śpi. Po chwili na ekranie pojawił się tekst, oznaczający, iż rozmówca jest w trakcie pisania.
„Nie śpię, coś się stało?”
Przez chwilę miała ochotę napisać mu o wszystkim. Również o dzisiejszym „gwałcie”, ale szybko stwierdziła, że to fatalny pomysł. To nie przyniosłoby nic dobrego, Krystian przyjechałby do jej domu i najprawdopodobniej pobiłby Rafała. Mimo większej masy mąż nie miałby szans z wyćwiczonym karateką, jakim był jej eks, w dodatku to uruchomiłoby lawinę zdarzeń, włącznie z podejrzeniami męża o zdradę i romans, prześwietleniem SMS-ów, komunikatorów, poczty elektronicznej.
Nie, nie – Szybko wycofała się z tego pomysłu – Jeśli chcę się spotkać z Krystianem, a chyba chcę – Uśmiechnęła się do siebie – to nie mogę w żaden sposób zdradzić się przed Rafałem, że coś się dzieje – Poczuła przypływ adrenaliny i syndrom „zakazanego owocu”. Z niegasnącym z ust uśmiechem zaczęła pisać.
„Nic się nie stało. Po prostu…” – Zawahała się i skasowała tekst.
„Weronika, wszystko w porządku?” – Na ekranie pojawiło się kolejne pytanie.
Wahała się, czując, że godząc się na spotkanie z nim, przekroczy próg, za którym być może nie będzie odwrotu. Oczywiście spotkanie nie równa się od razu pójściu razem z nim do łóżka, wyprowadzce i rozwodzie z mężem, to byłby absurd, ale zbyt dobrze znała Krawczyka i siebie i wiedziała, że pewnych zdarzeń powstrzymać się nie da, a jeden krok powoduje lawinę, która toczy się bezwiednie, bez możliwości jej zatrzymania lub ukierunkowania w miejsce, które nie zrani niewinnych osób.
„Tak, to znaczy nie. Nie wiem”.
„Kurwa” – dopisała po chwili.
„Naprawdę musiało się coś stać, skoro kurwujesz w mojej obecności” – odpisał, dodając emotikon uśmiech z oczkiem na końcu.
„Tak, stało się to, że przełamałeś mój opór, ty cholerny manipulancie”
„To znaczy?
„Spotkam się z Tobą. Ja pieprzę, nie wierzę, że się na to zgadzam”
– wystukiwała kolejne słowa na ekranie smartfona spoconymi dłońmi.
Ikonka jego zdjęcia przesunęła się w dół, czyli przeczytał odpowiedź, ale nie odpisywał przez co najmniej minutę, jeśli nie dłużej.
„Cieszę się, że się zgodziłaś”
Pieprzony dyplomata – pomyślała – pewnie zaciera teraz ręce i cieszy się, jak dzieciak powtarzając „w końcu kurwa” lub coś równie pasującego do faceta, który wreszcie dobrał się do garnca miodu.
„Cóż za porażający entuzjazm, ktoś umarł?”
„Wybacz, po prostu jestem bardzo zmęczony, ale cieszę się bardzo. Gdzie się spotkamy?”
„Jeszcze nie wiem, na razie sam fakt, że będę się z Tobą widzieć, powoduje, że mam spocone i drżące dłonie”
„No proszę, a myślałem, że jedyne uczucia, jakie w Tobie wywołuję, to zgryźliwość i niechęć”
„No wiesz? Nie jestem jakąś zrzędliwą babą. Dobrze wiesz, dlaczego tak się wobec Ciebie zachowywałam”
„Zachowywałaś? To znaczy, że ten stan się zmienił?”
„Nie rób sobie zbyt dużych nadziei, Krawczyk. Spotkam się z Tobą, żebyś dał mi spokój, a potem każde z nas pójdzie w swoją stronę”
„Dobrze wiesz, że tak nie będzie”

Co za pewny siebie dupek!
„Dupek z Ciebie! Pewny siebie dupek. Nic się nie zmieniło, prawda?”
„Oczywiście, że nie. Jak jestem czegoś pewny, to po prostu do tego dążę. Tak jak w Twoim przypadku”

Uśmiechnęła się mimo woli.
„Tak, jak myślałam, nic się nie zmieniło. Dobranoc, Krystian”
„Dobranoc, Wera. Bardzo się cieszę. Odezwę się jutro”.


Zablokowała ekran smartfona, cały czas się uśmiechając, odwróciła się na lewy bok, tyłem do męża i zamknęła oczy. W jej sercu zagościła dawno nie odczuwana radość i podniecenie, kiedy komplementował jej intelekt, urodę, kiedy wyznawał jej miłość albo kiedy zadowolona i usatysfakcjonowana seksem kładła się na jego ramieniu. Dawno tak się nie uśmiechała.
Czuła, że robi coś, co jest nie w porządku, bardzo nie w porządku. Z drugiej jednak strony...
Pożądała go. Tęskniła za jego miłością, fizyczną i ciałem, ale nie tylko. Jego umysł był dla niej jak narkotyk, od którego była uzależniona. Przez dziesięć lat przechodziła nieskuteczny odwyk, a teraz...
Dał jej strzelić jedną działkę, działeczkę, ociupinkę, podgrzaną na krańcu łyżki, a jej się spodobało i zamierzała zaaplikować sobie więcej. Potrzebowała tego.
Jak uzależniona od heroiny potrzebuje odlotu.
Obym tylko nie przedawkowała...
Zdenerwowana, rozdrażniona, ale też podniecona i zaaferowana zasnęła.

--------

Wyłączył ekran i próbował zasnąć, ale niespodziewana rozmowa z Weroniką wybiła go ze snu. Przewracał się z boku na bok, mając jej twarz przed oczami.
Nie zmieniła się wiele przez dziesięć lat. Zawsze miała dość dorosłą twarz, ale jej rysy „będą starzeć się ładnie”, jak to określiła jego matka. Miała rację. Wera nie straciła nic ze swej atrakcyjności, a lata doświadczenia w dobieraniu ubioru, makijażu, nadążanie za modą i niewątpliwa elegancja oraz kobiecość, którą w sobie miała, nadały jej odpowiedniego sznytu.
Cech damy.
Przypomniał sobie jej ciało.
Pierwszy raz, kiedy się z nią kochał.
Szare oczy, pełne miłości i pożądania, kiedy znalazł się w jej wnętrzu.

Wrzesień 1995. Mieszkanie matki Krystiana.

– Boli – jęknęła, z szeroko rozchylonymi powiekami. Dotarł do końca, niezdarnie uniósł się na rękach i patrząc na jej twarz, zaczął powoli poruszać biodrami. – Chcę szybciej – Chwyciła go za ramiona i przyciągnęła do siebie. – Szybciej, Krystian. – Wbiła paznokcie w jego plecy.
Czuł, że to nie potrwa długo. Mimo że przygotowywał się na tę chwilę od dawna, było zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażał. Ciepło, rozkosznie, czule. Jej ciało dawało mu siebie, nie tylko cipka, w której się poruszał, całe ciało, które tulił, na którym leżał i które przyjmowało go z miłością. Poruszał się w niej jeszcze przez chwilę i skończył. Z długim jękiem, tłumionym jej pocałunkiem. Prezerwatywa w jej wnętrzu wypełniła się, a on opadł na nią i oddychał ciężko.
– Przepraszam – wyszeptał.
– Za co? – Wzięła jego głowę w dłonie i spojrzała w oczy.
– No – Zawahał się – ja doszedłem, a ty nie.
– To nic – Uśmiechnęła się, pocałowała go delikatnie i pogłaskała po twarzy. Zawsze taka była. Dojrzała, jak na swój wiek. – Następnym razem odbiorę sobie zaległy orgazm. – Mrugnęła do niego.
– Nie jesteś zła? – Jego wzrok wyrażał zaskoczenie i zdziwienie.
– Nie, nie jestem. – Wciąż głaskała go po policzku – To nasz pierwszy raz, ale nie ostatni. Będziemy robić to jeszcze dużo razy i będzie nam obojgu bardzo dobrze. – dodała – A teraz myślę, że powinniśmy się ogarnąć, bo zaraz wróci twoja mama, a nie chciałabym, żeby zastała mnie w takiej pozycji na twojej kanapie.

Teraźniejszość

Przysypiając, uśmiechnął się na myśl o jej nagim ciele i zadowolonym wyrazie twarzy.
Kotki, która właśnie zwinęła komuś całą butelkę mleka.
Wyrazie twarzy, kiedy dzień później odebrała „zaległy” orgazm. W dwójnasób.
Zasnął.

--------

W poniedziałek rano, niewyspana, rozedrgana wewnątrz, trzęsąca się, blada odwiozła córkę do szkoły i ruszyła ze Szczęśliwic do Centrum. Pytanie męża, który zwykle, jeśli nie był nieczuły, to bardziej ignorujący jej niewerbalne sugestie nastroju spytał, czy coś się stało. Oznaczało to, że faktycznie wygląda źle.
Oczywiście zignorowała go, jego próby nawiązania z nią kontaktu wzrokowego i werbalnego, milcząc w zasadzie cały ranek i rozmawiając tylko z dzieckiem.
Kiedy córka wysiadła z samochodu, spojrzała w lusterko wsteczne.
Wyglądała koszmarnie. Worki pod oczami, przekrwione białka, blada twarz.
Jakby chlała przez całą noc.
Jechała niepewnie, powoli i ostrożnie. Czując strach przed samą sobą, obawiając się wziąć odpowiedzialność za każdy, kolejny krok. Jakby wiedziała, że to, co „musi” zrobić wyrządzi wszystkim krzywdę.
Kiedy parkowała samochód pod firmą telefon zawibrował. Zadrżała. Wiedziała, kto to. Pragnęła bardzo, aby to był on, ale bała się nieprawdopodobnie. Odsuwała od siebie perspektywę odczytania wiadomości i udzielenia odpowiedzi. Jego ostatnia wiadomość w nocy spowodowała rozlewające się w niej ciepło, ale teraz...
Teraz chciała, żeby napisał i to, co ona napisała, że to wszystko, co stało się wczoraj, jest pomyłką. Że zrobił błąd, że oboje mają już swoje życia i tak powinno zostać.
I nie mogą tego zmienić.
Chciała, żeby to on podjął decyzję.
Sięgnęła po smartfona.

„Dzień dobry. Mam nadzieję, że spałaś lepiej niż ja (uśmiech), napisz mi, jak stoisz z czasem i gdzie byłoby Ci najwygodniej i najbardziej bezpiecznie spotkać”.

Odpisz mu, że to pomyłka! Żeby dał ci spokój! Zrobi to, jeśli będziesz stanowcza.

Sama w to nie wierzyła. Nie Krystian.

Kiedy kliknęła „wyślij”, poczuła jednocześnie ulgę, radość i strach. Ulgę i radość, bo ucieszyła się, że go ujrzy. Strach, bo...
Nie musiała mówić sobie, co było powodem strachu. Ta kwestia była aż nadto oczywista.
Wysiadła z samochodu, zamknęła drzwi i ruszyła do pracy.
A może niepotrzebnie się denerwuję? Może trafi mnie szlag, spotkam się z nim, a potem strzeli mnie za karę piorun i...
I zamknij się, idiotko!

28.03.2018. Popołudnie. Miejsce pracy Krystiana. Centrum Warszawy.

Z drżącymi dłońmi czekał na odpowiedź. Był niemal pewien, że się z nim spotka. Znał ją, widział w jej oczach to samo, co widywał niemal codziennie dziesięć i więcej lat temu.
Wciąż go kochała. Pozostaje tylko jedna, ważna kwestia – czy odważy się na pierwszy krok. On już to zrobił...

Smartfon zawibrował.

„W Warszawie? Chyba w piwnicy u Ciebie w bloku (uśmiech). Restauracja Zawrotnica w Piasecznie, bądź dzisiaj o 19:00”.

Zaśmiał się, z ulgi, bo chciała. I z prostej przyczyny – wciąż potrafiła go rozbawić. Z tego, co miało nastąpić w godzinach wieczornych.

Od rana chodził jak podłączony do gniazdka elektrycznego. Starał się nie okazywać tego po sobie, ale czuł radość. Ogromną. Gdzieś w środku wiedział, że to, co robi, jest złe. Wiedział również, że nie przestał jej nigdy kochać. I jeśli teraz odpuści i pozwoli jej zniknąć, to szansa jej powrotu może się już nie pojawić.
Nie pozwolę, żeby po raz kolejny odeszła. – Postanowił, a po chwili zastanowił się nad tym i parsknął.
To było tak cholernie dziecinne. Przecież mogli dojść dzisiaj oboje do wniosku, że fajnie było pogadać, ale czas wracać do domu.
Albo stwierdzić, że owszem, uczucie między nimi płonie, ale przeszkody są nie do obejścia i powiedzieć sobie „cześć”.

Całe szczęście, że nie musiał dzisiaj odbierać syna ze szkoły. Mały miał ferie i Daria pojechała z nim do teściów do Jabłonnej. Mają wrócić na weekend. Spokój w domu, przeczekać tylko pracę i zobaczy się z NIĄ...

--------

Pod restaurację podjechał kwadrans przed dziewiętnastą, zdziwiony tym, że w zasadzie w ogóle nie jest zdenerwowany. Oczywiście odczuwał dreszczyk emocji i podniecenie faktem spotkania, ale nie trzęsły mu się ręce, ani nie miał poczucia, że zrobienie jednego kroku spowoduje apokalipsę i Armagedon w czystej postaci.
Restauracja sprawiała dość przytulne wrażenie, choć przydałoby się odświeżenie wnętrza, które w jego opinii trąciło nieco myszką, zaraz po tym, jak usiadł przy stoliku, zameldował się kelner, który przyniósł kartę dan i napojów i tak jak się pojawił, tak błyskawicznie zniknął.

– Zamówiłeś już szampana? – Skoncentrował się tak mocno na studiowaniu menu, że nie zauważył, kiedy pojawiła się tuż obok niego. Podniósł głowę i zaniemówił.
Weronika miała na sobie zieloną sukienkę z obcisłymi rękawami, kończącymi się tuż za łokciami, dość wydatnym wycięciem na biust i przylegającym do ciała dołem, nadającym sukience i figurze opływowego kształtu, a kobiecie mnóstwo seksapilu. Zaschło mu w ustach i wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, podziwiając widok, od którego się odzwyczaił i który, jak wcześniej przypuszczał, dał mu mnóstwo przyjemności i radości.
– Wyglądasz wspaniale. – Wstał, cmoknął ją w policzek (ze zdziwieniem zauważył, że nie miała oporów przed tym rodzajem przywitania), odsunął krzesło i pomógł jej usiąść. – Wiem, że słyszysz pewnie ten komplement na tyle często, że wpuszczasz go jednym uchem, a drugim wypuszczasz, ale – zawiesił na chwilę głos, a jego wzrok padł na ułamek sekundy na rowek między piersiami, które, jak zauważył, wyglądały równie świetnie, co dziesięć lat temu – musiałem ci to powiedzieć.
– Komplemenciarz. – Puściła do niego oko, ignorując gapienie się w cycki i otworzyła menu. – Co tu dobrego dają?
– Jedzenie – zażartował, a ona z politowaniem zgromiła go wzrokiem.
– Czuję się, jakbym cofnęła się w czasie jakieś piętnaście lat. – Jej oczy błyszczały, a usta poruszały się, prowokując go do patrzenia się w nie, jak w obrazek. Zapomniał już, jak bardzo podobał mu się jej głos i jak lubił jej słuchać. – Nie dlatego, że restauracja zalatuje początkiem bieżącego wieku, tylko dlatego, że siedzę w niej z tobą – zawiesiła na chwilę głos, wpatrując się w jego oczy – i zastanawiam się, co ja tu do cholery robię?
– Jesteś na randce, ot co. – Spojrzał na jej dłonie i ze skrzętnie ukrywanym zadowoleniem zauważył brak obrączki tak jak u siebie.
– Genialne, Krawczyk. – Zamknęła menu z głośnym pacnięciem. – Ja już wiem, co zjem. A ty?
– Zanim przyszłaś, zdążyłem wkuć kartę dań na pamięć – zażartował ponownie, a ona zaśmiała się radosnym „hahaha” i klepnęła go w dłoń, leżącą na stole.
– No to zamawiamy, bo jestem głodna, jak wilk. A jak jestem głodna, to się złoszczę i będę dla ciebie niemiła.
– No tak, czasy się zmieniają, ale w kwestii jedzenia mamy constans. – Wbił szpileczkę, a ona pokazała mu język i znowu się roześmiała.

Godzinę później skończyli jeść i popijali wodę z cytryną, z racji przyjazdu samochodami nie mogli pić alkoholu. Żartowali i śmiali się praktycznie cały czas, zgrabnie omijając tematy, które, jak dobrze oboje wiedzieli, w końcu musiały zostać poruszone.

– Dlaczego chciałeś się ze mną spotkać? – wypaliła niespodziewanie, spodziewając się odpowiedzi, której miała nadzieję nie usłyszeć.
– Bo cię kocham – odparł bez najmniejszego zawahania, a ona znieruchomiała, wpatrując się w niego w bezruchu. Trwali tak dobre kilkanaście sekund. – Nigdy nie przestałem, a odsuwanie od siebie tej myśli przez ostatnie dziesięć lat było największym błędem mojego życia.
– Huuuh – Poruszyła się wreszcie i westchnęła ciężko. – Oboje mamy potężne zobowiązania wobec naszych rodzin. Odpowiedzialność i zobowiązania. Jak sobie to dalej wyobrażasz? Będziemy romansować sobie na boku i jednocześnie sypiać, mieszkać i żyć z naszymi małżonkami? Przecież to absurd! – Podniosła głos, czym spowodowała odwrócenie się kilku ciekawskich głów.
– Spokojnie. – Położył swoją dłoń na jej dłoni. Czuła ciepło i miękkość dotyku jego skóry.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – Ściszyła głos, wpatrując się w niego przenikliwie.
– Kilka dni temu wyprowadziłem się z domu, zamierzam złożyć pozew o rozwód. – Opadła jej szczęka, kiedy to usłyszała.
– Boże, Krystian, co ty wyprawiasz? Tak nie można, to… – Przerwała na chwilę i napiła się wody. – Nie rób nic głupiego, rozwodzisz się dlatego, że spotkałeś mnie po dziesięciu latach w sklepie z biżuterią i masz nadzieję, że wrócimy do siebie? Przecież to jest cholerna bzdura! – Ponownie podniosła głos, a on tym razem nie oponował, tylko wpatrywał się w milczeniu w jej twarz – No co, zaniemówiłeś, czy jest ci głupio, bo zachowujesz się, jak nie myślący dzieciak, a nie czterdziestoletni facet, mający rodzinę i dziecko!
– Nie, zaniemówiłem, bo wciąż jesteś taka sama, jak cię zapamiętałem. – Wpatrywał się w nią z tym dziwnym błyskiem w oku, którego nigdy nie potrafiła rozgryźć. – A wracając do twojego pytania, gdyby w naszych małżeństwach wszystko było w porządku, to raczej nie spotkalibyśmy się dzisiaj tutaj, prawda? – Urwał celowo, oczekując na jej reakcję. Wpatrywała się w niego bez słowa, wiedząc, że ma rację. – Nie krzycz na mnie, bo skoro pojawiłaś się tutaj razem ze mną, to w identycznym stopniu bierzesz odpowiedzialność za to, co robimy. – Upił wodę i zamilkł.
– Moja żona to oziębła uczuciowo kobieta, której uczucia ograniczają się do spełniania własnych zachcianek i przy okazji moich, jeśli nie koliduje to z jej potrzebami. Poza tym jest pracoholiczką i manipulantką, która sprytnie wykorzystuje i w zasadzie od zawsze wykorzystywała mnie, jeśli tylko cokolwiek jej nie pasowało. A że w miarę upływu lat nasze potrzeby stawały się coraz bardziej rozbieżne i mieliśmy coraz mniej wspólnego, to związek opierał się w zasadzie jedynie na dziecku, przyzwyczajeniu, że „jakoś to będzie” i rozpędzie z początkowych lat małżeństwa. Pewnie sporo w tym mojej winy, bo zamiast od początku stawiać na swoim i głośno artykułować to, co mi się nie podoba, odpuszczałem, mówiąc sobie, że „jakoś to będzie”. A jak tak robisz, to zamiast dobrego związku masz byle jaki. W końcu miarka się przebrała. Twoje pojawienie się przyspieszyło jedynie proces, który trwał od bardzo długiego czasu w mojej głowie i między nią, a mną. Nie osądzaj mnie, zanim nie poznasz tła. – Jego głos stwardniał, przez chwilę wpatrywał się w nią ostro.

Nastało kilka minut ciszy. Niedalekie pobrzękiwanie smutnej muzyki z głośników tłumiło coraz głośniej padający deszcz na zewnątrz. Ich spojrzenia krzyżowały się co jakiś czas, ale nic nie mówili. Ona trawiąc to, co przed chwilą usłyszała, a on zastanawiając się, co za chwilę usłyszy i chłonąc jej zapach i widok, którym karmił zmysły.


– Mój mąż to... – Zawiesiła głos i wpatrywała się przez chwilę w okno. – Czułeś się kiedyś tak, jakbyś był w związku i twój partner potrzebował cię do bycia flagą? – Spojrzał na nią, niewiele rozumiejąc. – Może źle się wyraziłam, nieprecyzyjnie. – Szukała w głowie określenia. – Może nie flagą, a lalką na wystawie. Kimś, kto jest potrzebny, żeby upiększać drugą osobę, ale tak naprawdę odgrywa rolę figuranta w związku, bo wszelkie decyzje podejmuje partner, mimo pozornego konsultowania z tobą wszelkich kwestii. Wiesz, na zasadzie, że na przykład kupujecie wspólne samochód i robicie listę modeli, które wam się podobają, ale twoje propozycje są zawsze gorsze i zawsze znajdzie się jakaś wada, która spowoduje, że samochody przez niego zaproponowane okazują się idealne, a twoje nie? – Patrzył na nią bez słowa, ale w jego wzroku widniało zrozumienie, co ośmieliło ją do dalszych zwierzeń. – Albo siedzisz z chorym dzieckiem w domu, a twoja żona wraca pijana ze spotkania z koleżankami z pracy, będąc w takim stanie, że przewraca się na podłogę w przedpokoju. – Widziała jego zaciskające się pięści, ale nie reagowała i kontynuowała. – Albo ignoruje twoją opinię na temat ubezpieczenia mieszkania, bo co tam baba może wiedzieć, przecież one się na niczym nie znają. – Łza spłynęła po jej policzku. – Co za kutas – szepnęła. – Przepraszam, muszę wyjść do łazienki. – Wstała i chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku toalet.
Nie było jej kilka minut, przez ten czas na scenie zdążyła się rozłożyć przygotowująca wcześniej instrumenty kapela i zaczęła grać jakieś wolne utwory, których nie potrafił rozpoznać. Kilka par, siedzących przy stolikach obok ruszyło do tańca. Obserwował ich bez większego zainteresowania, oczekując na powrót Weroniki.
– Chodź. – Wstał i chwycił za jej dłoń. Dotyk jego ręki był dla niej niczym porażenie pioruna.
– Co robisz? – spytała drżącym głosem, ale karnie podążyła za nim.
– Zamierzam z tobą zatańczyć. – Zatrzymał się i stanął w odpowiedniej pozycji. Bez słowa wtuliła się w niego i oparła głowę na jego ramieniu, podążając za jego krokiem.
– Znowu czuję się, jak kilkanaście lat temu. – Podniosła głowę z jego ramienia i spojrzała mu w oczy. Czuła rozlewające się po całym ciele ciepło i coraz mocniejsze pulsowanie „tam”, a punkty jej oporu słabły, tak jak słabła desperacka obrona w Troi przed grecką nawałnicą. Co prawda on nie wprowadził do środka konia trojańskiego (jakkolwiek dwuznacznie to brzmiało), ale nie wątpiła, że ma jeszcze co najmniej kilka asów w rękawie.
– I jak ci z tym jest? – Uniósł prawą rękę z jej biodra (musiała przyznać, że był grzeczny i nie pozwalał sobie na nietaktowne czy nieodpowiednie zachowania) i nieśmiało dotknął jej policzka.
– Fantastycznie – jęknęła cicho, czując, jak błyskawicznie robi się mokra. Nie musiał wprowadzać konia, wystarczyło jego spojrzenie – ale bardzo się boję. Cholernie.
– Kochasz mnie? – zapytał wprost, bez ogródek. Przed spotkaniem założył sobie, że zada to pytanie i jeśli usłyszy odpowiedź negatywną lub Weronika zawaha się, zostawi ją w spokoju.
– Kocham cię.
Choć oczekiwał takiej odpowiedzi, szybkość i pewność jej udzielenia zaskoczyła go niepomiernie. Stanął i wpatrując się w jej oczy, przesuwał powoli dłoń po policzkach, nosie i ustach.
– Ja też cię kocham. Wciąż, mimo że nie widzieliśmy się ponad dziesięć lat. – Muzyka skończyła się i kapela zrobiła sobie przerwę. Wziął ją za dłoń i poprowadził do stolika. – Napijesz się jeszcze czegoś albo coś zjesz?
– Nie, dziękuję. – Zachrypnięty, drżący głos wskazywał, że jest bardzo zdenerwowana, a zaróżowione policzki i szerokie źrenice zwiastowały podniecenie – Weźmiemy rachunek?
– Chcesz jechać do domu? – W jego głosie było słychać lekkie rozczarowanie, ale natychmiast poprawił się – Okej, rozumiem, obowiązki i tak dalej… – Skinął na kelnera, który ze zrozumieniem kiwnął głową.
– Nie, nie chcę jechać do domu. Chcę się z tobą pieprzyć, Krystian – wyszeptała, przesuwając opuszkami palców między jego palcami. – No co? – Gdyby jej wzrok mógł palić, zostałaby z niego kupka popiołu.
Cholernie podnieconego popiołu. – Zaśmiał się w duchu, czując narastającą ekscytację.
– No dobrze, ale jest środek tygodnia, poza tym chyba musisz wrócić do domu?
– Niczego nie muszę, dupek, z którym mieszkam zajmie się naszą córką. I tak ma jutro wolne, a ja muszę iść do pracy. Daj mi chwilę, proszę. – Wstała, poprawiając sukienkę i wyjęła smartfona z torebki. Wiódł za nią wzrokiem, myśląc, co za niedługo będzie z nią robił i zastanawiając się, jak zmieniła się w łóżku przez ostatnią dekadę.
I czy w ogóle zmieniła. – Płacąc, nie zauważył, że stanęła za nim i oparła mu dłonie na ramionach.
– Załatwione – szepnęła do ucha, nachylając się nad nim. Po raz kolejny poczuł zapach perfum, woń skóry i… feromonów. Zakręciło mu się w głowie, miał ochotę wstać, wziąć ją w ramiona i gwałtownie wpić się w jej usta, smakując je i delektując się nimi, jak wytrawny koneser.
– Na pewno? – Zamiast tego wstał, nie puszczając jej dłoni i spojrzał jej w oczy. Szare tęczówki lśniły w blasku świec na stoliku, a usta rozchylały się lekko, prowokując do pocałunku.
– Tak, oficjalnie zostałam w pracy, wiesz, dużo zleceń przed świętami, poza tym moja wspólniczka jest chora. – Zgrabnie umknęła przed nim, chwytając płaszcz z wieszaka nieopodal, który Krystian założył jej na plecy.
– Nie pytał o nic?
– Nie, nie pytał. – Zdziwiona zatrzymała się i spojrzała na niego badawczo. – Nie chcesz tego? Boisz się? Przecież taki był twój cel od samego początku, prawda?
– Nie, to nie był mój cel – rzucił gwałtownie. – Nie zależy mi na pójściu z tobą do łóżka.
– Nie? – zdziwiła się – To na czym?
– Na tobie, łóżko to tylko forma okazania miłości, a nie cel sam w sobie. – Zdjął z wieszaka swoje palto, spojrzał ostatni raz na stolik, przy którym siedzieli i otworzył przed nią drzwi. – Fakt, że chcę cię przelecieć, nie podlega żadnej wątpliwości. – Uśmiechnął się do niej i zmrużył lekko oczy. – Jedźmy do mnie.
– Do ciebie?
– No tak, przecież mówiłem ci, że wynajmuję mieszkanie. Zapomniałaś już?
– Eee – Patrzyła na niego bez wyrazu – przepraszam, zapomniałam.
Grzebał chwilę w smartfonie.
– Masz adres w Messengerze, widzimy się u celu. – Puścił do niej oko i ruszył do samochodu.

Kwadrans później krążyła pod blokiem, szukając miejsca do parkowania. Wreszcie przycupnęła niedaleko klatki schodowej, jak się okazało, tej, w której mieszkał Krystian.
Wchodząc za nim po schodach czuła, jak drżą jej nogi.

Mieszkał na jedenastym piętrze, winda jechała bardzo powoli, a atmosfera i temperatura w kabinie gęstniała (przynajmniej w jej mniemaniu) z każdym oddechem. Początkowo starała się unikać jego oczu i uporczywie wlepiała wzrok w tablicę z przeskakującymi numerami pięter. W okolicach szóstego nie potrafiła się opanować, rzuciła okiem w jego kierunku i jej wnętrze zawrzało. Oblepiające spojrzenie rozbierało ją na cząsteczki, miała wrażenie, że widzi przez ubranie, jak sutki twardnieją i stają się coraz bardziej napięte, a między udami rozgrzewa się kaplica przyjemności. Patrzył na nią tak samo, jak wtedy, kiedy mieli kochać się po raz pierwszy i, co zauważyła bez zdziwienia, cholernie ją podniecało. Teraz jednak był starszy i bardziej przystojny (niektórzy faceci ładnie się starzeją, prawda?).
– Daleko jeszcze? – wychrypiała w okolicach dziesiątego piętra.
– Zaraz wysiadamy. – Rozbawiony jej reakcją przepuścił ją przodem i wskazał drzwi w korytarzu.

W przedpokoju zdjął z niej płaszcz, a potem stanął za nią i objął jej biodra, całując powoli szyję i okolice uszu. Drżała i oddychała szybko, z zamkniętymi oczami opierając tył głowy na jego ramieniu, kiedy dłonie przesunęły się na podbrzusze i zaczęły krążyć powoli, zataczając coraz większe koła i niby przypadkiem muskając strefy, których dotknięcie było porównywalne z przytknięciem do ciała paralizatora.
– Muszę się odświeżyć – szepnęła i odwróciła się. Kiedy wtuliła się w niego, całując powoli i leniwie, poczuła erekcję na udzie, zadrżała i bezwiednie odsunęła się do tyłu.
– Dasz mi ręcznik?
– Idź do łazienki. – Wskazał drzwi za jej plecami. – Przyniosę za chwilę.

Czekając na nią cierpliwie na kanapie, zapalił świece na stole i włączył muzykę. Czuł się, jakby wrócił do czasów studiów, kiedy wynajmowali razem mieszkanie na Powiślu. Lubili zaskakiwać się wzajemnie i czasem robili sobie niespodzianki w domu w postaci kolacji przy świecach.
Był podekscytowany i podniecony, słyszał, jak krzątała się w łazience, kiedy szum wody ustał był gotów wejść tam i wziąć ją, opierając się o umywalkę. Ostatkiem sił powstrzymał się, a kiedy usłyszał naciśnięcie klamki, usiadł na kanapie i grzecznie czekał.
Weszła do pokoju i uśmiechnęła się na widok świec. Owinięty wokół ciała ręcznik opinał się mocno na biuście, a na nagich udach mieniły się odbijające światło kropelki wody.
Wstał, zamierzając ją pocałować.
– Nie wydaje ci się, że coś jest nie tak? – zapytała całkiem poważnie, zatrzymał się w pół kroku. – Jesteś za bardzo ubrany – szepnęła, zbliżając się i zaczęła rozpinać mu guziki koszuli. Wsunęła dłonie pod materiał i przesuwała paznokciami po skórze, patrząc mu w oczy, po czym gwałtownie wpiła się w jego usta, wydając z siebie cichy jęk.
Ręcznik spadł na podłogę.
Koszula również.
Chwilę później oboje całkowicie nadzy całowali się, a ich ręce krążyły wzajemnie po ciałach. Czuł, jak ona drży, cała, jak lgnie do niego, a jej skóra pachnie świeżo przebytą kąpielą, feromonami i miłością. Członek wsunął się między uda, a jego wierzchnia strona, poruszając się w przód i tył drażniła płatki i łechtaczkę, z każdym ruchem wywołując u niej coraz większą przyjemność.
Popchnął ją lekko na kanapę i kiedy jej ciało zetknęło się z miękkim obiciem, błyskawicznie dopadł do niej na klęczkach i wpił się łapczywie w płatki, wpychając język do środka. Była mokra, a śluz z jej wnętrza pokrył jego twarz. Zaskoczona intensywnością odczucia i śmiałością Krystiana krzyknęła, poruszając powoli biodrami, zaciskała co jakiś czas uda w spazmach, jednoczenie ściskając sutki. Jedna ręka Krystiana krążyła po podbrzuszu, a palce drugiej przesuwały się po powierzchni płatków, wsuwając się coraz dalej i wysuwając.
– Och, Kryniu, ale mi dobrze, jeszcze! – Urywanym głosem dopingowała go do większego wysiłku. Nie musiał się zbytnio starać, kiedy wsunął w nią palce, niemal natychmiast doszła, krzycząc mocno i przeciągle. Zwolnił i bardzo delikatnie wysunął z niej dłoń, po czym odwrócił ją na brzuch.
– Biorę tabletki, nie szukaj gumek – wyszeptała i uniosła się lekko, ułatwiając mu wejście do środka, a kiedy dostał się w jej wnętrze, chwyciła go za mokrą od jej śluzu dłoń, opartą nieopodal jej głowy i jęknęła „napompuj mnie".
Zaczął powoli, z każdym ruchem wbijając się coraz głębiej. Miarowy dźwięk zderzających się ciał kontrastował z rytmicznymi, urywanymi i coraz głośniejszymi jękami Weroniki oraz szarpanym oddechem Krystiana. Było mu niewygodnie i po jakimś czasie przesunął się nieco do tyłu, oparł dłonie na jej barkach i siedząc na niej, wsuwał się płytko i szybko.
– Jestem blisko – wycharczał. Bez słowa wysunęła dłoń i odepchnęła go, a kiedy opuścił wnętrze, odwróciła się na plecy, ujęła piersi od spodu i wyrażając niemą prośbę czekała, aż na niej skończy. Zaskoczony, ale bardzo podniecony chwycił śliskiego i błyszczącego członka w dłoń. Wystarczyło kilka ruchów, wygiął ciało w łuk i eksplodował. Pierwszy strzał trafił w usta zaskoczonej Weroniki, kolejne wylądowały na szyi, piersiach i brzuchu. Kiedy opróżnił się już niemal do końca, uniosła się na łokciach, chwyciła go dłonią i wysuwając język, objęła główkę wargami.
Kilka chwil później, kiedy ich oddechy nieco się uspokoiły, pomógł jej wytrzeć twarz, ale ona nie pozwoliła mu zbyt długo odpocząć.
Ta noc zapowiadała się na bardzo długą.

--------

Obudził się pierwszy. Promienie słońca natarczywie starały się przebić przez zasunięte szczelnie rolety, a drobinki kurzu, odznaczające się w powietrzu w promieniach światła wirowały wściekle w różnych kierunkach. Czuł bolesne, ale bardzo przyjemne pulsowanie i ćmienie w mięśniach, lędźwiach, rękach, udach, pośladkach i dłoniach. Bolały go policzki, usta i język. Na ramieniu miał ślady zębów, a na plecach paznokci. Dzisiaj w nocy przeszła samą siebie.
Nigdy taka z nim nie była. Zastanawiał się, czy to efekt dziesięcioletniej przerwy w seksie między nimi, czy po prostu zmieniły jej się upodobania, ale czuł, że odkrył z nią zupełnie nowe obszary.
Tak, jakby poznawał ją na nowo.
Łóżkowy Armagedon. Rzucili się na siebie jak wygłodniałe wilki, bez ceregieli, wstępów i zachęty. Po prostu zaczęli się ordynarnie rżnąć.
Przeciągnął się leniwie i obrócił w prawo. Naga Weronika, ze skrzyżowanymi nogami, spośród których widać było krótkie włoski między udami spała, zwrócona twarzą w jego stronę. Obserwował ją przez chwilę, uśmiechając się do siebie. Czuł niewypowiedzianą ulgę, radość i tony miłości, przelewające się we wnętrzu, a z drugiej strony strach i przerażenie tym, co robi i faktem, do czego może to doprowadzić.
Pocałował ją lekko w nos i pogłaskał po policzku.

– Mhmm – zamruczała i powoli otworzyła oczy. Zamknęła je i otworzyła ponownie. Bardzo szeroko, jakby była w głębokim szoku.
– O Boże! – Krzyknęła i nakryła się szybko kołdrą – Kim jesteś?! Co tu robisz?
W pierwszej chwili zaniemówił.
– Weronika, to ja, Krystian – rzucił szybko – nie poznajesz mnie?
– Oczywiście, że poznaję – Zaczęła rechotać – ale miałeś minę!
– Ja kiedyś cię za to ukarzę – Odetchnął głęboko – za te wszystkie wkręty, żarty i dowcipy. Dostanę przez ciebie zawału, cholero jedna.
– Pierdu, pierdu. – Wystawiła język i śmiała się dalej.
Opanuj się, kobieto! Masz prawie czterdzieści lat! Pierdu, pierdu? Naprawdę?
Spoważniała.
– No wiesz – dodała po chwili – dzisiaj w nocy wystarczająco mnie już chyba „ukarałeś”, hm? – Uśmiechnęła się prowokująco – Cztery orgazmy i godziny zabawy przy naszych dźwiękach dla sąsiadów z okolicznych lokali to chyba wystarczający dowód.
– No – Jego twarz miała nieodgadniony wyraz, ale zdradzały go oczy, z których biła męska duma. „Przeleciałem ją tak, że kiedy skończyłem, to sąsiad zapalił papierosa” – cicho nie byliśmy, to fakt. – Puścił do niej oko – Trzeba było tak nie krzyczeć podczas trzeciego orgazmu.
– Przestań! – Spąsowiała. – Zaraz spłonę. – Zakryła twarz poduszką, którą powoli z niej zdjął. Kręcące się włosy opadały na jej twarz, a szare oczy błyszczały jak w świetle latarni.
– Boże, jesteś taka piękna. – Wpatrywał się w nią, od kiedy się obudziła. – W ogóle nie zmieniłaś się przez te dziesięć lat. Gdzie ja miałem wtedy mózg?
– Gdzie my oboje mieliśmy mózgi? – Poprawiła go, przesuwając palcami po szorstkim od zarostu policzku – A co do mojej urody, to jestem zwykłą kobietą, nie mam urody modelki i figury Chodakowskiej. Przecież dobrze mnie znasz. Poza tym robią mi się już zmarszczki i nie mam na sobie makijażu.
– Czytałem ostatnio pewną książkę i znalazłem tam coś, co odnosi się idealnie do ciebie – Uniosła pytająco brwi. – Cytat brzmi coś jak „kobieta najpiękniej wygląda w makijażu, który maluje na jej twarzy miłość".
Zamilkła, a w kącikach jej oczu zaczęły gromadzić się łzy, które powoli spłynęły po skórze w dół.
– Boże, jaki ty jesteś romantyczny – szepnęła – czasem, kiedy coś powiesz, odbiera mi mowę. Za to cię kocham – Wsunęła mu palce we włosy. – Bardzo mi tego brakowało przez te lata. Nigdy o tobie nie zapomniałam – Pocałowała go lekko. – Kocham cię, Krystian. Obojętne, co się z nami wydarzy i czy będziemy razem, zawsze będę cię kochała. Jesteś mężczyzną mojego życia, a rozstanie dziesięć lat temu było błędem. – Uniosła się na łokciu i wytarła łzy dłonią.
– Ćśś, nic więcej nie mów – Zasłonił jej usta ręką i powoli ułożył się na niej, między udami. Od razu poczuła, że jest gotowy, mimo że była „tam” już nieco obolała, na myśl o nim we wnętrzu szybko stała się wilgotna i chętna do przyjęcia go w sobie.
– Tylko powoli – szepnęła, patrząc mu w oczy – Nie oszczędzałeś mnie i trochę boli.
– Boli cię cipka, kochanie? – odparł, jednocześnie zagłębiając się w niej do końca główki. Zadrżała i jęknęła krótko – Może znajdę dla niej jakieś panaceum... – Pchnął powoli dalej, na co oboje zareagowali długim i urywanym krzykiem.
– Chcę, żebyś się we mnie rozlał, Krystian – Przyciągnęła go do siebie, oplotła udami i pocałowała głęboko – zostawił we mnie swoje nasienie. Spuść się we mnie, Kryniu! – Jęknął i przyspieszył gwałtownie, słysząc jej słowa. Wsunęła palce we włosy z tyłu jego głowy, przyciągnęła do siebie i zaczęła ponownie całować. Mimo że wypompował się dwoma orgazmami w nocy, czuł, że trzeci przyjdzie szybko. Nie będzie tak obfity, jak dwa poprzednie, ale spełni jej życzenie i zostawi w niej swój życiodajny płyn.

– O Bożeee! – Krzyknęła, wbijając mu po raz kolejny paznokcie w plecy – Dochodzę! Kończ, Kryniu! – Błagała go w spazmach. Krystian nabijał ją na siebie wściekle, po czym zadrżał i rzężąc, rozlał się w niej ciepłą spermą, poruszając powoli wiotczejącym członkiem i gasząc głębokimi pocałunkami jej zwalniający po orgazmie oddech.

– Ale jestem zerżnięta – wymruczała, tuląc się do jego ramienia. – Było mi tak wspaniale – Uniosła się na ramieniu i delikatnie pocałowała go w usta – Muszę iść. I tak będę musiała się tłumaczyć.
– Co mu powiesz? – W spojrzeniu Krystiana czaił się niepokój i troska.
– Coś wymyślę, nie przejmuj się tym. – Ubierając się odblokowała ekran smartfona. Jadąc do Krystiana, napisała mu SMS–a, że wróci rano, ale na kolejną wiadomość już nie odpowiedziała, a teraz zastała pięć nieodebranych połączeń i kilka wiadomości.
– Kiedy się zobaczymy?
– Nie wiem, napiszę ci, dobrze? Zbliżają się święta i pewnie będzie chciał jechać do rodziny – Krystian wyczuł niechęć w jej głosie. – Muszę uciekać. – Nagi wstał i objął ją. Drgnęła, jakby był obcym człowiekiem, ale po chwili rozluźniła się i patrząc mu w twarz, pocałowała delikatnie.
– Masz takie dobre, łagodne oczy. – Uśmiechnęła się i pocałowała raz jeszcze. – Kocham cię. – Odwróciła się i nacisnęła klamkę.
– I ja ciebie kocham – powiedział po chwili na głos, nie będąc pewien, czy usłyszała go, wychodząc.
Wychodząc z klatki schodowej, wybrała jego numer. Cipka przyjemnie pulsowała ciepłem i bólem, przypominając o nachalnych i wdzierających się w nią palcach, ustach i członku. Zresztą do tej pory miała w sobie jego nasienie. Nie poszła pod prysznic po tym, jak kochali się po raz ostatni.
Zanim smartfon zaczął dzwonić, zmieniła zdanie i postanowiła zatelefonować do wspólniczki.
– Gdzie ty jesteś? – Beata odebrała po jednym sygnale.
– Słuchaj mnie, nie mamy czasu. – Przeszła od razu do rzeczy. – Po twoim pytaniu wnioskuję, że Rafał nie dzwonił do ciebie?
– Nie? – odpowiedział zdziwiony głos po drugiej stronie.
– To dobrze – odetchnęła z ulgą – jakby coś, to zapiłyśmy i spałam w twoim mieszkaniu, okej?
Zaległa cisza.
– W co ty mnie pakujesz, co?
– Nie pytaj, proszę. Zrób to dla mnie. – Odpaliła silnik i ruszyła z piskiem opon. – Będę za kwadrans w biurze.

– Co się dzieje? – Jak tylko usłyszała kroki Weroniki, Beata zerwała się zza biurka. – O kurwa – Kiedy zobaczyła sukienkę, twarz z rozmazanym makijażem i włosy w nieładzie wszystko zaczęło do siebie pasować. – Ile lat się znamy? Piętnaście?
– Coś koło tego.
– Z kim się pieprzyłaś? Chcesz, żebym okłamywała twojego męża? Co ty robisz? Kto to? – Pytania padały z częstotliwością karabinu maszynowego.
Weronika wpatrywała się w nią bez słowa.
– Zamierzasz mi powiedzieć?
– To Krystian. – Słowa zawisły w powietrzu niczym burza gradowa.
– Krystian? TEN Krystian?! O ja pierdolę... – Beacie opadła szczęka. – Czy ciebie całkowicie pojebało? Możesz mieć większość facetów w tym mieście, wyglądasz jak milion dolców, masz kasę i styl, potrafisz się zachować jak królowa, mężczyźni zaczepiają cię na ulicy, co mnie zdarza się od wielkiego dzwonu, mimo że nie narzekam na urodę. A ty pieprzysz się ze swoim eks, po rozstaniu z którym prawie wpadłaś w depresję? Już nie pamiętasz, jak przeżywałaś to, że odszedł? Przecież masz męża i córkę! – Wspólniczka coraz bardziej podnosiła głos. – On ma żonę?
– Ma. I syna, siedmioletniego.
– Kurwa mać, kobieto, czy ty myślisz?! – Wściekła Beata stała nad nią niczym belfer nad nieukiem.
Weronika patrzyła na nią bez słowa.
– No co się tak patrzysz?
– Dobrze wiesz, co przeżywam w małżeństwie. – Łzy zaczęły płynąć po twarzy Moczulskiej. – Rafał jest straszny, w ogóle na mnie nie zwraca uwagi. Nie jestem mu do niczego potrzebna poza pieprzeniem.
– A Krystian to cholerny rycerz na białym koniu, który uratuje cię od złego króla, co?! – Szydziła z niej Krysińska. – Jezu – Złapała się za głowę – to jakiś obłęd!
– Spotkałam Krystiana tydzień temu w Reducie, przez czysty przypadek. – Oczy Weroniki spoczęły na zdjęciu córki, stojącym na biurku – Nie chciałam go, chciałam, żeby dał mi spokój, ale to – Zaczęła płakać – to jest silniejsze ode mnie. Napisał do mnie raz, drugi, trzeci. W międzyczasie Rafał dołożył mi kilka razy do pieca, później ja do niego, czyli do Krystiana napisałam, mimo iż nie powinnam. Aż w końcu metodą kropli, drążącej skałę złamał mój opór. – zamilkła na chwilę – Nie myśl sobie, że to chwilowa słabość. Ja wciąż go kocham, a on mnie. – urwała i wydmuchała nos – Próbowałam to zakończyć, naprawdę. On momentami naciskał, ale nie był nachalny. W końcu zgodziłam się z nim spotkać – Odważyła się spojrzeć wspólniczce w oczy – i wczoraj poszłam z nim do łóżka.
Beata usiadła za swoim biurkiem i oczekiwała na ciąg dalszy.
– Nie wiem, co robić. Mam ułożone życie, ale nie jestem szczęśliwa. Mam świadomość, że robię coś społecznie nieakceptowanego, coś strasznego, co krzywdzi moich bliskich. Z drugiej strony wiem, że to może być ostatnia szansa na zmianę i jeśli nie spróbuję, to zostanę z Rafałem do końca życia. Wierz mi, że bardzo dużo myślałam o nim, o naszym małżeństwie przez ostatnie miesiące i – Nabrała głęboko powietrza – uważam, że powinnam się z nim rozwieźć.
– Proszę cię tylko o jedno. – Ton Beaty złagodniał, zresztą przyjaciółka była w miarę zorientowana w sytuacji Moczulskiej. – Nie rób nic głupiego, bo wrócił Krawczyk i zawrócił ci w głowie. A jego małżeństwo?
– Jest w trakcie sprawy rozwodowej, był w podobnej sytuacji, żona też go nie zauważała.
– I?
– Nie chcę o tym mówić, to jego sprawa. Ja muszę zająć się swoim. Poza tym – Zadrżała na myśl o tym wspomnieniu – jakiś czas temu – Patrzyła bez wyrazu w ścianę – Rafał mnie zgwałcił.
– Co?! – Beata nie do końca zrozumiała, o czym mówi Weronika.
– Może to nie końca był gwałt, ale przeleciał mnie wbrew mojej woli, a wcześniej unieruchomił.
– No wiesz, jeden z moich poprzednich facetów też mi robił takie niespodzianki, na przykład związał mi ręce i nogi kablem od drukarki, a potem lizał przez dobrą godzinę tak, że prawie mdlałam od orgazmów.
– Ale rozmawialiście o tym wcześniej, prawda?
– No, tak.
– I zgodziłaś się na to, kiedy on to zaproponował, albo sama wyszłaś z inicjatywą?
– Noo, tak... – Lekkie zmieszanie przebiegło przez twarz koleżanki.
– Widzisz, a on ze mną nie rozmawiał. Tylko zrobił coś, na co nie wyraziłam zgody. Mimo protestów.
– Weronika, co on ci zrobił?
– Nie chcę o tym mówić.
– Skrzywdził cię?
– Nie. To znaczy, sama nie wiem. – Ponownie się rozpłakała.
– Powiedz mi, komuś innemu byś nie powiedziała, ale mnie możesz zaufać. – Krysińska podeszła do niej, objęła ramieniem i przytuliła. – Kochana, powiedz mi.
– Przykuł mnie kajdankami do uchwytów kuchennych szafek i zerżnął w tyłek.
– O kurwa... – Beacie opadła szczęka. – O ja pierdolę. Nie zważając na to, że protestujesz?
– Tak, nie chcę wdawać się w szczegóły, ale wyszło na to, jakbym ja sprowokowała jego do takiego gestu i jeszcze mi się podobało.
Pytające zdziwienie w oczach Beaty wystarczyło za komentarz.
– Od tej pory nie pozwoliłam mu się dotknąć.
– Kiedy to było?
– Trzy dni temu. Tyłek cały czas mnie boli.
– Boże, byłaś na policji?
– I co im powiem? Że mąż przeleciał mnie w tyłek, bez mojej zgody? Przecież dziewięciu na dziesięciu gliniarzy, zamiast go ukarać jeszcze przybije mu piątkę i pogratuluje kreatywności.

– Gówno! Idź na policję, idiotko!

– Nigdzie nie idę, chcę mieć spokój, a nie wojnę!
– Jak chcesz – Beata uznała, że wystarczająco wtrąciła się w nie swoje sprawy – tylko zadzwoń do tego dupka, bo jest gotów przyjechać tutaj, a jeśli zobaczy cię w takim stanie, szybko domyśli się prawdy. Później ogarnij się trochę, zmień ciuchy na jakieś biurowe, są chyba jeszcze w twojej szafie i jedź do domu przekimać się, bo wyglądasz jak zombie po gangbangu. – Krysińska zaśmiała się z własnego dowcipu. – Jaki był?
– Krystian? Wspaniały. – Szare oczy Moczulskiej pokryły się mgiełką przyjemności na wspomnienie miłosnych uniesień sprzed kilku godzin. – Tak dobry, jak wtedy, kiedy z nim jeszcze byłam, a jednocześnie bardziej doświadczony, czuły i męski. Znowu robię się mokra, kiedy o nim myślę.
– Zazdroszczę. Jurek wyjechał wczoraj w delegację na tydzień i jedyne, co mi pozostało to gumowy przyjaciel, którego używałam w czasach studenckich i pęto kiełbasy, żeby mieć co potrzymać w ustach w chwili słabości. – Weronika parsknęła i zbliżyła się do Beaty.
– Dziękuję ci – Objęła ją i pocałowała w policzek. – I kocham cię.
– Ja ciebie też kocham, ale musisz uważać na swoją dupę, bo nie zawsze będę w pobliżu, żeby o nią zadbać. – W głosie Krysińskiej pobrzmiewała troska. – Idź i zadzwoń do tego osła. I bądź ostrożna, twój mąż to nie jest do końca normalny człowiek. Jestem więcej, niż pewna, że jest gotowy do agresji fizycznej.
– Krystian ma brązowy pas w karate.
– Nie o Krawczyku myślę, a o tobie, głupia pipko – zgromiła ją.
– Sądzisz, że – Weronika otworzyła szeroko usta i zakryła je dłonią – uderzyłby mnie albo skrzywdził?
– Tak, sądzę, że jest do tego zdolny, a kiedy dowiedziałby się o tobie i Krawczyku – Popatrzyła na nią przeciągle – mógłby być zdolny do najgorszych czynów, a za przykład masz jego zachowanie sprzed kilku dni. Wolałabym, żebyś się o tym nie przekonała.
– Boże – Moczulska zrobiła się blada – może masz rację? Sama już nie wiem. Wiem jedno, że tym razem muszę być naprawdę ostrożna, tym bardziej że mam córkę.
– Idź już do niego zadzwoń! – ponagliła ją Beata.

– Rafał? – Odebrał telefon po trzech sygnałach. – Przepraszam, Jurek Beaty wyjechał w delegację, miałyśmy sporo pracy i zostałyśmy dłużej w biurze, a później samo się potoczyło – Słuchał, nie komentując. – Urwał mi się film, obudziłam się kwadrans temu. Ogarnę się trochę i niedługo jestem w domu.
– Rafał? – Po drugiej stronie słuchawki nadal panowała cisza. – Jesteś tam?
– Za ile będziesz? – odezwał się w końcu.  Brzmiał, jakby obwieszczał śmierć kogoś bliskiego.
– Wezmę prysznic, ogarnę się trochę i przyjadę, do czterdziestu minut.
Rozłączył się bez słowa. Miała nadzieję, że zabrzmiała, jakby miała potężnego kaca. Przynajmniej za taką chciała uchodzić.
W sumie ma prawo być wściekły, ale jest tak cholernym hipokrytą. – Rozbierając się w łazience, zastanawiała się nad jego zachowaniem – jak on się spóźniał i wracał o dziwnych godzinach, to zawsze miał wytłumaczenie i oczekiwał, że przyjmę to na miękko. A mnie się raz zdarzyło i od razu jest śmiertelna obraza. Co za... – Zmełła przekleństwo w ustach i weszła pod prysznic.
Pół godziny później jechała powoli do domu taksówką, uśmiechając się na wspomnienie zdarzeń z ostatniej nocy. Chwilę wcześniej dostała wiadomość od Krystiana, w której napisane było jedno zdanie. Zdanie, które wywołało wrzenie jej wnętrza i chęć powrotu do małego mieszkania, które wynajmował.
„Znowu mi stoi i mam na Ciebie ochotę".
Szkoda, że nie wysłał zdjęcia – Zaśmiała się w duchu. – Mogłabym zrobić sobie dobrze podczas jazdy.

Aura zmieniła się w stosunku do ostatnich dni, świeciło słońce i robiło się coraz cieplej, ewidentnie wiosna wzięła się ostro do roboty, mimo to jej nastrój był pełen niepokoju i... strachu? Tak, bała się wrócić do domu. Oczywiście Rafał nie miał żadnych podstaw, żeby podejrzewać ją o to, co zrobiła, ale mimo wszystko instynktownie chciała uniknąć konfrontacji z nim.
Wiedziała, że to jest niemożliwe.
No, chyba że mu powie, że chce rozwodu, ale czy jest na to gotowa? Zamierzała wszystko przygotować, być pewna, że Krystian tym razem nie zawiedzie, a poinformowanie męża w obecnej chwili o chęci zakończenia z nim związku było wskoczeniem do basenu bez sprawdzania, czy jest w nim woda.

Przed wejściem do klatki schodowej wyciągnęła butelkę Whisky, zabraną z biura, wzięła kilka łyków, krzywiąc się i walcząc z wymiotami.

– O Boże, ale niedobre – Wzdrygnęła się i po wrzuceniu prawie pełnej butelki do kosza na śmieci wsiadła do windy. Obawiała się rozmowy z Rafałem, pytań i podejrzeń. Nie był o nią specjalnie zazdrosny, a przynajmniej nie okazywał tego do tej pory w jakiś znaczący sposób, ale z drugiej strony ostatnio w złości wspomniał o Krystianie, więc pamięta o nim i…
Gdyby się o nas dowiedział – Przypomniała sobie słowa Beaty i zadrżała – Działałby jak rozjuszony byk. Wolę nie myśleć, co stałoby się z nami wszystkimi.

– Gdzie jesteś? – zawołała tuż po naciśnięciu klamki drzwi wejściowych, były otwarte. Odpowiedziała jej cisza. – Rafał?
– A ty gdzie byłaś? – Aż podskoczyła, gdy usłyszała jego głos tuż za plecami.
– Jak to gdzie? – Odwróciła się i spojrzała mu w oczy. – Mówiłam ci, że zostałam w pracy z Beatą, posiedziałyśmy trochę dłużej i wypiłyśmy za dużo. – Miała nadzieję, że brzmi przekonująco, a jej zmęczone oczy w wyniku nieprzespanej nocy będą świadczyć na jej korzyść.
– I ja mam w to uwierzyć? – Nieco zbity z tropu, ale w dalszym ciągu węszący, niczym pies myśliwski spoglądał na nią podejrzliwie.
– Nie wiem, co uroiłeś sobie w głowie, ale nie zamierzam koloryzować i mówię jak było. – Podkreśliła dobitnie, wpatrując się przez chwilę w jego twarz. – Mogę się rozebrać?
– Tak, przepraszam – odparł zamyślonym głosem. – Niby wziąłem na dzisiaj urlop, ale skoro wróciłaś do domu, to może pojadę do pracy? – Zaskoczył ją szybką zmianą tematu.
– W sumie – Zdejmując płaszcz, gorączkowo główkowała nad odpowiedzią – jedź – doszła do wniosku, że to dobry pomysł. – Jedź, tylko wróć o rozsądnej porze. Odbiorę Asię i będę wieczorem musiała jeszcze pojechać do klienta, a później do biura.
– Doprowadź się do porządku, wyglądasz koszmarnie – Jego głos brzmiał już normalnie – może wyjdziemy gdzieś w weekend, we dwójkę? – Zapytał z głupia frant.
– Czemu nie? – Rzuciła w neutralny sposób, zastanawiając się, dlaczego akurat teraz to zaproponował. Nie był zbyt chętny do zapraszania jej na randki, na palcach jednej (no dobra, dwóch) rąk mogłaby policzyć, ile razy wyszli gdzieś razem w czasach małżeństwa. – Porozmawiamy na ten temat bliżej weekendu, dobrze? – Zzuła buty, cmoknęła go w policzek. – Idę pod prysznic, a później zdrzemnę się trochę.
Stał jeszcze przez chwilę w przedpokoju, wpatrując się w drzwi od toalety, za którymi zniknęła, po czym cicho wyszedł na korytarz i zniknął.

Kiedy usłyszała pstryknięcie klamki, odczekała jeszcze minutę, zabezpieczając się przed jego powrotem, po czym szybkim krokiem wróciła do przedpokoju, wyjęła smartfona z torebki i zaczęła pisać.

„Od tej pory nie dzwoń do mnie, jeśli Ci nie napiszę, że możesz. Pisz mi codziennie rano swój rozkład dnia, tak jak ja będę pisać Tobie z zaznaczeniem, że w określonych godzinach nie będę mogła rozmawiać. Jakoś przekonał się do moich tłumaczeń, ale przez kilka dni będę na świeczniku, a nie chcę wpaść, bo jeśli mamy być razem, to muszę wyplątać się z mojego małżeństwa w miarę bezboleśnie, a co najważniejsze, bez długotrwałej walki rozwodowej przed sądem. A warunkiem tego jest zachowanie Twojej osoby w tajemnicy”
Wcisnęła "wyślij" i z niepokojem czekała na odpowiedź. Kiedy ta nie nadchodziła, położyła się w salonie na kanapie, przykryła kocem i ponownie sprawdziła smartfona. Nie odczytał jej wiadomości, najwidoczniej był zajęty w pracy.
„Zdrzemnę się trochę, dopóki Ci nie napiszę, jestem dostępna”.
„Kocham Cię” – dodała po chwili zawahania, po czym uśmiechając się lekko, zablokowała ekran i dwie minuty później spała.

Przeczytał wiadomość od niej godzinę później. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę nad tym, co napisała, po czym doszedł do wniosku, że to ma sens. On nie był zmuszony aż do takiej ostrożności mimo toczącej się sprawy rozwodowej, ale w jej przypadku jakiekolwiek podejrzenie (nie mówiąc o nakryciu ich na gorącym uczynku) groziło bardzo poważnymi konsekwencjami. Postanowił, że odda jej dowodzenie. Porywczość nakazywała mu jak najszybsze spotkanie się z nią, ale czuł podświadomie, że to nie on prowadzi i przez dość długi okres będzie musiał dostosowywać się do niej.

„Dobrze, w porządku. Masz rację. Ty ustalasz dni i godziny spotkań. Jeśli nie będę mógł się z Tobą zobaczyć, postaram się napisać jak najszybciej. Chciałbym jednak, żeby ten stan nie trwał nie wiadomo jak długo.
Po prostu jestem o Ciebie zazdrosny i nie zamierzam się więcej Tobą dzielić z kimkolwiek.
Nigdy”.
„I ja też Cię kocham”
– dopisał po przeczytaniu.

Obudził ją dzwonek do drzwi. Zerwała się nerwowo, zerkając na zegar. Było kwadrans po piętnastej.
Jasna cholera – Zmełła przekleństwo w ustach – miałam jechać po Asię. – Otworzyła drzwi i ujrzała w nich listonosza, który najwyraźniej nie spodziewając się nikogo w domu, kierował się w stronę kolejnych drzwi. Pospiesznie odebrała polecony, ubrała się i wybiegła z domu.

– O której będziesz? – Rafał odebrał po dwóch sygnałach.
– Około siedemnastej. – W tle słychać było hałas ulicy. – Jak się czujesz?
– Wszystko w porządku. – Zerknęła w lusterko wsteczne, wyglądała koszmarnie, ale nie zamierzała mu się do tego przyznać.
– Na pewno? – zapytał podejrzliwie – Nie brzmisz, jakby wszystko było „w porządku”. – Podkreślił dwa ostatnie słowa.
– Wszystko jest okej – zbyła go, może odrobinę zbyt ostro, ale nie miała ochoty na cackanie się z jego detektywistycznymi zapędami. – Muszę kończyć, dojeżdżam do szkoły. Cześć. – Rozłączyła się bez oczekiwania na pożegnanie. Wybrała kolejny numer.
– O której będziesz w domu? – Krystian odebrał po jednym sygnale.
– A o której mam być?
– Około między dziewiętnastą a dwudziestą.
– Dobrze. – Wydawał się zadowolony. – Wszystko w porządku?
– Tak, tylko spieszę się, bo zaspałam po córkę do szkoły. – Niewiele z tego rozumiał, ale doszedł do wniosku, że zapyta później. Jeśli nie zapomni – Muszę kończyć, pa. – Z nim również rozłączyła się bez oczekiwania na pożegnanie.
– Nie mam czasu na czułości i pieszczoty – wyszeptała, parkując pod szkołą – na to będzie pora później.

Wracając do domu, złapała się na tym, że w ogóle nie słuchała tego, co mówiła do niej córka. Jej myśli krążyły wokół Krystiana, uczuć do niego, niechęci do Rafała, która wybuchła w jej wnętrzu przy jednocześnie rosnącym poczuciu winy.
Tak, czuła się winna zdrady, jednocześnie wiedząc, że nie do końca wszystko jest czarno-białe, tak jak osoba postronna mogłaby to postrzegać z boku.
– Mamo! – Dobiegł ją głos z tylnego siedzenia – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
– Przepraszam, córeczko. – Zaczerwieniła się. – Jestem zmęczona po pracy, a jeszcze muszę wieczorem pojechać do pracy.
– Miałaś mi pomóc z lekcjami!
– Tata ci pomoże, ja niestety muszę wyjść.
Niestety, hipokrytko! – Zgromiła się w myślach – Powiedz sobie wprost, że idziesz się pieprzyć z kochankiem.
W domu nie mogła sobie znaleźć miejsca. Miała nieprzepartą ochotę uciec stamtąd, żeby nie patrzeć córce i Rafałowi w oczy, a z drugiej strony dostawała napadów chęci napisania do Krawczyka, że to koniec. Kiedy dwa razy zbierała się w sobie, żeby to zrobić i włączała Messengera, po chwili uświadamiała sobie, że to niemożliwe, że jeśli JEGO nie będzie, to pustka w jej wnętrzu stanie się tak ogromna, iż nie będzie w stanie jej zasypać. Że ogarnie ją czerń, beznadzieja i bezsens życia. Toczyła ze sobą ten nierówny bój do momentu, kiedy na zegarze ściennym nie wybiła dziewiętnasta.
– Czy ty czasem nie miałaś jechać do klienta? – Rafał wynurzył się z pokoju małej.
– Miałam, zaraz się zbieram – odparła z widoczną niechęcią.
– A musisz jechać dzisiaj? – Pytanie było zadane bardzo niewinnym tonem, ale wyraz jego oczu wskazywał, że bardzo uważnie obserwuje jej reakcję, co nie uszło uwadze Weroniki.
– No muszę, to duże zlecenie, a klientowi zależało na tym, żeby spotkać się jak najszybciej. – Kłamstwo przeszło jej przez usta gładko, jakby robiła to co chwila.
I wsadzić w ciebie kutasa, dziwko. – Rozległ się głos w myślach, tak sugestywny i wyraźny, że odruchowo obejrzała się za siebie.
– Coś się stało? Jesteś jakaś inna dzisiaj. – Podszedł do niej i przytulił ją. Nie odsunęła się, ale też nie wykonała ruchu w jego kierunku.
– Wszystko jest w porządku, chciałabym dokończyć ubieranie się. – Spojrzała na niego. Wpatrywał się chwilę w jej oczy, po czym odwrócił się i zniknął w pokoju córki.

– No co tam? – Beata odebrała po drugim sygnale.
– Jakby coś to jestem na kolacji u klienta. – Weronika bębniła w kierownicę palcami, stojąc w korku.
– Uważaj na siebie – W głosie przyjaciółki wybrzmiewał niepokój. – Jak on się zachowywał?
– Byłam zdziwiona, że przyjął to tak łatwo, z drugiej strony nie miał podstaw, żeby mi nie wierzyć. – Skręciła w boczną uliczkę.
– Mówiłaś mu, kiedy wrócisz?
– Nie, jakby do ciebie dzwonił to mów, że nie wiesz, gdzie jestem i ma dzwonić do mnie. Wiesz tylko, że poszłam na kolację z klientem, ale bez szczegółów, okej?
– W porządku. – W głosie Krysińskiej brzmiała nagana. – Skończ to jak najszybciej. Nie mówię o tym, co jest między tobą i Krystianem, a takim traktowaniu Rafała. Powiedz mu, że to koniec i już, ale go nie oszukuj.
– Postaram się – westchnęła ciężko – muszę kończyć, pa. – Zielona słuchawka na ekranie zakończyła połączenie.
Drzwi wejściowe od bloku były otwarte, wkroczyła w nie śmiało, czując narastającą ekscytację i ciepło, pulsujące na całym ciele. Poczucie winy mieszało się z radosnymi drganiami i narastającym podnieceniem, graniczącym z ekstatycznymi spazmami. Fala tych drugich uczuć w końcu zwyciężyła, a kiedy Weronika wysiadła z windy, była gotowa na przyjęcie go w sobie.
Z marszu.

Siedział spokojnie na kanapie w salonie, leniwie zmieniając kanały, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi. Myślał, że to ktoś z sąsiadów, dookoła mieszkało sporo starszych ludzi, którzy, kiedy zorientowali się, że na klatce pojawił się młody, sprawny mężczyzna wykorzystywali go do różnych, drobnych prac.
Nie oponował, wiedział, że kiedyś pewnie on sam będzie w podobnej sytuacji i może potrzebować pomocy.
Zerknął przez wizjer i ujrzał szybko oddychającą Weronikę, nerwowo patrzącą w jego oko. Kiedy zamknął za nią drzwi rzuciła się na niego jak wędrowiec, spragniony wody na pustyni. Nerwowo ściągała z siebie ciuchy, nie rozłączając z nim ust. Zaskoczony namiętnie oddawał pocałunki i kiedy została w samym biustonoszu i stringach dotknął koronkowej powierzchni między udami.
Poczuł ciepło i wilgoć.
– Jestem gotowa od chwili, kiedy wysiadłam z windy. – Niskim głosem szepnęła mu do ucha i złapała napiętego członka przez materiał bokserek – Weź mnie tutaj, w przedpokoju. – Odkleiła się od niego i usiadła na małej komodzie, zsuwając z siebie stringi i rozchylając szeroko nogi. On bez słowa stanął między jej udami, wycelował napięta, różową główkę w lśniące spomiędzy krótkich, czarnych włosków wargi i lekko wsunął.
Jęknęła cicho, wpatrując się błagalnie w jego czarne jak noc źrenice, jęknęła przeciągle po raz kolejny, kiedy długim, posuwistym pchnięciem dotarł do końca i bardzo wolnymi, pełnymi ruchami nabijał ją na siebie, opierając swoje czoło o jej czoło. Jej lewa dłoń spoczęła na jego szyi, a prawa przesuwała się po napiętym torsie.
– Szybciej, proszę – Urywanym głosem tchnęła pragnienie prosto w jego usta.
Gwałtownie przyspieszył, wbijając się w nią mocno i szybko.
Krzyknęła, zaskoczona ostrością penetracji. Brudne plasknięcia ich zderzających się ciał kontrastowały z urywanym, coraz szybszym oddechem Krystiana i głośnymi jękami Weroniki. Kiedy wbijał się w nią naprawdę szybko, podniósł biustonosz i nakrył dłońmi piersi.
– Teraz, nie przestawaj, błagam! – Wyjęczała i zacisnęła mocno uda, szczytując w spazmatycznych rwaniach całego ciała. Nie zauważyła, a on nie poczuł wbitych mocno paznokci w jego szyję, zwłaszcza że chwilę później ugryzł ją w ramię, krzyknął i wystrzelił do wnętrza.
Poruszał się jeszcze chwilę, aż dopchnął członka do końca i znieruchomiał.
– O Boże. – Łapała powietrze, próbując uspokoić oddech – Zaraz zsunę się na podłogę i nie wstanę – Spojrzała mu w oczy. On też patrzył na nią, ale nic nie mówił, uśmiechając się lekko.
– Cały dzień miałem na ciebie ochotę. – Pocałował ją delikatnie w usta.
– Ja na ciebie też. – Zamruczała, przesuwając paznokciami po jego torsie. – Chodź, położymy się do łóżka, muszę chwilę odsapnąć, zanim znowu się tobą zajmę. – Mrugnęła okiem.
– Potrzebujesz się wytrzeć?– Wysunął się z niej powoli, a śladem członka podążyła stygnąca sperma.
– Nie. – Włożyła w siebie palec, po czym wysunęła go i rozmazała nasienie na wargach sromowych, brzuchu i wnętrzu ud. Patrzył na nią lekko zdziwiony, skwitowała to wzruszeniem ramion i komentarzem, że szkoda byłoby zmarnować tyle towaru.

Leżeli nadzy na kanapie w salonie, nic nie mówiąc, dotykając się wzajemnie i badając swoje ciała. Odkrywali się wzajemnie na nowo, jednocześnie pamiętając, że Krystian miał pieprzyk na łopatce, a Weronika bliznę pod żebrami z lewej strony (zachichotała, kiedy dotknął ją w tym miejscu). Zaczęli się wzajemnie łaskotać, kiedy nachylona nieco nad jego brzuchem spostrzegła, że członek uniósł się i jest w lekkim wzwodzie. Niespodziewanie dla niego (i dla samej siebie również) nie zastanawiając się, wsadziła go sobie płynnym ruchem do ust.
– Och, Wera. – Zaskoczony westchnął i zamknął oczy. Przez chwilę poruszała głową, dociskając główkę coraz mocniej do podniebienia, po czym wysunęła go powoli z ust z głośnym mlaśnięciem i spojrzała mu prowokująco w oczy.
– Jak ty mnie podniecasz. – Przeszły ją ciarki, kiedy to usłyszała. Wysunęła koniuszek języka i zerkając na niego kątem oka, sunęła po trzonie, w górę, do całkowicie już napiętej główki, po czym objęła ją powoli wargami, wsunęła głębiej do ust i przełożyła nogę nad jego torsem.
Szybko oddychający Krystian miał teraz przed sobą jej świątynię. Pachnącą orgazmem, jego spermą, nabrzmiałą, ponownie mokrą z podniecenia. Nie chciał być dłużny Weronice, która pracowicie i cierpliwie obrabiała jego lancę, przejechał całą powierzchnią języka po płatkach, od góry do dołu. Zadrżała i jęknęła krótko, nie przerywając poruszania głową. Kiedy przejechał językiem po raz kolejny, zagłębiając się między wargi i wsuwając dużo głębiej, wypuściła kutasa z ust i krzyknęła.
Ciekawe, czy wciąż pamiętam, gdzie on jest – Wpadło mu do głowy, gdy złożył palce wskazujące i kciuki obu rąk w mały kwadrat, rozsunął nimi klejące się do siebie płatki (miał utrudnione zadanie, bo pupa i cipka Weroniki poruszały się w rytm tego, jak mu obciągała), po czym czubkiem języka wyczuł najbardziej wrażliwe miejsce między jej udami i zaatakował.
– Och, tak! – Przyjemność była tak obezwładniająca, że bezwiednie wypuściła członka z ust i zaczęła poruszać biodrami, trąc łechtaczką o jego język – Jeszcze, kochanie, liż mnie! – Błagalnie wydawała z siebie z coraz większym trudem kolejne słowa. Kiedy ponownie poczuł jej zaciśnięte usta na główce, przyspieszył i docisnął język. Pisnęła i dopchnęła go do samego końca, krztusząc się i kaszląc, po czym wyjęła go spomiędzy warg i zaczęła szybko masturbować, kładąc głowę opartą na boku, tuż obok sterczącej lancy.
Krystian chwycił nabrzmiały guziczek wargami i w tym samym momencie doszła. Bezgłośnie, drżąc, zaciskając uda, usta. Gdyby widział jej twarz, zdałby sobie sprawę, jak ogromną rozkosz i przyjemność przeżywała, ciało wyginało się w bezwiednych spazmach i kiedy wydawało się, że powoli dochodzi do siebie, on również osiągnął szczyt. Kilka ładunków spermy wystrzeliło do góry i opadając wylądowało na jej policzkach, czole i włosach. Błyskawicznie włożyła dłoń między uda i poruszając bardzo szybko dwoma palcami, doprowadziła się sama do kolejnego orgazmu. Poruszała jeszcze przez chwilę palcami po lśniących od śluzu i jego śliny płatkach, po czym wysunęła je, odwróciła się i opadła na jego tors.

– Wiesz, zastanawiam się – Spojrzała na niego pytająco – nie widzieliśmy się dziesięć lat. Teoretycznie znamy się, swoje zachowania w łóżku, ale dziesięć lat to bardzo długo. A ja dzisiaj – zawahał się na chwilę – i wczoraj w sumie też miałem wrażenie, jakby tych dziesięciu lat nie było. – W jej oczach zapaliło się zdziwienie, ale po chwili zrozumienie. A na koniec na twarzy zagościł rozwijający się uśmiech zadowolenia. – Wiesz, nie chodzi mi o to, że staram się malować trawnik na zielono i upiększać. Po prostu z jednej strony zaskoczyło mnie, że byliśmy oboje tak śmiali, a z drugiej cholernie mi się to podobało. – Uśmiechnął się do niej. – Połknęłaś moją spermę, to wyraz najwyższego zaufania wobec partnera.
– No... – Zaczerwieniła się mocno – tak, to fakt, ale ty też dałeś mi orgazm ustami, i to dwa razy – Pocałowała go lekko w nos, opierając ręce na jego torsie i patrząc mu w oczy – dlaczego miałabym być dłużna? Miałam na to ochotę, żeby znowu cię posmakować. Byłeś pyszny – Oblizała się prowokująco, na co przeszły go ciarki.
– Masz, ekhm.
– No co? Wiem, spermę na policzkach.
– Na włosach też.
– Masz takiego cela, Krawczyk, że nie potrafisz nawet porządnie chlapnąć kobiecie na twarz. – Wystawiła język.
– Zaraz ci przetrzepię tyłek, cholero. – Złapał ją za ręce, obrócił na brzuch i położył na niej całym ciężarem.
– Złaź – Stęknęła – Jesteś jeszcze cięższy niż kiedyś.
– Staram się, jak mogę – Zażartował, a ona zachichotała, odwróciła się i pocałowała go w usta. – Muszę iść. – Spochmurniała na widok jego spojrzenia – Nie patrz tak na mnie.
– Jak?
– Tak, jak teraz.
– Mam się cieszyć, że do niego wracasz?
– Przypominam, że to w dalszym ciągu mój mąż. – Pożałowała tych słów natychmiast po ich wypowiedzeniu.
– Mhm. – Nic więcej nie powiedział, ale jego wzrok wyrażał wszystko.
„Z nim też się dzisiaj prześpisz?”
– Posłuchaj – Zapięła biustonosz, klęknęła przed siedzącym na krześle Krystianem i wzięła jego twarz w obie dłonie – Muszę to załatwić w bez żadnych kwasów. Chcę od niego odejść do ciebie, ale dopóki się nie wyprowadzę, muszę być bardzo uważna, rozumiesz? – Patrzył na nią bez wyrazu – Kryniu, no proszę cię. Przecież sam przez to przechodzisz. Gdybyś mieszkał ze swoją żoną, to też byś bardziej uważał, prawda?
Skinął głową bez słowa.
– No właśnie – Kontynuowała, zakładając bluzkę – daj mi czas i zaufaj mi, proszę. – Spojrzała w lustro, nad lewym uchem widniał białawy, zasychający strumień nasienia. – Ja pierdolę, masz ręczniki papierowe? – Zarechotała.
– Mam. – Podreptał do kuchni.
– Masakra. – Doczyściła włosy i doprowadziła twarz do ładu. – Po poprzedniej nocy z tobą moja wspólniczka stwierdziła, że wyglądam jak zombie po gangbabgu. – Tym razem Krystian się zaśmiał.– Jak wyglądam dzisiaj?
– Jak moja Wera. – Podszedł do niej, wziął w ramiona i pocałował. Zapulsowała, ale tym razem udało jej się obronić.
– Naprawdę muszę uciekać, Kryniu. – Wciągnęła błyskawicznie buty i zarzuciła palto. – Jutro od ósmej rano jestem dostępna. Na razie nie pisz do mnie i na pewno nie dzwoń, chyba że sama się odezwę, okej? – Westchnął. – Nie wzdychaj, tyle czasu byliśmy daleko od siebie, to jeszcze trochę wytrzymamy. – Pocałowała go i wyszła szybko, zamykając drzwi.
Zaskoczony chciał przekręcić zasuwę. Drzwi ponownie otworzyły się, Weronika dopadła go, pocałowała mocno, rzuciła namiętne „kocham cię” i tym razem na dobre zniknęła.

Przez kolejne kilka dni nie widywał się z nią. Tłumaczyła, że ma sporo zajęć po pracy z dzieckiem, poza tym czas zajmowały jej ciągle kłótnie z Rafałem. W zasadzie nie kłótnie, a regularne wojny, w których bez znaczenia był już temat, jego geneza i rozwiązanie, a najważniejszym stało się dokopanie przeciwnikowi.
Z doświadczenia wiedział, że to w zasadzie koniec, jeśli któraś ze stron nie opamięta się, to taki związek nie ma większych szans na przetrwanie.
Zwierzała mu się z części z nich, wiedział, że to nie wszystko, że na pewno jest sporo tematów, o których mu nie mówi i o których absolutnie nie chciał słyszeć – on ze swojej strony podzielił się z nią kilkoma historiami o swoim małżeństwie.
Daria od czasu do czasu bombardowała go SMS-ami i telefonami, wypominając fakt, że zostawił ją samą z dzieckiem, ale po pewnym czasie jej zapał osłabł i czuł, że ona doszła do punktu, kiedy powiedziała „pas".

Czy to oznaczało, że naprawdę wszystko między nimi wygasło?
Według niego tak było.

W piątkowe popołudnie czekał już w zasadzie na koniec pracy, była czternasta, nudził się okrutnie i zastanawiał, co u niej słychać, kiedy niespodziewanie dostał wiadomość.

„Za kwadrans na parkingu supermarketu obok Twojej pracy".
„Mam przyjść czy przyjechać?”
„Przyjedź i napisz mi numer miejsca, znajdę Cię".


Zastanawiał się, co wydarzyło się, że tak nagle chciała się z nim spotkać i to w miejscu publicznym. Nie zamierzał się jednak zbytnio nad tym rozwodzić – skoro uznała, że jest bezpiecznie, to wiedział, że tak faktycznie jest. To ona ryzykowała więcej.

Krótko, konkretnie i lakonicznie. Widocznie nie miała czasu na bardziej rozbudowane dialogi.

Prawie pół godziny później nerwowo bębnił palcami w kierownicę, zastanawiając się, gdzie ona jest. Sięgnął po telefon i w tej samej chwili drzwi od strony pasażera otworzyły się, Weronika wsunęła się miękko na siedzenie, oplotła go ramionami i przytuliła.
– Tęskniłam. – Odsunęła się i spojrzała mu w oczy. – Ładnie pachniesz, dla kogo się tak stroisz, hę?
– Dla ciebie. – Uśmiechnął się zadowolony, że zauważyła.
– Jasne, przecież dwa kwadranse temu nie wiedziałeś, że się ze mną spotkasz. – Zrobiła udawaną, groźną minę.
– Chyba nie sądzisz, że przychodzę do pracy w dresie i gumowcach? – Zażartował.
– Nie, ale masz mi szybko powiedzieć, kto to jest? – Złapała go za krocze – Inaczej dokonam dekapitacji twoich klejnotów rodowych.
– To groźba karalna.
– Lepiej bój się o swoje jaja, a nie zastanawiaj się nad kodeksem karnym. – Zaśmiała się i urwała z pół lekko otwartymi ustami i wypisanym na twarzy „och". Poczuła, jak stwardniał pod materiałem dżinsów.
– Czuję, że w ogóle się nie przestraszyłeś. – Zniżyła głos. – Nic, a nic. – Zaczęła masować go przez materiał spodni.
– Dookoła chodzą ludzie, zgarną nas za seks w miejscu publicznym – powiedział drżącym głosem i sięgnął pod jej sukienkę.
– Mam okres – Złapała go za dłoń i przytrzymała. – Poczekaj chwilę – Zajrzała do torebki. Krystian, jak większość facetów uważał kobiece torebki za siedlisko chaosu i jedyną, słuszną metodą na znalezienie tam czegokolwiek było dla niego odwrócenie jej do góry nogami i wywalenie zawartości na powierzchnię płaską, a potem zabawienie się w odkrywcę. – Mam! – W jej głosie pobrzmiewał triumf. – Rozłóż to na kolanach, aż do brzucha. – Podała mu czarną, nieprzezroczystą chustę. Całe szczęście jeździł SUV–em, więc kabina kierowcy była nieco wyżej, ale i tak istniało ryzyko, że ktoś ich zauważy.
– I jeszcze ściągnij spodnie i bokserki.
– Niby jak mam to zrobić? – Spojrzał na nią, wpatrywała się w niego wyczekująco – No okej, okej.
– Ja pierdolę, Krawczyk. Chcę zrobić ci loda, a ty zachowujesz się, jakbym kazała ci sprzątać Toi-toia po koncercie Motorhead. Mam przestać?
– Motorhead nie istnieją. – Mocował się z guzikiem.
– Wychodzę. – Chwyciła za klamkę.
– Nie – rzucił szybko i obnażył napiętego członka. – już się zamykam.
– Tak myślałam – odparła z przekąsem i oblizała wargi. – Zwilżę go trochę – Nachyliła się, podniosła chustę i przejechała językiem po różowej, twardej główce, po czym powoli wsunęła sobie ją w usta. Jego oddech przyspieszył i stał się nerwowy. Czuł, jak go oplata, coraz głębiej i miękką, jej śliską i miękką obejmę.
– Na razie wystarczy. – Niespodziewanie uniosła się, usiadła obok, chwyciła członek dłonią i zaczęła poruszać w górę i w dół. – To co tam w pracy? – zapytała z głupia frant, nie przerywając powolnych pieszczot.
– W pracy? – jęknął, wpatrując się w nią błagalnie. – Cudownie.
– Nie pytałam się, jak czujesz się teraz, tylko jak w pracy. – Przyspieszyła, patrząc mu prowokacyjnie w twarz. – Masz dużo obowiązków?
– Tak, mam dużo – urwał, zamknął oczy i szepnął „o tak”. – Baaardzo dużoooooch. – Zadrżał. Schyliła się i niespodziewanie wsadziła go gwałtownie po same kule w usta, po czym wysunęła powoli, ociekającego śliną, usiadła i wróciła do pieszczot.
– Ale twardy – szepnęła. Czuła, że Krystian zaraz strzeli. – Twardy i śliski. Chętnie bym go teraz wsunęła do cipki, żebyś mnie zalał całą w środku.
– Zaraz skończę. – Zadrżały mu uda – O kurwa! – syknął – Ochroniarz idzie.
– Spokojnie, nie ruszaj się. – Weronika nie puściła członka, ale zatrzymała rękę.
– Dzień dobry – Około pięćdziesięcioletni facet podszedł do szyby. – Krzywo pan zaparkował i samochód po pańskiej lewej nie wjedzie, może pan się przesunąć?
– W zasadzie to zaraz odjeżdżam. – Głos zadrżał Krystianowi na ostatniej spółgłosce, czując rękę Weroniki, która wznowiła ruchy. Obejmowała go palcem wskazującym, złączonym z kciukiem w kształcie litery o.
– Dziękuję, zaraz będzie po piętnastej i zacznie brakować miejsca. – Ochroniarzowi włączył się gawędziarz, a ta cholera celowo go masturbowała. Miał tylko nadzieję, że zachował kamienną twarz i nie widać po nim, że jest bliski spuszczenia się na własne spodnie.
Jeszcze kilka ruchów i po prostu zwalę się na parkingu w centrum handlowym. – Dudniło mu w głowie.
– No to do widzenia.– Odruchowo zamknął oczy, czując narastający orgazm.
– Do widzenia. – Usłyszał jej głos i wyczuł, że pomachała cieciowi prawą ręką, jednocześnie pracując szybko lewą wzdłuż całej powierzchni jego kutasa. Kiedy strażnik odszedł, błyskawicznie nachyliła się, przesunęła chustę na bok i włożyła sobie penis w usta.
– O Boże!!! – Krystian odruchowo wcisnął przycisk zamykania okna, napiął się, wbił palce w jej kark, docisnął do krocza i eksplodował. Jęknęła przeciągle, zaciskając mocno wargi na nasadzie członka. Czekała, aż opróżni się do ostatniej kropelki, przesunęła jeszcze kilka razy dłonią w górę i dół po jego powierzchni, po czym uwolniła go, ciepłego, pachnącego orgazmem i mokrego od jej śliny i spermy.
Czekała chwilę, aż na nią spojrzy. Wreszcie, kiedy odwrócił wzrok, patrzyła na niego z niewinną miną i pełnymi ustami, w których kąciku błyszczało białawe nasienie. Odczekała kilka sekund i połknęła wszystko, co miała wewnątrz. Otworzył szeroko oczy.
– Czy ty...?
– Przecież robiłam to już wcześniej, nie wiem, czemu się dziwisz. – Zebrała palcem spermę z warg i oblizała. – Dobrze ci było, kochanie? – Uśmiechnęła się i pogładziła go po twarzy. Poczuł zapach własnego członka.
– Wspaniale. – Pocałował ją lekko – Czy – urwał, patrząc na nią – kiedy tu jechałaś, miałaś w planie to, co przed chwilą się wydarzyło?
– Coś ty, chciałam się z tobą zobaczyć, ale tak mnie podnieciłeś, że musiałam ci zrobić dobrze. – Uśmiechnęła się szeroko. – Szkoda, że mam okres, bo wystarczyłoby teraz kilka twoich ruchów palcem i doszłabym momentalnie. – Zaczerwieniła się lekko, zdziwiona własną szczerością.

Cholera, nie byłam taka wcześniej z nim, z Rafałem też nie.

– Dalej nosisz tampony? – Zdziwiona pytaniem skinęła głową.
– Tak, ale nie rób tego – zaoponowała, kiedy wsunął dłoń między uda.
– Ćśśś. – Pocałował ją lekko w usta i wsunął palec między płatki przez powierzchnię majtek. Ostatnio odświeżył sobie topografię tego miejsca i doskonale wiedział, gdzie znajduje się czubek łechtaczki. Wyczuł go opuszkiem palca i powolnym, okrężnym ruchem zaczął masować. Jęknęła przeciągle, wbiła paznokcie w dłoń i zaczęła szybko oddychać, pojękując błagalnie coraz głośniej.
– O Boże, ale zaraz mocno skończę!!! – Wysunęła lekko biodra do przodu. – Dochodzę! Tak, dochodzę! – Zagryzła wargi, starając się zachować neutralny wyraz twarzy i zaczęła spazmatycznie drżeć. Krystian bezlitośnie masował ją w jednostajnym, powolnym tempie, aż wreszcie zatrzymał się i słuchał jej uspokajającego się oddechu.
Oparła mu głowę na ramieniu i gładziła czule jego dłoń.
– Kocham cię. – Odwróciła głowę w jego stronę i pocałowała w policzek. W jej oczach płonęła miłość, zaspokojenie, strach i determinacja.
– Ja ciebie też kocham, Wera. – Oddał pocałunek, tym razem w usta. – Muszę wracać do pracy.
– Szkoda – Posmutniała jak dziecko – ale rozumiem to, ja też muszę. Mam zajęcia plastyczne z córką popołudniu.
– Kiedy się zobaczymy? – Uruchomił silnik, Weronika otworzyła drzwi.
– Odezwę się do ciebie, może w weekend, mój jeszcze mąż jedzie z kolegami na paintballa, zostaję z córką w domu.
– Rozumiem. – Zastanawiał się nad czymś chwilę. – Odzywaj się, jak tylko będziesz mogła.
– Robię to zawsze, kiedy tylko mam możliwość, uciekam. Pa.
– Cześć.– Zamknęła drzwi i ruszyła w stronę drugiej części parkingu. Nagle niespodziewanie odwróciła się, spojrzała na niego, uśmiechnęła się czule i puściła do niego buziaka w powietrzu. Zarechotał i ruszył w kierunku wyjazdu.

Zaparkował samochód pod domem. Miał świetny nastrój, niespodziany seks wpłynął na niego relaksująco, a weekend, mimo że bez niej zapowiadał się świetnie – syn spędzał go z matką, a on miał zamiar porządnie się wyspać, a później zrobić coś dla siebie.
Może pójść na mecz piłkarski? Koledzy z pracy wyciągali go kilka razy na Legię, futbolem zbytnio się nie interesował, ale frapowały go emocje przeżywane w trakcie widowiska piłkarskiego.
Tak, zdecydowanie pójdzie na mecz. Zwłaszcza, że pogoda zapowiada się na rewelacyjną.

Kliknął pilotem, zamknął samochód i ruszył w kierunku klatki schodowej. Nie usłyszał niczego podejrzanego, dopóki instynkt, który swego czasu mocno wyostrzony, a ostatnio nieco uśpiony z powodu braku treningów podpowiedział mu, że za jego plecami dzieje się coś niepokojącego. Wytrenowany latami organizm zadziałał jak automat, zrobił unik i tylko dzięki temu potężny cios, który był obliczony na trafienie go w kość potyliczną, zsunął się po karku. Mimo iż trwało to ułamki sekund, dla niego całe zdarzenie toczyło się w bardzo powolnym tempie, jakby puszczał film klatka po klatce. Rzucił się przez bark na ziemię, przetaczając po trawniku, czym uratował swoje kolano – kopnięcie, obliczone na złamanie, a w najlepszym wypadku na poważny uraz trafiło go w biodro, a napastnik syknął z bólu. Pół sekundy później stał w pozycji obronnej, widząc potężnie zbudowanego, wyższego od niego o pół głowy brązowookiego szatyna, o wściekłym wyrazie twarzy.
Za wolny, za ociężały, widać, że chodzi na siłownię, ale ciosy wyprowadza jak nieudolny słoń – Podsumował w myślach, obserwując sunącą w jego kierunku pięść. Wykonał szybki unik i kiedy napastnik wychylony do przodu próbował utrzymać równowagę, Krystian zwinnie stanął za nim.
– Kim jesteś? – zadał spokojnie pytanie – i czego chcesz?
Napastnik bez słowa zaatakował ponownie, na co Krawczyk nie unikając ciosu, zrobił krok do tyłu i wyprowadził podręcznikowe mawashi, które wylądowało na twarzy atakującego, nokautując go w okamgnieniu i powalając na ziemię.
– Nie wiem, o co ci chodzi, ale jeszcze możesz wyjść z tego bez szwanku. – Zbliżył się do powalonego mężczyzny i wyciągnął rękę. – Łoooł, spokojnie. – Odsunął się, widząc pistolet, który napastnik wyszarpywał nerwowo zza pazuchy, kiedy tamten wreszcie oswobodził broń, Krystian wykonał szybki krok do przodu i kopnął z całej siły w dłoń przeciwnika.
Broń potoczyła się daleko na chodnik.
– Czego do kurwy nędzy ode mnie chcesz? – wysyczał – Gadaj, albo obiję ci tak ryj, że własna baba cię nie pozna.
– Ciebie jakoś bez problemu poznała. – Usłyszał niespodziewanie, co zbiło go całkowicie z tropu. – Pieprzysz się z nią?
– Co, kurwa? – Opuścił ręce, co napastnik błyskawicznie wykorzystał i wyprowadził prawy prosty, który trafił Krystiana centralnie w lewy policzek. Cios był tak mocny, że trochę go zamroczyło i zachwiał się na nogach.
– Jak to kurwa, co? – Szatyn zamachnął się po raz kolejny, tym razem nieudanie. – Pytałem się, czy ją pieprzysz, skurwysynu. Moją żonę. – Zaatakował wściekłym kopniakiem, Krawczyk uniknął ciosu, po czym wyprowadził uderzenie bokiem dłoni w nos napastnika, łamiąc go.
– O kurwa. – Mąż Weroniki osunął się na ziemię, płacząc. – Kim ty skurwysynu jesteś, co? Jakimś pierdolonym karateką? – Podczas wypowiadania ostatniego słowa jego oczy zapaliły się i wyszeptał jedno słowo, w zasadzie pytanie.
– Krawczyk? To ty?
Krystian opuścił ręce, stojąc nad nim i wpatrując bez wyrazu w twarz Rafała.

Gdybyś o nią dbał, nie musielibyśmy tego teraz robić. Ba, w ogóle nie doszłoby do tej rozmowy, bo od razu ucięłaby naszą znajomość.
A ja, gdybym był bardziej uważny, nie musiałbym teraz oprawiać mu mordy.
Jestem hipokrytą, przecież o to ci chodziło. Chciałem ją, nie myśląc o konsekwencjach.
A teraz zwalam to na niego.


– To ty, nie zaprzeczaj. – Moczulski dźwignął się ciężko. – Opowiadała mi kiedyś o tobie i mówiła, że ćwiczyłeś sztuki walki. Poza tym widziałem przelotnie twoje zdjęcie i teraz jestem pewien, że to ty. Wiem również, że Weronika ma romans z tobą. – Stanął przed Krawczykiem, ocierając twarz z krwi. Wyglądał makabrycznie, jak wampir – Powinienem cię zabić – powiedział cicho po chwili milczenia, patrząc gdzieś w dal, za Krystianem – nie za to, że przeleciałeś mi żonę. Za to, że pieprzyłeś ją, wiedząc, że jest żoną. Czyjąś żoną. Że odebrałeś mi ją, bo to już koniec, nie ma mojego małżeństwa. Ufałem jej i kochałem ją, a teraz wszystko się rozpadło i... nie wiem, co będzie dalej. Pewnie czeka mnie walka o dziecko w sądzie.
– Ona chce od ciebie odejść. – Krystian wypowiadając te słowa czuł, jakby mówił je ktoś inny, a jego głos wybrzmiewał spoza ciała. – Nie rób jej kłopotów. To, że się o nas dowiedziałeś to moja wina. Powinienem jej powiedzieć, żeby do chwili rozmowy o odejściu z tobą zaprzestała kontaktów ze mną.
– A zdychajcie oboje. – Moczulski machnął ręką, odwrócił się i podniósł broń z ziemi. – To straszak, nie prawdziwy pistolet – Uśmiechnął się smutno – Myślałem, że się mylę, pojechałem za tobą, cały czas mając nadzieję, że to przypadek, że moje podejrzenia się nie sprawdzą. Kiedy wyszedłeś z samochodu, wyluzowany, idący sprężystym krokiem, zadowolony z siebie wiedziałem, że ją rżnąłeś. Będziesz miał na sumieniu nasze małżeństwo, bo to kurwa twoja wina. – Rzucił się znowu na Krystiana, ale ten uniknął ciosu i kopnął go w plecy. Moczulski przewrócił się na ziemię, podniósł ciężko i nie oglądając się za siebie, wsiadł do samochodu.

Krystian patrzył za nim i kiedy tamten odjechał, powoli ruszył w kierunku klatki schodowej. O dziwo ich bójka nie wzbudziła w zasadzie żadnego zainteresowania, mimo iż w okolicy mieszkało mnóstwo starszych ludzi, których głównym zajęciem było wyglądanie przez okno.
To akurat dobrze. – Doszedł do wniosku, jadąc windą. – Wolałbym uniknąć przesłuchania na policji, Moczulski sam na pewno tam nie pójdzie. Kurwa, muszę zadzwonić do Weroniki! – Kompletnie o niej zapomniał. Wybrał numer i cierpliwie czekał.
Minęło sześć sygnałów wołania, po których nastąpiło automatyczne przekierowanie na pocztę głosową.
– Odbierz, kurwa mać. – Nerwowo wymruczał pod nosem, wysiadając z windy.

„Oddzwoń jak najszybciej, to bardzo pilne”. – Kliknął „wyślij” w Messengerze i wiadomość trafiła na jej telefon.
Wszedł do mieszkania, zdjął kurtkę, buty i usiadł na kanapie, gapiąc się na wyłączony telewizor i oczekując na jakąkolwiek reakcję z jej strony.
Miał nadzieję, że zdąży przed jej mężem. I że Moczulski w szale zazdrości nie zrobi czegoś głupiego.
Muszę coś zrobić – Gorączkowo szukał rozwiązania. – Ale co? Pojechać do jej pracy? Nie wiem nawet, gdzie firma ma siedzibę. Pewnie znalazłbym ją w Internecie, a jeśli spotkam się tam z nim? Kolejna bójka? Czy może coś gorszego? Nie, muszę czekać. – Sprawdził odruchowo smartfona, którego ekran milczał. Miał ochotę się napić, ale wiedział, że nie może pozwolić sobie nawet na gram alkoholu. Musiał być czujny i w pełnej gotowości.
Pełen niepokoju stanął przed oknem i wyglądając na plac zabaw pod blokiem, rozgrywał kolejne scenariusze w głowie.
Smartfon milczał.

Weronika, szczęśliwa, zakochana, pełna ciepła i rozkoszy, jaką dostała i otrzymała od Krystiana, kończyła przed siedemnastą pracę, kiedy zorientowała się, że zostawiła telefon w samochodzie.
Cholera, muszę po niego iść. Mógł dzwonić Rafał, poza tym miałam napisać do Krystiana. – Uśmiechnęła się na wspomnienie uniesień sprzed kilku godzin. – Dzisiaj porozmawiam z Rafałem, wieczorem, kiedy Asia pójdzie spać. – Postanowiła. Zebrała szybko graty z biurka, chwyciła kluczyki od samochodu i biegiem ruszyła na parking pod firmą.

Smartfon leżał w przegródce obok skrzyni biegów. Sprawdziła ekran – trzy nieodebrane połączenia od Krystiana, dwie wiadomości, obie brzmiące nerwowo. Trzy nieodebrane połączenia od Rafała, w tym ostatnie sprzed kilku minut i SMS sprzed dwóch godzin „Musimy dzisiaj poważnie porozmawiać”
Zaniepokojona i zdenerwowana postanowiła najpierw oddzwonić do męża. Ruszając z parkingu, wybrała numer i włączyła tryb głośnomówiący.

– Halo. – Męski głos, który odebrał, nie brzmiał jak Rafał.
– Kim pan jest? – Zaczęły drżeć jej dłonie. Wiedziała, że coś się stało. Coś złego.
– Starszy Aspirant Makowski, Wydział Drogowy Warszawa Ursynów, z kim rozmawiam?
– Weronika Moczulska, dzwonię na telefon męża. – Fale zimna i ciepła przetaczały się przez jej ciało. Spociły się jej dłonie, tak bardzo, że z trudem zmieniała biegi. – Chciałabym z nim porozmawiać.
– Chwileczkę. – Mężczyzna zakrył dłonią mikrofon telefonu i rozmawiał z kimś obok.
– Halo? Czy coś się stało?! Proszę pana! – krzyknęła nerwowo w kierunku ekranu.
– Pani mąż to Rafał Moczulski? – Policjant wrócił do rozmowy.
– Tak, proszę dać mi go do telefonu! – Głos Weroniki drżał.
– Obawiam się, że niestety to nie będzie możliwe.
– O Boże, coś się stało?!
– Pani mąż miał wypadek na Trasie Siekierkowskiej, wjechał w barierki przy prędkości ponad sto trzydzieści kilometrów na godzinę.
– Nie!!! – Krzyk kobiety wypełnił wnętrze samochodu – Błagam, nie… – Zaniosła się płaczem i zjechała na pobocze, nie zważając na klaksony jadących za nią aut. – Żyje?!
– Przykro mi, ale nie. – W głosie policjanta słychać było współczucie. – Z pani mężem jechało dziecko, dziewczynka, obecnie jest reanimowana w karetce w drodze do szpitala. Halo? Proszę pani, jest pani tam?

Weronika wpatrywała się w lusterko wsteczne, obserwując bezwiednie łzy, płynące po jej twarzy. Czuła się, jakby krew odpłynęła z jej ciała, a ona sama unosiła się w powietrzu, nad samochodem. Lekka jak piórko. Bez zmartwień. Po chwili zemdlała.

 

III. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.

 

Siedziała w bezruchu na łóżku w sypialni od dwóch, trzech godzin? Sama nie wiedziała, ile spędziła tam czasu. Słońce zdążyło przesunąć się w prawo, a okno, wychodzące na południową stronę przestało być oświetlone blaskiem żółtego potwora, którego najchętniej zgasiłaby, schowała się pod kołdrę i poszła spać. Na zawsze.
Spojrzała na zegar ścienny, próbując namierzyć wskazówki przez załzawione oczy. Przetarła palcami powieki i skoncentrowała wzrok. Dotarło do niej, że spędziła w domu, patrząc się w ścianę sześć godzin.
Pamiętała z tego może kwadrans, reszta to czarna plama, zero jakichkolwiek wspomnień, całkowity blackout. Gdyby ktoś zapytał ją, co się z nią działo nie byłaby w stanie odpowiedzieć.
Stanęła przed lustrem, będącym przesuwanymi drzwiami do garderoby i omiotła wzrokiem sylwetkę naprzeciw siebie.
Kompletna korozja – Oceniła, spoglądając na podkrążone ciemnymi obwódkami, przekrwione oczy, zmęczoną, bladą twarz, drżące dłonie z obdrapanym, jasnoniebieskim lakierem na paznokciach, który tak lubił Krystian.
Krystian!
Rzuciła się na łóżko w poszukiwaniu telefonu. Zapomniała o nim.
Osiemnaście nieodebranych połączeń, dziesięć SMS-ów. Dwanaście wiadomości, wysłanych przez Messengera.
„Kończę pracę i jadę Cię szukać” – to ostatnia, sprzed godziny. Wybrała jego numer.
Jeden sygnał.
Drugi.
Trzeci.
Czwarty.
Nie odbiera.

Spróbowała dwie minuty później.

– Gdzie jesteś? – Odebrał po pierwszym sygnale. W tle wybrzmiewał szum samochodu.
– W domu.
– Będę u ciebie za dziesięć minut.
– Po co? – Zaczął kiełkować w niej strach i obawa. Przed tym, że zobaczy ją w takim stanie, co wydawało się absurdalne, bo widział ją wcześniej w dużo gorszym, na przykład wiszącą na sedesie na imprezie po wypiciu jednego shota za dużo.
Albo trzęsącą się, jak osika, z gorączką prawie czterdzieści stopni.
– Nie chcę, żebyś przyjeżdżał. – W jej głosie zaczęła narastać panika. – Chcę być sama.
– Jesteś sama od tygodnia. Nie wychodzisz z domu, nie dzwonisz, nie rozmawiasz. Zakopałaś się w nim jak kret w norze.
– Nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Zostaw mnie.
– Nie, Weronika.
– Zostaw mnie, słyszysz?!?! – wykrzyczała w słuchawkę – Zostaw mnie. – Dokończyła szeptem, rozpłakała się i rozłączyła po chwili.

Pełen nerwów jechał do jej mieszkania, co rusz przekraczając przepisy. Słoneczna, upalna pogoda kontrastowała z wisielczym, ciężkim nastrojem, poczuciem winy i obawami w kontekście przyszłości.
Swojej.
Jej.
Poczucie winy, które rosło w nim i malało, falowało jak sinusoida i aktualnie osiągnęło szczyt. Był niemal pewien, że gdyby nie on, to jej mąż i córka żyliby do tej pory. Nie miał znaczenia fakt, że chciała się od niego wyprowadzić.
Uwiódł mężatkę, sam mając żonę, przespał się z nią, i najgorsze, spowodował pośrednio śmierć jej męża i dziecka.
Czy jakiekolwiek znaczenie ma fakt, że ta mężatka to jego eks, w której był w dalszym ciągu zakochany po uszy?
Nie był w stanie racjonalnie odpowiedzieć sobie na to pytanie, ba, nie był w stanie określić, czy ta odpowiedź kiedykolwiek pojawi się w jego głowie.
Później się zajmę wyrzutami sumienia, nie mam teraz na to czasu. Muszę zająć się nią, zanim wpadnie jej do głowy coś głupiego. – Zgasił w sobie myśli o wypadku i wjechał w uliczkę, gdzie mieścił się jej blok.
Zaparkował z piskiem opon, połową samochodu na chodniku i szybkim krokiem ruszył w kierunku pokrytej cieniem okolicznych drzew klatki schodowej. Na szczęście ktoś wychodził i nie musiał dzwonić domofonem, przypuszczał, że nie wpuściłaby go do środka.
Stanął przed drzwiami do mieszkania i wcisnął przycisk dzwonka.
Czekał około pół minuty, aż drzwi się otworzyły. Kiedy wkroczył do środka, ujrzał znikającą w pokoju sylwetkę Weroniki. Był w tym domu raz, tuż po pogrzebie, kiedy przywiózł ją do domu, nie była w stanie sama prowadzić.
Czuł się w nim nieswojo, tak, jakby duch zmarłego męża starał się zniechęcić go do jakiegokolwiek kontaktu z Weroniką.
– Mówiłam ci, żebyś zostawił mnie w spokoju. – Odwróciła się do niego twarzą i usiadła na pufie. Zszokowany początkowo jej wyglądem opanował się dość szybko i usiadł obok. Podkrążone oczy, czerwone od płaczu i niewyspania białka, drżące ręce z obdrapanym lakierem na paznokciach, blada skóra, pogniecione ubrania, stosy pudełek po zamówionym jedzeniu, walające się butelki po napojach, zarówno bezalkoholowych, jak i procentowych.
Salon wyglądał jak melina.
– Wyglądasz koszmarnie – powiedział zgodnie z prawdą. – Idź się wykąpać, a ja tu trochę ogarnę.
Patrzyła na niego niewidzącym wzrokiem, nie odpowiadając.
– Weronika?
Cisza.
– Weronika? – Klęknął przed nią i w swoje dłonie jej ręce, które w jego opinii miały temperaturę rozmrażającego się mięsa, wyjętego prosto z zamrażarki. Nie oponowała, nie broniła się, w zasadzie w ogóle nie reagowała, wpatrywała się w niego pustym, bezrozumnym wzrokiem. – Zrozumiałaś, co do ciebie mówiłem?
– Tak – szepnęła po chwili i spojrzała mu w oczy – zrozumiałam. Wszystko zrozumiałam.
– Poczekaj – przerwał jej – myślę, że jest coś, o czym powinnaś wiedzieć. – Uniosła pytająco brwi – Twój mąż spotkał się ze mną w dniu wypadku. – Wpatrywała się w niego w bezruchu, oczekując na kontynuację. Odniósł wrażenie, że cały świat zatrzymał się i obserwował jego reakcję. – Śledził cię przez kilka wcześniejszych dni i domyślił się, że masz romans.
Otworzyła szeroko oczy i usta, które natychmiast zakryła dłonią.
– To dlatego. – Łza potoczyła się po jej policzku. – Dlatego napisał w drodze do domu, że „ma poważną rozmowę ze mną do przeprowadzenia". O Boże! Zabiłam go. – Zawyła histerycznie i upadła na podłogę i skuliła do pozycji embrionalnej, cały czas płacząc. Krystian podszedł do niej i chciał pomóc jej wstać.
– Zostaw mnie! – wypluła z siebie jadowitym tonem. – Zostaw mnie, do jasnej cholery! – Krzyknęła. Cofnął się, przestraszony.
Płakała jeszcze przez około kwadrans, po czym, jak gdyby nic się nie stało nagle przestała, otarła łzy i usiadła na pufie. Przestraszony obserwował ją uważnie, podświadomie bojąc się, że może zrobić coś głupiego.
Naprawdę jest z nią źle, bardzo źle. – Myśli jak szalone przelatywały przez jego głowę. – Gwałtowne zmiany nastroju, niekontrolowanie emocji, ciągły płacz, alkohol, samotność. Koszmar. Muszę coś z tym zrobić.
– Wiem, wiem, zachowuję się jak nienormalna – powiedziała, czytając w jego myślach – i tak się czuję. Nic nie mów, po prostu posiedź ze mną jeszcze trochę.

– Wiesz co? – Wznowiła rozmowę po kilku minutach ciszy. Za oknem rozlegał się coraz głośniejszy dźwięk bębnienia kropel deszczu o parapet. Po upalnym dniu pogoda odreagowała coraz bardziej gwałtowną burzą. – Tak sobie myślę, że oni nie zginęli. To ja ich zabiłam. – Otworzył szeroko oczy. – Włożyłam im nóż pod żebra. Obojgu. Zabiłam ich z twoją pomocą. Zabiłam moją córeczkę, moje ukochane dziecko. – Podniosła głos. – Moją dumę, jedyną osobę, w którą wierzyłam, której wierzyłam – krzyczała, stojąc nad nim. – Moje dziecko! – Łzy popłynęły po policzkach – To przez ciebie, ty bydlaku! – Zamachnęła się dłonią i uderzyła go w twarz. – Zginęła, bo zdradziłam męża z tobą! Nie mam moralnego prawa nawet o niej myśleć, bo to przeze mnie leży w ziemi! Jestem gnojem, zerem i dnem, moralnym i uczuciowym. – Uciekła do łazienki. Słyszał jej szloch i smarkanie nosa w papier toaletowy. Nie był nawet zbytnio zdziwiony wybuchem, obarczaniem go o to, co się stało.


Po chwili w mieszkaniu rozległ się szum wody z kabiny prysznicowej.
A więc jednak poszła po rozum do głowy i ogarnie się trochę. – Rozejrzał się po pokoju i zaczął zbierać butelki. Pokaźna kolekcja, zarówno plastikowych po wodzie i coca-coli, jak i szklanych po różnej maści alkoholu, wysoko i nisko procentowym wylądowała na podłodze w przedpokoju, gotowa do wyniesienia. Zaraz obok nich pudełka po pizzy, chińskim jedzeniu, śmieci, papierki i pozostała zawartość podłogi oraz stołu, której nie był w stanie zidentyfikować jako przydatnych do dalszego użycia.
Po pięciu minutach szum wody ucichł.
– Usiądź. – Niespodziewanie szybko wyszła z łazienki. Spodziewał się, że spędzi tam dłuższą chwilę. – Usiądź. Chcę porozmawiać spokojnie.
– W porządku. – Spoczął na pufie, obserwując ją. Na nagie ciało narzuciła szlafrok i, mimo iż nie był w nastroju do łóżkowych wojaży, poczuł nerwowe, lekkie drgnięcie między udami, widząc, jak jej krągłości, najwyraźniej niewytarte ręcznikiem przykleiły się do mokrego ciała, a sutki stwardniały pod wpływem chłodnego powietrza w salonie. – Chcesz coś do picia?
– Nie, siedź i przestań kombinować. – Usadziła go wzrokiem i tonem głosu w miejscu. – Myślałam o tym niemal cały czas od... – urwała – nie możemy być razem, Krystian. To, co się stało, zrobiło we mnie zbyt dużą wyrwę. Związując się z tobą, będę czuła, jakbym zdradziła własne dziecko. – Wpatrywał się w nią bez słowa, zaciskając do bieli dłonie o siebie. – Kocham cię. Nigdy nie przestałam cię kochać – szepnęła i znowu się rozpłakała – ale jeśli się z tobą zwiążę, to zwariuję z poczucia winy albo się zabiję. Przepraszam.
Wstał na drżących nogach. Kręciło mu się w głowie z nerwów, a ręce miał zimne, zimniejsze, niż jej dłonie chwilę wcześniej.
– Jesteś pewna? – zapytał cichym głosem. – Wiesz, że zrobię wszystko, żeby ci pomóc. Kocham cię i chcę, żebyś wróciła do dobrego stanu zdrowia, ze mną.
– Nie, Kryniu – uśmiechnęła się smutno przez łzy – muszę to zrobić sama. Przykro mi, że cię ranię, ale to moja podróż i moja bitwa. Jeśli nie wygram jej sama, to przegram razem z tobą, a tego nie chcę.
– Co będzie dalej? – Miał ochotę otworzyć okno i skoczyć. Czuł, że ziemia osuwa mu się spod nóg. – Wrócisz do mnie, do nas?
– Nie wiem, naprawdę nie wiem – odpowiedziała zdenerwowana – nie mogę ci nic obiecać, tak samo nie mogę wymagać od ciebie, żebyś na mnie czekał. To byłoby nie fair, samolubne i złe. Tę bitwę muszę wygrać sama. – Podeszła do niego, pogłaskała go po szorstkim, nie golonym od dwóch dni policzku i pocałowała bardzo delikatnie. – Idź już, proszę.
Mimo złego stanu fizycznego, emocjonalnego czuł jej zapach i jego wnętrze drżało.
– Proszę, Wera. – Chwycił się ostatniej deski ratunku. – Kochanie, nie rób tego. – Głos mu się załamał i zaczął płakać.
– Przestań, Kryniu. – Odsunęła się o krok. – Proszę cię, przestań. Nie wymuszaj na mnie decyzji, robię to nie dlatego, żeby ciebie, albo siebie ukarać, ale po to, żeby sobie pomóc. Jeśli tego nie zrobię, będzie ze mną bardzo źle. Zresztą już jest bardzo źle – dodała. – Idź już, proszę cię, Krystian.
– Kocham cię i będę na ciebie czekał – powiedział poważnie, stojąc w progu salonu.
– Ja ciebie też kocham – odparła.
Pół minuty później zniknął, obładowany torbami ze śmieciami.

Opadając ciężko na kanapę, poczuła lekką ulgę, która błyskawicznie ustąpiła poczuciu winy, apatii, beznadziei i żalowi. Wpatrywała się bezmyślnie w ścianę przez dobry kwadrans, nie zastanawiając się kompletnie nad tym, co robi. Czuła się jak kukiełka, która sama nie kontroluje własnego ciała i myśli, a czynności przez nią wykonywane sterowane są przez kogoś z zewnątrz, a jedyne, na co ona ma wpływ to oddychanie.
Pół godziny później pijana zasnęła z pustą butelką po wódce w dłoni.

Piła regularnie przez tydzień, nie wychodząc z domu, jedyny kontakt ze światem, jaki miała to rozmowy z sąsiadką, starszą panią z mieszkania naprzeciw, która od czasu do czasu rozmawiała z nią przez ostatnie lata na temat różnych błahostek.
Teraz starsza pani okazała się jej powiernikiem, choć nie zdradziła jej wszystkiego. Kiedy wyczuła, że może jej zaufać, powiedziała o Krystianie, o tym, że zna go od dzieciństwa, o uczuciach do niego, o żalu po śmierci córki i poczuciu winy z powodu męża.
Przez cały ten czas piła. Dwa tygodnie regularnego wlewania w siebie alkoholu, zwierzeń, płaczu, niekiedy histerii.
Po dwóch tygodniach powiedziała sobie „dość".
I zniknęła.
--------
Od dwóch dni nie ma jej. Zniknęła. Odeszła. Zostawiła mnie samego.
Najgorsza jest świadomość tego, że musiała tak zrobić, a wszystkie moje argumenty, które miały odwieźć ją od tego zamiaru okazały się bezsensowne. Dopóki ona nie będzie w stu procentach zdrowa i przekonana o tym, że może być ze mną – nie wróci.
Byłoby lepiej, gdybyśmy pokłócili się śmiertelnie, zwyzywali od kurew, chujów i tak dalej.
Nie lepiej, łatwiej.
Bo złość jest lepsza, łatwiejsza niż tępy ból samotności, porzucenia i świadomości, że nic nie możesz zrobić, bo ukochana osoba, ktoś, o kim wiesz, że jest twoją drugą, lepszą połową, twoim Yin, dopasowanym do ciebie idealnie podjęła decyzję, że potrzebuje być sama. Nie zrobiła tego z powodu wygaśnięcia jej uczuć do ciebie. Zrobiła to, bo stan jej umysłu nie pozwalał jej normalnie żyć, nie mówiąc o miłości.
Złość ogniskuje się na kimś, można złorzeczyć, wyładować się i ulżyć. A cierpienie w samotności i ciszy powoli wypala i pożera duszę.
Nie potrafiłbym tego zrobić. Być na nią zły. Za bardzo ją kocham. Za bardzo szanuję ją jako osobę, kobietę i mojego partnera na życie. Bo mimo przerwy, kiedy nie było jej przez długi czas, w głębi duszy nigdy nie przestałem jej kochać.
Mam do niej ogromny żal, ale nic nie mogę zrobić. Nie zmuszę jej do bycia ze mną.
W moim życiu pojawiła się pustka.
Nie, nie pustka.
Lej po bombie atomowej. Ziejąca czernią wyrwa, której dna nie widać. A jeśli nawet to dno gdzieś się znajduje, to pływa po nim czarna krew samotności, cierpienia i poczucia niezawinionej krzywdy, krążą w niej demony i złe duchy, które kaleczą jaźń nieustannym prowokowaniem do wspomnień.
Wiem, ona nie chciała mnie tym skrzywdzić, a będąc ze mną, krzywdziłaby nas oboje, ale to boli.
O Boże, jak boli.

Już samo oddychanie sprawia mi ból, nie mówiąc o tym, że muszę pracować, żyć i jakoś egzystować.
Momentami cierpienie ustępuje, jakby odpuszczało, czując, że jestem na skraju wytrzymałości, ale po krótkim odpoczynku wraca i wybucha w moim wnętrzu jak granat rozpryskowy.
Nie dam rady. Po prostu nie dam. Jak mam żyć z poczuciem, że moja ukochana, moja dama odeszła, a ja zostałem ze wszystkim sam? Jak mam znaleźć chęć do życia, kiedy wszystko, co zaplanowałem, co miałem w głowie i co zamierzałem jeszcze przeżyć, zostało najprawdopodobniej pogrzebane?
Wiem, przecież powiedziała mi, że może wróci. Może.
A jak nie wróci?
To co zrobię?
Jeśli nie odezwie się do mnie, a ja za kilka lat spotkam ją z innym mężczyzną?
Albo nie spotkam jej w ogóle. Już nigdy?

Mam ochotę walić głową w ścianę. Tak długo, żeby fizyczny ból zagłuszył ten w moim wnętrzu.
Narasta we mnie przekonanie, coraz mocniejsze, że jeśli ona zniknie, to ze sobą skończę. Życie bez niej nie ma najmniejszego sensu. Jako ojciec nie powinienem tego mówić, bo jestem odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem, który musi być świadomy, że życie to nie bajka, ale nie potrafię. Po prostu nie umiem.
Może czas zaleczy rany?
Nie chcę, żeby leczył. Chcę, żeby wróciła. Dam jej wszystko, co będę w stanie, żeby czuła się ze mną dobrze. Żeby była szczęśliwa. Żebyśmy oboje byli szczęśliwi. Razem. Bo do tego jesteśmy stworzeni, żeby dać sobie wzajemnie szczęście. Wiem o tym od chwili, kiedy ją poznałem.
Tylko niech wróci.
Błagam Cię, Boże. Ulżyj mi w cierpieniach i sprowadź ją do mnie, bo oszaleję.

Nie mam już siły płakać. Wczoraj po powrocie z pracy przeleżałem cały wieczór na podłodze. Nawet nie na łóżku. Zwaliłem się na nią jak kłoda i leżałem do zmroku, pogrążając się co chwila w czymś na kształt letargu, w półśnie majacząc o tym, że do drzwi rozległo się pukanie, a ona stała za progiem.
Płakałem i zasypiałem na zmianę. Wyłem, a łzy płynęły po moich policzkach strumieniami.
Postawiłem w sobie mur. Mur, który blokował moją chęć do tego, żeby do niej zadzwonić albo pojechać. Ostatkiem sił dokładałem do niego kolejne pustaki, żeby nie runął pod wpływem naporu. Nie mogłem tego zrobić, choćby ze względu na fakt, że mnie o to poprosiła. Żebym dał jej spokój.
Jeśli bym pękł, straciłbym szacunek do samego siebie, ona musi uporać się z tym sama.
A ja wytrzymam. Będę czekał, aż wróci.
A jeśli nie wróci, to nic już nie będzie miało sensu.

--------
– Dobra, kończymy. – Arkadiusz Damięcki, szef Krystiana stanął przy ścieralnej tablicy. Kiedy pojawił się w firmie, doszedł do wniosku, że będzie robił comiesięczne spotkania, tak, aby spędzić trochę czasu z zespołem i poznać ich lepiej.
Przez dwa lata zdążyli poznać się całkiem nieźle. A Krystian dobrze się z nim dogadywał.
– Krystian, zaczekaj chwilę. – Wszyscy zaczęli wstawać, a Krawczyk siedział bezruchu, wpatrzony w ścianę.
– No co jest? – zapytał Damięckiego, kiedy zamek od drzwi kliknął za jego plecami.
– Co się z tobą dzieje? Jesteś nieobecny, robisz to, co powinieneś robić, ale nie widzę dawnego Krawczyka. Tak, jakby ktoś wyłączył ci emocje. Jak cholerny robot.
Krystian wpatrywał się w szefa bez słowa.
– Nie chcę o tym rozmawiać – odparł po kilkunastu sekundach ciszy. Głosem całkowicie wypranym z emocji, suchym, jak trzask gałęzi. Jak pękające podczas letniej suszy pod wpływem nacisku butów leśne runo.
– Rozumiem – Damięcki usiadł i wpatrywał się w niego badawczo. – Jeśli masz jakiś problem...
– Dziękuję, nie mam problemu. – Krystian przerwał mu w połowie słowa – Jestem przemęczony.
– Gówno, a nie przemęczony. – Jego szef uniósł się na krześle, które zajęczało smutno pod wpływem nacisku prawie stu trzydziestu kilogramów.– Pierdolisz jak połamany. Przecież widzę, co się z tobą dzieje. Umarł ci ktoś?
Cisza.
Puste spojrzenie Krystiana.
– Nie. – Kolejna, głucha odpowiedź po kilkunastu sekundach.
– Wyglądasz, jakbyś przechodził załamanie albo depresję. Nie zamierzam się wtrącać, ale jakby coś – pomogę. Moja żona chorowała poważnie na głowę, więc trochę mam w tym doświadczenia i dobrego terapeutę. – Spoglądał na podwładnego.
Krystian w jakimś sensie mu ufał. Może nie całkowicie, ale miał do niego zaufanie.
– Daj ten namiar – westchnął – zadzwonię do niego. To facet? – Damięcki kiwnął głową na znak potwierdzenia. – To dobrze, nie dałbym rady rozmawiać z kobietą o... – zamilkł gwałtownie, jakby karząc samego siebie w myślach za nadmierną wylewność, odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.
– Krystian? – Zatrzymał się, trzymając rękę na klamce. – Potrzebujesz urlopu?
– Zdecydowanie nie chcę urlopu – wypalił, może trochę za ostro. Tego chciał uniknąć jak ognia. Siedzenia w domu i wpatrywania się bezmyślnie w ścianę. Zdecydował, że woli zaharować się na śmierć, najwyżej dostanie zawału i będzie miał święty spokój. Daria dostanie dziecko pod opiekę, nie będzie musiał walczyć z nią w sądzie.
Było mu wszystko jedno.

Dwa miesiące później czuł, że jest równie źle, co wcześniej. Wizyty u psychiatry pomogły o tyle, że faszerował się antydepresantami i przynajmniej mógł spać, ale o normalnej egzystencji nie było mowy.
Przestał już płakać, zdarzało mu się wpaść w histerię, ale sporadycznie. Jego popołudnia polegały na włączeniu telewizora i bezmyślnym wpatrywaniu się w ekran. Któregoś dnia złapał się na tym, że ogląda napisy końcowe filmu, który trwał dwie godziny, a on nie pamięta z niego zupełnie nic.
Nie wie nawet, jaki był tytuł.
Mam dość – pomyślał – jadę do niej.

Przejął go strach, zmieszany z niepewnością, ekscytacją i gwałtownym strzałem adrenaliny. Pierwszy raz od kilku miesięcy czuł, że coś w jego życiu ma sens i cel. Może krótkoterminowy, bo równie dobrze ona mogła mu kazać się wynosić lub nie otworzyć mu drzwi.
Miał nadzieję. Nadzieję na to, że jednak tego nie zrobi. Bał się o tym pomyśleć, że znowu będzie jego Werą, bo rozczarowanie w przypadku odmownej odpowiedzi lub jej braku.
Mogło go zabić.
Stwierdził, że jest mu wszystko jedno.
Pierwszy raz od bardzo długiego czasu jego myśli wypełniły się czymś innym niż czerń i chęć skończenia ze sobą. Nadzieją. Co prawda była to bardzo mała iskra, ale taka tyci iskierka jest w stanie wywołać potężny pożar – dodał w myślach, wkładając buty – Żeby tylko była w domu – powiedział nerwowo na głos.
Powtarzał to samo, jadąc samochodem do niej. Nie spieszył się, stwierdził, że jeśli ma być w domu, kiedy on przyjedzie, to będzie. A jak nie, to znaczy, że to jeszcze nie jest ten czas.
Drzwi na dole były otwarte. Wbiegł po schodach na trzecie piętro i zadzwonił dzwonkiem.
Raz, drugi, trzeci, czwarty.
Nie ma jej.
Oparł się plecami o futrynę, zsunął powoli, usiadł na wycieraczce i ukrył twarz w dłoniach. Nie chciał płakać, ale czuł, że nie uda mu się powstrzymać.
Nagle na wprost niego otworzyły się drzwi i wynurzyła się zza nich starsza pani. Wstał szybko, chcąc o nią zapytać, ale kobietą ubiegła go.
– Pan Krystian? – zapytała. Zdziwiony pokiwał bez słowa głową. – Weronika mówiła, że pan przyjdzie.
– Co się z nią stało? – Głos uwiązł mu w gardle.
– Wyjechała. – Staruszka odwróciła się. – Zapraszam do mnie na herbatę – Kiwnęła na niego ręką – coś dla pana mam.


– Weronika wyjechała dwa miesiące temu. – Po kilku minutach ciszy i szumu gotującej się wody czajnik zapiszczał. Kobieta zalała szklankę, która wypełniła się czerniejącym od fusów herbaty płynem. – Przed wyjazdem powiedziała, że gdyby pan się pojawił, a była pewna, że w końcu pan przyjedzie – Postawiła przed nim szklankę – to mam panu to dać. – Sięgnęła za siebie i położyła przed nim kopertę. Na jej wierzchu widniało jego imię.
– Bardzo cierpiała. Nie wychodziła z domu przez dwa tygodnie od śmierci córki. – Usiadła naprzeciw i upiła nieco herbaty ze swojej szklanki. – Byłam jedyną osobą, która z nią rozmawiała. Nie zazdroszczę jej, bardzo mi jej żal. Przypuszczam, że gdyby nie miłość do pana – Uniósł wzrok – to mogłaby się zabić. Tak, tak, panie Krystianie, ona kocha pana na zabój. Kiedy mówiła o panu, jej oczy błyszczały. To był jedyny moment, kiedy widziałam ją względnie szczęśliwą. Może nie to, że była szczęśliwa, ale ten smutek i rozpacz znikały z jej twarzy.
– Tak powiedziała? Ze mnie kocha? – Uśmiechnął się krzywo. Starsza pani poprawiła siwiejące, długie włosy i szary sweter.
– Oczywiście, mój drogi. – Oddała uśmiech – Mogę mówić ci po imieniu? – zapytała. – Masz takie ładne imię. Jestem Wanda. – Wyciągnęła dłoń, wstał i oddał uścisk. – No więc, Krystianie, Weronika opowiedziała mi trochę o was, muszę powiedzieć, że czytałam sporo romansów, ale wasza historia jest nieprawdopodobna. – Uścisnęła mocniej jego dłoń. – Twoja kobieta chce z tobą być, ale jest chora, bardzo poważnie chora. I musi się wyleczyć. Dlatego odeszła. Rozumiesz?
– Tak – odparł cicho – tylko to jest dla mnie cholernie trudne.
– Wiem, dla niej też – Ciepły głos kobiety miał kojący wpływ na jego nerwy i samopoczucie – bądź cierpliwy, młodzieńcze. Ona chce cię równie mocno, jak ty ją. Tylko nie wie, czy da sobie radę ze swoją głową, dlatego, dopóki nie upora się z problemami, nie wróci do ciebie.
– Kim pani jest z zawodu? – spytał niespodziewanie dla samego siebie i zganił się w myślach za śmiałość. – Przepraszam, że pytam wprost, ale wygląda mi pani na kogoś, kto – Zawahał się – leczył ludzkie umysły.
– To aż tak widać? – roześmiała się w głos. – Tak, leczyłam ludzkie głowy czy umysły, jak to określiłeś. Jestem psychologiem więziennym na emeryturze. – Otworzył szeroko usta z wrażenia. – Zdziwiony? – zaśmiała się ponownie – W więzieniu też potrzebują czasem psychologa.
– Przypuszczam, że tak, nigdy nie byłem w więzieniu – Zażartował, a Wanda odpowiedziała mu uśmiechem. Polubił ją od początku, była nieco podobna do jego matki.
– Zdziwiłabym się, gdybyś okazał się pensjonariuszem jednego z naszych zakładów karnych. – Dopiła herbatę do połowy i wstała. – Muszę rozwiesić pranie, nie krępuj się, jeśli chcesz przeczytać list od Weroniki. Na pewno jesteś ciekawy, co się w nim znajduje.
– Wolałbym zrobić to w domu – Wstał za nią – pójdę już. Dziękuję za herbatę, pani Wando.
– Rozumiem. Ja również wolałabym przeczytać to w samotności. – Uśmiechnęła się do niego i uścisnęła jego dłoń. – Bądź twardy, Krystianie. Nie mogę ci obiecać, że ona wróci, ale w jej oczach widziałam, że bardzo tego chce.
– Dziękuję. – Nie był w stanie powiedzieć nic więcej z powodu narastającej guli w gardle. – Do widzenia.
– Do widzenia. – Drzwi za nim zamknęły swe podwoje. Wsiadł do windy i zjechał na parter.
Całą drogę walczył z pokusą otwarcia koperty, ale stwierdził, że skoro postanowił sobie zrobić to w domu, to tak się stanie i zdania nie zmieni. Ot choćby dlatego, żeby trenować twardość charakteru i zdolność dotrzymywania postanowień.

Po zamknięciu drzwi nie wytrzymał. Nie zdejmując nawet butów, rozerwał kopertę i zaczął czytać.
List był napisany odręcznie, ładnym, równym pismem, które rozpoznał bezbłędnie w mgnieniu oka.
Zawsze stawiała równe, ładne literki, w przeciwieństwie do moich kulfonów – Uśmiech po raz kolejny zagościł na jego twarzy. Był zdziwiony, że jest jeszcze w stanie odczuwać coś innego, niż smutek i rozpacz.
Skupił się na treści i zaczął czytać.

Kochanie. Mój Kryniu.
Skoro to czytasz, to znaczy, że nie wytrzymałeś i jednak do mnie przyjechałeś. W porządku, spodziewałam się tego, zawsze działałeś i starałeś się wykorzystać wszystkie możliwości do osiągnięcia celu, wykorzystać w dobrym tego słowa znaczeniu.
Przypuszczam, że Wanda opowiedziała Ci nieco o tym, jak wyglądały moje dni przed wyjazdem. Przykro mi to powiedzieć, ale mieszkanie zamieniło się ponownie w melinę niecały tydzień później po twoim wyjściu. Piłam i nie mogłam tego powstrzymać. Alkohol był jedynym panaceum, musiałam wyłączyć głowę i móc zasnąć.
Po tygodniu zagryzłam zęby, gruntownie sprzątnęłam i postanowiłam się ratować.
Czułam, że muszę, w przeciwnym wypadku niedługo przekroczę granicę, zza której nie ma powrotu. I nikt mnie nie uratuje.

Wyjeżdżam. Nie wiem,
na ile i czy wrócę. Pewnie wrócę, bo mam tutaj mieszkanie, firmę, którą na czas mojej nieobecności zajmuje się wspólniczka.
Mam też Ciebie.
Powinnam napisać to na początku, wybacz.
Brakuje mi Twojej osoby, uśmiechu, ciepła.
Kocham Cię,
Kryniu.

Przepraszam.


Skończył czytanie w bezruchu, po czym przebiegł po liście ponownie wzrokiem. Obok ostatniego słowa widniała mała plama, jakby coś mokrego spadło na tusz i rozmazało go po papierze.
Łzy – Dotarło do niego po chwili – płakała w trakcie pisania.

Usiadł na krześle i wpatrywał się w przesuwające po niebie szare chmury.
--------
Budynek Mazowieckiego Centrum Neuropsychiatrii pojawił się przed jej oczami niczym gigantyczny, mroczny i opasający swoją ciemniejącą aurą potwór. Pogarszająca się z godziny na godzinę pogoda, silny wiatr i nadciągające, czarne chmury dopełniały obrazu rozpaczy, który opanował jej wnętrze. Ściskając nerwowo skierowanie w prawej dłoni, w lewej trzymając uchwyt, walizki ruszyła w kierunku bramy, zostawiając za sobą taksówkę z wąsatym kierowcą wewnątrz.
Minęła furtkę wartownika i skierowała kroki w kierunku głównego wyjścia.

Wnętrze zaskoczyło ją. Było ciepło, przytulnie i zupełnie inaczej, niż na zewnątrz. Tuż za drzwiami podwieszona pod sufitem podświetlona tablica z napisem „Rejestracja” i strzałką w lewo wyraźnie wskazywała drogę, w jaką należy się udać.

Przydałby się wieniec „Ostatnie pożegnanie” i kondukt żałobny – Zaśmiała się w duchu, ale po chwili spoważniała, świadoma celu, w jakim tu przyszła.
– W czym mogę pomóc? – Około pięćdziesięcioletnia, dość korpulentna blondynka w recepcji zagaiła rozmowę.
– Weronika Moczulska – Wciąż jeszcze używała nazwiska męża. – Mam skierowanie na leczenie u państwa – Oddała kurczowo ściskany kawałek papieru.
– Mhmm. – Blondynka zamruczała pod nosem i z prędkością karabinu maszynowego, zaczęła stukać w klawiaturę. – Jeszcze sekundę – rzuciła z uśmiechem do Weroniki. – Gotowe. – Pacnęła w klawisz „Enter ” i zwróciła na nią wzrok.
– Za chwilę zejdzie do pani lekarz prowadzący. Doktor Miłodębski, bardzo miły i ciepły człowiek – Uśmiechnęła się ponownie. – Świetnie pani trafiła, chyba lepiej się nie dało. Doktor zaprowadzi panią do pokoju, opowie o wszystkich szczegółach. Jeśli będzie potrzeba o cokolwiek zapytać, a doktora akurat nie będzie, tuż obok pani pokoju znajduje się pokój pielęgniarzy. Zawsze może pani też zejść do nas na recepcję, jeśli mnie nie będzie, to na pewno któraś z koleżanek pomoże. Pytania?
Weronika milczała przez dłuższą chwilę, wpatrując się w kobietę.
– Pani Weroniko?
– Przepraszam. – Zreflektowała się, że ostatnie zdanie było skierowane do niej. – Nie, nie mam na razie pytań, dziękuję.
– Witamy w szpitalu. Proszę się nie obawiać, jesteśmy tu, żeby pani pomóc. Nie gryziemy, nie zabijamy, nie trujemy. Leczymy. Proszę zaczekać na doktora tam. – Wskazała ręką poczekalnię tuż za recepcją.
– Dziękuję. – Weronika złapała uchwyt walizki i powoli ruszyła we wskazanym kierunku.

Lekarz pojawił się po niecałych dziesięciu minutach. Na pierwszy rzut oka oceniła go na około pięćdziesiątkę, może trochę więcej lat. Kędzierzawa, siwa broda, podobnie włosy, wzrost około metr osiemdziesiąt, chuda, tyczkowata sylwetka, ciemne, niemal czarne, świdrujące oczy, ukryte za okularami w złotych, cienkich oprawkach.
– Dzień dobry, pani Weroniko. – Wyciągnął dłoń i lekko uścisnął jej rękę. – Cieszę się, że mogę panią poznać. Zapraszam do pani pokoju. Na razie będzie pani sama, ale pewnie w przeciągu kilku najbliższych dni ktoś do pani dołączy. Pokój jest trzyosobowy, ale przytulny i przyjazny. – Idąc, mówił powoli i dobitnie, jakby tłumaczył coś nie do końca rozumiejącego słowa dziecku. – Pewnie ciekawi panią, jak będą wyglądały dni i ile spędzi pani tutaj czasu. – Zerknął, czy kobieta go słucha. – Otóż na pytanie numer dwa nie znam odpowiedzi, bo zależy to od pani postępów oraz mojej opinii, jako lekarza prowadzącego. Zwykle po co najmniej trzech miesiącach terapii wydajemy opinię, co dalej i czy pacjent jest w stanie samodzielnie egzystować, a jeśli zajdzie potrzeba, uczęszczać na dodatkowe sesje terapeutyczne poza szpitalem. Co do pytania numer jeden – Zatrzymał się przed drzwiami, odwrócił do niej i uśmiechnął lekko – jutro wszystko się wyjaśni. – Nacisnął na klamkę. – Zapraszam do środka, proszę się rozpakować, za godzinę będzie kolacja. Dzisiaj dam już pani spokój, ale od jutra weźmiemy panią mocno w obroty, pani Weroniko. Miłego wieczoru. – Rzucił na odchodne i zniknął jak kamfora.

Została sama.
Miała ochotę wymknąć się po kryjomu, wrócić do domu i napić wódki. W takiej ilości, żeby nie obudzić się rano.
Nie! – Mur, który budowała w sobie w ostatnim czasie, wydawał się twardy, przynajmniej w jej opinii. – Nie zrobię tego, jeśli nie dla siebie, to przynajmniej dla Krystiana muszę spróbować. Obiecałam mu to i obietnicy zamierzam dotrzymać.
Dzień później zaczęła leczenie.
--------
Cały ten czas, kiedy żyła w szpitalu, podczas sesji, samotnych wieczorów i nocy myślała o nim. O córce, która leżała na cmentarzu, obok męża i o Krystianie. Rafał przewijał się raz na jakiś czas w jej głowie, ale poczucie winy wobec niego spowodowało, że nie była w stanie przywołać pamięci o nim.
Po miesiącu, podczas jednej z sesji wylała z siebie cały żal, wrzód pękł i płacząc, opowiedziała, co spowodowało, że znalazła się tutaj. Jak doszło do spotkania z Krystianem, jak powoli przełamał jej opór, czego sama właściwie chciała. Jak doszła do wniosku, że cały czas go kocha i jak nie była w stanie oprzeć się temu uczuciu. Jak poszła z nim do łóżka, raz. Potem jeszcze kilka razy.
Jak jej mąż, który podejrzewał ją o romans, śledził ją.
I jak po rozmowie z Krystianem, podczas której groził mu pistoletem, odbierając ich córkę ze szkoły, zginął razem z małą w wypadku samochodowym.
Powiedziała wszystko. O powodach rozstania z Krawczykiem dziesięć lat wcześniej. Jak poznała go w wieku dwunastu lat i zakochała się w nim jako dziecko.
Wreszcie jak wyjechał tuż po studiach na staż do Wielkiej Brytanii, podczas którego ona będąc z nim w ciąży, o której nie wiedział, poroniła.
Jak bała mu się o tym powiedzieć, jak odsuwali się od siebie stopniowo.
Aż wreszcie on odszedł.
Lekarz nie komentował, nie radził, pytał o szczegóły i obserwował ją.
Kiedy skończyła, poczuła się lekka, jakby ktoś zrzucił z jej ramion choć trochę ciężaru, noszonego od bardzo długiego czasu.

Pół roku później opuściła szpital. Doktor Miłodębski ocenił jej stan jako dobry, ale nakazał stawić się za trzy tygodnie na wizycie kontrolnej, unikać stresów, zażywać przepisane leki i przede wszystkim dużo się ruszać.
– Jest pani w nieporównywalnie lepszym stanie, niż wtedy, kiedy się pani u nas zjawiła – tłumaczył podczas ostatniej rozmowy, tuż przed wypisem ze szpitala – ale musi pani sobie jeszcze pomóc. Ruch i wysiłek fizyczny to bardzo ważny element terapii. Proszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, które pomoże pani zaktywizować się fizycznie. Na przykład pływanie.
– Nie pływam, ale planuję zrobić sobie wycieczkę rowerową po kraju – odparła.
– Świetnie, sama?
– Tak, nie potrzebuję towarzystwa. Wolę być sama.
– W porządku. Tylko proszę nie przesadzać i jakby coś było nie tak – Wstał, dając do zrozumienia, że wizyta się kończy – proszę od razu do mnie dzwonić. Bez zastanowienia. Nawet w środku nocy. I życzę powodzenia, jest pani wspaniałą, młodą kobietą, ma pani dla kogo żyć. – Wyciągnął dłonie, rzuciła mu się w ramiona i przytuliła mocno.
– Dziękuję. – Pocałowała go w policzek i wyparowała z gabinetu.

Trzy tygodnie później kwietniowa pogoda witała ją zacinającym deszczem w Bieszczadach. Początkowo planowała jeździć rowerem, ale zmieniła zdanie i poruszała się po kraju samochodem, wypożyczając rower w miejscu, gdzie chciała pojeździć. Tym sposobem zwiedziła fragment Gór Świętokrzyskich, okolice Krakowa, a teraz wjechała w Bieszczady. Organizm, początkowo buntujący się przeciwko tak ostrej katordze fizycznej (śmiała się do siebie, że tyłek bolał ją, jakby przeleciało ją w niego kilku murzynów) po tygodniu dostosował się i czuła się fantastycznie.

Jej myśli biegały wokół tego, co zamierzała zrobić po powrocie do Warszawy. Sama nie wiedziała, kiedy to nastąpi, nie chciała planować niczego, co zburzyłoby spokój ducha. Postanowiła, że kiedy będzie gotowa, to jej umysł sam to zakomunikuje.

Kolejne dwadzieścia kilometrów, przejechanych dzień później po krętych i stromych, bieszczadzkich drogach utwierdziły ją w przekonaniu, że jest naprawdę blisko wyleczenia. Śmiała się do siebie, jak dziecko, kiedy wiosenne słońce muskało jej bladą skórę, a włosy rozwiewał ciepły, południowy wiatr. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła, że ma ochotę na seks. Uderzyło ją to tak mocno, że kiedy wyszła spod prysznica i wycierając się, dotknęła miejsca między udami, zakręciło się jej w głowie i musiała przytrzymać się ściany, żeby nie upaść. Oddychała szybko, sama jeszcze nie wiedząc, czy to podniecenie wywołane myślą o tym, że znowu może odczuwać przyjemność z seksu, czy zdenerwowanie tym, że robi „coś niewłaściwego”.
Bo brak seksu odbierała jako karę dla siebie. Za to, co zrobiła. Uważała, że to jest w porządku, że nie powinna odczuwać żadnych przyjemności cielesnych, że była zdradliwą suką, kurwą, która zdradziła męża i finalnie doprowadziła do śmierci jego i córeczki.
Terapia i rozmowy w szpitalu bardzo ją jednak zmieniły. Na tyle, że oczywiście poczucie winy w dalszym ciągu w jakimś stopniu w niej tkwiło, jednak zastępowało je wracające coraz silniejsze pragnienie Krystiana. Jego miłości fizycznej, ciepła i uczuć, jakimi ją darzył.

Wynajęła pokój w kwaterze za Jasłem. Ceny ze względu na porę roku nie były kosmiczne i mogła sobie śmiało pozwolić na jeszcze tydzień szaleństwa, zanim zaczną jej się kończyć pieniądze i będzie musiała wrócić do Warszawy. Do firmy, która została na barkach wspólniczki i do niego.
Myślała o nim często, może nie codziennie, ale jej myśli coraz częściej biegły w jego kierunku. Zastanawiała się, co robił, czy myślał o niej, czy nie wrócił do żony (czuła zazdrość i wściekłość, kiedy głowa podsuwała jej ten pomysł, który równie szybko starała się odgonić). Wreszcie doszła do wniosku, że musi mu ufać, obiecał jej, że będzie czekał.

Nie ubierając się naga przeszła spod prysznica do pokoju, włączyła telewizor i położyła się na kanapie. Zaczęła się dotykać, z początku powoli przesuwała dłońmi po udach, biodrach, ramionach i brzuchu, świadomie omijając bardziej erogenne miejsca i wyobrażając sobie, że to on ją dotyka. Z zadowoleniem stwierdziła, że to działa i jej ciało reaguje we właściwy sposób – czuła pulsujące ciepło. Sutki lekko naprężyły się i kiedy chwyciła prawy między kciuk i palec wskazujący przeszedł ją przyjemny dreszcz, od którego cicho jęknęła.

– Mhm, tak. Przyjemnie – szepnęła i zamknęła oczy. Drugą dłonią odszukała lewy sutek i powtórzyła manewr. Jęknęła głośniej, otworzyła oczy i spojrzała w dół. Piersi były nabrzmiałe i gotowe do seksu tak jak jej ciało. Wyobrażając sobie, że robi to Krystian, zaczęła ssać brodawkę, rozchyliła lekko płatki i poczuła, jak mokra jest wewnątrz.

– Boże, jestem tak podniecona, że dojdę po kilku ruchach. – Kiedy wsunęła w siebie palec, nie mogła powstrzymać się od krzyku, a ciało bezwiednie wygięło się pod wpływem narastającej rozkoszy. Widziała, jak na wysuwającym się palcu błyszczał śluz jej cipki, czuła, jak wnętrze zaciska się coraz bardziej spazmatycznie, a kiedy zamknęła ponownie oczy i wyobraziła sobie, że zamiast palca wchodzi w nią kutas Krystiana, osiągnęła szczyt w okamgnieniu, z otwartymi szeroko oczami, bezgłośnie zacisnęła się i dopchnęła palec do samego końca.

Po drugim orgazmie kwadrans później puściły jej wszelkie hamulce. Wątpiła, żeby było ją słychać na dole, u gospodyni, ale na wszelki wypadek nastawiła głośniej telewizor. Wciąż miała ochotę na kolejny szczyt, ale tym razem stwierdziła, że to będzie coś, po czym zemdleje. Podniecała się i doprowadzała kilkukrotnie na krawędź, po czym wycofywała i odpoczywała chwilę.
Co mnie najbardziej zawsze podniecało w trakcie seksu z Krystianem? – Zastanowiła się chwilę i kiedy wspomnienie wpadło do głowy, otworzyła szeroko oczy, a na ciele pojawiła się gęsia skórka.

Wynajęte mieszkanie Weroniki i Krystiana, rok 2001.

– Co tam masz? – Przywitała go w progu mieszkania. Skończyła sesję przed obroną pracy licencjackiej, a on z racji urlopu dziekańskiego pracował i właśnie wrócił do domu.
– Nie powiem – odburknął.
– Hej, coś się stało? – Wzięła jego twarz w dłonie i spojrzała w oczy.
– Nie. – Unikał jej wzroku.
– Kryniu, gadaj szybko, jak na spowiedzi. – Uśmiechnęła się i pocałowała go delikatnie w usta.
– Nie powiem. – Stanął przed nią. Z niejakim zdziwieniem zauważyła, że ma erekcję.
– Hm, a ten pan to wstał? – Sięgnęła dłonią między jego uda i poczuła, że jest w pełni pobudzony. – Och. – Jej wnętrze zwilgotniało.
– Tak, dobrze czujesz, stoi mi od dobrych kilkunastu minut, od kiedy zastanawiałem się, jak cię przelecę po powrocie do domu.
– I co wymyśliłeś? – Jej głos był cichy, w zasadzie szeptała. Jedną dłonią masowała jego kutasa przez materiał dżinsów, a drugą włożyła pod sukienkę i dotknęła siebie.
– Zobacz – Złapała go za rękę i wepchnęła palce między płatki – jestem mokra. Zobacz, jak działasz.
– Będziesz jeszcze bardziej, kiedy przekonasz się, co mam ze sobą. – Spojrzał na torbę, którą przytaszczył z samochodu. – Chcesz zobaczyć?
– Mhmm – Nabrała ochoty na mocny seks, a na początek chciała go po prostu wziąć do ust. Szykowała się do klęknięcia, ale on ją powstrzymał.
– Poczekaj, muszę iść pod prysznic, ale mam coś dla ciebie, żebyś się nie nudziła podczas mojej nieobecności – Sięgnął dłonią do torby i wyjął dwie małe, silikonowe kulki na sznurku.
Zaschło jej w gardle. Oddychała szybko, podniecona i rozpalona. Chwycił ją mocno za ramiona, odwrócił i pchnął na drzwi wejściowe, po czym przywarł do niej ciałem i przesuwał napiętym kutasem, oswobodzonym ze spodni po jej pośladkach.
– Chcę cię w środku – jęknęła, sięgając dłonią do tyłu, chcąc nakierować go do wnętrza.
– Nie ma mowy – Pacnął ją w rękę i odsunął się. – Siadaj na stole w kuchni i rozsuń nogi.
– Jak to? – Rozczarowana wpatrywała się w niego – Nie przelecisz mnie?
– Jak się na coś czeka, to się to dostaje. – Niemal siłą usadził ją na stole, zdjął z niej majtki, po czym podniósł sukienkę i klęknął.
– Piękna cipka, w sam raz do lizania. – Zadrżała, kiedy wypowiedział te słowa, po czym niespodziewanie dla niej wbił się językiem między płatki i zaczął ją gwałtownie ssać.
– O Boże, o tak! – jęknęła i chwyciła go obiema dłońmi za głowę, po czym docisnęła mocno do siebie, Czuła, jak śliski wąż jeździ chaotycznie po jej guziczku, powodując nieregularne spazmy.
– Na razie wystarczy. – Niespodziewanie odsunął głowę i sięgnął za siebie. Polizał jeszcze raz powierzchnię płatków, po czym chwycił pierwszą kulkę i powoli zaczął w nią wsuwać. Weronika drżała i kiedy poczuła ją w pełni w sobie, jęknęła głośno, złapała się za pierś i mocno ścisnęła.
– Wsuń drugą, proszę – Błagalnie chwyciła go za rękę. – Ale mi dobrze.
– Dobrze to będzie, jak zaczniesz w tym chodzić po mieszkaniu, a teraz proszę. – Dopchnął drugą kulkę do wewnątrz i wstał.
– Idę pod prysznic. – Zaczął się rozbierać. Weronika zsunęła się ze stołu. Każdy ruch ciała powodował wibracje w jej wnętrzu, od których zaciskała się i czuła coraz większą przyjemność.
– Żałuję, że nie mamy bieżni w domu, z chęcią bym cię na nią teraz wysłał – zarechotał, a ona zrobiła dwa kroki i jęknęła.
– No co, kochanie? Przyjemnie? – Patrzyła na niego, śliniąc się na widok kutasa w pełnej erekcji. Był tak napięty, że miała wrażenie unoszącej się wokół pary.
– Cudownie – szepnęła – Co dalej?
– Teraz ja idę pod prysznic, a ty pójdziesz ze mną i będziesz pod moją obserwacją. Nie zostawię cię samej, bo jeszcze zaczniesz mi tu odstawiać w samotności różne figle, a na to nie mogę pozwolić bez swojego udziału. – Puścił do niej oko.
– Pozwolisz mi go umyć? – Idąc za nim, oddychała nerwowo – Jesteś okropny. Zaraz dojdę od samego chodzenia.
– Pozwolę ci nawet wziąć go do buzi, jeśli będziesz miała ochotę.
– Och, jakiś ty łaskawy – Ostatnia samogłoska wybrzmiała jak długie „yyyy”. Weronika oparła się o pralkę i oddychała ciężko.
– Widzę, że jest całkiem nieźle. – Wszedł do wanny, zaczął polewać się wodą z prysznica i mydlić ciało. – A co byś powiedziała na to – Poruszał chwilę namydloną dłonią po napiętym penisie, co obserwowała spod przymrużonych oczu – żeby twoja druga dziurka również została dzisiaj wypełniona.
– Chcesz… – urwała z niedowierzaniem – chcesz „tam”? – Otworzyła szeroko usta.
– Mhmm. – Wpatrywał się w nią prowokująco. Przenosiła wzrok z jego bezczelnie uśmiechniętej twarzy na napiętego kutasa, oceniając, czy nie jest zbyt duży. Po dłuższej chwili przełknęła nerwowo ślinę i zapytała:
– To ile jeszcze zajmie ci ten prysznic?

– Ale jak będzie boleć, to przestaniesz? – spytała po chwili, kiedy wycierał się, stojąc obok wanny.
– Oczywiście – Pocałował ją lekko w usta. – Zaraz wrócę, nie ruszaj się.
Dotknęła się między udami i stwierdziła, że jest tak podniecona, że w zasadzie jest jej wszystko jedno, czy przeleci ją w tyłek, czy nie. Spojrzała w lustro, policzki miała lekko zaczerwienione, podobnie, a źrenice oczu powiększone.
– Klęknij na podłodze. – Usłyszała za plecami. Stanął za nią i objął jej piersi, po czym zaczął masować podbrzusze, schodząc dłońmi coraz niżej.
– Zaraz dojdę, jeśli nie przestaniesz. – Chwyciła go za dłoń.
– A nie chcesz tego? – Był silniejszy od niej i przesunął rękę niżej.
– Jeszcze nie teraz, och tak. – Poczuła palec, który prześlizgnął się po płatkach.
– No dobrze, skoro nie, to klękaj. – Odsunął się i czekał, aż Weronika wypnie pupę. Zarzucił jej dół sukienki na głowę, nabrał lubrykantu na palec i zaczął powoli masować wejście do wnętrza.
– Tylko bądź delikatny, proszę. – Dotknęła się między udami i powoli rozcierała cipkę, pojękując.
– Jestem cholernie na ciebie napalony. – Dotarł do niej odgłos ślizgania się dłoni po członku – Gotowa?
– Tak – szepnęła, zamknęła oczy i zaparła się o wannę lewą ręką, prawą trąc coraz szybciej cipkę. – Ale duży, boli – jęknęła po chwili, kiedy połowa główki znalazła się we wnętrzu. Krystian wsunął się nieco głębiej i wycharczał coś w stylu „ale ciasno”, co ledwo do niej dotarło z powodu nadchodzącego orgazmu. Kiedy zaczęła szczytować, był już zagłębiony do połowy, zaczekał, aż jej oddech uspokoi się nieco i wysunął się powoli, a potem wsunął. I jeszcze raz wysunął.
– Chcę jeszcze raz dojść. – Znowu sięgnęła palcami między uda, czuła, jak wsuwa się coraz głębiej i szybciej.
– O tak, jestem bardzo blisko. – Krystian nachylił się nad nią i złapał za ramiona – Teraz! – Napiął się i poczuła, jak zalewa ją rzeka spermy. Kilka szybkich ruchów palcem wystarczyło, żeby doszła ponownie, krzycząc w spazmach.

Teraźniejszość


Kiedy przypomniała sobie uczucie wypełnienia spermą „tam” skończyła momentalnie, starając się nie okazywać przyjemności zbyt głośno…
– Wszystko w porządku? – Głos, który rozległ się po minucie pod drzwiami, należał do właścicielki pensjonatu.

O kurwa, chyba sobie pokrzyczałam...
– Tak, proszę się nie kłopotać. Spadł mi telefon na podłogę i wystraszyłam się. – Stłumiła śmiech i zakryła dłonią usta. Palce pachniały orgazmem.
– Wspaniale – Przeciągnęła się i zamruczała. – Cudownie jest móc znowu to robić.

Kwadrans później spała jak dziecko. A następnego dnia postanowiła, że wraca do Warszawy.
--------
Weekend spędził sam. Tym razem nie miał Franka pod opieką, więc zajął się tym, co potrafił najlepiej – remontem. Wynajęte od kolegi mieszkanie po babci doprowadził do takiego stanu, że śmiało można było wystawić je na sprzedaż lub wynajem obcym ludziom. Malowanie, wymiana podłóg, oświetlenia, nowe karnisze, kupił firanki.
Dobrze, że nie zabrał się za elektrykę i kucie ścian, równie dobrze mógłby położyć od nowa kanalizę.
Kumpel, kiedy wpadł do mieszkania, otworzył szeroko oczy, uściskał Krystiana i obiecał, że ten przez pół roku nie ponosi żadnych opłat. I nie nawet nie podniósł tematu braku konsultacji przez Krystiana w sprawie remontu. Pytał, dlaczego, przecież to nie jego mieszkanie, a włożył w to własne pieniądze. Krystian odpowiedział, że lubi pomagać ludziom, a mieszkanie podoba mu się i jeśli kolega byłby zainteresowany, to może je kupi w niedalekiej przyszłości.
Tylko po co –pomyślał, gdy kolega wyszedł – i z kim mam tu mieszkać? Sam?
Tak naprawdę zrobił to wszystko w jednym celu – żeby nie myśleć o niej. Zabić w sobie jej obraz, zakopać najgłębiej, jak się da uczucia i nie pozwolić, by bardzo powoli ustępująca depresja znowu wzięła górę.
Trzy miesiące nieobecności w pracy, terapia u psychiatry i psychologa, czuł, że powoli zaczyna wynurzać się z bagna, w którym był zanurzony po czubek włosów na głowie. Na razie wysunął spod powierzchni gówna oczy i nos, zaczął oddychać samodzielnie, ale powrót do normalności był odległy i z jego perspektywy nie było go jeszcze widać na dalekim horyzoncie.
Rozwód o dziwo przebiegł szybko, mimo że Daria była na niego wściekła, a syn tęsknił. Widywał się z małym raz na jakiś czas, co osładzało mu samotność i brak jej. Momentami czuł wyrzuty sumienia wobec ex-żony, ale z drugiej strony kiedy przypominał sobie, jak go traktowała, poniewierała nim i ignorowała, sumienie milkło.

Częściej wracał myślami do Weroniki, powoli oswajając się z myślą, że nie wróci.
Cicho. Miałeś o niej nie myśleć i nie mówić – Zganił się w duchu.
Nagle uderzyło go niespodziewanie wspomnienie, od którego rozpłakał się w sekundę, stojąc w progu pokoju i spoglądając na krzywo zawieszoną firankę.
Dziś są jej urodziny. Dzień, który wielokrotnie obchodzili razem, czasem w domu, czasem gdzieś na mieście, a w wyjątkowych sytuacjach...

Sierpień 2004, restauracja w centrum Warszawy, godziny wieczorne.

– Kryniu, czemu akurat tutaj? – Ubrana w czarną, błyszczącą sukienkę za kolana, z wycięciem na dekolt, długie kolczyki Weronika bębniła w oczekiwaniu na kelnera czerwonymi, długimi paznokciami w blat stołu. Lubiła tę restaurację, bywali w niej razem wiele razy, ale czuła lekkie rozczarowanie na myśl o tym, że wolałaby pójść gdzieś, gdzie jest bardziej intymna atmosfera.
– Poczekaj, zawsze jesteś taka niecierpliwa. – Uśmiechnął się do niej tajemniczo. – Tutaj, bo tak wybrałem. Przecież lubisz tu przychodzić.
– Ale myślałam, że pójdziemy gdzieś, gdzie będzie bardziej, hm, intymnie.
– Czyli burdelowe, czerwone światła, miękkie dywany i sala schadzek, gdzie można skoczyć na szybki numerek? – Wyszczerzył zęby.
– Głupek – skwitowała jego uwagę, uśmiechając się lekko. – Gdzie ten kelner? Głodna jestem.
Jak na zawołanie pojawił się około trzydziestoletni mężczyzna, w dopasowanej kamizelce, śnieżnobiałej koszuli i wyprasowanych w kant spodniach.
– Dobry wieczór państwu. – Przywitał się z uśmiechem. – Za chwilę będziemy podawać dania zgodnie z zamówieniem. Mam zaczynać całość teraz, tak, jak rozmawialiśmy? – zwrócił się do Krystiana.
– Tak, poproszę. – Krystian z zadowoloną miną spojrzał na Weronikę.
– Zaraz, ale ja jeszcze nie zamówiłam. – Skonfundowana patrzyła na kelnera.
– Zamówienie jest już gotowe, za chwilę podamy do stołu. Zaczynać?
– Tak – potwierdził Krystian z uśmiechem.
– Kryniu, co tu się dzieje? – Po odejściu kelnera wzięła go na spytki.
– Zaraz wszystkiego się dowiesz – odparł tajemniczo i niemal w tej samej chwili na ścianie po jej lewej ręce rozwinęła się mata i padło na nią jasne światło z projektora.
Weronika z niewiele rozumiejącą miną postanowiła czekać.
W międzyczasie na stół wjechał pierwszy posiłek i wino, a światła w miejscu, w którym siedzieli, zaciemniły się lekko.
Kiedy projektor nagle zaczął wyświetlać obraz, zaniemówiła.
Zdjęcia, z muzyką w tle (notabene, jej ulubioną) pokazywały ją od lat najmłodszych (fotka z brakiem dwóch górnych jedynek wywołała szeroki uśmiech i masę wspomnień), przez wchodzenie w wiek dorosły. Była na nich sama i z Krystianem. Nie domyślała się kompletnie, o co chodzi, dopóki na ekranie, po zakończeniu projekcji nie pojawił się napis, który spowodował, że jej serce na ułamek sekundy zamarło, a potem zaczęło bić w takim tempie, jakby miało za chwilę wyskoczyć z piersi.
„Wyjdziesz za mnie, Wera?”
Nie spostrzegła, że on w międzyczasie stanął za nią, a kiedy zdanie ukazało się na ekranie, klęczał obok jej krzesła z małym pudełeczkiem w lewej dłoni.
Łzy stanęły jej w oczach. Uśmiechał się niepewnie, jakby nie do końca przekonany, czy ona się zgodzi. Znał ją ponad dziesięć lat, ale nawet po tak długim czasie potrafiła go zaskoczyć.
– Skarbie. – Zszokowana otworzyła pudełeczko i rozpłakała się, śmiejąc jednocześnie. – O Boże, piękny. – Włożyła pierścionek na palec. Pasował idealnie. – Tak Kryniu, zostanę twoją żoną – Pocałowała go i zostawiła mokre ślady łez na jego policzkach.
– Uff – odetchnął i oddał pocałunek. – Zostaniesz panią Krawczyk? Wiesz, na co się piszesz? – zażartował.
– Wiem, w końcu przez dziesięć lat zdążyłam poznać cię wystarczająco i potrafię ustawić cię do pionu, mój drogi. Jedzenie ostygnie. – Obejrzała pierścionek jeszcze raz. – To najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam na urodziny. – Zachwycona spojrzała na niego, puchł z dumy. – Kocham cię. – Dodała poważnym tonem.
– Ja ciebie też, Werka – odparł, patrząc jej prosto w oczy. – Jedzmy, a później wrócimy do domu i będziemy się kochać, jakby to był nasz pierwszy raz wspólnie.

Teraźniejszość


Po raz pierwszy od dłuższego czasu zapłakał. Nie histerycznie, tak jak zdarzyło mu się wyć przez długi czas po tym, jak odeszła. Usiadł i płakał bezgłośnie, łzy płynęły mu po twarzy, kapały na koszulę, zostawiając mokre ślady. Uspokoił się po kwadransie i zmęczony położył się na kanapę.
Zdrzemnę się chwilę, ogarnę kuchnię, a później dokończę skręcanie listew – Podsumował plany, po czym momentalnie usnął.
Śniła mu się Weronika, uciekająca sprzed ołtarza, on był Panem Młodym. Biegł za nią, wołając jej imię, ale ona nie zwracała na niego uwagi i uciekała.
Po chwili znalazł się w mieszkaniu, gdzie zauważył, że ona pakuje się w walizkę, wrzucając w pośpiechu swoje rzeczy, jak popadnie. Próbował przekonać ją, aby została, ale żaden argument nie działał. W połowie rozmowy zaczął brzęczeć dzwonek do drzwi wejściowych, pobiegł, aby zobaczyć kto to, ale nie mógł otworzyć.
Dzwonek atakował wściekle przez kilkanaście sekund, kiedy uświadomił sobie...

... Że to nie sen i ktoś w rzeczywistości dobija się do drzwi. Zerwał się jak oparzony i pobiegł na autopilocie, z półprzymkniętymi oczami do drzwi. Wymacał zamek, klamkę, pstryknął zasuwką i otworzył.
Tyłem do niego stała postać, w płaszczu przeciwdeszczowym, kaloszach, na materiale połyskiwały krople deszczu (cholera, musi mocno padać – pomyślał), a kalosze miały czarny kolor, na którym odznaczało się błoto i trawa, jakby ich właściciel szedł przez bagno lub łąkę.
– W czym mogę pom... – Zamarł, kiedy postać odwróciła się.
To była ona. Miała, ufarbowane na heban włosy nieco za uszy, bez makijażu, wychudzoną twarz, ale rozpoznał ją bezbłędnie. Jej oczy znowu świeciły blaskiem, który tak na niego działał.
– Cześć, Kryniu – Uśmiechnęła się i zdjęła kaptur.
– Cześć, Wera – Zszokowany wydukał po chwili. Wpatrywał się w nią bez słowa przez dłuższą chwilę.
– Mogę wejść? – zapytała po chwili nieśmiało.
– Tak, tak, oczywiście. – Uchylił drzwi i wpuścił ją do środka. – Przepraszam, ale jestem w trakcie remontu.
– W porządku, przyszłam tylko na moment. – Usiadła na stołku w kuchni, nie zdejmując płaszcza. Przyglądał się jej jeszcze, jakby chciał nasycić się jej widokiem, zanim znowu zniknie.
– Zmieniłaś się. – Stwierdził, bardziej dla siebie, niż mówiąc do niej.
– Tak – odparła – zmieniłam się. Ciężko było się nie zmienić po tym, co przeszłam. Zrobisz mi herbaty?
– Tak. – Pstryknął elektryczny czajnik, stojący za jego plecami na blacie. – Po co wróciłaś?
– Żadnego „tęskniłem za tobą, kocham cię"? – zażartowała, ale jej uśmiech szybko spełzł z twarzy, kiedy ujrzała jego oczy. Zmęczone, puste i smutne. Przeraziło ją to, co widzi, bo, momentalnie doszła do wniosku, że jej Kryniu był wrakiem człowieka.
– Wróciłam, bo kocham cię i chcę z tobą być. Obojętne, co się wydarzy w przyszłości, może się rozejdziemy, a może jedno z nas położy drugie do trumny. – Zdjęła płaszcz i stanęła naprzeciw niego, siedział na stołku i patrzył się w podłogę. Wzięła jego głowę w dłonie i zaczęła głaskać. – Nie wiem tego, ale nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie wróciła i nie spróbowała tego wszystkiego ułożyć. Razem z tobą. – Pogłaskała go po policzku. Patrzył na nią pustym wzrokiem.
– Nie wiem, czy dam radę – powiedział cicho, niemal niesłyszalnie. – Naczynie pękło i nie jestem pewien, czy uda mi się je posklejać. Jestem wrakiem człowieka, Wera – Łza potoczyła się po jego policzku – ostatnie miesiące są dla mnie niekończącą się jedną, wielką, czarną plamą. – Rozpłakała się, słysząc jego słowa. – Przepraszam, nie powinienem ci tego mówić, masz swoje problemy.
– Musiałam to zrobić. Gdybym nie odeszła, zabiłabym się po krótkim czasie, przepraszam – wyszeptała, nachyliła się nad nim i pocałowała go w policzek. Słony smak łez przeniknął przez kubeczki smakowe. – Czułam się winna śmierci męża i córki, winna rozbicia twojego małżeństwa. Widziałam się jako cholernie złą osobę, która zasługuje tylko na karę i wieczne potępienie. Przepraszam, Kryniu. – Klęknęła, wtuliła się w jego ramię i kołysała się razem z nim powoli. – Teraz jestem zdrowa, silna i jeśli ty potrzebujesz pomocy, mojego ramienia to jestem tu. Bo cię kocham i chcę spędzić z tobą jeszcze trochę czasu – uśmiechnęła się przez łzy – jakieś kilkadziesiąt lat.
– Dobrze cię widzieć. – Patrzył na jej twarz, głaskał ją po włosach i po czole. – Bardzo mi ciebie brakowało przez te kilka miesięcy. A tak w ogóle – Zorientował się, że przecież nie podawał jej adresu – to jak mnie znalazłaś? Przecież nie byłaś w tym mieszkaniu, tylko w poprzednim.
– Sąsiadka, ta starsza pani, która z tobą rozmawiała. – Patrzył na nią niewiele rozumiejącym wzrokiem.
– Wanda?
– Widzę, że się zaprzyjaźniliście, to dobrze – uśmiechnęła się ciepło. – Wanda to dobra osoba, jedyna, z którą rozmawiałam w trakcie… – umilkła.
– No co z tą sąsiadką?
– Zostawiłeś jej swój nowy adres. Na wszelki wypadek, gdybym wróciła.
Czy ja faktycznie go zostawiłem? Nie pamiętam, żyłem w amoku. – Próbował przypomnieć sobie, czy dał staruszce adres, ale kompletnie nie pamiętał pierwszych dni po jej odejściu.
– Nieważne. Może faktycznie zostawiłem. Zmieniając temat – Wstał, wyłączył piszczący czajnik i zalał szczura z herbatą w kubku z Angry Birds'ami – co się z tobą działo przez te miesiące?
Westchnęła cicho.
– Najpierw byłam na terapii w ośrodku zamkniętym. – Upiła łyk. – Tak, byłam w psychiatryku. A później – zatrzymała się na chwilę – jeździłam rowerem po całej Polsce. Sama. Przez wiosnę i połowę wakacji. Wróciłam miesiąc temu do Warszawy. Chciałam się z tobą spotkać wcześniej, ale nie byłam jeszcze gotowa. Wybacz.
Milczeli przez chwilę.
– Myślałam często o tobie, podróżując, zwłaszcza wieczorami. Zastanawiałam się, co robisz, z kim jesteś, czy jesteś szczęśliwy i czy – zawahała się – wiem, że to samolubne, ale zastanawiałam się, czy myślisz o mnie.
– Nie było chyba dnia, żebym o tobie nie myślał. – Wpatrywał się w nią bardzo intensywnie, aż poczuła wypieki na policzkach i ciepło między udami. W gardle skakał radosny krzyk – Czy... – zawiesił głos – spotykałaś się z kimś podczas podróży?
– Kryniu – zaśmiała się i pogłaskała go po policzku. – No coś ty. Przecież cię kocham, nie pojechałam tam szukać atrakcji, tylko wyleczyć się i wrócić do ciebie.
– Ja też cię kocham. – Usiadł obok niej na drugim stołku. – I chcę z tobą być, ale czeka mnie mnóstwo pracy i potrzebna będzie mi twoja pomoc, żeby stać się znowu tym samym Krystianem. – Pogłaskał jej dłoń i pocałował ją delikatnie w usta, wkleiła się w jego wargi i jęknęła cicho.
– Pomogę ci, jak tylko będę w stanie. – Czuła jego zapach, który tak kochała, a jej wnętrze skakało z radości w rytm uderzeń serca.
– Jeszcze jedno – Klęknął przed nią. – Chciałem cię przeprosić za to, co stało się ponad dziesięć lat temu. Nigdy tego nie zrobiłem, a czuję się winny rozpadu tego, co było między nami.
– Bo wina była po obu stronach. – Chwyciła go za ręce i pocałowała obie, zadowolona i uśmiechnięta – Muszę ci coś powiedzieć. To bardzo ważne. – Uniósł pytająco brwi.
– No co?
Milczała, wreszcie wzięła głęboki oddech.
– Kiedy rozstaliśmy się – Jej głos drżał, ujął jej dłoń, czując, jaka jest zimna, wręcz lodowata. – Boże, to takie trudne. – Nerwowo odgarnęła włosy z czoła. Krystian cierpliwie wpatrywał się w nią i gładził delikatnie jej palce. – Tuż przed twoim wyjazdem do Anglii zaszłam z tobą w ciążę.
Milczał.
– Chciałam ci powiedzieć, kiedy wrócisz, a miałeś wrócić po czterech miesiącach, akurat byłabym tuż po połówkowym USG – kontynuowała, a on przewiercał ją wzrokiem – ale tuż przed USG miałam wypadek rowerem, z mojej winy. Wiem, nie powinnam w ogóle wsiadać w trakcie ciąży na rower. Ale coś mi odbiło i postanowiłam pojechać do sklepu. Babskie zachcianki, skoki hormonów, i tak dalej. Wsiadłam więc na ten cholerny rower, rozbiłam się na przejściu dla pieszych i… – Ponownie zawahała się – poroniłam.
Zaległa cisza. Krystian patrzył na nią przeciągle, a ona niepewnie uśmiechała się do niego.
– Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? – wydusił wreszcie z siebie.
– Bo się bałam – Łzy zaczęły płynąć po jej policzkach. – Bo tak bardzo chciałeś mieć dziecko, że kiedy usłyszałbyś to, co miałam do powiedzenia to – zapłakała – znienawidziłbyś mnie i zostawił. A tego bym nie przeżyła. – Skryła twarz w jego ramieniu i bezgłośnie łkała.
Czuł jej łzy, przesiąkające materiał koszuli. Wiedział, że stało się coś podczas jego pobytu w Anglii, ale podejrzewał ją bardziej o jakąś jednorazową przygodę z innym mężczyzną, niż coś takiego. Czuł, że zmieniła się przez te kilka miesięcy, że odsunęła się od niego. Próbował z nią rozmawiać, wielokrotnie, ale nic nie przynosiło skutku. Odsuwali się od siebie, aż wreszcie on dostał pracę w Anglii, w miejscu, gdzie był na praktykach. Umówili się, że ona przyjedzie do niego po kilku miesiącach, jak tylko on poukłada wszystko na miejscu.
Nigdy nie przyjechała. Po tym, jak wrócił do Polski, po nią przeprowadzili rozmowę, podczas której oboje doszli do wniosku, że coś się popsuło. I powinni jakiś czas pobyć oddzielnie. A potem zobaczą.
– I tak zobaczyliśmy, że się rozstaliśmy – powiedział na głos, a ona podniosła głowę, zdziwiona jego reakcją.
– Nic, nic. Myślę głośno.
– Nie jesteś wściekły? Oszukałam cię bądź co bądź w jednej z najważniejszych życiowo kwestii.
– Czy jestem wściekły? – Wytarł opuszkami palców łzy z jej policzków. – Nie. Jest za późno na to, żeby być wściekłym. Jest mi przykro, bo wydawało mi się, że ufamy sobie, jak nikomu innemu. A jednak tak nie było – dodał smutno. – Mimo to wybaczam ci, bo z drugiej staram się postawić na twoim miejscu i w jakimś sensie rozumiem, dlaczego się bałaś – uśmiechnął się do niej. – Ja też nie byłem bez winy, bo powinienem być bardziej zdeterminowany. Powinienem zaciągnąć cię siłą na terapię dla par, a odpuściłem i niestety wszystko się rozpadło.
– Kryniu? Wybaczysz mi? Kocham cię i nie chcę mieć przed tobą tajemnic.
– Każdy ma jakieś tajemnice przed partnerem i nie mówię tego w złym kontekście. Nie chcę, żebyś mówiła mi o wszystkim, nie muszę znać upodobań twoich koleżanek czy tego, o czym rozmawiacie na babskich wieczorach. Tak samo, jak ja nie opowiem ci, jak z kumplami z pracy plotkuję o cyckach koleżanki z HR. – Pacnęła go w ramię, śmiejąc się przez łzy – Ale nie możemy ukrywać przed sobą tego, że jesteś w ciąży, bo to jakby nie było dość ważna kwestia. – Zakończył z przekąsem. – No dobrze, gdzie twoja walizka?
– Jaka walizka, przecież mam mieszkanie, zapomniałeś? – zdziwiła się. – Wprowadzisz się do mnie? Nie chcesz? – spytała, widząc jego minę.
– Wiesz – Wziął ją za rękę – z chęcią będę z tobą mieszkał. To moje marzenie, stworzyć wreszcie razem dom. Ale nie tam, czułbym się dziwnie, wiedząc, że… – urwał, a ona nie pytała o więcej. Doskonale zdawała sobie sprawę, że mieszkania i domy mają duszę, a w jej mieszkaniu władcą był Rafał, a nie ona.
– W porządku, sprzedam mieszkanie i kupimy inne, nasze wspólne. – Uśmiechnęła się. Wychudzona, niepodobna do jego Wery, którą pamiętał, ale to była ona. Widział ten sam blask w jej oczach, który bił od nich niemal zawsze. Niemal, bo nie chciał pamiętać bezdennej otchłani ciemności, jaką widział w nich tuż po wypadku i pogrzebie.
– Chcę się kochać, rozbieraj się. – Ściągnęła sweter, a on spostrzegł, że nie ma pod nim nic poza prześwitującym lekko biustonoszem. Poczuł lekkie drgnięcie, którego nie odczuwał od chwili, gdy kochał się z nią po raz ostatni, ponad pół roku temu.
– Muszę iść pod prysznic, capię jak po pracy w polu. – Zaśmiał się z jej bezpośredniości, czując rosnącą erekcję. – Poza tym, no – Patrzyła na niego pytająco – nie robiliśmy tego bardzo długo, wyszedłem z wprawy.
– Przestań, przecież to nie wyścigi albo sport na punkty – Wzięła go za policzki w dłonie i pocałowała w nos – chodź, wyszoruję ci plecy, a ty w nagrodę mnie przelecisz – Zaśmiała się prowokująco – to co, panie Krawczyk?
– Szykuj się, Dawidowicz. Uprzedzam, że naprawdę jestem wyposzczony.
– No to będzie krótka piłka, cztery ruchy, worek suchy – westchnęła z udawanym zmartwieniem. – Kto ostatni w wannie, ten dupa wołowa. – Śmiejąc się, uciekła do łazienki. Krystian powiedział tylko pod nosem „baby” i ruszył wolnym krokiem w kierunku swojej kobiety.
Jedynej, jaką naprawdę kochał w życiu.
Wreszcie wina, jaką w sobie nosił, powoli ustępowała, jak powietrze, wypuszczane z przekłutego balonu. Bardzo powoli.
– Zasnąłeś? – Dobiegł go jej prowokujący głos i dźwięk wlewanej do wanny wody. – Dupo wołowa?
– Poczekaj, ty cholero – odkrzyknął – zaraz przekonasz się, co ta dupa wołowa potrafi. – Rozbierając się i rzucając ciuchy na podłogę, wszedł do łazienki.
I do niej.
Do swojej Wery.
 

Koniec.

Ten tekst odnotował 22,047 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.97/10 (50 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Komentarze (24)

+7
-4
Mam takie pytanie, częściowo do @XXX_Lorda, ale też innych autorów lubujących się w większych formach. Dlaczego nie publikujecie długich tekstów we fragmentach, żeby było je ni mniej, ni więcej, tylko wygodniej czytać?

Powyższe opowiadanie i tak jest podzielone wewnętrznie, więc ten problem odpada. Wiem skądinąd, że można ustalić z administracją publikację co do dnia i części mogłyby ukazywać się dzień po dniu, tydzień po tygodniu, wedle uznania. Oczywiście każdy postępuje, jak uważa, ale...
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+6
-6
Ja mam propozycję dla Ciebie @Agnessa Novvak. Załóż swój portal KAŻDEMU UŁOŻĘ ŻYCIE PO MOJEMU. Będziesz tam mogła nakazywać innym, co, kiedy i jak mają robić.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+3
-4
... ale?

Jak idziesz do księgarni, czy do biblioteki, to wyrywasz sobie plik kartek, płacisz lub wypożyczasz i mówisz, że przyjdziesz za parę dni?
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+3
-1
Może dlatego, że stanowią integralną całość, nie są serialami. Seriale żądzą się swoimi prawami, to inny rodzaj literatury.
W dodatku tutaj seriale zwykle się nie kończą, gdzieś tam po którejś części urywają się, co wielu zniechęca do czytania takiej formy.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-1
Swoją drogą, dlaczego nie stosujesz się do własnych wskazówek, Agnesso?

Mam na myśli fakt, że do tej pory, ze wszystkich opublikowanych opowiadań, tylko jedno ma szacowany czas lektury na 19 min ("MiniaTurka, czyli tam gdzie kwitną jaśminy) a reszta to 30, 70 albo i więcej minut, nie mówiąc już o pracy, której przeczytanie zajmie prawie dwie godziny? ("Adam, Ewa i cała reszta czyli gody miedziane (VI))
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+7
0
Zastanawiałem się nad podziałem historii na trzy części, ale doszedłem do wniosku, że straciłaby spójność, poza tym odbiór byłby rozmyty. Stąd publikacja takiego kolosa.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+3
-3
@Czytelnik - przeczytaj ze zrozumieniem. Ja PYTAM, a nie KAŻĘ.
@GreatLover - przyznaję, ostatnia część "Adama i Ewy" była długa. O wiele zbyt długa i dlatego wszystkie historie tego typu będę już dzielić - jak napiszę oczywiście, bo chwilowo krótszymi formami się zajmuję. Poza tym nie porównujmy okolic godziny lektury według licznika ("Pasierbica", "Ballada") do ponad czterech.
A twój argument o książkach jest inwalidą - te same pozycje mogą być wydawane w różny sposób, z różnym podziałem na tomy. Czytałeś kiedyś kobyłę grubości i wagi cegły, bo wydawca upchnął np. trylogię w jedną całość? Nie polecam. Poza (teoretycznie) paroma zaoszczędzonymi złotówkami przy kupnie - żadnych zalet.
@Indragor - ale co ma do tego serial? Nic. Nie mówię o całkowitej zmianie sposobu publikacji i rozbijaniu tekstu na 10 części, ukazujących się co miesiąc. Ale na przykład, zgodnie z i tak ustalonym w powyższym tekście podziałem na jeśli dobrze widzę trzy, publikowane na przykład dzień po dniu? Nawet ocenić można osobno, co się czasami przydaje, gdy tekst jest nierówny i na koniec nie wiemy, jak się do niego całościowo odnieść.

@XXX_Lord - ależ podział na części, publikowane zaraz po sobie, nie przekreśla spójności historii! Wręcz odwrotnie - ułatwia jej odbiór. Choćby dlatego, że przy takiej objętości i tak raczej nikt nie pochłonie jej na jeden raz, a tak to granice są wyraźniejsze i ustalone już przez autora, który wie najlepiej, gdzie je wyznaczyć. Prościej jest też wrócić do momentu, w którym skończyliśmy, bo przecież w widoku czytelniczym nie ma numerów stron do zapamiętania (wiem, można sobie zgrać pdfa, ale ja ich osobiście nie lubię). Oczywiście decyzja była twoja i ją szanuję, ale według mnie, ze względów czysto praktycznych, nie jest to najlepsze rozwiązanie. A mam za sobą podobne "kobyły", choćby "Dzikie bestie - leksykon" od @DwóchZoś i jest to po prostu niepraktyczne. Choć oczywiście każdy robi tak, jak uważa.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+5
-1
@Agnessa Novvak - każdy Autor ma prawo do decyzji odnośnie publikacji własnych opowiadań. W kontekście tej historii zdecydowałem, że nie będę jej dzielił, gdyż odbyłoby się to ze szkodą dla Czytelnika i jestem świadomy, że komuś może to przeszkadzać. Nie zmuszam nikogo do czytania tego, co piszę, więc jeśli ktoś poszukuje krótszej formy, na Pokątnych ma mnóstwo historii do wyboru.
Argument o objętości i trudności w przeczytaniu tak długiej historii jest dla mnie niezrozumiały, zgadzam się z GL i zdaniem o wyrywaniu kartek. Czytając książkę, której objętość przekracza możliwość pochłonięcia jej w jednym podejściu odkładasz ją na półkę i wracasz do lektury w dogodnej chwili. Podobnie można postąpić z długim opowiadaniem (i format cyfrowy nie ma tu praktycznie żadnego znaczenia, wiem to z autopsji).
I jeszcze jedna kwestia - publikacja trzech części spowodowałaby, iż Czytelnik oceniałby każdą z nich oddzielnie, a tego zdecydowanie chciałem uniknąć.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-1
@Agnessa Novvak, co ma do tego serial? A no to, co napisałem, a napisałem o swoich odczuciach na ten temat. Jeśli Twoje są inne, to nie szkodzi. Gdyby wszystkim podobało się to samo i tak samo, byłoby nudnie. Poza tym, jak napisał XXX_Lord, opowiadanie, które zostało pomyślane jako zamknięta całość, powinno pojawić się w całości, aby uzyskać taki sam odbiór (jako całość) u czytelnika, a nie, żeby podchodzić indywidualnie do kilku części i tak je postrzegać, jako autonomiczne.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0
A mnie się podobało. Przeczytałem z ciekawościąi wzbudziło we mnie emocje, takie fajne, jakich dawno nie odczuwałem. Ciekawość, wzruszenie, współczucie, zrozumienie i smutek. Pewnie, że można byłoby to i owo poprawić, ale jest to jedno z nielicznych opowiadań, które zrobiło na mnie wrażenie.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Zachary.
Dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszy mnie, że historia podoba Ci się i że wywołała emocje, które wymieniłeś (taki między innymi był mój cel). Pisząc ją miałem również na celu zadanie Czytelnikowi pytania, co zrobiłbyś/zrobiłabyś na miejscu bohaterów? Czy wierność i przywiązanie za wszelką cenę jest ważniejsze od miłości i szczęścia? Czy miłość kosztem krzywdy innych jest objawem egoizmu, czy jedynie dbaniem o siebie?
Mam nadzieję, że w jakimś stopniu udało mi się to oddać bez zbytniego moralizowania.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Indragorze - to, że "Potop", "Ben Hur" albo "Przeminęło z wiatrem" są puszczane w dwóch częściach, nie zmienia faktu, że wciąż każdy z nich jest jednym filmem. Z drugiej strony, w niektórych filmach emitowanych w całości, do dzisiaj jest widoczna linia podziału, np. w "Skrzypku na dachu", z tego co pamiętam także "My fair lady" czy "Dawno temu w Ameryce". To zmienia jedynie wygodę odbioru, a nie treść jako taką.

@XXX_Lordzie

Nie zmuszam nikogo do czytania tego, co piszę, więc jeśli ktoś poszukuje krótszej formy, na Pokątnych ma mnóstwo historii do wyboru



Nie chodzi mi o całkowitą objętość historii, ale umieszczenie tak dużej ilości tekstu w jednej części. Tym bardziej, że przecież i tak opowiadanie jest podzielone wewnętrznie przez ciebie, czyli autora. I tak, masz rację, że jest to twoja decyzja i oczywiście nie mam zamiaru jej podważać, a jedynie wytknąć ewidentne niedogodności, jakie sprawia ona czytelnikowi.

I powiem, że niestety, ale moje obawy z poprzednich postów się spełniły. Nawet, jeśli udało mi się przeczytać "Mea Culpę" nie na dziesięć podejść, a dosłownie dwa, to jednocześnie ze względu na jej "jednoczęściowość" sama lektura nie była wcale łatwa, a wystawienie jednoznacznej oceny jest w tym momencie dla mnie niemożliwe.

Tak, opowiadanie mi się podoba. Bardzo. Historia jest przemyślana, bardzo spójna, bohaterowie niejednoznaczni, a twist fabularny naprawdę robi w głowie srogie zamieszanie. Szkoda tylko, że według mnie każdy z wewnętrznych trzech rozdziałów jest tak różny, że nie mogę odnieść się obiektywnie do tekstu jako całości. Pierwszy epizod dłuży się niemiłosiernie i momentami trzeba się naprawdę postarać, żeby przez niego przebrnąć. Zdaję sobie sprawę, że chciałeś @XXX_Lordzie ukazać głębię bohaterów, ich relacje rodzinne, przeżycia itp. Ale przykład dzieci - jak to dzieci - dla jednych będą zabawne, dla innych irytujące, ale w gruncie rzeczy niczego nie wnoszą jako postacie. Samo stwierdzenie, że bohaterowie są dzieciaci i ukazanie ich w pojedynczych sytuacjach rodzinnych, bez dialogów, wniosłoby to samo, a oszczędziło naprawdę sporo czasu i uwagi czytelnika.
Druga część jest znacznie lepsza, dynamiczniejsza, a jej finał jeży włosy nie tylko na głowie.
Trzecia to typowa psychologia i nawet jeśli, zwłaszcza pod koniec, napięcie siada, a niektóre wątki kończą się dziwnie szybko, także trzyma poziom. Chociaż... ile jest na przykład poświęcone na rozwód? Kilka zdań? Szczerze, zamiast bezproduktywnych rozmów z dzieciakami z początku, aż się prosi tutaj o jakąś analizę, albo w ogóle ostrą dramę.

I teraz co? Mam wystawić dla kolejnych rozdziałów 5/10, 11/10 i 9/10 i policzyć z tego średnią? Nie, bo będzie nieuczciwie niska względem ogólnych odczuć. Dać 10/10? Też nie, bo moim zdaniem nawet jedną trzecią wstępu można wywalić z zyskiem dla całości, a koniec nieco zawodzi. Może przeczytam całość na spokojnie jeszcze raz, to mnie oświeci? 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
O widzisz, i na takich komentarzach mi zależy. Nie na ocenach.
Piszesz o skróceniu pierwszej części, ale w kontekście rozmów Krystiana z synem? Czy retrospekcji z czasów dzieciństwa i młodości obojga bohaterów? Retrospekcje miały na celu ukazanie historii rozwijającego się uczucia obojga bohaterów od czasów dzieciństwa i wpływu tegoż uczucia na ich zachowanie w trakcie teraźniejszych wydarzeń. Chciałem spróbować czegoś nowego, na gruncie, który był do tej pory dla mnie obcy, czyli ukazaniu bohaterów jako dzieci. Pewnie nie każdemu się to spodoba i co poniektórzy mogą nie dotrwać do końca pierwszej części i zasnąć 😉

Z części trzeciej (która jest w jakichś 80% introspekcją) całkiem świadomie wywaliłem rozwód Krystiana, skupiając się w niej bardziej na Weronice, i być może to faktycznie jest błąd, ale nie jestem w stanie teraz tego ocenić. Ta historia jest dla mnie zbyt świeża, żebym mógł odnieść się do niej obiektywnie. Poza tym ważne jest, że to nie jest opowiadanie erotyczne, tylko historia zawierająca elementy erotyki i w śladowych ilościach pornografii. Stąd jej odbiór tutaj może być dwuznaczny i niekoniecznie dla mnie pozytywny 😉 I liczę się z komentarzami "nuda, za długie, za mało dymania". Chociaż ci, którzy coś tam mojego czytali pewnie domyślają się, że jeśli nie napiszę w tagach "porno", to szeroko rozumianej kopulacji w opowiadaniu zbyt wiele nie uświadczą 🙂

Dzięki za przeczytanie i za obszerny komentarz. O to chodzi, nie oceny, a dyskusja jest tutaj najważniejsza.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Możesz (i inni też mogą) się ze mną nie zgadzać w wielu sprawach, ale jeśli już czytam, to z uwagą. A potem jeżeli krytykuję, to konstruktywnie 🙂 No chyba, że nie ma czego czytać ani komentować 😀

W kontekście dzieci, chodzi mi bardziej o np. sceny Krystiana i syna. Zwłaszcza dyskusję przy kasie - ani ona zabawna (tak, wiem, bombelki som słitaśne... NIEEE! 😀 ), ani w zasadzie potrzebna. Stąd też moja uwaga co do tego motywu - relacje rodzinne bohatera są opisane aż nazbyt dokładnie, a potem "cyk i rozwód".

Co do retrospekcji to powiem tyle, że one zawsze wprowadzają leciutki chaos. Mnie się też zdarza je stosować, ale bardziej w formie monologów wewnętrznych, czy tam innych przemyśleń - na przykład wspomnienia Ewy z "rocznicy walentynkowej" na temat seksu z dwoma facetami, które ukazują jej rozrywkową przeszłość. Chociaż i takie rozwiązanie ma swoje wady, bo dostajemy blok tekstu dziejący się tylko w głowie, oderwany od głównego wątku.
Dlatego z jednej strony bardzo podziwiam retrospekcje, świadczące m.in. o dokładnym, precyzyjnym przemyśleniu historii, ale z drugiej, jeśli skaczemy między paroma liniami czasowymi, można się mocno pogubić. Zwłaszcza, jeśli tych skoków jest więcej.

Stąd nie mam najmniejszego zamiaru ci @XXX_Lordzie radzić, co i jak masz pisać. Choćby dlatego, że mnie sama idea stworzenia tak rozbudowanej opowieści by przerosła 😉 Zwracam tylko uwagę, że z punktu widzenia odbiorcy ciężko miejscami to wszystko ogarnąć: tu długie sceny z dziećmi (a może będą ważne w dalszym rozwoju historii?), telefony, wiadomości, retrospekcje... No jest tego trochę 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Tak, zgoda co do motywu dziecko Krystiana vs rozwód, ten fragment rzeczywiście mógłby być napisany inaczej. Zmieniać jednak już nie zamierzam - byłoby to nie fair w stosunku do tych, którzy już przeczytali opowiadanie (a nie wiem, kto to, bo oprócz Ciebie i Zachary'ego nie pozostawili komentarzy 😉). Zostanie więc tak, jak jest.

Co do zdarzeń z przeszłości - zdaję sobie sprawę, że historia jest trudna w przyswojeniu. To najbardziej skomplikowane opowiadanie/powieść pod kątem scenariusza, jakie udało mi się napisać - dlatego też wszelkie retrospekcje są oznaczane datami i miejscami lokalizacji wydarzenia, aby ułatwić Czytelnikowi ogarnięcie całości. Historia wymaga skupienia i w przeciwieństwie do niektórych, innych moich opowiadań (np. "Przepchaj mi rurę" czy "Rekruterka") nie nadaje się do czytania w biegu i przy np. kawie czy śniadaniu. Zresztą nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek widząc prognozowany czas czytania prawie 5h zabierał się do tego w trakcie np. sprzątania 🙂 Polecam wygodną kanapę, lampkę wina, dobrą muzykę (Massive Attack "Mezzanine" lub "Protection" tej samej formacji sprawdzą się jako soundtrack) i sporo czasu 🙂
Wracając do tematu, starałem się też, aby wydarzenia z przeszłości były bezpośrednio powiązane zdarzeniami z teraźniejszości (vide urodziny bohaterki pod koniec opowiadania lub pierwszy raz obojga, który śni się Weronice), co w połączeniu z opisem daty zdarzenia (lub info "teraźniejszość") powinno ułatwić czytanie.
Dzięki raz jeszcze za podzielenie się wrażeniami, to dla mnie cenny feedback i na pewno wezmę go pod uwagę przy pisaniu kolejnego opowiadania.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0
Doczytałam do końca; fakt, trochę to zajęło.
Takie pierwsze refleksje po przeczytaniu, a trochę w nawiązaniu do komentarzy. Nie wyobrażam sobie, aby to opowiadanie ciągnęło się od A do Z, czy jak kto woli od początku do końca chronologicznie. Po pierwsze, mnie znudziłoby czytanie czegoś tak długiego, bez wtrąceń, bez powrotu do przeszłości. Dwa, w życiu z różną częstotliwością wracamy do wspomnień wywołanych sytuacją, rzeczą, skojarzeniem (powodów jest masę), dlaczego więc tak samo nie ma się dziać w opowiadaniu? Kolejny powód, to fakt, że tak lubię (z w/w powodów) i w dłuższych, obejmujących więcej niż jedną scenę, sama ten zabieg stosuję.
Cieszę się, że mimo tak długiej treści nie podzieliłeś jej na części. Przyznaję się, że opowiadania pojawiające się z I w nawiasie (co sugeruje więcej niż jeden odcinek) są przeze mnie omijane szerokim łukiem. Gdybyś więc podzielił, ominął by mnie ten tekst. Jednak, co kto lubi 🙂
Nie byłabym sobą, gdybym nie poprosiła cię autorze, o ponowne zajrzenie do tekstu (nawet dopiero za jakiś czas) i poprawieniu literówek i wyeliminowania powtórzonego wyrazu w zdaniu, co zdarzyło się kilkakrotnie.
Podsumowując; mimo długości fajnie się czytało, nie pogubiłam się ani w treści, ani w czasie - jest tak szczegółowo opisane, że nawet nie było takiej możliwości. Może jedynie ciut za ,,słodko" się zakończyło, ale... może taka wersja daje nadzieję czytelnikowi, który boryka się z problemami, że i w życiu w końcu się ułoży.
I tym optymistycznym akcentem zakończę swój komentarz 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Na początek - w 100% zgadzam się w kontekście chronologii, bez retrospekcji przyjemność z czytania historii byłaby równa wkuwaniu na pamięć książki telefonicznej (albo nekrologów z gazety). Cieszy mnie, że nie miałaś problemów z umiejscowieniem zdarzeń w czasie - to było jedno z kluczowych zadań podczas pisania. Lubię mieszać na osi czasu, robiłem to wielokrotnie w różnych historiach publikowanych tutaj i zamierzam robić w przyszłości. A co do dzielenia na odcinki to mamy zbliżone poglądy, choć nie jestem tak ortodoksyjny i czasem zerknę na coś, co ma części 😉
Na literówki i interpunkcję zerknę oczywiście - korekta była gruntowna, kilkukrotna i pewnie błędy są, ale mam nadzieję, że w liczbie nie przekraczającej tolerowanego maksimum.
No cóż, cieszy mnie, że się podobało, tak po prostu 🙂 Słodkie zakończenie jest celowe - przekaz opowiadania i jego charakter jest dość ciężki, stąd też happy end na koniec.
Dzięki za przeczytanie i komentarz.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
XXX_Lordzie przede wszystkim dziękuję za opowiadanie w całości. Przeczytałam je w jednym podejściu i nie sprawiło to problemu. Nie lubie dzielonych utworów, bo łatwo stracić wątek.
A co do fabuły to bardzo ciekawie przedstawiona i myślę, że to m.in. zasługa retrospekcja. Słodko-gorzka a może gorzko-słodka opowieść zmusza na spojrzenie na związki i emocje z wielu perspektyw.
Czekam na więcej!
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Maggy
Dzięki za przeczytanie i za komentarz. Jest słodko-gorzko w różnych kombinacjach i kolejności, bo takie jest życie i taką konwencję staram się przyjmować w historiach bez żartobliwego tonu i puszczenia "oka" do Czytelnika.
Bardzo cieszy mnie fakt, że konstrukcja i długość historii nie była przeszkodą do przeczytania i nie zanudziłaś się na śmierć 😉 Przyznam, że tworzenie retrospektywnych fragmentów, gdzie wracamy do dziecinstwa i młodości bohaterów, sprawiło mi najwięcej przyjemności i fajnie, że urozmaiciły historię na tyle, by pozwolić Czytelnikowi przetrwać prawie pięciogodzinnego kolosa.
A więcej będzie, tylko nie wiem, kiedy. Mam kilka pomysłów rozpoczętych lub w głowie, ale wszystko zależy od wolnego czasu, weny i ochoty na pisanie.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Ojej... tak długo mnie tutaj nie było, a kiedy wreszcie wróciłam taka historia na dzień dobry. Dziękuję Lordzie i 10????
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Bez znaków zapytania, na końcu był uśmiech, no ale nie wyszło 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
@Ciri
Ehh, te klawiatury wyczyniają dziwne harce 😉 Fajnie, że wróciłaś i wrzuciłaś komentarz. "Taka" historia, czyli kobyła nie do zmęczenia na raz? 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Chyba wiesz, ze lubię Twoje "kobyły" 😀 bo naprawde lubię duuuuuuugie historie w jednej części. I piszesz bardzo dobrze, ciekawie, porywająco, w każdym razie czytam jednym tchem 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Napisałeś „ Ta historia jest dla mnie zbyt świeża, żebym mógł odnieść się do niej obiektywnie. ”
Czy pisałeś o swoich przeżyciach?
To opowiadanie jest takie rzeczywiste….
Zgadzasz się z tym komentarzem?

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.