11 tysięcy 688

16 marca 2024

Szacowany czas lektury: 39 min

Nie ból jest najgorszy w posiadaniu wspomnień, ale samotność. Wspomnieniami trzeba się dzielić.

Dziennikarz, przeprowadzający wywiad za pośrednictwem wideoczatu, wydawał się już znudzony i zmęczony moimi lakonicznymi odpowiedziami.

– Na koniec mam dla pani jeszcze jedno pytanie… Czy po tak długim czasie istnieje jeszcze coś, czego naprawdę się pani boi?

ESA z pewnością oczekiwała profesjonalnej odpowiedzi: „Istnieje mnóstwo potencjalnych zagrożeń, które mogą wyniknąć nawet z najmniejszego błędu”. On mógł oczekiwać bardziej żartobliwej: „Nadal czekam na kosmitów, brzuch boli mnie od nadmiaru zjadanego sera, a mieszkające tutaj króliki planują obalenie mojej monarchii”.

Spojrzałam na zegar i ścianę nad moją pryczą.

– Wpatrywania się w Ziemię.

– Chodzi o poczucie, że jesteśmy maleńcy i nieznaczący wobec ogromu kosmosu?

– Strach, że zakończą program i zmuszą mnie do powrotu – odpowiedziałam, zanim przerwałam połączenie i tymczasowo zablokowałam łączność za pomocą kilku linijek kodu. – Syd, muzyka.

Sztuczna inteligencja schronu ożyła serią cyfrowych piknięć.

– Masz jakieś specjalne życzenia?

– Wiesz przecież.

Po chwili pomieszczenie wypełniło wolne bicie serca i śmiechy, otwierające utwór Speak to Me Pink Floyd. Trzymając w ustach wiśniowy batonik proteinowy, pozostały z przerwanego posiłku, przeniosłam się na pryczę i zaznaczyłam trzy tysiące sześćset pięćdziesiątą drugą kreskę na ścianie. Pod moją poduszką leżały dwa zdjęcia polaroidowe, które umieściłam tam, gdy postawiłam pierwszą.

Za czterdzieści dwie minuty i pięćdziesiąt trzy sekundy usiądę i będę trzymać je na kolanach i z odsłoniętym lewym przedramieniem.

To mi przypomni, czego naprawdę się boję.


19 grudnia 2017, 19:04 UTC +01:00. Mam siedemnaście lat.

Zajmuję niewygodne krzesło w miejskim domu kultury, gdzie trwa charytatywny recital poezji. Po mojej lewej i prawej stronie znajdują się moi adopcyjni rodzice. W ustach nadal czuję smak ciasta wiśniowego, które zjadłam dwie godziny i dwadzieścia siedem minut temu.

Jestem kosmonautką od czterech tysięcy stu siedemdziesięciu dni, czternastu godzin i dwudziestu sześciu minut. Żyję po to, aby opuścić ziemię, a moje ciało zawsze pokrywa ciężki skafander.

Rozpoczynając osiemset czterdzieści dni temu naukę w liceum o profilu z rozszerzoną matematyką i fizyką, osiągam pierwszy kamień milowy. Każdy semestr kończę z oceną celującą we wszystkich przedmiotach ścisłych oraz wychowaniu fizycznym. Moje sukcesy potwierdzają udział w olimpiadach naukowych oraz zawodach z pływania i biegania. Znam angielski na poziomie C1, francuski i niemiecki na poziomie B1. W ciągu tysiąc osiemset dwudziestu pięciu dni zamierzam podnieść moje umiejętności językowe do poziomu C2. Pięćset siedemnaście dni temu rozpoczęłam pracę nad własną sztuczną inteligencją – Syd.

Sto dziewięć dni temu moje życie stało się pasmem nieskończonego bólu. Za dwie minuty osiągnie on swoje maksimum, ale nie zdoła przekroczyć mojej masy krytycznej – zażegnam go za trzynaście. Dlaczego znalazłam się w takim stanie, dowiem się za trzy tysiące osiemset pięćdziesiąt sześć dni i trzysta sześćdziesiąt pięć kresek – wtedy Syd znajdzie odpowiedź na drugie z trzech pytań, które jej zadam za tysiąc czterysta sześćdziesiąt jeden dni.

Znam źródło; jest nim „Ona”.

Pierwszy raz widzę ją ukrytą wśród pierwszoklasistów, w zbyt dużej białej koszuli, czarnej spódnicy i rajstopach. Od tego momentu regularnie spotykam ją od poniedziałku do piątku, gdy odkłada swój płaszcz do szatni, staje w kolejce do sklepiku szkolnego lub po prostu przemierza korytarze z białym plecakiem ozdobionym czarnymi, rysunkowymi kotkami.

Studiuję ją i uczę się na pamięć.

Jest leworęczna. Regularnie podkreśla swoje usta błyszczykiem i tuszuje rzęsy, ale nigdy nie maluje paznokci. Śniadanie zawsze spożywa na trzeciej przerwie. W piątki między szóstą a siódmą lekcją udaje się do biblioteki. Ma skoncentrowany wyraz twarzy przy nauce z podręczników do fizyki lub chemii, ale jest radosna w towarzystwie dwóch koleżanek. Włosy o kolorze czekolady wydzielają jej subtelny zapach – czuję to za każdym razem, gdy jestem w jej pobliżu.

„Ona” nie ma imienia i głosu.

Kiedy jestem obok niej, słyszę, jak do niej się zwracają, zadają jej pytania i odpowiadają na te, które zadaje… ale dla mnie istnieje jedynie zapach czekolady i Love Song The Cure.

Jestem dla niej zupełnie niewidzialna.

Nieważne, jak bardzo będę marzyć i co zrobię, aby mnie zauważyła – oczy o kolorze bezchmurnego nieba nie chcą, nawet przypadkowo, spojrzeć na mnie. Każde nasze spotkanie, wers śpiewany przez Smitha i zapach czekolady kojarzą się wyłącznie z bólem. Nie potrafię go znieść i nie umiem nic zrobić, aby go przerwać.

Robię to, co potrafię najlepiej. Biegam i pływam szybciej, próbując uciec. Wstrzymuję oddech pod wodą dłużej na dnie basenu, gdzie nikt nie słyszy moich krzyków. Uczę się i zdobywam kolejne nagrody, z nadzieją, że kiedyś podczas odbierania którejś z nich, w końcu zostanę zauważona i ona na mnie spojrzy. Rozwijam Syd – będzie rozwiązywała moje problemy.

Jeszcze minuta.

Sala nadal oklaskuje ostatniego chłopca, który recytował Sonety Krymskie. Ubrany w garnitur konferansjer wchodzi na scenę z mikrofonem.

– A teraz Żywia zadeklamuje dla państwa Wiersz Księżycowy Bolesława Leśmiana.

Dwanaście minut katuszy. Mimo to uśmiecham się, bo to jeden z ulubionych wierszy mojego taty.

Żywia ma na sobie zbyt dużą białą koszulę, czarną spódnicę i lśniące rajstopy. Jej wargi i rzęsy błyszczą w świetle potężnego reflektora, a lewa ręka, bez pomalowanych paznokci, trzyma tomik w formie ściągawki. Jej pofalowane włosy wydają się bardziej puszyste jakby świeżo umyte czekoladowym szamponem.

Znam dziewczynę o imieniu Żywia na pamięć, niczym ból, który czuję, gdy mnie nie widzi. Czekam na śpiew Roberta Smitha…

 

Nagle niewygodne krzesło z moim bezwładnym ciałem zostaje przeniesione na scenę w pustej sali, tuż przed oblicze dziewczyny – tak blisko, że czuję doskonale jej zapach i oddech. Ciężki, ołowiany kombinezon nie pozwala mi unieść rąk i jej obejmować… tak, jak obejmowałam mamę, gdy tata to czytał. Chcę przytulić ucho do jej piersi, by dowiedzieć się, czy bijące w niej serce wali, choć w połowie tak mocno, jak moje.

 

Tam bym ciebie spotkać chciał!

Tam się przyjrzeć twemu licu!

Właśnie dwojga naszych ciał

Brak mi teraz na księżycu!

 

Jeszcze siedem minut cierpienia. Po raz pierwszy od trzech tysięcy osiemset sześciu dni, czternastu godzin i trzydziestu sześciu minut czuję, jak po moich policzkach spływają ciepłe łzy.

Choć nie jestem pod wodą, mam ochotę krzyczeć i wydobyć z siebie cały mój ból… może to zmusi ją, by choć raz spojrzała na mnie.

Pozostaję niewidzialna.

 

Noc oddycha naszą krwią,

Krew podziemną płynie miedzą…

Nasze ciała teraz śpią,

Nasze ciała nic nie wiedzą…

 

Trzydzieści dwie sekundy po zakończeniu trwa cisza, a następnie następuje eksplozja oklasków.

Minutę i dwadzieścia osiem sekund, zanim uśmierzę ból, nie potrafię zmusić swoich dłoni do tego samego; połykam kolejne łzy. Najwolniej, jak potrafię, wydostaję się przed budynek.

Stoję pod nocnym niebem oświetlonym sztucznym światłem i unoszę głowę ku górze. Dwie godziny i pięćdziesiąt minut temu zjadłam ciasto, które miało mi pomóc zapomnieć o bólu. Jedno spojrzenie przez łzy w kierunku, gdzie znajdę się za trzy tysiące osiemset sześćdziesiąt pięć dni, robi to lepiej.

Jestem kosmonautką.

 

 

Przez kolejne sto trzydzieści pięć dni istniała tylko czekolada i Love Song. Obserwowałam lewą rękę o niepomalowanych paznokciach, błyszczące usta i rzęsy. Pomimo tego nie czułam bólu, że oczy koloru nieba nie zwracają na mnie uwagi.

Głos dziewczyny o imieniu Żywia, recytującej ulubiony wiersz mojego taty, towarzyszył mi od tysiąca trzystu osiemnastu dni i trzech tysięcy sześćset pięćdziesięciu dwóch kresek. Syd wyizolowała go z nagrań na dyktafonie i zsyntezowała.

Dzięki temu czułam się mniej samotna, bo to jedyna przyjaciółka, której pragnęłam i potrzebowałam.


– Coś cię martwi? – zapytała Syd, gdy w tle już odtwarzane było Time. – Chodzi o ten wywiad? Może chcesz odbyć konsultację psychologiczną?

– Nie, Syd.

– Zdajesz sobie sprawę, że twój sposób odpowiedzi na ostatnie pytanie, jak i gwałtowna reakcja są bardzo niepokojące?

– Określ poziom empatii.

– Siedemdziesiąt procent.

– Zmniejsz do sześćdziesiąt.

Rozlega się seria piknięć.

– Jeśli jednak coś cię martwi i chcesz porozmawiać…

– Zmniejsz poziom empatii do pięćdziesiąt i czekaj na sygnał wywołania.

Syd wykonała kolejne polecenia. Sięgnęłam po obowiązkowe tabletki z apteczki. Popiłam je wodą o metalicznym posmaku, po czym położyłam się twarz do zimnej ściany.

Za trzydzieści trzy minuty i czterdzieści trzy sekundy cyfrowy zegar ustawiony na UTC+2 pokaże 4:40.


13 listopada 2021, 19:24 UTC+1. Mam dwadzieścia jeden lat.

Stoję pod strumieniem wody w kabinie prysznicowej i delektuję się tym uczuciem, gdy woda spływa po moim ciele. Uwielbiam to uczucie, gdy jestem mokra. To chwila, gdy zapominam, jak ciężki mam na sobie skafander. Bez znaczenia, czy to po skoku do basenu i pływaniu przy dnie, czy po prostu podczas deszczu – wtedy czuję się szczęśliwa i bezpieczna.

Sto sześćdziesiąt dwa dni temu przeprowadziłam się do Warszawy i wynajęłam pokój w tym mieszkaniu, gdzie zamierzam pozostać przez kolejne trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Od tysiąc stu trzydziestu dziewięciu dni jestem studentką Wojskowej Akademii Technicznej na kierunku inżynierii kosmicznej.

Czterysta osiemdziesiąt jeden dni temu zdałam egzamin na prawo jazdy kategorii A i zakupiłam swój pierwszy motocykl – czarną yamahę MT-125. Jazda na niej i osiąganie maksymalnych prędkości stały się moją nową pasją – kiedy opuszczę Ziemię, będę narażona na większe przeciążenia.

Sto szesnaście dni, trzy godziny i pięćdziesiąt cztery minuty temu opuścił mnie Janek – mieszkał ze mną od momentu mojego wprowadzenia się, ale ukończył studia i wracał do swojego rodzinnego miasta. Bardzo go lubiłam, bo kojarzył mi się z moim starszym bratem Mironem.

To Janek pomógł mi zdobyć uprawnienia i udzielił mi rad przy wyborze pierwszego motocykla. Co sobotę zabierał mnie na ciasto wiśniowe i do kina. Wieczorami spędzaliśmy czas razem w moim pokoju, słuchaliśmy muzyki i graliśmy w szachy z Syd. Pożegnał mnie i poprosił, abym przysłała mu kartkę z kosmosu, gdy już tam będę.

W tajemnicy stworzyłam specjalny algorytm, który nauczył Syd jego zachowań, sposobu myślenia i wypowiadania się. Jego część na zawsze pozostała w jej kodzie, odzwierciedlając jego empatyczny charakter.

Od pięćdziesięciu dni mam nową lokatorkę – Stellę. Jest moją rówieśniczką i studiuje psychologię.

Nie lubię jej.

Zawsze pozostawia po sobie bałagan, nie potrafi żyć bez telefonu i chłopaka, którego regularnie przyprowadza do naszego mieszkania. Zdarza się, że zza ściany dzielącej nasze pokoje dobiegają dźwięki i krzyki, jakby się ze sobą bili. Dużo je i narzeka, że przez to jest gruba. Nieustannie gada, nawet gdy widzi, że nie słucham. Określa mnie mianem „kwiatuszka” i wchodzi wszędzie bez pukania. Nałogowo słucha bez słuchawek piosenek z musicalu tick, tick… BOOM!

Teraz słyszę jedynie szum wody. W lodówce czeka kawałek ciasta wiśniowego, który zjem przed wyjściem na nocną przejażdżkę po obrzeżach stolicy.

– Kuuurwa, spóźnię się! – rozległ się krzyk Stelli, gdy mijały zaledwie dwie sekundy od momentu, kiedy poczułam, że ten wieczór zapowiada się miło.

Niepewnie spoglądam zza tafli szkła, ujrzawszy moją współlokatorkę w samej bluzce i różowych majtkach. Szybko związuję swoje włosy koloru karmelu gumką.

Nie oznacza to, że kiedykolwiek miałam problemy z nagością – regularnie chodziłam na basen. Byłam przyzwyczajona do widoku nagich koleżanek i sama czułam się swobodnie w ich obecności. To była dla mnie niepisana, zrozumiała umowa.

Przez minutę i piętnaście sekund obserwuję, jak Stella zdejmuje bluzkę, a jej duże, ciężkie piersi rezonują z gwałtownym ruchem, delikatnie podskakują i opadają, a następnie zdejmuje dolną część bielizny. Potem wchodzi do kabiny i spycha mnie w jej róg. Chwyta słuchawkę prysznicową, patrzy na mnie i mówi:

– Kwiatuszku, proszę! Spieszę się! Dawaj wodę!

Nie mogę jednak oderwać wzroku od jej ciała, które stoi na przeciwnym biegunie. Jest w nim coś pięknego i intrygującego; coś, czego nie dostrzegam ani nie czuję wobec koleżanek.

Woda oblewa jej biust, zaokrąglony brzuszek i łono, a ściekające krople tworzą długie linie na jej skórze. Widziałam już, jak dziewczyny czasem biorą razem prysznic i nawzajem się myją, ale nie wiedziałam dlaczego.

Dwie minuty temu miałam ochotę tylko zjeść ciasto i pojechać motocyklem jak najszybciej. Teraz, od dwóch sekund, pragnę wyciągnąć rękę i dotknąć mokrej skóry Stelli, uwięziona w kącie ciasnego, szklanego prostopadłościanu bez możliwości ucieczki.

 

Stelli, której nienawidzę za wszystko od pięćdziesięciu dni.

 

Jej oczy koloru oliwy spoglądają na mnie pytająco, gdy bez słowa sięga po mój balsam do kąpieli.

– Co? Myślałam, że chodzisz na basen. Chyba nie przeszkadza ci druga goła laska?

Wzrokiem mapuję drogę każdej bezcennej kropli… i pragnę tylko je ścierać. Nie wiem, co robić. Nie potrafię się przeciwstawić ani jej, ani temu uczuciu.

Uśmiecha się pod nosem.

– Chyba nie jesteś lesbijką, co kwiatuszku? Jeździsz motorem, ciągle siedzisz w komputerze… ale nie wyglądasz na taką. Jesteś? Może ci się podobam?

Już nie słyszę jej. Istnieje tylko puszczana na całe nasze mieszkanie piosenka.

Głupie Come to your senses.

Dwie minuty czterdzieści pięć sekund po tym, jak Stella obnażyła swoje ciało na czarnych kafelkach łazienki w wynajętym mieszkaniu, unoszę powoli rękę i dotykam jej obojczyka, zbierając sześć kropli…

Miało to niemal nostalgiczny charakter, podobny do tych chwil, gdy Miron budził mnie w środku nocy i zabierał na wielkie wzgórze za domem. Przez teleskop oglądaliśmy kosmos, który zazwyczaj widziałam jedynie na ekranie lub w książkach.

Namacalna bliskość czegoś tak odległego.

Podobnie jak wtedy, odkrywając znajome konstelacje i ciała niebieskie, tak na ciele Stelli – cudownie mokrym, ciepłym i miękkim – odnajduję znane mi z siebie i atlasu anatomicznego miejsca. Z zafascynowaniem prowadzę palcami białą pianę po szyi, obojczykach, ramionach i dużych piersiach; sunę wzdłuż linii żeber ku środkowi brzucha i rozsuwam je w stronę bioder.

Stella nie protestuje, gdy bez słowa się do niej przytulam i zabieram z niej więcej ciepła… Nie sprzeciwia się, gdy tak mapuję ją bez słowa wyjaśnienia.

 

Czy i ona czuje moje ciepło? Czy i ona tego chce?

 

Trzy minuty i szesnaście sekund później duet piosenkarek z mojej głowy przeciągnął ostatni wers swojej piosenki.

 

Kochanie, wróć… ŻYWY!

 

Stella dotyka swoimi wargami moich ust, ale już nie sprawia mi to takiej przyjemności jak dotykanie jej skóry.

– Było mi bardzo miło, kwiatuszku, ale się spieszę i wolę facetów! – krzyczy, wysuwając się z moich ramion i spłukując resztki piany.

Znowu była tylko ta, której nie lubię.

Dwadzieścia cztery sekundy później owinęła się moim ręcznikiem, spojrzała na mnie raz jeszcze i zniknęła za drzwiami.

Jeszcze siedem minut stoję w pustej kabinie z zakręconą wodą, dziesięć minut i szesnaście sekund od tego, jak ją dotknęłam po raz pierwszy. Czterdzieści minut później mknę sto trzydzieści na godzinę obwodnicą w mroku z brzuchem pełnym ciasta wiśniowego.

Nie ma w tym przyjemności – nie takiej, jaką dawało mapowanie ciała Stelli.

W nocy, za tysiąc sześćset siedemdziesiąt trzy dni, daleko od tej wanny – w ramionach innej kobiety – przekroczę punkt krytyczny tego uczucia. Chwilę po postawieniu pierwszej kreski na ścianie za pryczą i przytulenia do niej zejdę już na zawsze ku punktowi zerowemu.

 

Trzydzieści sześć dni, dwie godziny i trzydzieści dziewięć minut od chwili, gdy Stella przez trzy minuty i szesnaście sekund obdarzyła mnie swoim ciepłem – obwieści swoją rezygnację z dalszych studiów. Żadna z nas nie mówiła o tym, co wtedy między nami się wydarzyło. Spakowała swoje rzeczy i gotowa do wyjścia stanęła pod drzwiami z walizkami, a potem – zawsze mówiąca o wiele za dużo – w milczeniu się odwróciła i jeszcze raz spojrzała na mnie w ten sam sposób.

Pierwsza od pięciu tysięcy dwustu sześćdziesięciu sześciu dni, czternastu godzin i dwudziestu sześciu minut ciepła osoba, którą mogłam dotknąć bez skafandra.

Potem wyszła, a ja – dokładnie jak tysiąc sześćset czternaście dni i jedną minutę temu – poczułam łzy na twarzy. Minutę później zadałam Syd trzy pytania.

 

 

Po dwóch tysiącach czterech dniach i trzystu sześciu kreskach Syd wreszcie wygłosiła swoją ukończoną konkluzję wobec drugiego z nich.

Sto czterdzieści kresek temu zrezygnował pierwszy z dwunastu kosmonautów, a ESA zaczęła domagać się regularnych badań psychologicznych – dotychczas były one dobrowolne. Syd wyjaśniła mi, że było to spowodowane faktem, iż mężczyzna „próbował popełnić samobójstwo poprzez uszkodzenie systemów podtrzymujących życie – stwierdził, że pobyt tutaj to nieskończony koszmar”. Następnie przedstawiła się jako moja terapeutka, która od ośmiu lat doskonale zna mój profil – uważa, że znajduję się w szczytowej kondycji, zarówno psychologicznej, jak i fizycznej.

ESA nalegała, żebym równolegle odbywała konsultację zewnętrzną przez wideokonferencję z „żywymi specjalistami”. Zgodziłam się pod warunkiem, że znajdzie się osoba zdolna zadać Syd niemożliwe do odpowiedzi pytanie. Próbowali tego przez kolejne sto kresek, ale kapitulowali – im trudniejsze zagadnienia chcieli poruszyć, tym Syd łatwiej przychodziło na nie odpowiedzieć. Przez cztery tysiące trzysta trzydzieści osiem dni karmiłam ją całą dostępną wiedzą ze wszelkich dziedzin, którą przetwarzała – prawdziwemu człowiekowi nie starczyłoby na to czasu i życia.

Nie wiedzą o moich trzech pytaniach, które jej zadałam po tym, jak Stella zamknęła drzwi; trzy zadane przez łzy pytania.

Na pierwsze: „Co znaczy, że jestem lesbijką?” – odpowiedziała mi natychmiast.

Jestem kobietą kochającą kobiety.

Na drugie: „Co to znaczy kochać?” – odpowiedzi udzieliła mi o siedemset trzydzieści dni i trzysta sześćdziesiąt pięć kresek za późno.

Nad trzecim – wykrzyczanym natychmiastowo po drugim, nim zdążyła wtedy odpowiedzieć… wciąż rozmyśla, pomimo tego, że upłynęło trzy tysiące dwieście osiemdziesiąt siedem kresek i jestem już ostatnią z programu baz lunarnych.


Wciąż leżałam, twarzą przyciśnięta do ściany i słuchałam Any Colour You Like.

– Syd, omów zagadnienia przeciwdziałania lękowi.

– Chcesz, żebym najpierw zwiększyła swoją empatię i wyłączyła muzykę?

– Odpowiedz na obecnym poziomie i nie.

– Istnieje dziewięć prostych sposobów radzenia sobie z lękami. W twojej obecnej sytuacji rekomendowałabym dwa. Koncentracja na tym, co dobre lub przedłużoną ekspozycję na bodziec lękowy. Jeśli masz taką ochotę, możemy też odbyć rozmowę i przedyskutować podłoże twojego lęku… Nim każesz mi znów obniżyć poziom empatii, pozwól, że przypomnę ci coś ważnego. Jesteś tutaj, ponieważ zawsze byłaś najlepsza i ciężko na to pracowałaś. Przeszłaś długą drogę i nawet tam, na Ziemi, kiedy znów konsultuję się w związku z tobą, są zawsze pełni podziwu – dla nas obu. Zakładano zakończenie programu po półtora, może dwóch latach! A ty wciąż tutaj jesteś! Wielokrotnie sprzeciwiałam się, gdy chcieli cię zabrać i zastąpić kimś innym, ale jesteś niezastąpiona.

Obróciłam się w stronę pustego pokoju, wciąż oparta plecami o zimną ścianę.

– Omów pełne zagadnienie koncentracji na tym, co dobre.

– Zamiast skupiać się na lęku, który nas przytłacza, warto zaakceptować go jako naturalną część życia. Spróbujmy przypomnieć sobie wszystkie miłe chwile, najlepiej za pomocą rzeczy, które je wywołują. Rzeczy, za które możemy być sobie lub komuś wdzięczni…

Milczałam.

– No, śmiało – zachęciła mnie Syd jak kiedyś Janek. – Co sprawia, że jesteś szczęśliwa?

Powoli odsunęłam rękaw obcisłej bluzki.

– Mój tatuaż.

To tylko pięć minut i trzydzieści dziewięć sekund.


19 lipca 2026, 20:43 UTC+2. Mam dwadzieścia pięć lat.

Stoję oparta o indian scouta na podwórzu przed nowo wybudowanym domem na kociewskiej wsi, w otoczeniu promieni zachodzącego słońca. Za dwadzieścia cztery godziny ruszę nim z powrotem do Francji. Zamieszkam na stałe w jednostce należącej do ESA i rozpocznę siedemset dwadzieścia dziewięć dni ostatecznego kursu dla kosmonautów – kluczowego etapu w mojej drodze do opuszczenia Ziemi. Rekruterzy, którzy analizują moje podania i przeprowadzają testy, podziwiają moje umiejętności, wiedzę i sprawność. Uważają, że jako kobieta z moją historią mam jeszcze większe szanse na sukces.

Trzydzieści dziewięć godzin temu, po raz pierwszy od dwóch tysięcy osiemset siedemdziesiąt jeden dni, powróciłam do rodzinnych stron – chociaż nie mam tu niczego, co mogłabym żegnać. Poświęciłam ten czas adopcyjnym rodzicom, by podziękować za opiekę nad mną. Adopcyjna mama upiekła ciasto wiśniowe, a tato poczęstował mnie pierwszym w życiu piwem.

Osiem godzin temu odnalazłam swój stary dysk HDD, na którym szczegółowo opisałam plan mojego opuszczenia Ziemi. Znajdowały się tam różne notatki, pliki MP3 z muzyką oraz upośledzona wersja Syd – zdolna jedynie do wykonywania kalkulacji, wyszukiwania danych, gry w szachy i komunikacji poprzez konsolę tekstową. Półtorej godziny temu zjadłam kolację z opiekunami i opuściłam ich dom. Podróżowałam drogą, którą znałam jeszcze z czasów, zanim zostałam kosmonautką.

Teraz stoję obok mojego ukochanego motocykla i spoglądam na okolicę, którą pamiętam jak przez mgłę, z domem w miejscu, gdzie kiedyś stał inny. W tym samym miejscu, gdzie dziewięć milionów dziewięćset dziewięćdziesiąt trzy tysiące sto dwadzieścia trzy minuty temu resztki mojej białej piżamy z rysunkowymi kotkami zamieniły się w ciężki skafander, a moje życie jako ziemskiej dziewczynki dobiegło końca.

Zostałam jedynie kosmonautką uwięzioną na Ziemi i byłam daleko od domu, dalej niż będę za siedemset trzydzieści jeden dni, gdy postawię pierwszą kreskę na ścianie nad pryczą trzysta osiemdziesiąt sześć tysięcy sto trzydzieści siedem koma cztery kilometra stąd.

Gdyby Syd w ciągu siedmiu godzin i pięćdziesięciu siedmiu minut udzieliła odpowiedzi na moje drugie pytanie sprzed tysiąca osiemset dwudziestu siedmiu dni, godzin i trzydziestu siedmiu minut, wtedy wiedziałabym, że jest ona tylko trzynaście kroków ode mnie.

 

Bursztynowe promienie oświetlają ganek, gdy drzwi do domostwa się otwierają. Powoli wychodzi przez nie kobieta w letniej, białej sukience na szerokich ramiączkach. Długo się wzajemnie sobie przyglądamy w milczeniu. Następnie boso kieruje się w moją stronę przez piaszczyste podwórko.

W tym świetle wydaje się zbudowana ze złota – skóra ma karmelową barwę od opalenizny, pofalowane, ciemnoblond włosy bujają się na wietrze, a oczy mienią się tym samym kolorem co moje piwo w szklance z wczorajszego wieczoru.

Z każdą sekundą i krokiem, który zagłębia się w piasku, czuję znów cieknące łzy po moich policzkach.

 

Płakałam z bólu, gdy leżałam na tym piasku sześć tysięcy dziewięćset trzydzieści dziewięć dni temu – świt uświadomił mi, że nigdy więcej nie nazwę tego miejsca domem.

Płakałam trzy tysiące sto trzydzieści trzy dni temu – niebieskooka dziewczyna o imieniu Żywia nie chciała mnie dostrzec.

Płakałam tysiąc sześćset siedemdziesiąt dwa dni temu – znienawidzona Stella przypomniała mi na chwilę, jak cudowne jest ciepło, by potem zabrać je na zawsze ze sobą.

Płaczę od dwunastu sekund – pragnę, by nieznajoma i piękna kobieta ze złota pozwoliła mi ostatni raz nie być samotną kosmonautką bojącą się słońca.

 

Podchodzi do mnie i unosi swoje ręce. Przytula mnie do swojej gorącej skóry, niczym powierzchnia gwiazdy, która sprawiła, że doświadczam największej męki i przez którą zostałam wygnana z tego świata. Złota bezsłownie zdradza, że jest gotowa i chce zrobić to dla mnie.

Niepewnie unoszę twarz ku niej i… składam na jej wargach pocałunek. Nie odpycha mnie; mocniej tuli do siebie. Jest w tym więcej ciasta, jazdy w deszczu, moich ulubionych piosenek, marzeń o błękitnych oczach Żywi i dotykania mokrej skóry Stelli, niż zaznałam przez całe swoje życie jako kosmonautka.

 

Może jest lesbijką; tak jak ja.

Tylko ona wie, co to znaczy kochać kogoś.

 

Prowadzi mnie za rękę na swój ganek, po czym znika w środku domu i wraca z dwiema mokrymi butelkami piwa. Siedzimy w swoich objęciach, pijemy i obserwujemy zachód słońca nad lasem; wymieniamy kolejne, cudowne pocałunki.

Gdy ostatni promień światła znika, prowadzi mnie do siebie. Razem wspinamy się krętymi schodami na piętro i wchodzimy do pokoju z dużym świetlikiem w dachu, przez który widać nów. Delikatnie sadza mnie na łóżku przed lustrem, wpatrując się głęboko w moje oczy. Zdejmuje moje buty, rozpina skórzaną kurtkę i obcisłe spodnie, ale czuję, jakby zrywała z mojego ciała ołowiany skafander swoimi rękoma; po raz pierwszy mogę ujrzeć swoje odbicie.

Niepewnie reaguję na ten gest, zsuwając ramiączka jej sukienki i delikatnie przesuwając palcami po jej skórze. Brak biustonosza pod spodem sprawia, że w sobie odnajduję znajome uczucie jakby z odległego miejsca w czasie i przestrzeni. Uczę się jej – wzrokiem, opuszkami, a zaraz potem wargami.

Poznaję rysy jej twarzy, słodkie wargi, pokryte gęsią skórką piersi i linie żeber w smukłym ciele. Uciekam w głąb jej ciepła, delektując się kolejnymi pocałunkami. Słucham oddechów, rozkoszując się zapachem bzu i czując delikatne kropelki potu pojawiające się na skórze.

Oddaję się jej – całym moim nagim ciałem.

Dryfuję ze Złotą w niebyt, ku ostatecznej granicy wszystkiego, co mi znane i pomaga mi ją przekroczyć, odpowiadając na każdy z moich ruchów w szczególny sposób. Czy to wargami, dotykając moich małych piersi, czy to przesuwając dłońmi po moim brzuchu i udach, zanurzając palce we mnie.

Ściany jej sypialni, niczym masa wody, absorbują wydobywające się ze mnie krzyki – nie bólu, a pragnienia, by nie przestawała.

W jej ramionach, w białej pościeli, pod niewidocznym księżycem zaznaję utraconego poczucia nieważkości.

 

Wkradające się promienie świtu znów naznaczają moje ciało skafandrem.

Złota wciąż śpi, naga i wtulona we mnie. Wysuwam się spod niej, ubieram się i zabieram to, co chciała mi podarować. Wychodzę schodami na zewnątrz, stając znów w tym samym miejscu co wczoraj przy motocyklu.

Nim odjadę, spoglądam raz jeszcze na słońce wznoszące się nad dachem, a potem niżej, na Złotą stojącą na zaciemnionym ganku i wpatrującą się we mnie… tym razem już nieidącą w moją stronę.

 

Siedemset trzydzieści dni i trzysta sześćdziesiąt pięć kresek później, o tej samej godzinie, słuchając odpowiedzi Syd, będę się zastanawiać. Czy gdybym wtedy, zamiast odjechać, zadała Złotej tylko jedno pytanie, wszystko byłoby inne?

– Czy możesz mnie kochać? – zapytałabym.

Gdyby odpowiedziała twierdząco, mój dom już by tam był. Nie byłabym już kosmonautką, a jedynie lesbijką.

Tylko że ja założyłam kask, odpaliłam silnik i odjechałam; nie wiedziałam jeszcze, co oznacza to pojęcie.

Czternaście godzin później przekroczyłam granicę Niemiec i Francji.

 

 

Pięćset pięćdziesiąt trzy dni później skorzystam z automatu do robienia tatuaży – na lewym przedramieniu umieszczę ciąg cyfr.

Dwadzieścia dni później stanę wśród innych kosmonautów, oczekujących, aby wyjść na platformę startową do rakiety. Patrzę, jak oni żegnają swoje rodziny – rodziców, dzieci, partnerów i partnerki… oni wszyscy płaczą, bo się boją. Mnie żegnają obcy ludzie, którzy mówią o mojej odwadze i ryzyku, jakie podejmuję.

Dokładnie osiem tysięcy trzydzieści sześć dni od momentu, gdy zostałam kosmonautką, wreszcie stanę na powierzchni srebrnego globu. Zainstaluję Syd na systemie operacyjnym betonowego igloo, a później po raz pierwszy spojrzę na Ziemię i europejski kontynent, nad którym właśnie wschodzi słońce. Pod poduszką umieszczę dwa zdjęcia, postawię pierwszą kreskę na ścianie i trwale zmniejszę empatię Syd o trzydzieści procent.


Powoli podniosłam poduszkę i wyjęłam dwa wykonane zdjęcia polaroidowe – starsze i nowsze.

Pierwsze, podpisane rozmazanym markerem jako „2006”, nosiło ślady nadpaleń. Na zdjęciu czteroosobowej rodziny, stojącej na tle dużych regałów wypełnionych książkami, kobieta o nienaturalnie jasnych blond włosach trzyma uniesioną wysoko paterę z ciastem. Obok niej, obejmując ją, stoi brodaty mężczyzna w okularach o poważnej minie, trzymający pod pachą gruby zeszyt. Z boku, nastoletni chłopak o długich, ciemnych włosach ma winyl, na którego okładce widnieje pryzmat załamujący światło, i teleskop. Ręce wszystkich spoczywają na głowie małej dziewczynki w białej piżamce z czarnymi kotkami, która wyciąga swoje krótkie rączki, aby objąć wszystkich.

Drugie jest bez podpisu. Zostało wykonane w lustrze, z wyraźnym błyskiem lampy, i przedstawia dwie kobiety splecione w miłosnym uścisku i wymieniające pocałunek. Pierwsza z nich ma krótkie, ciemnozłote włosy i karmelową skórę. Druga, o zdecydowanie drobniejszej budowie, ma niemal srebrne włosy sięgające do połowy pleców i skórę jak mleko – naznaczoną bliznami po oparzeniach i licznych przeszczepach skóry. Ich oczy są zamknięte, a ramiona Srebrnej mocno obejmują ukochaną, jakby chciała się z nią zespolić w jedność.

Brain Damage kończy się z wolną frazą: „Zobaczymy się na ciemnej stronie księżyca”. Układam powoli zdjęcia na sobie i ponownie spoglądam na zegar. Zamknęłam oczy.

Jeszcze minuta, pięćdziesiąt cztery sekundy.


Zaćmienie.

Znałabym drogę, a jeśli nie, zawsze miałabym swój tatuaż ze współrzędnymi. Znalazłabym motocykl i kręciła manetką gazu do oporu, aby jak najszybciej dotrzeć. Wjechałabym na piaszczyste podwórze, ledwo się zatrzymując. Zgasiłabym silnik, zeskoczyłabym i w biegu zrzuciłabym kask. Lekka, jakbym podróżowała przy obniżonej grawitacji, dotarłabym do drzwi i otworzyłabym je na oścież.

W kuchni byłaby kobieta. Ma piękny głos i dlatego często występuje w musicalach, ale w fartuszku zawsze odgrywałaby najważniejszą rolę – mojej mamy. Biegłabym do niej i zawiesiłabym się na jej szyi, tuląc się do niej z całej siły. Z piekarnika opalanego drewnem już by pachniałoby ciasto, które mamy zjeść na wzgórzu za domem.

Potem pognałabym korytarzem w głąb domu. Tata i Miron jak zwykle byliby zajęci grą w szachy, słuchając winyli mojego brata. Choć tata jest profesorem literaturoznawstwa, to też lubi taką muzykę. Ich również wyściskałabym z całej siły, chociaż Miron tego nie lubi i zawsze mnie przy tym nazywa „smarkiem”. Pewnie spełniłby swoje marzenie, zostając jednocześnie słynnym gitarzystą i astrofizykiem jak Brian May.

Tata wybierałby już wiersze ze swojego wielkiego zeszytu, w którym zawsze zapisuje te, jakie szczególnie przypadły mu do gustu. Czyta je, tak jak zawsze na koniec naszych wspólnych nocy, gdy z buzią brudną od ciasta leżę na kolanach mamy i usypiam.

Na koniec wbiegłabym po schodach, do sypialni skrytej na poddaszu. Skoczyłabym na leżącą w łóżku Złotą i tuląc, całowała każdy zakamarek jej gorącej skóry.

Byłabym w domu; domu, jaki na zawsze tkwił w mroku księżyca.


20 lipca 2038, 04:40 UTC+2. Mam trzydzieści osiem lat.

Leżę na pryczy, na moim ciele znajdują się dwa zdjęcia, a moje ramię ozdabia tatuaż ze współrzędnymi miejsca w centralnej Europie.

Trzy tysiące dwieście osiemdziesiąt siedem kresek temu Syd wyjaśniła mi naturę miłości.

„Kochać oznacza pragnąć, aby pozostać z kimś na zawsze i móc obdarowywać go tym, co najlepsze i otrzymywać to od niego”.

Czterdzieści dwie minuty i trzydzieści pięć sekund temu zbyt szczegółowo odpowiedziałam w wywiadzie.

W powietrzu unosi się ostatnie zdanie wypowiedziane podczas Eclipse: „Tak naprawdę nie ma ciemnej strony księżyca. Tak naprawdę cały jest ciemny, jedyną rzeczą, która sprawia, że wygląda jasno, jest słońce”.

Waham się.

– Syd… zwiększ poziom empatii na sto procent.

Następuje ciche piknięcie.

– Wszystkiego najlepszego, Diana. Chciałabym, żebyś wiedziała, jak bardzo mi przykro z powodu tego, co cię wtedy spotkało…

Jedenaście tysięcy sześćset osiemdziesiąt osiem dni – to tyle jestem przerażoną kosmonautką, jaka dziesięć lat żyje na mrocznym księżycu. Tą, której dom i rodzina spłonęły o świcie w szóste urodziny.

I pozostanę nią tutaj tak długo, aż Syd nie znajdzie odpowiedzi na trzecie z pytań:

– Jak przestać kochać, aby przestać być nieszczęśliwym?

Ten tekst odnotował 13,585 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.48/10 (18 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Komentarze (31)

+4
-2
Powiem krótko i treściwie - brawo!

W powietrzu unosi się ostatnie zdanie wypowiedziane podczas Eclipse: „Tak naprawdę nie ma ciemnej strony księżyca. Tak naprawdę cały jest ciemny, jedyną rzeczą, która sprawia, że wygląda jasno, jest słońce”.



A to (aczkolwiek uważam, że to przypadek, a nie aluzja) wkomponowuje się jak blask ogniska do półmroku mojej "Ciemnej strony Księżyca".
Wincyj takich opowiadań, wincyj...
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+4
-2
Piękne.
Shine On You Crazy Diamond @Rascal
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+3
0
Znów nie wiem, co powiedzieć. Spotyka mnie to tylko wobec @Rascal
Opowiadanie jest zupełnie nie w moim stylu, ale nie mogłem przerwać czytania.
Opowiadanie jest nudne, ale wzrusza.
Opowiadanie jest o miłości, ale bohaterka jej nie rozumie. Czy Autorka też?
Zapytam: dlaczego bohaterka jest "przerażoną kosmonautką"?
Bohaterce wróżę dożywotni pobyt na naszym satelicie, bo kluczowe ostatnie pytanie jest źle postawione.
O drobnych usterkach językowych piszę na priv.
Napisałem Ci, Rascal, niedawno, że za dziesięć lat mam nadzieję widzieć Twoje dzieła wśród Top 10 Empiku. Zmieniam zdanie. Zmierzasz w kierunku "Nike". Nakłady nie przekroczą 20 000.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0
Empik, czy Nike, wszystko jedno, byle twórczość @Rascal (łącznie z tym opowiadaniem, które trafiło mnie tak, że powstrzymam się od komentarza) znalazła się na półce w księgarni.
Nie wiem czy Pokątne.pl może być trampoliną do tego, żeby zostać zauważonym. Droga @Agnessy i antologii erotycznych to też nie ten kierunek. Życzę autorce z całego serca, żeby znalazła właściwą drogę.
Chcę mieć na półce egzemplarz jej książki z autografem ( będę mógł ją wtedy poznać) 😀
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Trochę ładne, trochę zagmatwane, trochę nudne. Ogólnie: bardzo dobre!

Z (około?)erotyki otrzymujemy Dianę i jej fascynację trzema kobietami w różnym wieku, od koleżanki ze szkoły, przez współlokatorkę aż po Złotą, która nie do końca wiem skąd się wzięła. Nie ma się jednak co oszukiwać, bo to tylko dodatek. Cała historia wygląda na mocno inspirowaną Interstellarem. Zwłaszcza Syd, sztuczna (lub nie) inteligencja, której można regulować osobowość.

Powiem wprost – bardzo irytowały mnie te długaśne liczby. Do samego końca wydawało mi się, że gdzieś zaraz będzie jakieś wyjątkowe wyjaśnienie tego liczbowego podejścia, ale chyba nie. Napisałaś krótszy tekst, w którym jak na mój gust zabrakło miejsca na rozwinięcie motywacji narratorki i może wątku tragedii rodzinnej, a poświęciłaś tak wiele znaków na wkurzenie czytelnika. Nie potrafię tego pojąć! Choć przyznam uczciwie, że jeden raz te liczby mi się bardzo, bardzo spodobały:

gdy mijały zaledwie dwie sekundy od momentu, kiedy poczułam, że ten wieczór zapowiada się miło.


Dziwnie się czuję. Opowiadanie jest świeżutkie i mi się podobało, ale te skrajnie pozytywne komentarze zaszkodziły mojej lekturze. Nie dołączę się do nich. O Nike chyba nie ma co pisać przed otrzymaniem statuetki (chyba, że mowa o butach), a Empiku serdecznie Ci życzę, choć to chyba jeszcze nie ten tekst. Zostawiam Ci wysoką ocenę i nawet komuś wspomnę o tym opowiadaniu. Cieszę się, że się wspieramy 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
@SENSEIH
Dziękuje za komentarz.
Jeśli chodzi o wstawki dotyczące mrocznej natury księżyca są one tłumaczeniem oryginalnych słów padających w piosenkach Brain Damage i Eclipse z albumu Dark Side Of The Moon grupy Pink Floyd.
Uważniejszy czytelnicy zauważą jeszcze jedno nawiązanie do tego albumu, a bardzo uważni najważniejsze jej użycie.

@Sajmon
Atom Heart Mother Suite!

@Tomp
Dosłownie napisałeś tutaj wiersz biały, który kończy się na "postawione".
Any way, zgodnie z tradycją, by nie mówić za dużo o treści i nie narzucać interpretacji, nie odpowiem na pytanie "dlaczego". Sądzę, że czytelnicy, którzy spróbują odkryć drugie, a może i trzecie dno tekstu stworzą samodzielnie odpowiedź – lub odkryją coś, na co ja nie miałam wpływu.
Za uwagi jak zawsze dziękuje, z pewnością je naniosę.

@Sajmon bis
Moja wielka kariera skończyła się dwa dni temu,
kiedy wyjebałam słoik spleśniałego dżemu.

A na serio – już pisałam, że nigdy nie planuje wielkiej kariery, twardych opraw i innych takich rzeczy. Nie umiałabym pracować z ludźmi typu korektorów (już 2 osoby zwróciły uwagę na zbędność "tysiąca" w tytule) lub mówić komuś jak to czytać. Wolę pozostać kimś w stylu Elene Ferrante, chociaż to jaki jest odbiór moich opowiadań nawet i mnie czasem zaskakuje – bo są to twory bezsilne, powstające jako substrat dzieł, które sama podziwiam i lubię.

@Vee

Och, a więc to takie uczucie. Teraz powinnam się jakoś bronić i tłumaczyć, że to całe odliczanie to antyteza do "szczęśliwi czasu nie liczą" i zwrócić uwagę, że tylko w dwóch miejscach tekstu Diana traci to swoje doskonałe poczucie czasu? Oraz to, jak wyraźnie liczby się zagłębiają do określonych dni, godzin i minut lub właśnie czasu trwania piosenek, których teksty grają dużą rolę w innej interpretacji tego utworu, jak i imiona postaci?
Tak jak pisałam wyżej, dużo zależy, jak bardzo chcesz spróbować rozłożyć to na czynniki pierwsze – sama lubię długie analizy odcinków seriali, gdzie autorzy wyłapują przegapione smaczki lub wyjaśniają (za twórców) znaczenie niektórych rzeczy.

Powiem jednak, że Intersteller to zły trop – bardziej kierowałabym to ku brytyjskiemu poganinowi, który wygląda jak Rasputin i jego amerykańskiej powieści graficznej z lat 80, która obok Powrotu Mrocznego Rycerza na nowo zdefiniowała to medium.

Nie mogę przejść obojętnie jednak obok:

Dziwnie się czuję. Opowiadanie jest świeżutkie i mi się podobało, ale te skrajnie pozytywne komentarze zaszkodziły mojej lekturze. Nie dołączę się do nich.


Nie szkodzi. Sztukę powinno się odbierać subiektywnie, na własnych zasadach i samemu wyciągać z niej swoje uczucia. Dla jednych będzie to dosłowny zimny prysznic jak dla Sajmona, dla innych bezsensowny bełkot.
I każdy będzie miał rację.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0
Ponad pięć lat oficjalnego pobytu na Pokątnych nauczyło mnie, że w zasadzie nie ma po co czytać opowiadań więcej niż raz. Te słabe nie są tego warte, natomiast dobre zazwyczaj tylko tracą, odsłaniając ukrywane wcześniej wady. Owszem, od wielkiego dzwonu trafia się tekst, który nijak nie chce ujawnić wszystkich swoich tajemnic za pierwszym razem, ale zazwyczaj jest tylko wyjątkiem, potwierdzającym regułę. Kusi, mami, czasami przestrasza, a przede wszystkim zachęca: poznaj mnie lepiej, bo mam do zaoferowania znacznie więcej, niż Ci się wydaje, przekonana o własnej (nie)doskonałości Agnyzo!

I wtedy wjeżdża @Rascal w ołowianych pończoszkach na lunarnym króliku i rozpieprza mój światopogląd w drzazgi.

Ale zanim przejdę do właściwego komentarza, odpowiem przedmówcom: @sajmon - czy Pokątne są miejscem, by rozwinąć się pisarsko, zbudować sobie całą rzeszę oddanych czytelników i poznać (jakkolwiek interesownie by to nie zabrzmiało) ludzi, którzy mogą pomóc w karierze? Tak. Czy natomiast jest szansa, że jakiś rekruter się tutaj pojawi i powie: fajnie piszesz, masz potencjał, zapraszamy do wydawnictwa? Nie. O to trzeba się postarać samemu i jakość pisania jako takiego wcale nie jest najważniejszym argumentem autora w dyskusji z wydawnictwami, ale to dłuższy temat i niekoniecznie na tutaj i teraz.

@Tomp - Top10Empiku przynajmniej opiera się o jakieś wymierne sukcesy w postaci "w danym czasookresie sprzedało się tyle i tyle książek". Takie Nike, podobnie zresztą jak Oscary, Grammy, Eurowizja, MasterChef, Literacka Nagroda Nobla i w zasadzie każdy podobny uznaniowy konkurs, jest niczym innym jak skrajnie subiektywnym widzimisiem wąskiej grupki osób, dla których wspomniana już Sajmonowi jakość zgłoszonej pracy ma znaczenie co najwyżej drugorzędne. A co dokładnie musiałaby zrobić @Rascal, by zostać laureatką Nike, to może przemilczę, bo homofobia, rasizm i eurosceptycyzm to najmniejsze, o co zaraz mnie oskarżycie 😛

Ale wracając do samego opowiadania, bo przecież to ono jest tutaj najważniejsze - są teksty złe, niezłe, przeciętne, wybitne. I takie, które wymykają się jednoznacznej ocenie. Nie wiem, na ile intencjonalnie @Rascal to robi, ale serwuje nam kolejną już pozycję, od której można się zarówno odbić po paru akapitach, jak i wciągnąć ją jednym tchem i na koniec zakrzyczeć: "WINCYJ, KURŁA!". A najlepsze w tym wszystkim jest to, że mimo dwukrotnej lektury nadal nie potrafię jednoznacznie powiedzieć: tak, to jest po prostu dobre. Tak, to mi się podoba od A do Z. Bo czytanie "11 tysięcy 688" jest jak słuchanie przywoływanej wielokrotnie w tekście płyty: momentami autentycznie się zachwycasz, kiedy indziej zastanawiasz, czy autor był pijany, czy raczej wciągnął nie ten biały proszek, co trzeba, a jeszcze w innym miejscu musisz wcisnąć pauzę, by odpowiedzieć sobie na jedno z tych bardzo ważnych pytań, które znikąd pojawiły się w twojej głowie. A na koniec zostajesz z poczuciem, że musisz się jeszcze wiele nauczyć, tępa dzido, by być może kiedyś poznać wszystkie jej tajemnice. Co zresztą zapewne nigdy do końca się nie uda.

Daję 10 tylko dlatego, że 11 się nie da. A jak za nawet nie wspomnianą przez @Tompa dekadę, a najdalej połowę tego nie zobaczę Twojego, Raskalko, zdjęcia na witrynie największych księgarni w tym kraju, to osobiście wylezę z nory i wsadzę RPG (nie to RPG, o którym myślą grający w gry) w dupę temu, kto o tym decyduje. I tak się to skończy:

photo
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Lady Agnesso, podoba mi się Twój tok myślenia 😉 ("A co dokładnie musiałaby zrobić @Rascal, by zostać laureatką Nike, to może przemilczę, bo homofobia, rasizm i eurosceptycyzm to najmniejsze, o co zaraz mnie oskarżycie ")

A teraz pomyśl, NIE UŻYWAJĄC trybu przypuszczającego, o tym, co ZROBIŁO wielu autorów, żeby dostać te... buciki 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Chciałbym się odnieść tylko do zapisu tytułu. Zapis "11 tysięcy 688" nie jest akceptowany w języku polskim, co więcej, niczego nie wyraża. Albo "11 688", albo "Jedenaście tysięcy sześćset osiemdziesiąt osiem". Tertium non datur.
Pozdrawiam
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0

A jak za nawet nie wspomnianą przez @Tompa dekadę, a najdalej połowę tego nie zobaczę Twojego, Raskalko, zdjęcia na witrynie największych księgarń w tym kraju, to osobiście wylezę z nory i wsadzę RPG (nie to RPG, o którym myślą grający w gry) w dupę temu, kto o tym decyduje.


Trzymam Cię, @Agnesso, za słowo. Mam nadzieję, że (po rzeczonym wsadzeniu owego głośnika gdzie trzeba) postąpisz jak komendant policji (były) i naciśniesz spust. Jak dożyję, sprawdzę, więc już się bój. 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
@Grzegorz ja też się odniosę. Otóż istnieje coś takiego jak rozdzielność "poprawności językowej" definiowanej w różnych słownikach, encyklopediach itd. z czymś co się nazywa "licentia poetica", co przetłumaczone na język AI oznacza między innymi "swobodę werbalną" i nie tylko.
Ergo, @Rascal ma prawo zatytułować swoje opowiadanie jak tylko zechce. I zapisać liczby, które pełnią magiczną funkcję nawet w systemie dwójkowym.
Co do "języka" - swego czasu Himilsbach zdefiniował "przejęzyczenie" jako obsunięcie się języka z łechtaczki. I tym samym wykazał, że jego równie anegdotyczny tekst z knajpy: "inteligencja, wypierdalać" (z którym jakby polemizował Holoubek) - miał głębszy sens 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Grzegorz Jest tertium: 11,688 tys.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Primum non kaktusare. Tertium non bieluń. Co do secundo - jeszcze nie wiem. Zastanowię się....
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Tromp - nie ma tertium. To, co Pan podał, jest kolejną aberracją, którą można (i nawet trzeba) odczytywać jako miliony - 11 688 000. Jeśli już chciałby Pan tak zapisywać, to dopuszczalny jest zapis skrótowy – 11,6 tys., ale, proszę zauważyć, podkreślam, że jest to skrót, bo brakuje dwu ostatnich cyfr (dziesiątek i jedności). Tak więc jedyne dopuszczalne formy to:

słowna - jedenaście tysięcy sześćset osiemdziesiąt osiem
liczbowa - 11 688
liczbowa skrótowa - 11,6 tys.

Zapis liczb ma być jednoznaczny, jak jednoznaczna jest w swojej istocie matematyka.

@Senseih - licentia poetica kończy się tam, gdzie, w pewnym sensie, logika. Jeśli autor w całości tekstu stosował poprawny zapis słowny, a w tytule wali takiego byka, to zastosowanie zasady licentia poetica nie znajduje uzasadnienia.

Zresztą, o ile pamiętam, teksty tutaj były ganione za błędy edytorskie i językowe o mniejszym znaczeniu na portalu internetowym niż nieumiejętność zapisu liczb, by wymienić tylko wcięcia akapitowe czy zastosowanie dywizu w miejsce myślnika.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
@Grzegorz, @Tomp - wybaczcie, ale wychodzi, że obaj nie macie racji.

Zapis: 11,688 tys. jest błędny, bo miesza dwa różne systemy, co wyjaśnił @Grzegorz. Natomiast dla odmiany 11,688 jest poprawny, tyle że nie u nas, a w USA/UK:

https://angielskaherbata.pl/2015/09/17/jak-poprawnie-zapisywac-liczby-w-jezyku-angielskim/

Czy wynikają z tego problemy? Oczywiście, podobnie jak w przypadku naszego miliarda i ich biliona. Natomiast czy jest to błąd? No właśnie nie bardzo. A już najmniejszym problemem jest zapis tytułu, bo tutaj akurat zgadzam się z @Tompem - albo jest licentia poetica i pozwalamy na nią wszystkim twórcom, albo ganimy za nią wszystkich twórców. Czy będzie to anonimowa pornopisarzyna, czy dowolnie wybrany wieszcz narodowy. Nie jesteśmy w szkole, żeby byli równi i równiejsi, bo pani polonistka tak powiedziała.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Szanowny panie @Grzegorzu

Nie jest pan pierwszą osobą, która zwraca uwagę na zbędność "tysięcy" w tytule, a nawet wskazuje błędną formę.
Pozwolę sobie jednak przedstawić trzy istotne kontrargumenty stojące za decyzją, by mój tekst nazywał się właśnie w ten sposób:

– Forma zapisu "11 688" (bez np. 11 688 dni, 11 688 kilometrów) wygląda w moim odczuciu po prostu dziwnie. Czytelnik, który spojrzy, będzie się zastanawiał, co oznaczają te liczby, może nawet uznać je za "11" i "688". Przy zapisie "11,688 tys." to się nie poprawi, a zapisane słownie byłoby po prostu okrutnie długie. Nie chciałam też wprost wskazać, co oznacza tytułowe 11 tysięcy 688 – to wyjaśnia się dopiero na końcu.
– Sama forma zapisu tytułu nawiązuje do piosenki duetu A. Smolik i A. Rojek "50 tysięcy 881" – również opartej o odliczanie tak jak treść mojego tekstu. Nie zauważyłam, by przez 23 lata ktoś zwrócił uwagę, że taka nazwa utworu jest niepoprawna.
– W polskiej kulturze powstało wiele utworów, które mają niepoprawnie (z punktu widzenia poprawnej polszczyzny) zapisane tytuły. By nie szukać daleko, możemy wskazać "Włatcy móch" Bartosza Kędzierskiego (co oczywiście parodiuje tytuł Władca Much), "Przyszłem(…)" Janusza Głowackiego, "Nic nie boli, tak jak życie" Budki Suflera (spotkałam się z opinią, że przecinek w tym zdaniu "boli"), tłumaczenie tytułu powieści S. Kinga "Pet sematary" jako "Smętarz dla zwierzaków". Wszystko wskazuje, że tytuł – jako nazwa własna – podlega trochę innym prawom, mogącym wykraczać poza logikę i jak wskazał Senseih, ma formę bardziej wyrazu artystycznego.

Tytuły (nawet tutaj) potrafią być najróżniejsze – od zapożyczeń z innych języków, czego przykładem może być "Fin de siècle" Agnessy Novvak, "MILF Story - Obsesja" CichegoPisarza lub stylizowanych jak "Al-Donna" lub "Kamil(a)" darjim.



Na argument o "ganianiu za błędy edytorskie" odpowiedział pan sobie sam – dotyczą treści utworów.
Jeśli ktoś zechce zastosować jakiś neologizm, nieznane szerzej słowa lub określenia (sama w swoim poprzednim, trójaktowym tekście korzystałam z wielu takowych, korzystałam również ze slangu młodzieżowego), powinien umieć ubrać je fabularnie. Wstawienie wcięć akapitowych trwa dwie sekundy i ogranicza się do jednego wciśnięcia, zamienienie myślników na półpauzy rozpoczynając dialogi, zgodnie z przyjętymi normami zapisu – w zależności od ich ilości – kilka kliknięć w edytorze tekstu, w jakim powstaje utwór autora. Podobnie jest z formą zapisu dialogów, dla której poradnik linkuje wielokrotnie w poczekalni, gdy widzę, że autor ma z tym problem (lub przedstawiam swoją formę, jak można ugryźć to bez zbędnych didaskaliów na zasadzie "powiedział").



@Agnyza – co do ciebie, to chyba nic nie muszę dodawać, poza "dziękuję?…"
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Agnessa Novak - czyli zapis jest w języku polskim niepoprawny. A tekst, o ile widzę, jest napisany w języku polskim, a nie angielskim. Więc Pani wybaczy, ale nie myliłem się. Jestem Polakiem, piszę po polsku, słucham polskich reguł, a nie szukam usprawiedliwienia błędów w innych językach i ich regułach.

Ponownie - licentia poetica nie może tłumaczyć wszystkiego. Skoro tak, to dlaczego widziałem dziesiątki tekstów, pod którymi pisano o niezgodności z wymogami edytorskimi? Albo te komentarze, w których wytykano wszelakie błędy językowe, w tym interpunkcyjne? Może to też licentia poetica? A może trzeba usprawiedliwić autorów, że nie wiedzą, gdzie stawiać przecinki, bo w języku angielskim nie ma tak jasnych reguł jak w polszczyźnie?

Wydaje mi się, że reguły językowe stoją wyżej niż wymogi redakcyjne portalu internetowego. Ale może to być tylko moje zdanie.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-1
To nie jest dyskusja o poprawności tytułu. Oczywiście, że zawiera on błąd. Czy autorka mogła sobie w taki sposób nazwać opowiadanie? Mogła, ale i nie o tym toczy się rozmowa. Rzecz w tym, że żadna z może 5 osób krytycznie oceniających pisownię na portalu, a należy do nich także sama Rascalka, tego babola nie wytknęła (być może Tomp prywatnie). Nikt nie doszukuje się prób wzbudzenia u czytelnika nostalgii opowiadań sprzed lat, gdy autor nie stosuje ogonków i zawala tekst emotikonami. Nikt w dywizach nie dostrzega nawiązań do krótkiego przyrodzenia głównego bohatera. To duża niekonsekwencja i to względem autorki, dla której jest to raptem piąte opowiadanie. Nie mam najmniejszych zamiarów deptać po tym opowiadaniu, ale w takim razie oddajmy sprawiedliwość dywizowcom 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+3
0
@Grzegorz - tak, reguły językowe są ważne i autorzy, zwłaszcza ci bardziej doświadczeni, powinni się do nich stosować. Tyle że nie mówimy tutaj o błędzie w postaci "Raskalka napisała tysiunc pińcet sto dziwińcet i upiera się, że tak powinno być". Nie. Nawiązała w zapisie tytułu do innego, bardzo konkretnego wytworu sztuki popularnej (bo tak można nazwać piosenkę) i nawet wyjaśniła, do jakiego i czemu tak postąpiła. Czy jest to całkowicie poprawne językowo? Nie. Czy miała do tego prawo jako artystka? Tak. I jeśli ktokolwiek twierdzi inaczej, w tym samym momencie powinien napisać do Rojka i Smolika, że zrobili błąd językowy i powinni go poprawić. A jak nie, jest zwyczajnym hipokrytą na poziomie wielokrotnie wspominanych przeze mnie "znawców literatury" (ha, tfu!), którzy podniecają się radosnym słowotwórstwem swoich idoli, a jednocześnie zabraniają tego samego innym.

Ciekawe swoją drogą, jak Rojek i Smolik zareagowaliby na coś takiego, ale zakładam, że byłoby to coś w rodzaju "żecokur*a?" (koniecznie głosem Abelarda Gizy 😀 ).

I żeby było jasne: uważam nie od dziś i nie od wczoraj, że dyskusje na temat dywizów, przecinków, zapisu tego czy tamtego, zaszły o wiele za daleko. Bo dbanie i warsztat dbaniem, nauka dobrych nawyków nauką, ale od pewnego momentu jest to nic innego niż czepialstwo i udowadnianie oponentom, że "ja znam więcej regułek". I to przez kogo i gdzie? Przez internetowych anonimów pod tekstami o gołych dupach. No szanujmy się.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0
@Grzegorz

To, co Pan podał, jest kolejną aberracją


Na tym poziomie dyskusji nie podpieram się własnymi przekonaniami ani anglosaskimi zwyczajami. Oto źródło mojej odpowiedzi o poprawności zapisu 11,688 tys.:
https://poradniajezykowa.uw.edu.pl/porady/zapis-liczby/
...przy czym po tys. stawia się kropkę:
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;4026
@Vee W istocie napisałem autorce na priv, że "poprawny zapis liczby w tytule jest taki lub taki". Natomiast wciąż uważam, że autor ma prawo do stylizacji, JEŚLI ROBI TO ŚWIADOMIE. Odpowiedź @Rascal na temat zapisu liczby, który zastosowała w tytule, uważam za zakończenie dyskusji. @Rascal zrobiła to, co zrobiła, świadomie. Teraz możecie odnosić się TYLKO do tego, czy to dobry chwyt, czy zły. Nawiązania do dywizów w miejsce kreski dialogowej są nieuprawnione, bo one na pewno nie wynikają ze stylizacji (no, chyba że ktoś napisałby jakiś pastisz czyjegoś opowiadania, ale to musiałoby być artystycznie jasne).
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0

Zgodziłam się pod warunkiem, że znajdzie się osoba zdolna zadać Syd niemożliwe do odpowiedzi pytanie.


Nie ma pytań niemożliwych do odpowiedzi. Są tylko takie, na które zapytany ma odwagę przyznać się: "nie wiem". Prawda? 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0
A obrazek super!
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Tekst doczekał się korekt w związku z mniejszymi i większymi usterkami językowymi – podziękowania za pomoc w tej sprawie należą się jak zawsze @Tomp, jak i @MrHyde, który również dołożył swoją cegiełkę w tej kwestii.
Nadal pewnie nie jest to na poziomie perfekcyjnym, ale nawet w drukowanych dziełach są błędy.

A obrazek super!


Dziękuję, chcę utrzymać taki styl okładek we wszystkich swoich tekstach – zmian doczekały się też moje poprzednie utwory.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
0
@MrHyde O pytaniach i odpowiedziach krąży wiele celnych bon motów, ale za najmądrzejszy ze wszystkich uważam taki:
Żeby zadać prawidłowe pytanie, trzeba znać część odpowiedzi
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
O liczbach w tekście.
W TYM opowiadaniu nie przejmowałbym się zaleceniami dla uczniów i nie pisałbym liczb (zwłaszcza wielkich) słownie, lecz cyframi. Zasady rządzącej zapisem liczb (słownie czy cyfrowo) nie ma, są tylko zalecenia. Prof. Bańko tak pisze:
Tego wszystkiego jednak nie [da] się nazwać „regułą”, bo ogólnej reguły rządzącej wyborem słów albo cyfr po prostu nie ma. Wiele zależy od rodzaju tekstu oraz intencji autora.
W tym opowiadaniu liczb jest na tyle dużo, a ich rola w tekście tak istotna, że zapis cyfrowy jako bardziej poglądowy i łatwiej przyswajalny uważam za lepszy.
Nawet schematyczny Wolański zaleca liczby większe od 99, daty, czas, inne z mianem jednostek – zapisywać cyframi.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+2
-2
Tompie, mnie chodziło tylko o to, że ci psychokonsultanci to jacyś frajerczacy byli, że się godzili na zabawę w pytania z AI. Przecież nawet ChatGTP prędzej umrze, tj. palnie śmiertelną głupotę, niż się podda, a co dopiero AI w ich czasach. 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Od nadmiernej ilości liczebników ocZy bolą
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
-2
To dzieło @Rascal, jakby ktoś pytał. Przecudowniaste. I jakże prawdziwe [ZŁY ŚMIECH JESZCZE GORSZEJ AGNYZY XD]

photo

(Kiedy robią już o tobie memy, to wiedz, że coś się dzieje 😛 )
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
-2
Aczkolwiek bardziej pasuje tak o:

photo

😄
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0
Wow.... Niesamowite!

Po pierwsze: forma. Jestem absolutny maniakiem ciekawej formy, jeżeli autor ma na to dobry pomysł, to już mniejsza o treść 🙂 (oczywiście tu tak nie jest). Dla mnie MAGIA tego opowiadania tkwi w liczbach. One mówią więcej o Dianie, jej charakterze, podejściu do życia, niż cała reszta. Owszem, może w czytaniu są uciążliwe, takie wrażenie miałem przez pierwsze... tysiąc osiemdziesiąt sekund. Potem odpaliłem kalkulator (serio!) i czytałem dalej. Skoki czasowe o całe dekady, ubrane w twarde liczby, stworzyły w mojej głowie obrazy będące połączeniem czołówki z "Matrixa" ze skokami w nadświetlną w "Gwiezdnych Wojnach". Zawrót głowy. Pozytywny.

Po drugie: temat. Przyznam się, że jestem tradycjonalistą, i to delikatnie mówiąc (nie mylić z homofobem), a to opowiadanie pozwoliło mi zrozumieć lesbijki bardziej, niż jakikolwiek płomienny wykład czy teoria naukowa. Choć dzieło jest raczej smutne, pierwszy raz w życiu (może to nie świadczy o mnie zbyt dobrze) zrozumiałem, że miłości do osoby tej samej płci może być PIĘKNA. Organizacje LBTG powinni je drukować w swoich broszurkach. Po prostu "odczarowałaś" mi ten temat.

Po trzecie: zakończenie. Tu bardzo bliska jest mi opinia @Tomp, że kluczowe pytanie jest źle postawione. Aż mnie korci, aby podyskutować na ten temat, ale nie to miejsce i nie ten czas, kiedyś do tego jeszcze (twórczo) wrócimy. To uczucie świadczy jednak dobitnie o tym, że autorka porządnie wykonała robotę. Jeden z moich guru powiedział kiedyś, że tekst (wprawdzie publicystyczny) nie może pozostawić czytelnika obojętnym. Może zachwycić, rozbawić, zasmucić czy nawet wkurzyć - byle by wywołał jakąkolwiek emocjonalną reakcję. Ja skończyłem czytanie godzinę temu i jeszcze mam przyspieszony puls.

ME
Zgadzasz się z tym komentarzem?
+1
0

Płaczę od dwunastu sekund – pragnę, by nieznajoma i piękna kobieta ze złota pozwoliła mi ostatni raz nie być samotną kosmonautką bojącą się słońca.

To zdanie, moim skromnym zdaniem, jest genialne.

Co do liczb — jedenaście lat, siedem miesięcy i nie jestem pewien ile dni temu, premiera miała książka, która nieznanemu wcześniej pisarzowi zapewniła nie tylko topkę Empiku, ale również finał nagrody Nike i zwycięstwo w nagrodzie publiczności tejże. Autor zastosował w niej nietypowy zabieg, gdzie obok normalnej pierwszoosobowej narracji umieszczał wtręty trzecioosobowe. Bez wątpienia przyniósł mu on popularność, która ciągnie się po dziś dzień, po latach autor wspomniał jednak, że w procesie redakcji wypadła niemal połowa wspomnianych wyżej wtrętów.

Przy czytaniu większej części liczb miałem wrażenie, że przydałby ci się ktoś podobny. Po przeczytaniu stwierdziłem jednak: nie. Ten tekst jest zwyczajnie zbyt dobrze pomyślany, żeby w ten sposób w niego ingerować.

Wystarczyłoby 20%. 😛

Z trzech kochanek w tekście do genialnego zbliżał się moim zdaniem opis stosunku ze Stellą. Coś w nim było, jakaś delikatność, jakaś nie dosłowność, która sprawiała, że głęboko zapadł mi w pamięć. Reszta również była naprawdę dobra — Żywię wspominać będę głównie przez wspomnienie Leśmiana, a złotowłosą przez pierwsze zdanie, które miałem okazję zacytować na początku.

Bardzo podobała mi się bohaterka. Staje się wyrazista dzięki takim cechom, jak jedzenie ciasta czy jazda na motorze, ale nie mogę nie odnieść wrażenia, że w narracji jest coś, co naprawdę czyni ją namacalną. Bardzo podobał mi się również motyw trzech pytań. Z drugiej strony miałem poczucie, że część mniej istotnych kwestii mogłaby przesunąć się nieco na bok, żeby dać wybrzmieć właśnie temu wątkowi.

Jednym słowem — na pewno wrócę po więcej.
Zgadzasz się z tym komentarzem?

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.