Ilustracja: Asaf R

Zapach plaży (III)

18 lipca 2020

Szacowany czas lektury: 55 min

Pierwsze dwie części powstały w roku 2016. Trochę czasu minęło i chyba już nikt ich nie pamięta, więc dobrze by było przeczytać je, zanim zabierzecie się za część trzecią.

Ostrzegam też, iż scen rozbieranych jest w tej części bardzo mało a opisów stricte seksualnych zaledwie kilka zdań.

Ostatniego dnia sierpnia nie wypłynęli w morze. Dzień wcześniej jego opiekun i zarazem kapitan kutra, został wezwany do stawienia się dnia następnego do komendy policji. Tuż po śniadaniu polecił młodemu rybakowi, by ten poszedł na plaże i zajął się czyszczeniem łańcucha kotwicznego, a sam pożegnał się z żoną i odświętnie ubrany, wyszedł z domu.

Pani Maria, żona kapitana, wydawała mu się mocno zmartwiona, ale gdy zapytał ją, czy stało się coś złego, odpowiedziała mu z wymuszonym uśmiechem, że to nic takiego, zwykłe wezwanie w charakterze świadka i żeby się nie przejmował.

To go nie uspokoiło, a nienaturalne zachowanie kobiety, podsyciło w nim lęk.

Od czasu, gdy w pożarze kamienicy zginęli jego rodzice, opiekę nad nim przejęli pan Jan z żoną Marią. Miał wówczas cztery lata i gdyby nie dawny kolega jego ojca, wylądowałby w sierocińcu. Niewiele pamiętał z dzieciństwa, rodziców prawie wcale, dawnego życia w ogóle i mimo że traktowali go jak syna, on wciąż lękał się, że straci ich i zostanie sam. Nawet gdy dorósł i nauczył się pracować na kutrze, nie nabrał pewności, że sam poradzi sobie w życiu. Lęk o utratę opiekunów nigdy nie zmalał, po cichu zadawał sobie pytanie, co się z nim stanie, gdy ich zabraknie, i gdy wezwano szypra na policje, pomyślał z trwogą w sercu, że już go więcej nie zobaczy.

– Co cię tak martwi, Pawle? – spytała, widząc, że młodzieniec nie odchodzi od stołu i jest mocno zafrasowany.

– Martwię się o szypra – odparł, spojrzawszy na nią smutno. Spodziewał się, że ta go uspokoi uśmiechem, dobrym słowem, ale ona również była zasmucona i jakby myślami poza kuchnią i domem. Chwilę milczała, wpatrując się w okno, jakby wypatrywała powrotu męża, a potem usiadła naprzeciw niego, pochwyciła jego dłoń i powiedziała:

– Nadchodzą niepewne czasy, w mieście chodzą słuchy, że Niemcy przejmą miasto, a wówczas nie wiadomo co się z nami, polakami, stanie.

– Nie mogą nas wyrzucić z domu – powiedział, próbując zrozumieć jej słowa.

– Nie, ale… – zawahała się na moment, a potem dodała, patrząc mu w oczy i zmuszając się do swobodnego tonu. – Masz już dwadzieścia siedem lat i czas najwyższy pomyśleć o twojej przyszłości.

Myślała, że tymi słowami go uspokoi, da mu nadzieję na przyszłość, ale on zacisnął dłoń na jej dłoni i spojrzał na nią z przerażeniem.

– To nic takiego – uśmiechnęła się do niego oczami – nie musisz się o nic martwić, ja się wszystkim już zajęłam i wszystko zaplanowałam.

– Co to znaczy? – mówił. lekko się jąkając.

– A to mój drogi, chłopcze, że czas znaleźć ci żonę – oświadczyła, nagle się rozpromieniwszy. – Nie wspominaliśmy o tym wcześniej, ale wraz z mężem doszliśmy do wspólnej decyzji, że czas, abyś założył własną rodzinę…

– Ale, ja... – przerwał jej, chciał zaprotestować, błagać, by go nie odsyłali z domu, ale ona uniosła dłoń, nakazując mu milczenie i dodała:

– Mamy duży dom, pomieścimy się w czwórkę, a nawet w więcej osób, więc o nic się nie musisz martwić, a gdy nas już nie będzie, to całość zastanie dla ciebie i twojej żony.

– Żony? – spytał, zaskoczony, nie mogąc pojąć znaczenia tego słowa w odniesieniu do siebie.

– Tak, Pawle. Wszystko to będzie twoje i twojej żony, a jak Bóg da wam szczęście, to i waszych dzieci.

– Dzieci? – powtórzył po niej i zaśmiał się nagle, gdyż wyobraził sobie, jak wokół niego biegają malcy, a ona bawi się z nimi tak, jak jeszcze sam się niedawno zabawiał.

– Widzisz, nie ma się czym martwić – powiedziała Maria, ucieszona jego radosną miną. Nauczyła się ukrywać przed nim prawdziwe myśli i obawy, jakie miała co do niego. Rozumiała, że z umysłem nastolatka, sam nie zadba o swoją przyszłość, i że wciąż będzie uzależniony od opieki starszych. Na szczęście miał sporo zalet, jak pracowitość, uczciwość, był też bardzo lojalny wobec tych, którzy są mu życzliwi i mimo że nie rozumiał wielu spraw, jakimś szóstym zmysłem wyczuwał ludzi złych i mu nieprzychylnych. Wraz z mężem zbliżali się do siedemdziesiątki, własnych dzieci nie mieli, więc nie było im trudno podjąć decyzję o spisaniu testamentu, w którym jedynym spadkobiercą był ich przybrany syn. Pozostała tylko kwestia znalezienia mu opiekuna, który zajmie się nim po ich śmierci.

Byli w dobrym zdrowiu i nie zapowiadało się, by mieli w niedługim czasie odejść z tego świata, ale czasy, w jakich żyli, niepokoje w mieście, częste ruchawki na ulicach, skandowania bojówek faszystowskich, nastrajały wszystkich do ostrożnego spoglądania w przyszłość. Z Niemiec docierały wieści o wypędzaniu żydów, konfiskatach ich majątków i wielu gdańszczan polskiego pochodzenia zastanawiało się, czy i ich nie spotka podobny los. Paweł był synem Niemki, co wielu uważało za dobry omen w nadchodzących czasach, ale potrzebował kobiety, żony, by ta mogła zostać przy nim, gdyby ich zabrakło.

Odpowiednią dziewczynę znalazła w pralni, w której pracowała. Skromną, cichą, a przy tym silną i pracowitą. Była dziewczyną odważną, potrafiła zadbać o siebie znacznie lepiej, niż wiecznie niezadowolone i krzykliwe jej koleżanki i tak jak Paweł, była sierotą. Nie było łatwo ją przekonać, więc którejś niedzieli zaprosiła ją do domu na obiad, by mogła obejrzeć kandydata na męża.

Maria nie ukrywała, że chłopak nie jest idealny, że potrzebna mu osoba, która pokieruje jego życiem, ale też zachwalała go jako dobrego i silnego mężczyznę, który nie boi się pracować. Dziewczyna z początku niechętna zaczęła się do niego przekonywać, a za największą jego zaletę uznawała uczciwość we wszystkim, co mówił i robił. Był małomówny, co też jej odpowiadało, gdyż nie znosiła mężczyzn gadających non stop, jak przekupki. Nie sądziła, że kiedykolwiek go pokocha jak mężczyznę, ale uznała, że będzie mogła z nim żyć, pod jednym dachem, wspólnie dbając o dom, który przypadnie im w spadku.

– Pamiętasz Joanne? – Maria spytała ostrożnie.

Paweł chwilę się zastanawiał, próbował skojarzyć imię z osobą.

– Bywała u nas na obiedzie niedzielnym. Pamiętasz? Taka spokojna i miła dziewczyna.

– Tak – odparł, zastanawiając się, dlaczego o niej wspomina, a gdy to sobie uzmysłowił, zaraz odrzekł stanowczym tonem:

– Ale ja już mam dziewczynę i ją kocham i wyjdę za nią.

– Mężczyzna nie wychodzi za mąż, tylko się żeni – poprawiła go z lekkim życzliwym uśmiechem. Nie zdradziła przed nim swego niepokoju, postanowiła wpierw sprawdzić, kim jest ta dziewczyna.

– Nic nam nie mówiłeś – zaczęła delikatnie. – Czy poznamy ją wkrótce?

Paweł zmarszczył czoło, zastanawiał się, czy może opowiedzieć o dziewczynie aniele, którego spotkał w czasie sztormu. Nie podobało mu się to, co robiła z tamtym mężczyzną, ale też wiedział, że była bardzo dobrym człowiekiem i coś mu podpowiadało, że jeśli zaopiekuje się nią, ona odwdzięczy mu się tym samym.

Od kilku dni próbował ją odnaleźć. Chodził po ulicach, zaglądał na stragany, szukał jej w kościołach, ale wciąż bez rezultatu. Nie zrażał się tym i wierzył, że któregoś dnia ich ścieżki złączą się ponownie tak jak w tamten ulewny wieczór, a wówczas… Nie był pewny, co zrobi, co powie, ale czuł, że wszystko skończy się dobrze i zostaną przyjaciółmi. Nie uważał, że potrzebna mu żona, nie czuł takiej potrzebny, nie rozumiał sensu w swataniu go z obcą mu kobietą, za to pragnął mieć przyjaciela, takiego na zawsze, przy którym mógłby czuć się bezpiecznie, który nie śmiałby się z niego, rozumiał jego słowa.

Śniła mu się często, zawsze na plaży, czasami w sukni, czasami nago, uśmiechała się życzliwie, lub patrzyła na niego smutnymi oczami, tańczyli w kółko, budowali zamki z piasku. Czasami miał wrażenie, że jest jego siostrą, o której nikt mu nie opowiedział, czasami, że matką, której twarzy nie pamiętał. Kochała go we śnie, czuł jej miłość, czuł jej bliskość krótko po przebudzeniu i wydawało mu się, że czuł zapach, jakby przed chwilą wyszła z jego łóżka.

– Pawle? – Maria przerwała jego myśli.

– Przepraszam. – Otrząsnął się z zamyślenia, po czym wstał i powiedział:

– Powinienem iść, pracować. Tak jak kazano mi. Przepraszam.

Maria złapała go za ramie i przytrzymała. Spojrzał na nią z sympatią. Chciała go ostrzec przed pochopnymi decyzjami, ale się powstrzymała. Nie potrafiła ubrać myśli w słowa i obawiała się, że zbyt pochopnie rzucone podejrzenia mogą tylko zaszkodzić.

– Dobrze, idź pracować – powiedziała, postanowiwszy, że wypyta go o tę dziewczynę przy innej okazji.

Dzień był bezchmurny i upalny. Słońce nieznośnie przypiekało odkryte części ciała, ale młody rybak nie zwracał na to zbytniej uwagi. Pracował wytrwale i konsekwentnie, tak jak go nauczono, ogniwo za ogniwem, oczyszczał metal z rdzy i zasuszonych wodorostów. Niewiele przy tym myślał, wspomniał rozmowę z przybraną matką, chwilę zadumał się nad jej słowami, zastanowił się nad swoją przyszłością, a że nie był przyzwyczajony do takich rozważań, szybko porzucił ten wątek i skupił się na pracy. Lubił pracować sam, bez patrzących mu na dłonie, czuł się wówczas swobodnie, pewnie, ręce mu nie drżały, myśli nie uciekały, nie czuł też lęku przed popełnieniem błędu i jak zdążył się przekonać, rzadko je popełniał, pracując samodzielnie.

Okolice przystani i sama plaża tego popołudnia były wyludnione i tylko w oddali, tuż przy Sopockim molo dostrzegł ludzi korzystających z pogody. Nie poświęcił im dłuższej uwagi, tylko przez momenty pomyślał, że przyjemnie by było poleżeć na kocu, w cieniu parasola, patrząc na pływające po zatoce statki. Westchnął, nie przerywając pracy i obiecał sobie w duchu, że kiedyś będzie taki jak oni i przyjdzie na plaże z kocem i parasolem, rozłoży się blisko mola i nie będzie się ruszał aż do zachodu słońca. Pracę skończył późnym popołudniem, narzędzia schował w baraku, spocone i rozgrzane ciało schłodził i obmył w pobliskiej rzece schowanej w przybrzeżnym pasie drzew. Miał zamiar pójść do domu, zjeść podwieczorek, a potem, jeśli szyper nie zarządzi jakiejś pracy, pójść na miasto i szukać zaginionego anioła.

Wierzył, że ją odnajdzie, był tego pewny, nie dopuszczał myśli, że może już nigdy jej nie spotkać. Nie wiedział ilu ludzi mieszka w pobliżu, nie zastanawiał się nad tym, a gdyby nawet ktoś życzliwy uświadomił mu, że Gdańsk to duże miasto z ćwierć milionem mieszkańców, i tak by nie zrezygnował, gdyż wierzył, że poprzez sen ich los splótł się i potrzeba tylko czasu, a na pewno ją odnajdzie.

Zamknąwszy barak na kłódkę, skierował się w stronę domu. Nie zauważył, że jest obserwowany z ukrycia, nie zdawał sobie sprawy, że od ponad godziny przygląda mu się mężczyzna ubrany w czarny, wojskowy mundur.

– Tak – mruknął do siebie, wzrokiem odprowadzając młodzieńca. – To będzie idealne miejsce.

Uśmiechnął się szyderczo, a potem poszedł leśną drogą, w kierunku Sopockiego mola. Rozmyślał nad czekającym go zadaniem. Odnaleźć, zwabić w pułapkę, zlikwidować. Nie uważał swej misji za trudną, miał już w tym wprawę, wiedział jak podejść ofiarę, jak ją skłonić do pójścia w odludne miejsce, tam, gdzie mógł zrobić to, co musiał, co uważał za konieczne i jednocześnie sprawiało mu wielką przyjemność. Jedyną trudnością było odnalezienie odpowiedniej osoby. Ta nie mogła być zbyt stara, co w jego rozumieniu oznaczało wiek ponad dwadzieścia pięć lat. Nie mogła być też zbyt młoda, w wieku nastoletnim, gdyż uważał, że takie osoby nie zdają sobie sprawy ze swej winy i nie ponoszą odpowiedzialności za swoje czyny, a on nie chciał krzywdzić niewinnych.

Minął kilka wejść na plaże, wszedł w boczną bramę na molo i ruszył w kierunku głównej ulicy. Przybył nad Bałtyk zaledwie pięć dni temu, wraz z odziałem, z rozkazu Berlina. Nikt z jego kolegów nie znał celu przybycia ani dalszych rozkazów, ale było wiadome wszystkim, że wkrótce wyruszą w dalszą drogę. Wyczuł, że to idealna okazja, która może się długo nie pojawić. Krótki pobyt w mieście gwarantował mu anonimowość i nikłą szansę na zdemaskowanie. Uważał, że takie sytuacje należy wykorzystać za wszelką cenę, nawet gdy nie czuł takiej potrzeby.

Zaledwie miesiąc wcześniej jego oddział stacjonował na pograniczu włosko austryjackim. Tuż przed wyjazdem, w odległej od miasteczka grocie, pozostawił martwe ciało. Nasycił się chwilą, poczuł się spełniony, a co najważniejsze, odzyskał spokój umysłu i lekki sen. Mógł być szczęśliwy przez kilka kolejnych miesięcy, żyć wspomnieniem tamtej chwili, celebrując ją w myślach, przeżywał przyjemność wielokroć, lecz pamięć z czasem coraz słabiej oddawała przeżytą rozkosz, coraz mniej czuł w dłoniach ofiarę, uciekały obrazy, zapach, zamazywały się szczegóły, powodując, że znowu był nieszczęśliwy i niespokojny. Nie wiedział, gdzie rzuci go kolejny rozkaz, w jakim rejonie świata przyjdzie mu żyć i jak długo nie będzie mógł zaspokoić swej potrzeby, misji, jak lubił to nazywać, zadaniem, które musi wykonać, by poczuć się szczęśliwym.

Było mu gorąco, pot rosił czoło skryte pod czapką, czarny uniform pochłaniał promienie słońca, sprawiając, że czuł się w nim jak w hutniczym piecu. Suchość w ustach skłoniła go do przerwania poszukiwań, więc spoczął przy małym stoliku, pod wielkim parasolem i bez pospiechu raczył się wielkim kuflem zimnego piwa. Jednak nie tracił czasu i wciąż obserwował przechodzących w pobliżu ludzi, wyłapywał osoby, które w jego oczach były winne. Wierzył, że ma dar, rzadko spotykany u ludzi dar poznawania ludzkiej duszy. Nigdy się nie pomylił, zawsze odgadywał cudze myśli i czyny.

Nie rozumiał, jak to działa, skąd wzięła się u niego zdolność rozpoznawania w ludziach zła. Po prostu wiedział, patrząc na taką osobę, kim jest, co robi i dlaczego musi zginąć. Pierwszy raz zabił z przymusu. Nie chciał, ale coś mu kazało to zrobić, jakaś wewnętrzna myśl dręczyła go długi czas, przekonywała, tłumaczyła, argumentowała, wyjaśniała słuszność takiego czynu. Nie mógł pozostać obojętny, więc odnalazł człowieka, którą wskazała mu myśl, a potem namówił, by ta odeszła z nim w ustronne miejsce. Wtedy nie miał planu, nie wiedział jak się za do zabrać, ale mu się udało, zrobił to, co nakazywały mu myśli płynące z jego umysłu. Nie pożałował, a nawet był z tego powodu radosny.

Swego pierwszego razu nigdy nie zapomniał. Była noc, wokół pełno ludzi świętujących ważne historyczne wydarzenie. Prasa nawet nie wspomniała o tragicznej śmierci młodej kobiety, a żandarmi uznali to za kolejny akt samobójczy. U podnóża wysokiego urwiska, w miejscu, gdzie znaleziono nieszczęsną, ktoś postawił krzyż, a potem przez długie tygodnie dbał, by leżały tam zawsze świeże kwiaty. Mówiono, że zabiła się z miłości, że została zdradzona i opuszczona przez kochanka, ale tylko on wierzył, że zna prawdę. W jego oczach ona była tą, która zdradziła, była złą osobą, krzywdziła innych, wiedział o jej uczynkach i musiał ją ukarać.

Tym razem nie czuł przymusu, jeszcze miał jak żywe wspomnienie ostatniej misji, doskonale pamiętał każdy szczegół, zapach ciała, dotyk skóry. Jeszcze wciąż był nasycony, spokojny i szczęśliwy, ale wierzył w swój dar i wiedział, że podpowie mu, która z tych osób najbardziej zasługuje na zgładzenie.

Dostrzegł ją w ostatniej chwili, gdy już chowała się za węgłem pobliskiego gmachu. Zdążył dostrzec czarne rozpuszczone włosy, błękitną jak letnie niebo suknie w czerwone kwiaty i małą torebkę, którą przewiesiła przez ramie długim rzemykiem i dodatkowo, jakby z obawy przed zerwaniem czy zgubieniem, trzymała w dłoni. Odezwał się w nim dar i wskazał ją jako cel jego misji. Pozostawił pieniądz na stoliku i ruszył jej śladem. Dziewczyna się nie spieszyła, nie miała potrzeby, nie zamierzała pracować tego dnia, ani żadnego kolejnego, postanowiła korzystać z życia, cieszyć się ostatnimi dniami lata, dać sobie prezent, nie martwić się tylko śmiać i być szczęśliwą.

Dostrzegła mężczyznę idącego za nią, gdy na chwilę zatrzymała się przed witryną sklepu z obuwiem. Zauważyła go kątem oka, gdy ten zatrzymał się gwałtownie, nie spuszczając z niej wzroku.

Dawny klient? – zastanowiła się i mimowolnie posłała mu dyskretny uśmiech, za który zaraz się skarciła w duchu.

Obiecałam sobie, że już z tym kończę – strofowała się w myślach – już na zawsze, definitywnie, ostatecznie i nigdy więcej.

Spuściła wzrok, zawstydziła się szczerze i ruszyła szybciej w kierunku morza. Miała nadzieję, że mężczyzna, którego twarz wydawała się jej znajoma, zrezygnuję z nagabywania jej, lub uzna to za fatalną pomyłkę i zawstydzony, oddali się w przeciwnym kierunku.

Przechodząc przez główną aleję, zerknęła przez ramie i z ulgą stwierdziła, że mężczyzna w czarnym uniformie znikł jak zły duch. Odetchnęła z ulgą, na jej twarzy ponownie zagościł spokój i uśmiech, radośnie podskoczyła, wchodząc na chodnik i skierowała się w stronę kawiarni usytuowanej tuż przy wejściu na Molo.

Zasiadła przy stoliku i kazała młodemu, przystojnemu kelnerowi podać sobie kawę i kawałek tortu.

No proszę – pomyślała – jeszcze wczoraj nawet bym nie pomyślała, a dziś siedzę w kawiarni, tej kawiarni, i nic mnie nie obchodzą tutejsze, szalone ceny.

Zakrywając usta dłonią, zaśmiała się ze szczęścia, a potem zmusiła się i usiadła prosto, uniosła brodę i zlustrowała zimnym spojrzeniem otoczenie. Nie wytrzymała w tej pozie zbyt długo i parsknęła chichotem, z trudem panując nad sobą.

Mogłabym tu pasować – powiedziała w duchu. – Mogłabym tu przychodzić każdego dnia i jeść tort do końca życia.

Nagle westchnęła ciężko i cień smutku przetoczył się po jej twarzy, bo zrozumiała, że ten czas kiedyś się skończy i zapewne znowu wróci do starego zajęcia, że nie uda jej się wyrwać w świat, zdobyć wykształcenie, dobrą pracę, męża, miłość i spokój, że jej los jest już zapisany, a przedsmak jego miała wczoraj i każdego dnia wcześniej, gdy sprzedawała swe ciało obcym mężczyznom.

Kelner był dla niej bardzo miły, uraczył komplementem, w kilku słowach wychwalił suknie i sprawił, że złe myśli odeszły wniwecz.

Z apetytem i nie śpiesząc się, zjadła pokaźnej wielkości torcik, który wydawał się jej większy niż porcje przy sąsiednich stolikach. Małymi łyczkami wypiła kawę i zostawiając spory napiwek, odeszła z myślą o spacerze chodnikiem wzdłuż plaży, ukrytym w cieniu wysokich drzew. Tłumy były wszędzie, dzieciaki latały, krzycząc, dla samego krzyku, młodziki pędzili, omijając spacerujących, niczym latające w wysokiej trawie trzmiele, damy szły dostojnie obok swych mężów, staruszkowie wpatrzeni w chodnik wydawali się, iść uparcie obraną ścieżką, z której nie sposób byłoby ich zepchnąć. Jej spacer nie miał żadnego celu, nie wyznaczyła sobie mety, ani czasu, jaki na niego poświeci, więc po parunastu minutach zdecydowała, że da odpocząć stopom i usiadła na kamiennej ławce, których pełno było wzdłuż duktu. Przymknęła oczy i zawachlowała dłonią przed twarzą, odpłynęła na chwilę myślami w niedaleką przyszłość, pomyślała o następnym dniu, zastanawiała się, jak go spędzi.

Nie zauważyła mężczyzny, który przysiadł się do niej i bez skrępowania przyglądał się jej twarzy z jakąś dziwną, trudną do odgadnięcia, fascynacją. Obserwował profil jej twarzy, nos, usta, podbródek i odchylaną lekko w tył szyję. Przyjrzał się jej nowej sukni, torebce, która według niego nie pasowała do niej, bo była zbyt szykowna, zbyt modna jak dla dziewczyny, którą ocenił na zwykłą mieszczankę z niższych warstw. Widział jej szczęście, ale instynkt podpowiadał mu, że to tylko fasada, chwilowa ucieczka od prawdziwego życia, że korzysta z chwili, i za kilka dni powróci na ścieżkę zła. Czuł wielką potrzebę przerwania tego procederu, przeciwstawieniu się złu, jakie widział w jej postępowaniu.

– Gorący dziś dzień, panienko – zagadnął w swym ojczystym języku.

Wzdrygnęła się i spojrzała na niego przelotnie. Poznała go od razu i jednocześnie uświadomiła, że nigdy nie był jej klientem. Pomyliła się, przedtem zbyt przelotnie na niego zerkając, jego głos, barwa i ton ostatecznie ją przekonały, że nigdy nie miała z nim do czynienia.

– Pan wybaczy – zwróciła się do niego po niemiecku, tonem delikatnie niechętnym – czekam tu na kogoś i nie chciałabym, aby ta osoba pomyślała sobie, czegoś złego.

– Rozumiem, rozumiem – odparł, udając daleko idącą ostrożność, po czym dodał znudzonym tonem: – wskazano mi panienkę, jako osóbkę, która z przyjemnością przyjmie drobny upominek, ale być może to tylko niesmaczny psikus moich kolegów z koszar, w takim razie najmocniej przepraszam.

Spojrzała na niego ostro, zbierała słowa w obcym jej języku, by zbesztać natręta, ale szybko się opanowała, stwierdziwszy, że może tej konfrontacji nie wygrać, jeśli wśród tłumu kryją się jego koledzy, którzy mogli ją bardzo dobrze znać. Postanowiła być ostrożna i zmilczeć tę zniewagę. Zdecydowała przeczekać i tym samym dać mu do zrozumienia, że nie zrozumiała jego aluzji.

– Panienka wybaczy, nie znam się na tych sprawach... nie mam w zwyczaju… – mówił łamiącym się głosem, udając zażenowanie. – po prostu… jestem daleko od domu i… nie mam nic złego na myśli… ja tylko… proszę panienki zrozumieć…

– Proszę już przestać – przerwała mu, widząc, jak się męczy i trudną dla niego jest ta rozmowa. – Pańscy koledzy zwiedli pana, nie jestem tą, za jaką panu przedstawili.

– Tak też i ja pomyślałem, widząc panienkę pierwszy raz, tam przed pawilonem w skromnej sukni i pięknej fryzurze, i zaprzeczyłem im, czując podstęp, lecz zapewnili mnie, że jest panienka niezwykła.

Jego ostatnie słowa zachwiały jej niezłomnym postanowieniem, mimowolnie pomyślała o pieniądzach, jakie mogła wydobyć z człowieka, dla którego mieniła się niezwykłą istotą.

Zawahała się, przypomniała sobie, że ostatni duży zarobek nie wystarczy jej na zbyt długo, że czas wypoczynku i nowej sukienki szybko minie, a potem pomyślała, że może czas wejść na wyższy poziom i stać się jak niektóre z jej koleżanek, którym życie dało urodę i wdzięk, a szczęśliwy los wybrał je do roli utrzymanki bogatych panów znudzonych swymi żonami. Zaczęła zastanawiać się, jak by potoczyło się jej życie, gdyby mogła stać się kochanką bankiera, czy ministra.

Jakie futra by posiadała, jakimi autami woziłby ją na wycieczki za miasto, ile miast europy zwiedziłaby tylko za bycie uległą jednemu mężczyźnie.

– Co miał pan na myśli, mówiąc, że jestem niezwykła? – spytała, wpatrzona przed siebie, w przechodzący przed nią tłum ludzi.

– No cóż… – Mężczyzna podrapał się po karku z zakłopotaniem. – Powiedziano mi…

– No niechże pan to z siebie wydusi – ponagliła go, czując zniecierpliwienie i rosnącą niechęć do jego słabości.

– Jestem gotowy sprawić pani drogi prezent – odrzekł z wyraźną ulgą na końcu.

– Jak drogi, panie?... Wybaczy pan, nie umiem rozpoznać pańskich dystynkcji.

– Hauptmann Hass, że pozwolę sobie przedstawić panience.

– Miło mi pana poznać, panie Hass. Jestem Gretta. Czy mogę zwracać się do pana w ten sposób, panie Hass? Bez stopnia? Tak będzie nam łatwiej poznać się, tak uważam. A pan?

– Zgadzam się z panienką. Miło mi panienkę poznać. – Przysunął się bliżej i pochwyciwszy jej dłoń, pocałował tutejszym zwyczajem. Nachyliwszy się do dziewczyny, z przyjemnością zauważył, że pachnie dobrą wodą o delikatnym i słodkim zapachu róż. Nie znosił ostrych zapachów gryzących nozdrza ani mdłych przyprawiających o dreszcz, uważał, że kobieta powinna pachnieć naturalnie, a po kąpieli zmyć dokładnie mydło i tylko delikatnie zmącić swój zapach, zapachem kwiatów.

Dziewczyna zarumieniła się nieznacznie, co on odebrał za oznakę ostatnich iskierek jej niewinności.

– Pozwolisz, Gretto, że oddalimy się w miejsce, gdzie będziemy mogli swobodnie porozmawiać o naszej przyszłości?

Zrozumiała aluzje, wiedziała aż za dobrze, co to mogło być za miejsce, nie raz szła z mężczyzną w zacieniony ślepy zaułek, czy wręcz chowała się z nimi w gęstych zaroślach, sama znała wiele takich miejsc w mieście, gdzie mimo pełni dnia mogła obsłużyć zbyt niecierpliwego i oszczędnego klienta, lecz ten nie wydawał się jej dusigroszem i w dodatku wspomniał o przyszłości i drogim prezencie.

Pomyślała, że może rzeczywiście trafiła jej się szansa na wydostanie z dotychczasowego życia, w którym każdego dnia rozbierała się przed obcymi mężczyznami i oddawała swe ciało za kilka guldenów.

Wstała energicznie i zaglądając mu w oczy, powiedziała z radosnym uśmiechem:

– Więc chodźmy, nie ma co zwlekać, gdy przyszłość nas woła.

Pieniądze – pomyślał – tak łatwo zdradzają prawdziwą ludzką naturę. Wystarczy obiecać, czasami pokazać a słabość ludzka objawi się w czystej naturze.

Ruszyli w stronę Glettkau, podał ramie, a ona je z przyjemnością przyjęła i nagle poczuła się jak żona oficera. Zadarła wysoko głowę, wyprostowała plecy i nadała ich krokom ciut wolniejszy rytm, niż była przyzwyczajona.

– Na długo przyjechałeś? – zagadnęła, gdy ten nie odezwał się zbyt długo.

– Myślę, że na kilka lat, a gdy spotkałem cię i doświadczyłem twojej przychylności, sądzę, że na całe życie.

Wydawało jej się, że powiedział szczerze i z dumą, jakby ona była celem jego wędrówki przez świat, skarbem, którego poszukiwał, ale i tak zachichotała, a potem z niepokojem odkryła, że żołądek jej się skurczył nagle i zamrowił jakby poruszony trzepotem motylich skrzydeł.

Nie znała tego uczucia, więc zaniepokojona położyła dłoń na brzuchu.

– Jesteś głodna? – spytał, zauważywszy jej nagła bladość.

– Nie – zaprzeczyła szybko i by nie dać mu powodów do niepotrzebnych myśli, pociągnęła go, przyśpieszając kroku.

Zapewne trawi ją jakaś choroba, być może zakaźna – pomyślał i uśmiechnął się do niej, ukrywając przed nią swoje podejrzenia.

– Opowiedz mi o sobie – poprosiła, a on po chwili wahania i niemrawych próbach odmowy, przedstawił jej całkiem nieprawdziwy obraz swego życia, pracy, rodziny. Nie omieszkał dodać do tego sukcesów, które na potrzeby chwili przywłaszczył sobie od znanych i nieznanych mu ludzi. Dziewczyna wydawała się oczarowana nim i gdy zbliżali się do miejsca, które wcześniej sobie upatrzył, miał wrażenie, że nawet nie będzie musiał pokazywać pieniędzy, by zgodziła się pójść z nim tam, gdzie tylko on zapragnie.

– A ty? – spytał, gdy skończył swą fałszywą opowieść.

– Co ja?

– Jaka jest twoja historia?

Zwiesiła głowę i wyraźnie zwolniła kroku.

– Czy coś się stało? – spytał troskliwie.

– Przecież wiesz – odparła, nie spojrzawszy na niego.

Wyprzedził ją i zatrzymał na drodze, chwyciwszy za obie dłonie.

– Interesuje mnie tylko twoja i moja przyszłość, tylko to jest dla mnie ważne.

Uniosła oczy i spojrzała na niego z dziecinną miną skruszonej poczuciem winy dziewczynki. Znał to spojrzenie. Pełne oddania i prośby o litość, i wydawało mu się, że za tym kryje się podstęp, zdrada, więc tym bardziej uznał, że musi posłuchać głosu, który w jego rozumieniu był głosem prawdy.

Zabić! – krzyknął w nim głos. – Zabić, zanim zło zniszczy to młode ciało i stanie się siedliskiem rozsiewającym zarazę na cały świat.

Zbliżył twarz do jej twarzy, spojrzał na jej usta, potem w oczy.

Pocałuj mnie – wyrwało jej się w głowie – pocałuj głuptasie, bo bardzo tego teraz potrzebuje. Był starszy od niej, w mundurze i czapce wydał się jej mądrym i zaradnym mężczyzną.

– Znajdźmy dobre miejsce – powiedział szeptem wprost w jej usta.

– Tak nagle? Tutaj? – spytała cicho i zlęknionym głosem.

– Tak – odrzekł szybko – mam pieniądze, jeśli…

Sięgnął do kieszeni, ale ona powstrzymała go, przytrzymując go dłonią.

– Nie teraz, nie tutaj – rozejrzała się wokół. Tłum mocno się przerzedził i nie zauważyła nikogo, kto by ich obserwował. Miała już nieprzyjemność pracować pod okiem niechcianego widza. Była na tyle nieostrożna, w podobnej sytuacji, również za dnia i również w podobnym miejscu. Klient nie widział niczego poza jej ciałem, ale ona wyczekując na jego koniec, trochę znudzona jego ruchami, dostrzegła przyglądającemu się im mężczyznę. Na wpół siedząc, oparta plecami o powalone drzewo, z wysoko uniesionymi nogami, między którymi posapywał pan w podeszłym wieku, musiała w milczeniu znosić widok masturbującego się zboczeńca.

Nie krzyknęła, bo było jej wstyd, o zgrozo, przed mężczyzną przygniatającym jej ciało i co było dla niej jeszcze bardziej niezrozumiałe, przed obnażonym młodzieńcem, który z pewnością był w jej wieku. Wolała cierpieć hańbę w milczeniu, jakby cisza miała ją ukryć a krzyk ogłosić całemu światu. Patrzyła na niego z nienawiścią, jedyną bronią, na jaką się wówczas zdobyła, lecz bez efektu. Skończyli jednocześnie, klient i widz, pierwszy w niej, drugi wypluwając nasienie wprost pod własne nogi. Potem była już bardziej ostrożna i zawsze sprawdzała, czy nikt nie idzie za nią, gdy jest z klientem.

– Tu niedaleko, jest przystań rybacka – pociągnęła go w wąską ścieżkę między drzewami – tam będziemy mogli… – nie dokończyła, sama już nie wiedząc, czy jest w pracy z klientem, czy może zaczyna romans, który nie skończy się na jednym zbliżeniu.

Skomplikowałam sobie życie – pomyślała, idąc przodem i patrząc pod nogi. – Już sama nie wiem, kim jestem, czy jeszcze człowiekiem, czy już zwierzęciem.

Mężczyzna w czarnym mundurze posłusznie i w milczeniu kroczył za dziewczyną. Wiedział, że zaprowadzi go w miejsce odludne i mało odwiedzane. Nie wierzył w zasadzkę, a gdyby nawet do tego doszło, miał broń. Czuł się bezpieczny, więc szedł za dziewczyną, bez przeszkód przyglądając się jej falującym biodrom, smukłej talii, płaskim plecom i bujnej fryzurze czarnych jak jego mundur włosów.

Słońce kładło się ku horyzontowi i było jeszcze sporo czasu do zmierzchu, jednak to wcale mu nie przeszkadzało i gdy tylko dziewczyna odwróciła się w jego stronę, chcąc oznajmić, że są na miejscu, uderzył ją pięścią w głowę. Oczy uciekły jej w tył głowy i nie zdążywszy nawet pomyśleć, co się stało, runęła nieprzytomna na piasek.

Stanął nad nią w rozkroku i chwile przyglądał się ciału. Dostrzegł delikatny ruch piersi. Oddychała bardzo powili.

Bardzo dobrze – powiedział do siebie i rozejrzał się wokół. Od dróżki, którą szli, dzieliła ich spora odległość i wysokie zarośla, zaś od strony morza i plaży, tyły zdezelowanego baraku, który wyglądał na nieużywany. Wokół nie dostrzegł żadnych śladów stóp, połamanych gałązek, pozostawionych przez ludzi śmieci.

Dobre miejsce – stwierdził i zaczął wolno odpinać guziki munduru.

Tak moja droga – mówił półszeptem – uratuję cię, zanim ty zniszczysz siebie. Uratuję twoją jaźń i dam ci szanse narodzić się ponownie, ale nie uratuje twego ciała. Ono już przepadło, jest skażone, zatrute jadem twych występków.

Złożył marynarkę w kostkę i położył na piasku.

– Jednak zanim to się stanie – kontynuował monolog – musisz ponieść zapłatę.

Obszedł ją tak, by widział jej twarz.

– Byłaś piękna, być może mądra, ale nie skorzystałaś z tych darów tak, jak powinnaś.

Zdjął koszulę i krawat, a potem wyciągnął zza paska spodni pistolet i nachyliwszy się nad nią, przytknął lufę do jej skroni.

– Czujesz to?

Przez chwile patrzył na nią, jakby spodziewał się usłyszeć odpowiedź, a potem uśmiechnął się szyderczo i rzekł:

– Wiem, że czujesz, słyszysz, ale twoje ciało śpi i nie możesz nic z tym zrobić, tylko biernie się przyglądać temu, co zrobię.

Odgarnął lufą włosy z jej policzka i szyi, a potem wsunął metal pod materiał sukni i zręcznie odsłonił ramie.

– Szkoda tak pięknej sukni. Szkoda by się pobrudziła, więc zdejmę ją z ciebie, z twojego ciała, bo już ci nie będzie potrzebne. Tam, gdzie idziesz… – zawahał się, nie był pewny czy może zdradzać jej przyszłość.

Po co zdradzać – pomyślał z uciechą. – Przecież kobiety tak bardzo uwielbiają niespodzianki.

Wstał gwałtownie i wciąż patrząc na swą ofiarę, zaczął zdejmikować resztę swego ubrania. Mruczał przy tym pod nosem niezrozumiale, wydawał ciche dźwięki, sapnięcia, stęknięcia i gdy był już nagi, padł przy niej na kolana, jakby jakiś ciężar zwalił się mu na plecy.

W środku baraku, ze wzrokiem tuż przy szczelinie w ścianie, klęczał młody rybak i obserwował mężczyznę stojącego nad leżącą kobietą. Nie zauważył ich nadejścia, odpoczywał z zamkniętymi oczyma na prowizorycznym łóżku zrobionym przez siebie z płótna i desek i być może nie dowiedziałby się o ich obecności, gdyby nie ptak, który drobnymi pazurkami zadrapał krawędź dachu od strony miasta. Ptak spłoszył jego spokój i zmusił, by spojrzał w kierunku ściany. Dostrzegł ruch, a nauczony być ostrożny, po cichu podszedł i sprawdził, czy nie grozi mu niebezpieczeństwo.

Zobaczył nagiego mężczyznę i kobietę, ale nie rozpoznał jej. Wiedział, co zobaczy, wiedział to już nie raz i zawstydził się swoich myśli, które podpowiadały mu, by patrzeć do końca. Sprawiało mu to przyjemność, której nie do końca pojmował, czasami wstydził się, czasami widział w kochankach piękno, czasami ze zgrozą odkrywał na ich twarzach grymas bólu i nie pojmował, dlaczego to robią.

Nie pojmował też tego, co takie obrazy robiły z jego ciałem, z jego przyrodzeniem, które stawało się duże i twarde.

Nagi mężczyzna klęczał przy kobiecie i szepcząc cicho i niezrozumiale, zdejmował z niej suknie. Robił to powoli i ostrożnie, jakby nie chciał zniszczyć pięknego materiału, odsłonił nogi, potem pupę, zadarł suknie wyżej, a ona przechyliła się leniwie i pozwoliła odsłonić brzuch. Miała na sobie białe majtki, które ten zdjął z niej szybkim ruchem rąk. Młody rybak zwrócił uwagę na brak ruchów kobiety. Z początku pomyślał, że jak zwykle wszystkim zajmuje się mężczyzna, lecz gdy ten zabrał się za zdejmowanie sukni z jej ramion, już był pewny, że jest nieprzytomna lub piana tak bardzo, że nie jest w stanie unieść głowy ani ramion. Penis mężczyzny stał sztywno, ciało kobiety, której wciąż twarzy nie widział, było wiotkie jak szmaciana lala.

Zrozumiał, że jest światkiem przestępstwa, może nawet morderstwa i jego ciałem wstrząsnął dreszcz strachu. Pożałował, że powrócił na noc do baraku, że nie został tej nocy w domu. Patrzył z trwogą na to, co działo się na tyłach i modlił w duchu, by tamten go nie usłyszał, ani zobaczył. Bał się bardzo i myślał o ucieczce do przybranych rodziców, do swojego pokoju, ale nie mógł tego zrobić, chcąc pozostać niezauważony.

Przymknął na chwilę powieki i cicho zaczął powtarzać słowa:

– To zaraz się skończy. Zaraz odejdzie, zrobi swoje i pójdzie sobie.

Przerażenie jednak nie pozbawiło go ciekawości i gdy usłyszał, jak tamten głośno stęknął, spojrzał ponownie przez szparę.

Mężczyzna klęczał plecami do niego, siadłszy na własnych łydkach. Prawą dłoń trzymał na kobiecej piersi, w lewej dzierżył pistolet, lufą gładząc szyje ofiary i okolice twarzy.

Może jeszcze żyje? – zapytał sam siebie w myślach. – Może tylko jest nieprzytomna i zaraz się ocknie?

Zastanawiał się, co nastąpi później. Czy będzie świadkiem, jak ją uśmierca? Czuł, że jeszcze nie nastąpiło najgorsze, że będzie musiał patrzeć, jak naciska spust pistoletu i w ogłuszającym huku wypali jej w głowę. Nie chciał na to patrzeć, ale nie potrafił przestać. Nie mógł się z tym pogodzić, ale nie potrafił się temu przeciwstawić.

– To minie, zaraz odejdzie, to minie, i już będę bezpieczny – powtarzał szeptem, a ciałem jego wciąż wstrząsał ogromny strach.

Postanowił, że gdy to się stanie, szybko zamknie oczy, że zaciśnie powieki z całych sił i nie otworzy ich, nim przyjdzie po niego jego ojczym. Zostanie w tym miejscu, nie opuści go tak długo, aż poczuje, że nic mu nie grozi.

Tamten stęknął ponownie, pochylił się nad ciałem kobiety i przez chwilę trwał w zgarbionej pozie.

– Już czas, moja droga – powiedział i wsunął ramie pod jej głowę, unosząc ją lekko.

To wystarczyło, aby włosy spłynęły jej z twarzy i młody rybak mógł ją rozpoznać.

– To mój anioł – prawie krzyknął, z przerażenia. – Przybył do mnie. Usłyszał mój głos i … – zawahał się, gdyż zrozumiał, że za parę minut jego piękny anioł będzie martwy. Nie przyjdzie do niego już nigdy, nie uśmiechnie się do niego we śnie, nie sprawi mu radości i pojął, że nie będzie już nigdy szczęśliwy, gdy ona zginie.

Mężczyzna uniósł głowę dziewczyny i zaczął mamrotać niezrozumiałe słowa. Nie znał ich sensu, nie rozumiał ich, ale głos nakazywał mu je głosić, by rytuał przejścia dokonał się bez przeszkód, by dusza oderwała się bez reszty od grzesznego ciała. To jego zadanie, misja, jaką powierzył mu głos żyjący w jego głowie. Był mu posłuszny, ale i też wdzięczny, że wybrał jego, że dał mu możliwość oczyszczania świata.

– Już wkrótce – szepnął, patrząc w jej zamknięte oczy i przyłożył lufę do jej skroni. Nie martwił się śladami ani kulą, która zostanie znaleziona w jej czaszce. To nie była jego broń ani nikogo z jego kompanii. Pozostawi ją na miejscu, a ona zaprowadzi śledczych wprost do mieszkania pewnego oficera, który był tak nieostrożny, że pozwolił ukraść sobie broń, podczas popijawy w kasynie.

Alkohol tak często gubi ludzi i tym razem zgubi jednego – pomyślał i naciągnął kurek, jednocześnie odbezpieczając zamek.

Uśmiechnął się do niej, tak jak zawsze robi to tuż przed zadaniem śmierci i nagle poczuł mocne uderzenie w plecy. Chciał się odwrócić, powstać i stanąć do walki z napastnikiem, którego już widział kontem oka, ale nie był w stanie. Jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa, ramiona opadły bezwładnie, w płucach poczuł brak powietrza i zakasłał, wypluwając ciepłą ciecz. Wówczas to spuścił wzrok i zauważył wystające drzewce z jego brzucha. Zrozumiał, że to jego koniec, że już nie dokończy swej misji, ale i tak się uśmiechnął. Pomyślał, że jest czysty, ma nieskalaną duszę i głos da mu kolejną szansę.

– To nie koniec – wymamrotał, dławiąc się własną krwią i powoli topiąc się w niej. Zanim serce przestało mu bić, zobaczył tego, który go ugodził śmiertelnie i usłyszał jego słowa, które go zmroziły.

– Uratowałem anioła – mówił, młodzieniec, odsuwając wciąż nieprzytomną dziewczynę od krwawiącego. Mówił to z przekonaniem i wielką radością, aż w konającym mężczyźnie zatliła się wątpliwość, bo uwierzył w te słowa.

– Czyżbym się pomylił? – pomyślał i skonał.

Młodzieniec pochwycił wciąż nieprzytomną i zaniósł ją do baraku. Z butelki, w której trzymał wodę, wylał trochę na dłonie i obmył jej twarz. Potem przytknął szyjkę do ust i spróbował ją napoić. Dziewczyna zakrztusiła się gwałtownie i otworzyła oczy.

– Co się stało? – spytała słabym wzrokiem i pochwyciła się za głowę. – Ała, ale boli. Co mi się stało?

Młodzieniec odsunął się od niej, bojąc się, że go oskarży.

– Ktoś ty za jeden?

– Jestem marynarzem – odparł, przyglądając się jej twarzy.

Jest piękniejsza niż w snach – pomyślał i dopiero wówczas poczuł, jak resztki strachu spływają z niego, pozostawiając w nim niebywałą błogość. Uśmiechnął się do niej i podał koc z juty, którym okrywał się w zimniejsze noce.

Wówczas ona spostrzegła, że jest rozebrana i spojrzawszy na niego podejrzliwie, spytała:

– To ty mnie rozebrałeś?

– Nie, nie – zaprzeczył gwałtownie i dodał – to tamten pan, on też jest nagi.

Przypomniała sobie.

– Mężczyzna w czarnym mundurze – mówiła wolno i spokojnie, wciąż przyciskając dłoń do obolałej skroni. – To on mnie uderzył. Zboczeniec!

– Chciał cię zabić, miał pistolet, i już miał strzelić ci w głowę, ale go powstrzymałem.

– Co ty mówisz? Jak to, chciał mnie zabić? Dlaczego miałby to robić? – I wówczas przypomniała sobie coś, czego nie powinna pamiętać. Słowa, które docierały do niej, gdy była nieprzytomna, mówił do niej, zapowiadał jej los.

– O Boże! – krzyknęła przerażona i skryła twarz w dłoniach. Uświadomiła sobie, że była blisko śmierci, że minęła ją o włos, poczuła jej bliskość, nieuchronność.

– Nie chcę tak żyć! Nie chcę robić rzeczy, których nienawidzę!

Młodzieniec przysunął się do niej i objął ramieniem.

Spojrzała na niego przez łzy, wydał jej się dobrym człowiekiem, niewinnym jak dziecko.

– Kim jesteś? – spytała, nie pamiętając, że już zadała to pytanie.

– Marynarzem – odpowiedział, patrząc jej w oczy z zauroczeniem.

– Znamy się? Czy już się spotkaliśmy? – spytała, błędnie oceniając jego spojrzenie, wydało jej się, że kiedyś, w młodości, będąc jeszcze dzieckiem, bawili się na jednym podwórku i on ją poznał.

– Tak, znamy się – odpowiedział, uśmiechając się do niej – jesteś aniołem, którego spotykam we śnie, a dziś przyszłaś do mnie, bym cię uratował.

Uspokoiła się, otarła dłonią mokre policzki, dokładniej otuliła się szorstkim kocem, zakryła dotąd odsłonięte piersi. Pomyślała, że nie jest osobą, za jaką ma ją ten młodzieniec, być może jest w szoku i myli ją z inną dziewczyną, lecz uratował jej życie, narażał się dla niej, zrobił to, czego żaden inny by nie zrobił. Uśmiechnęła się do niego.

– Dziękuję ci, za uratowanie mi życia.

– Musiałem to zrobić, nie mogłem pozwolić, abyś umarła. Za długo na ciebie czekałem.

– Doprawdy? Na pewno wcześniej się nie poznaliśmy? Może uderzona w głowę straciłam wspomnienie o tobie? – próbowała żartować.

– Nie – zaprzeczył stanowczo. – Ja ciebie widywałem często, we śnie i na jawie, ale ty mnie nigdy. – Zastanowił się nad jedną możliwością, po czym dodał. – Chyba że też śniłaś o mnie i spotykałaś mnie w nich.

– Jesteś zabawny – powiedziała bez uśmiechu, zrozumiała bowiem, że ma przed sobą mężczyznę nierozumiejącego wielu spraw. Dorosłego, który utkwił w wieku nastolatka. Zauważyła też, że nie patrzył na nią jak mężczyzna, ale jak chłopiec, który wstydzi się spojrzeć na jej ciało, choć bardzo by chciał. Nie było tego widać na jego twarzy, którą uważnie zlustrowała i oceniła na piękną, lecz dało się wyczuć w jego spojrzeniach, że jest w nim więcej dziecka, niż mężczyzny. A jednak pokonał napastnika, zdobył się na odwagę i zaatakował uzbrojonego, silnego i zapewne wyszkolonego w walkach żołnierza.

– Może nie jestem aniołem, ale ty z pewnością moim jesteś – powiedziała, kładąc mu dłoń na jego dłoni. – Jesteś moim aniołem stróżem i spisałeś się na medal.

Zaczerwienił się lekko i uciekł wzrokiem w bok. A jednak czuła pod palcami silną, spracowaną męską dłoń i nagła myśl wpadła jej do głowy, że może on rzeczywiście jest jej aniołem stróżem? Może jest tym, z którym powinna się związać, który będzie ją bronił, opiekował się, dał schronienie i pokarm? Może w jego umyśle nie ma dość siły dla nich dwojga, ale razem… Objęła go mocniej i pierwszy raz miała pewność, że mężczyzna, do którego się tuli, nie będzie chciał od niej nic więcej.

– Muszę coś zrobić – zakomunikował, wyrywając ją z błogich marzeń. – Muszę ukryć ciało.

– Jak to? – spytała, spoglądając w jego twarz, która wydała się jej starsza niż przed minutą. Zaskoczyła ją ta odmiana i dopiero po chwili zrozumiała jego słowa.

– Czy ty go zabiłeś?

– Nie potrafiłem inaczej cię obronić – powiedział, spuszczając wzrok.

– Tak mi przykro – wybąkała, czując, jak niewidzialne dłonie zaciskają jej krtań. Zrozumiała, że koszmar jeszcze trwa, że niedaleko leży martwy człowiek, a oni są w ogromnym niebezpieczeństwie.

– Co zamierzasz zrobić? – spytała, przełamując obezwładniający lęk.

– Zaciągnę go tutaj, ukryje, a gdy zapadnie zmrok, wypłynę z nim w morze i sprawie, że nigdy już się nie pojawi.

Mówił to bez emocji, jakby nagle wstąpił w niego duch bezwzględnego mordercy, ale ona wiedziała, że to fasada, za którą ukrył się dziecięcy umysł. Wiedziała też, że ta fasada kiedyś runie i postanowiła, że będzie wówczas przy nim i ochroni go przed szaleństwem, które niechybnie będzie chciało nim zawładnąć.

Rozejrzała się wokół, barak wydawał się składem niepotrzebnych już nikomu, uszkodzonych i połamanych koszy rybackich, podartych sieci, ale zauważyła też, że jest tu posłanie dla jednego człowieka, rzeczy oprzątnięto i odsunięto na boki, by nie przeszkadzały w swobodnym poruszaniu się wewnątrz.

– Mieszkasz tutaj? – spytała, widząc talerzyk i ogarek świecy na nim, tuż obok zapałki, mały nożyk kuchenny i blaszany talerz.

– Czasami – odparł nieśmiało, wstydząc się, bo pomyślał, że weźmie go za włóczęgę. – Ale mam dom – dodał śpiesznie – tu niedaleko, za lasem. Mieszkam w nim z rodzicami i …

– Tak? – spytała, zaciekawiona, co chciał przemilczeć.

– I będę się żenił. Tak powiedziała matka i znalazła mi kobietę, dobrą i pracowitą, ale… – znowu się zawahał i spuścił głowę.

– Pewnie ty nie chcesz się żenić – dodała z nostalgią. Ile razy sama o tym myślała, o pójściu za mąż, choćby z rozsądku, dla lepszego życia, bez uczucia, nawet jutro i bez względu na wygląd i wiek mężczyzny. Przecież robiła to każdego dnia, obcowała z młodym i starym jak z mężem i bez miłości, więc dlaczego nie robić tego z jednym?

W domu, bez strachu o ciąże, bez lęku o choroby i bez obawy, że kiedyś się zestarzeje i nikt się nią nie zaopiekuje. Jednak wierzyła w miłość, wciąż na nią czekała, wypatrywała jej na ulicach, w sklepach, na targu, a nawet łapała się na tym, że naiwnie widzi ją w swych klientach.

– Poczekaj tu – powiedział i wyszedł z baraku.

Czy powinnam pójść z nim? – zapytała się w myślach i szybko zdecydowała, że pozostanie na miejscu i pozwoli mu działać. – Nie jest całkiem pozbawiony rozumu – kalkulowała w głowie – wie, co zrobił, wiedział, co mi groziło i zdobył się na odwagę, jakiej trudno by było przypisać choremu na umyśle. Dobrze ocenił zagrożenie i teraz też jest ostrożny.

Młodzieniec wrócił szybko i podał jej suknie.

– Masz, to twoje, powinnaś się ubrać, jak chcesz już pójść.

– Dziękuję. To miłe z twej strony, że ją przyniosłeś, a ten tam?… No wiesz?

– Pomyślałem, że lepiej zasypać go piaskiem. Nikt go nie zobaczy.

– Sprytnie – odparła i wstawszy, rozejrzała się za miejscem, gdzie mogłaby się ubrać. Dostrzegła starą łódź do połowy przykrytą brezentem i ułożone jedne na drugich skrzynie, podziurawione kosze i rozwieszone pod sufitem sieci. Poczuła zapach rybich łusek, wodorostów i muszelek i przypomniała sobie to miejsce.

Już tu byłam – pomyślała i dyskretnie spojrzała w stronę młodzieńca. – Czy on też? Patrzył, jak się kochałam z innym mężczyzną?

Młodzieniec był zajęty wiązaniem ołowianych ciężarków do długiej liny, którą wyplątywał z uszkodzonej sieci.

Nazwał mnie aniołem. Czy zrobiłby to, gdyby widział, w jakim brudzie żyję? Rozmyślając dalej, ważąc w głowie, co ma dalej robić, ubrała się i podeszła do młodzieńca.

– Już – rzekła, stając za jego plecami, a on powstał i szybko odwrócił się w jej stronę. Nagle ich twarze znalazły się tuż obok siebie, oczy zespoliły w mocnym spojrzeniu, usta zadrżały i zapragnęła pocałować go. Serce podskoczyło niespokojnie, chciała coś powiedzieć, ale głos ugrzązł jej w gardle i wydała z siebie tylko lekkie westchnienie.

Dlaczego to się dzieje? – pomyślała.

– Nie wiem jak inne anioły, ale ty musisz być tym najpiękniejszym – wyszeptał jej w usta wraz z ciepłym oddechem, aż zakręciło się jej w głowie.

Nie odpowiedziała na komplement, nie podziękowała, tylko usilnie próbowała zrozumieć, kogo ma przed sobą.

– Usiądźmy, proszę i opowiedz mi o sobie – poprosiła.

Noc zapadła szybko, minęła północ, a młodzieniec wciąż opowiadał o swoim życiu i choć mówił ciekawie i mocno ją zainteresował, to wciąż pamiętała o czekającym w piachu nieboszczyku.

– Powinniśmy coś zrobić – weszła mu w zdanie.

– Tak, wiem – odrzekł i zatrzymał wzrok w jej oczach, a ona dostrzegła w nich niepewność.

– Pomogę ci – zapewniła go.

– Nie możesz – odparł szybko i zrozumiała, że źle odczytała jego minę.

– Nie chcesz, bym go zobaczyła. Prawda?

– Aniołowie nie powinni widzieć śmierci – rzekł twardo.

Spojrzała na niego badawczo.

– Ty naprawdę wierzysz, że jestem aniołem?

– Tak.

– Ale to nie prawda – zaprzeczyła, bojąc się, że jeśli w przyszłości zostaną przyjaciółmi i dowie się, co z niej za kobieta, znienawidzi ją.

Uśmiechnął się chytrze i zarazem bardzo dojrzale.

– Co cię tak rozbawiło?

– Ty mój aniołku – powiedział i wyszedł z baraku w noc.

Słyszała, jak ciągnie ciało po piachu w kierunku morza. Potem długo czekała na jego powrót. Przyszło jej do głowy, że może uciec, zostawić go samego z problemem. Szybko odrzuciła taki pomysł, nie mogła tego zrobić, nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby uciekła. Widziała w nim niedojrzałego chłopca, który wielu dorosłych spraw nie rozumie i czasami zachowuje się jak dziecko, a jednak zadbał o nią w sposób, na jaki mało kto by się zdobył, i to sprawiło, że czuła się przy nim bezpieczna.

Minęło kilka godzin, już zasypiała, leżąc w prowizorycznym łożu i przykrywszy się jego kocem. Cicho otworzył wrota i szybko podszedł do niej w ciemności.

– Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna – szepnął jej do ucha, myśląc, że dziewczyna śpi, ale ona uniosła głowę i spojrzawszy na niego, spytała na wpół przytomna:

– I co teraz będzie?

Potężny huk przetoczył się po zatoce i dotarłszy do nich, wstrząsnął barakiem.

Wyskoczyli na zewnątrz jak przed ogniem i ich oczom ukazał się widok, którego przez chwilę nie mogli pojąć.

Port w Gdańsku tonął we mgle, zakotwiczony nieopodal wielki okręt wojenny wypluwał w stronę półwyspu słupy ognia i dymu. Cypel Helu gotował się w czerwonej pożodze, wyrzucając co chwile w niebo ogniste smugi, od strony miasta, z wielu kierunków, dobiegał ich głuchy stukot, jakby kopyt końskich uderzających w bruk. Wysoko na niebie zabarwionym wschodzącym słońcem, od strony wschodu i zachodu, nadlatywały czarne formacje bombowców.

– Co się dzieje? – spytała dziewczyna.

– Wojna – powiedział młodzieniec i chwyciwszy ją za rękę, pociągnął w stronę wydm.

– Co teraz będzie?

– Wezmę cię do domu – mówił, prowadząc ją między krzewami. – Przedstawię matce i ojcu i poproszę o błogosławieństwo dla nas.

Prychnęła krótko nad niedorzecznością jego słów, ale szybko spoważniała i spytała, chcąc upewnić się, że dobrze go zrozumiała:

– Czy ty właśnie mi się oświadczyłeś?

– Tak – odparł szybko, nie patrząc na nią.

Prowadził ją między drzewami, a ona pomyślała, że tak właśnie zrobi. Pójdzie do jego domu, schyli głowę pod dłonie jego rodziców i odmieni swoje życie.

 

Koniec.

Ten tekst odnotował 12,586 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.55/10 (11 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Z tej samej serii

Komentarze (0)

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.