Ilustracja: Jean-Léon Gérôme

Za grzechy naszych ojców

15 grudnia 2020

Szacowany czas lektury: 35 min

Historia poboczna do innego, dłuższego projektu, którego nie planuję publikować na Pokątnych. Jest rudość, prostytucja i dosyć mało seksu, w większości opisówka i wprowadzenie do postaci z głównej historii. Wszelkie uwagi i porady mile widziane.

— Miało ich być trzydzieści i siedem, widzę o dziesięć mniej — zauważył niski mężczyzna, ściskając pulchnymi palcami jedną z końcówek wąsa. — Miały ładne być, a mi jakieś chuchra i bidy same przywiózł — marudził dla niepoznaki, przechadzając się wzdłuż klatek.

— Słabe zbiory w roku, to i dziewki liche. — Handlarz wzruszył niemrawo ramionami, bojąc się dać wciągnąć w dyskusję.

Jeszcze by dał utargować promocję czy rabat i by go do chałupy nie wpuściła, gdyby wrócił z niczym. Wydał niemało grosza na każdą dostarczoną z urzędu parę cycków, a i transport swoje kosztował. Z ceny spuszczać nie zamierzał, ale już dobry kwadrans majordomus, Geawe pandarmi Gawear, zwyczajnie wybrzydzał. Że za młode, za stare, zbyt grube, zbyt chude. Stosunek blondynek do brunetek też nie spełniał rzekomych standardów Jaśnie Pani, nawet dwie rudaski nie zdołały przechylić szali transakcji na jego korzyść. Wizja ciężkiej od złota sakiewki oddalała się z każdym kolejnym komentarzem karła.

— Mogę dać najwyżej sto erilów — zawyrokował w końcu, po wyrywkowym sprawdzeniu stanu uzębienia kilku dziewczyn. — Nie wiadomo, ile uśpić będziemy musieli, gdyby przywiozły z waszej łajby coś więcej niż smród soli. — Zmarszczył brwi, zanim przybliżył się do ciała najbliższej z kobiet.

Przysunął nos bliżej jej wilgotnej koszuli, odsuwając się szybko z obrzydzeniem po pierwszym niuchnięciu. Cieszył się rzekomo, według własnej oceny, niesamowicie rozwiniętym zmysłem węchu. Zawsze powtarzał, że morską gorączkę potrafił wyczuć, zanim pojawiły się jej charakterystyczne oznaki: majaki, krwawienie, strata zębów, płytki oddech. Na ile była to prawda, na ile wyobrażenia, nikt nie potrafił powiedzieć.

— Niech stracę, panie Kern, byle Jaśnie Pani była zadowolona. Niech jej się w zdrowiu żyje, co by ją liberański obłęd oszczędził.

Dobili targu, uścisnęli dłonie po uprzednim ściągnięciu rękawic ochronnych i wymienili walutę. Prawie cztery erily za sztukę były dość niską ceną jak na przeznaczenie towaru, ale ten pochodził bezpośrednio z urzędu. Stado kobiet tworzyły żony i córki mężczyzn, którzy zostali skazani za popełnienie jakiegoś przestępstwa, a kary w Imperium Armijskim wymierzano bezlitośnie. Za to wyjątkowo chętnie. Zwłaszcza w czasie trwających zamieszek politycznych, gdy partia antymonarchistyczna zyskiwała coraz więcej na czczym populizmie.

Potencjalnego rewolucjonistę przywoływało się na przesłuchanie, w międzyczasie dokonując szturmu na jego posiadłość. To srebra rodzinne, to ukryte zapasy złota, to co ładniejszą służbę czy członka rodziny zajęto w ramach „zadośćuczynienia strat wyrządzonych Imperium”. Obywatel szedł z torbami na dno, zazwyczaj w znaczeniu niemetaforycznym, a towarzyszył mu przy tym ciężar sakwy pełenj kamieni. Żywy inwentarz przechodził na skarb państwa, które chętnie oddawało go dalej w obieg za bezcen, byle zarobić.

Dwadzieścia siedem kobiet wyprowadzono w końcu z trzech klatek, żeby zakuć je w łańcuchy i zmusić do jednostajnego marszu. Nie rzucały się za bardzo, doświadczone już po prawie trzech miesiącach podróży. Wraz z przybiciem pieczątki na urzędniczym dokumencie straciły swoją wolność, a po morskiej przeprawie i wolę walki o nią. Kuliły się w sobie, jakby próbując uciec spod spojrzeń otaczających ich mężczyzn.

Troje strażników utrzymywało bowiem właściwy szyk, gawędząc przy tym i komentując dziarsko nową dostawę. Na czele pochodu szedł majordomus Kern, który w myślach urządzał już szybki rachunek sumienia. Jak wiele powinien przekazać Jaśnie Pani? Handlarz w końcu poza towarem przywiózł ze sobą pogłoski, choć bardziej przypominały bajki opowiadane przez zapijaczonych marynarzy.

Kapitan niejednego okrętu miał świadczyć własnym okiem, że widziano łajby płynące pod liberańską banderą. Kern mógłby bardziej wierzyć tym dziwnym wieściom, gdyby nie znał doskonale kultury tychże dzikusów. Niewychowani barbarzyńcy, którzy własne córki brali za żony i nigdy na oczy nie widzieli nawet morza, o wielkim oceanie nie wspominając. Żyli jak gady, pustynne jaszczurki, których oprawianym mięsem się zresztą szczycili, budując domy pośród piasku i żywiąc się najwyżej krwią stworzeń mniej rozumnych.

Carmen niezbyt lubiła temat swojej dawnej ojczyzny... Nie, wieści nachodzące z dalekiego wschodu nie zwiastowały jakiegoś wielkiego przełomu w biznesie, ale też nie napawały zbytnim optymizmem. Pewnie tylko paru majtków upiło się zbytnio druidzkim spirytusem. Kern mógł oszczędzić Jaśnie Pani zawracania głowy, postanowił.

W czasie rozmyślań zdążyli przejść już sporą część trasy, prowadzącą z doków do centrum miasta. Maszerująca ospale kompania nie przyciągała niczyich spojrzeń, niewolnicy byli tutaj dość częstym widokiem. Zawszone i zabrudzone panny też nie wyglądały zbytnio reprezentatywne. Zdecydowanie brakowało im ruchu w trakcie podróży, gdy teraz przypominały młode zwierzęta, ledwo umiejące chodzić. Szurały ociężale stopami, wzdrygały się na widok jaskrawych lusterek, światełek i magicznych pochodni, które musiały sprawiać ich oczom przykrość. Zwłaszcza po spędzeniu, jak majordomus podejrzewał, ostatnich kilku tygodni pod pokładem. Wszystkie wyglądały na wychudzone i zmęczone, ciała niektórych zdobiły dodatkowo wielobarwne siniaki, zarobione pewnie od znudzonych marynarzy. Nie był to problem. Byle żadna nie doniosła po obcym dzieciaka, reszta nie miała zbyt wielkiego znaczenia.

Szli ulicami, wchodząc w coraz większy tłum. Dzień targowy sprawił, że prawie wszyscy, mieszkańcy i przyjezdni, wyleźli na ulice, spragnieni zarobienia grosza lub iskry ekscytacji. Z obu tych rzeczy w końcu miasto słynęło. Jeden z najbardziej lukratywnych portów Imperium Armijskiego przyciągał kupców spragnionych dozy biznesowego szaleństwa, ale też osoby zainteresowane bardziej przyziemnymi rozrywkami. Lucien, według wielu, miało swój nieodparty urok. Niezależnie od tego, czy szukałeś nocnej przygody w jednym z okolicznych klubów dżentelmenów, czy raczej oczekiwałeś dobić handlu na beczce soli. Miasto oferowało pakiet różnorodnych rozrywek, pełne wykwintnych restauracji, wybitnych teatrów, wspaniałych galerii. Trudno powiedzieć, jak bardzo do wzrostu popularności tego, niegdyś niezbyt poważanego miastewka, przyczynił się najbardziej charakterystyczny punkt turystyczno-biznesowy.

Geawe pandarmi Gawear, tłumacząc z języka, którym wciąż posługiwali się fanatycy dawnej kultury Imperium, Dom nad Domami. Miejsce, gdzie niejedni wciąż spełniali swoje marzenia, a inni uciekali od trosk życia codziennego. Majordomus szczycił się, że to pod rządami jego pani Dom stał się tak rozpoznawalny i mógł konkurować nawet z tymi ze stolicy.

Niektórzy bowiem twierdzili, że żądzę wystarczy rozpalić. Carmen, kiedyś jeszcze nie-jaśnie-pani, wiedziała lepiej, dlatego wolała przyrównywać swoją pracę do rozbudzania. Stawała się dla klientów poranną kawą lub energetykiem przed wyczerpującą nocką. Kusiła zapachem, pozwalała spijać z siebie niepowtarzalny smak kobiecości i to wszystko przy akompaniamencie najwyższych lotów jęków, westchnień, mruknięć. Po kilku spotkaniach zostawała kolejnym uzależnieniem słabego umysłu. Z tym że godzina z nią kosztowała więcej niż niejedna partia kart turniejowych. Wyszła za poprzedniego właściciela przybytku rozkoszy, zapewniając sobie łaski w trakcie kilku dłuższych sesji, po jego śmierci biorąc sprawy we własne ręce. Zmieniła nieco konwencje domu, wprowadziła parę ulepszeń, a rok za rokiem popularność burdelu rosła, a jej stopniowo kończyła się cierpliwość.

Jak teraz, gdy siedziała zagrzebana po uszy w stosie papierów, oczekując na przyjście kolejnej dostawy dziewcząt. Rozkraczyła się niewygodnie na drewnianym krześle, czubkiem ostrego paznokcia skubiąc w nim dziury. Kolejne cyfry i litery zlewały się w całość, gdy próbowała połapać się w absurdalnych rachunkach. Miała od tego ludzi, żeby się nie męczyć z księgami, ale raz na jakiś czas czuła potrzebę samodzielnego sprawdzenia. Na wszelki wypadek. Szło jej opornie, stękała i niemrawo przewracała kolejne stronice zapisane drobnym pismem. Wychowana w niewoli nigdy nie otrzymała właściwej edukacji, a próba nauki po latach okazała się twardym orzechem do rozgryzienia. Nauczyła się ostatecznie czytać, pisać i rachować podstawowe funkcje, jednak zrozumienie trudniejszych słów czy rozczytywanie mniej ładnie rozpisanych znaków przychodziło jej z trudem.

Była w zgryźliwym humorze, ale wiedziała, że niedługo się rozluźni. Zgodnie z jej oczekiwaniem szybko rozległ się trzykrotnie dźwięk dzwonka, oznaczający przyjęcie nowicjuszek. Zerwała się na równe nogi, wpadając ze swojego gabinetu prosto do głównego korytarza. Ha! Mniej niż się spodziewała, ale wyraźnie dostrzegła interesujące okazy.

Majordomus jeszcze nie dostrzegł swojej pracodawczyni, pogonił jedynie strażników do szybkiego przygotowania kobiet. Carmen oparła się plecami o framugę, przykładając palec do skroni. Nawyk, którego jakoś nie potrafiła wyplenić, miarowe stukanie w skórę własnym paznokciem wprawiało ją w przyjemny stan odrętwienia. Tylko wtedy miała wrażenie, że była w pełni sił.

Patrzyła, jak obdzierają je z szat, uśmiechała się przy tym szorstko. W myślach przeliczała ceny, wyszukiwała lepsze sztuki, szykowała plany treningowe. Spod jej ręki wychodziły wyłącznie najlepsze kurwy, a niektóre z nowo przywiezionych kobiet emanowały potencjałem. Potrzebowała jeszcze tylko przetestować swoje domysły.

— Kern, pozwól, że teraz ja się nimi zajmę — oznajmiła cierpko, podchodząc do ustawionych w rząd kobiet.

Karzeł skłonił się przed nią uniżenie, próbując wytłumaczyć niedobór dziesięciu zamówionych niewolnic, ale machnęła tylko ręką. Nie w tym transporcie, to w kolejnym. Co za różnica, skoro większość z nich i tak do niczego się nie nadawała, poza oddaniem na posługę do zwierzyńców. Zazwyczaj starała się do nich posyłać tylko najgorsze z najgorszych, bo zwykle wracały uszkodzone. Z podziurawionymi policzkami, krwawiącymi odbytami, połamanymi ramionami. Niekiedy otrzymywała jedynie worek z czymś, co kiedyś mogło uchodzić za całkiem atrakcyjne ciało i mieszek wypchany erilami. Nie narzekała.

Geawe pandarmi Gawear było miejsce dla każdego odmieńca, spragnionego dotyku cudzego ciała. Właśnie dla nich wprowadziła nowy system, który przysporzył niemałej fortuny. Mogli na własne oczy zakosztować ludzkich specjałów, wybrać sobie faworytkę i zasponsorować jej edukację. Ewentualnie wykupić dla syna czy wnuka na prezent na setną rocznicę urodzin.

Burdel zajmował cały budynek. Na parterze usytuowano część biznesową, z gabinetami, wystawą rysunków przedstawiających najlepsze dziewczęta i ławami dla oczekujących. Przed wejściem na kolejny poziom należało wpłacić wpisowe za kontuarem, a schodów strzegło zawsze troje barczystych strażników, z których jeden miał trzy metry wzrostu i przezywali go Goliatem. Po jakiejś bzdurnej historyjce, którą niegdyś przywlekło do Imperium plemię Innowierców, złożone chyba z samych kaznodziei. Samo to wzbudzało wystarczający respekt, żeby ograniczyć burdy do minimum. Carmen dbała, żeby sekretarka znała się na rzeczy, potrafiąc doradzić najlepsze widowiska w danym dniu w głównej sali czy dziewczynę do łóżka na kilka godzin, to też pomagało.

Pierwsze piętro stanowiła główna sala z kilkoma podestami, na których urządzano publiczne treningi nowicjuszek. To właśnie tutaj klienci mogli zakupić posiłek lub alkohol i przy dźwiękach instrumentów raczyć się widokiem nauki posług seksualnych. Jeżeli ktoś upatrzył sobie jakąś dziewkę, wystarczyło dać znać barmanowi i dopłacić odpowiednią cenę. Za pomoc w nauce jako obiekt ćwiczebny, za zlecenie na trening jakiegoś fetyszu albo w ogóle — za rezerwację na wyłączność z możliwością późniejszego wykupu na własność.

Na drugim piętrze znajdowały się pokoje na prywatne seanse, łaźnia i gabinet lekarski, a trzecie zaaranżowano jako kwatery mieszkalne dla służby i samych niewolnic.

Ach, ta blondynka nadawałaby się w sam raz dla zwierzańca Fejnera!

Burdelmama znała gusta stałych klientów, od czasu do czasu potrzebowali czegoś nowego. Zawsze potrafiła dobrać im odpowiednią parę, urządzić porządny spektakl i dać cząstkę czegoś, po co będą wracać raz, drugi, trzeci… Za każdym razem płacąc więcej i więcej, bo nie po to trzymała wszystkie te panny, żeby na siebie nie zarabiały.

Postawili je przed nią nagie, niektóre wciąż wydawały się zgorszone brakiem odzienia. Nieporadnie próbowały się zakryć przed chętnym wzrokiem służby, która pojawiła się zainteresowana dostawą. Szybko przywołała towar do porządku, chętnie rozdając kopniaki, parsknięcia i urwane polecenia. Stać. Prosto. Wypiąć się. Uśmiechnąć się. No, skarbie, wiem, że potrafisz.

Ciała oglądała metodycznie. Najpierw sprawdzała zęby, których leczenie potrafiło kosztować bajońskie sumy, zwłaszcza po ostatnim strajku Wróżek-dentystek. Palcami przesuwała po każdym z nich, żeby znienacka wepchnąć je głęboko w gardło. Krztusiły się, wiły, raz po raz otrzymując karne uderzenie. Tylko dwóm pierwszym musiała wydać polecenie, po nich każda kolejna już wiedziała, co ma robić. Ignorowała odrzucający zapach niemytych ciał, skupiając się w pełni na zadaniu. Ssały, gdy bawiła się swobodnie, symulując ruchy członka. Wolną ręką łapała za jedną z piersi, miętosząc ją w dłoni i oceniając rozmiar. Następnie oślinione palce trafiały na dół, gdzie wsuwała je w nie bez większego zainteresowania czy delikatności. Badała ścianki, sprawdzała temperaturę i luźność szparki, komentując wszystko na głos.

Stojący obok Kern zapisywał każde słowo, które padło z ust jaśnie pani.

Pierwsza, siódma, jedenasta… Lubiła sprawdzać wszystko samemu. Dotykać powolnymi, delikatnymi ruchami, przez które drżały jak korony drzew w ciężką burzę. Tak jak ta ruda, która się rozglądała wokoło, zamiast patrzeć grzecznie w ziemię. Może nie robiła tego z butności czy zbytniej pewności siebie, a zwykłego gapiostwa, ale nawet tego Carmen nie potrafiła wybaczyć. Oczekiwała bezwzględnego posłuszeństwa, ale przede wszystkim lojalności. I do jednego, i do drugiego potrafiła sobie dziwki szybko wychować ostrą ręką. Dlatego cofnęła się o krok, policzkując szybko dziewkę. Został tylko czerwony policzek i oczy, te wcześniej dzikie, chłonące przestrzeń spojrzeniem oczy, patrzyły tylko na Carmen.

Och, zdobędzie za nią dobrą cenę. Gdy już nauczy się płaszczyć, płakać na zawołanie i siąpać nosem, tak jak teraz, gdy wygląda rozkosznie ze łzami spływającymi po twarzy.

— Znaj swoje miejsce — warknęła. — Równaj do szeregu. — Poszła dalej, zostało jej w końcu siedem innych kobiet do sprawdzenia. Nadała im pseudonimy, zweryfikowała ciasność szparek, ciężar piersi w dłoni.

Po zakończonych oględzinach zwróciła się do Kerna.

— Ósma, siódma, dwunasta, osiemnasta, dwudziesta piąta do wywalenia. — Jedna z wywołanych kobiet osunęła się za kolana.

— Pani, proszę, miej… — Carmen machnęła ręką, jeden ze strażników doskoczył do kobiety, podciągając ją gwałtownie do góry.

Próbowała się szarpać, ale nie miała zbytnio szans w starciu z dużo potężniejszym mężczyzną, który wytargał ją na dziedziniec. Nikt więcej się nie odezwał, zwyczajnie nie śmiał, gdy wyraźnie docierały do nich krzyki z zewnątrz. Teraz już dwadzieścia sześć kobiet nie miało wątpliwości, że cokolwiek dzieje się za drzwiami było czystą katorgą. Rytm pisków, krzyków i błagań zgrał się z cichym łkaniem jednej z młodszych dziewcząt szeregu. Pozostałe z wywołonanych kobiet nie śmiały nawet drgnąć. 

Carmen uśmiechnęła się. Z zadowoleniem. Miała dwadzieścia dwie suki do wytresowania.

Kern na ten widok odetchnął z ulgą.

 


 

Carmen miała gest, pozwoliła spędzić noc w cieple, w jednej izbie. Wydała rozkaz podania prostego posiłku złożonego z mącznego placka w miodzie, garści orzechów i szklanki koziego mleka. Przywiozły ze sobą morską gorączkę, objawy uaktywniły się na drugi dzień od przyjazdu, czwórkę musieli ubić. Zostało dziesięć i osiem kobiet. Od tego momentu zaczęły się pilnować, ucząc się powoli nowych zasad.

Każdą doprowadzono przed lekarza, który upewnił się, że są zdolne do pracy i nie przywlekły ani bachora, ani kolejnego choróbska. Planowała je nieco dokarmić, żeby zaokrągliły się przyjemnie i zgubiły chory, nędzny wygląd. Nikt nie lubił szkieletów, łamiących się pod byle pchnięciem. Ścięto im włosy do ramion, obmyto w olejkach i lekach, mających zapobiegać rozpowszechnianiu się wszawicy. Każdy skrawek ciał pokryto mydłem, wyszorowano do czerwoności, dopiero wtedy pozwalając odziać się dziewkom w ubrania. Proste, beżowe szaty, przepasane w pasie fioletowym pasem. Znak, że dopiero uczyły się posługi i wynająć je na nockę można było wyłącznie za potrójną cenę, ale jednocześnie zachęta do zlecania nauki.

Trzeciego wieczora kazała postawić je już na widoku. Kern próbował się kłócić.

— Nie za wcześnie tym razem? — spytał niemrawo, mieląc w palcach swojego wąsa. Wydawał się chcieć powiedzieć coś więcej, ale ugryzł się ostatecznie w język. Carmen nie zwróciła na to uwagi, rozsiadła się wygodnie na jednej z kanap, kazała podać sobie wina i przyprowadzić dziewczyny z trenerami.

— Marudzisz jak zwykle, fajfusie — podsumowała, cmokając na widok służącej, która szybko przyniosła kielich wypełniony aromatycznym napojem. Upiła łyk, drugi, wsłuchując się w miarowe kroki.

— Jak sobie życzy — odparł i zabrał się do roboty. Rozdzielił nowoprzybyłe kobiety na stanowiska, prezentując dwie rudaski na środkowej platformie. Idealnie naprzeciwko właścicielki domu. — Jakieś specjalne życzenia w sprawie tych dwóch? — Wskazał dłonią na dziewczyny.

Starsza wyglądała na dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Jej skóra miała niezbyt przyjemny, pomarańczowy odcień, który wyraźnie odstawał na tle trupiobladych towarzyszek. Mimo wszystko cechowała ją dosyć ładna buzia, której uroku nie mogły odebrać nawet łachmany, w które została odziana. Za to druga…

Piętnaście? Może nawet czternastolatka przypominała koźlę zbyt szybko odseparowane od sarny. Nawet teraz rozglądała się ciekawie po sali, jakby zapominając, w jakiej sytuacji się znalazła. Carmen przypomniała sobie, że już wcześniej upomniała ją za zbytnio lekceważący stosunek. Najwyraźniej jeden policzek nie wystarczył do zrozumienia lekcji etykiety.

— Postaw mi je na jeźdźcu — poleciła, upijając kolejny łyk trunku. Zimna ciecz rozlała się po gardle, wprawiając po chwili kobietę w nieco przyjemniejszy stan. Upijała się łatwo i szybko, temu piła mało, ale dzisiaj jakoś humor jej się nie trzymał. Zaglądnięcie do kieliszka wydawało się dobrym rozwiązaniem.

Przyniesiono urządzenie, skonstruowane na specjalne życzenie jaśnie pani u lokalnego majstermistrza. Nieobeznani mogliby nazwać je nieco bardziej podłużnym siodłem z kilkoma wypustkami pośrodku, ale skórzany przyrząd potrafił przyprawić o wiele ciekawszych doświadczeń niż przygoda z nawet najbardziej narowistym wierzchowcem. W otwory włożono dwa drągi o kształcie fallusa, wkręcając je do wnętrza mechanizmu. Numer Trzy i numer Dwadzieścia stały obok, przypatrując się temu wszystkiemu z przerażeniem.

Carmen rozejrzała się wokoło, mieli otwierać dopiero za dwie godziny. Chciała, żeby do tego momentu nowicjuszki poczuły się wystarczająco upokorzone, żeby nie robić burd przy klientach. Mimo wszystko nieraz żałowała, że jest jedynym widzem tych pierwszych, wyjątkowych spektakli. Nawet teraz pochyliła się do przodu, rozlewając nieco napoju na oparcie drogiej kanapy.

Jeden z wyznaczonych trenerów podszedł do platformy, manewrując ciałami dziewcząt. Najpierw jedna, potem druga, zsunęły się z cichymi jęknięciami na przydzielony koniec zabawki. Nie była ani zbyt długa, ani zbyt duża, nie było nawet takiej potrzeby, bo magia urządzenia nie tkwiła w jego wielkości. Zresztą, drągi miały nieskończenie wiele kształtów i Carmen posiadała ich z czterdzieści w swojej kolekcji, w różnych rozmiarach. Nie, zabawa miała się dopiero rozpocząć z chwilą, w której kobieta dostała w swoje dłonie małego pilota.

Piętnastolatka, Carmen w myślach nazwała już ją Rusałką, ze względu na jej bezdennie ciemne, ciekawskie oczy, z których słynęły te stworzenia, sapnęła przy pierwszym drgnięciu. Szybka, urwana wibracja, która jedynie rozbudziła żądzę, tlącą się w podbrzuszu. Jaśnie Pani prawie zachłysnęła się własnym jękiem na ten widok. Bawiła się przyciskami, w najmniej spodziewanych momentach włączając i wyłączając drgania, na razie zostawiając ustawienia na najniższym poziomie.

— Jak macie na imię? — spytała, odstawiając na bok kielich z resztką wina. Przyjemny widok rześkich, nagich ciał wprawił ją w dobry humor. Tym bardziej że teraz obie kobiety pachniały drogimi mazidłami, kwiecistymi perfumami do włosów.

Zwiększyła z pierwszego poziomu na trzeci i Rusałka wraz z Pomarańczą, kolejne nadane w biegu przezwisko, nie mogły powstrzymać jęku. Młodsza sapnęła zdawkowo, druga zagryzła wargi, próbując nie wydać z siebie żadnego dźwięki więcej, ale szybko miała się poddać. Przy tych ustawieniach sztuczne penisy nie tylko wibrowały, ale także zaczęły poruszać się w górę i w dół, rytmicznie pieprząc kobiety. Na razie wolnym, w miarę jednostajnym rytmem.

W tamtym momencie Carmen pomyślała, że kocha magię, nawet jeżeli w Imperium była uznawana za sztukę niegodną. Jak można nie szanować czegoś, co sprawia taką przyjemność? Obserwowała z fascynacją, jak z dziewczyn ulatują kolejne sapnięcia, stęknięcia, westchnięcia. Gdy próbują nieporadnie najpierw uciec biodrami od napierającego na nie narzędzia, żeby przy piątym poziomie wibracji poruszać nimi w dół, próbując bardziej nabić się na ciężkie drągi.

Na tym etapie nie mogły, nie, nawet więcej nie chciały się powstrzymywać. Rusałka oparła się o wspólniczkę, kładąc głowę na jej nagiej piersi, nie mogąc utrzymać prawidłowej postawy. Różane usta zawisły nad krągłym sutkiem.

— Ssij. — Krótkie polecenie Carmen było wszystkim, czego piętnastolatka potrzebowała. Pochłonęła czerwonawy guzek, wywołując jęk u jego właścicielki.

Szósty, siódmy, ósmy poziom. Fallusy przeszły w tryb absurdalnie szybkich, ciężkich pchnięć, które zgrały się z absolutnym rykiem młodszej dziewczyny. Zaczęła płakać, próbując wybełkotać prośby o łaskę, ale Jaśnie Pani zbytnio podobał się widok.

— Proszę, muszę zejść, proszę, błagam…

— Mhm, mocniej? — spytała z rozbawieniem, wpatrując się w te prawie czarne oczy.

Och, mogłaby w nich zatonąć! Zatopić się! Zwłaszcza teraz, gdy były tak bardzo pełne łez, zabarwione wyłącznie czystym pożądaniem. Przypatrywała się małym, niewydatnym ustom, które układały się w nieprzyjemny grymas za każdym razem, gdy dildo wykonywało kolejne mocne pchnięcie.

— Proszę, ach… — Carmen przez moment myślała, że doszła.

Tylko przez moment, bo zapach moczu stał się zbytnio wyczuwalny w powietrzu, łkania dziewczyny przeszły z cichych sapnięć do mocnego rzęchu, a oczy skryły się pod puklami rudych włosów.

— Och, skarbie — zamruczała, przywołując machnięciem dłoni trenera. Pomarańcza musiała zostać siłą zdjęta z urządzenia, penis wysunął się z niej z cichym pluśnięciem. Zaraz odprowadzono ją do innego stanowiska, do kozła. Z Rusałką nie było lepiej, ale ją posadzono na kolanach Jaśnie Pani, choć próbowała się przy tym nieporadnie wzbraniać.

— Głupiutka, to całkowicie naturalnie — zaczęła, głaszcząc dziewczynę po włosach. Dłońmi błądziła po jej ciele, ścierając krople potu i bawiąc się fragmentami skóry. — Jak masz na imię?

— T-tania — zdążyła wybełkotać dziewka, zanim poczuła, że wchodzą w nią dwa palce. Jęknęła z bólu, próbując wysunąć się z mocnego uścisku, ale przy swojej posturze i wadze nie miała na to żadnych szans.

Carmen trzasnęła ją za nieposłuszeństwo po głowie, zaraz doprawiła klapsem po zaczerwienionych od pieprzenia na maszynie pośladkach. Z satysfakcją poczuła zaciśnięcie się cipki, dlatego powtórzyła kilkukrotnie uderzenie, pławiąc się w cieple drugiego ciała. Nawet silna woń amoniaku nie potrafiła jej zniechęcić do kolejnych pieszczot.

— Stara żeś?

— Pi-piętnaś-ście ledwie, P-pani — odparła wciąż zamroczona przyjemnością, którą nie dane jej było się nacieszyć.

— Pewnie za cudzy grzech tutaj skończyłaś, co? — dopytała Carmen, mrużąc nieco oczy i podając dziewczynie do ust kielich z resztką wina.

Pozwoliła upić kochance ostatnie krople, zanim wpiła się na moment w jej usta. Nie był to łagodny pocałunek, gdyż wymagała nawet w nim absolutnego posłuszeństwa, ale tkwiła w nim jakaś niezrozumiała tęsknota. Chęć podążenia za czymś, co z dawien dawna się samemu odrzuciło.

— O-ojciec miał, ach! — Podskoczyła przy szczególnie mocnym klepnięciu. — Przeci-przeci-wdziałać Imperium.

— Ach, rozumiem, za grzechy naszych ojców. Za to zobacz, jaka jesteś mokra, to wszystko dla mnie? — droczyła się, to liżąc Rusałkę po policzku, to kciukiem masując łechtaczkę. To drugie było raczej nieprzyjemnym doświadczeniem, patrząc po zaostrzonym paznokciu, który wbijała z sadystyczną satysfakcją w miękkie, wrażliwe ciało.

Klepnęła dziewczynę ostatni raz po tyłku i ścisnęła go na pożegnanie. Raczej mały, ale za to jak dobrze leżał w dłoni!

— Tanio, mam wobec ciebie wielkie oczekiwania.
 



Tania kiedyś powiedziała ojcu, że przez te jego machlojki, to się skończy jednym wielkim burdelem. Nigdy się nie spodziewała, że jej słowa okażą się w rzeczywistości prorocze. Minęło kilka tygodni, odkąd przybyła do Geawe pandarmi Gawear i straciła resztki swojej godności, a wraz z nią także pozostałości nadziei na wyrwanie się z tej spirali szaleństwa.

Nigdy nie była posłuszną córką czy wielką fanką etykiety, ale, do cholery, miała wcześniej najwyższy status z nich wszystkich, a skończyła najgorzej. Mieszkała w Whanton, pomniejszej mieścinie nieopodal Gór Vercane, znała się z Morwą i Lilą praktycznie od dziecka. Ich ojcowie prowadzili wspólnie prywatną klinikę, jedyną w zasięgu wielu dni drogi konno, dlatego cieszyli się wielkim poważaniem, a i fortuna im dopisywała.

Tania miała na tyle przyzwoitości, żeby przyznać, że to jej stary nawalił. Z nich wszystkich najbardziej złorzeczył na obecną władzę, należał do zwolenników wszechdemokracji, rezygnując nawet ze wpajania własnej córce etykiety czy zasad pożycia społecznego.

„Będzie chciała nauczyć się rżnąć wam w żywe oczy, to się sama nauczy” — mawiał, wprawiając gości i krewnych w zgorszenie. Tania wtedy uważała to za dar od losu, nie musząc uczyć się skomplikowanych powitań, koligacji między rodami czy głupich tańców. Teraz jednak żałowała, bo inteligentna, oczytana Morwa, została przyuczona na akuszerkę. Piękna, urokliwa Lila, choć nie grzeszyła rozumem, potrafiła flirtować z ogromną swobodą i szybko zyskiwała sobie przy tym sympatie.

Nastroje w kraju stawały się coraz bardziej napięte, jakby król Faust bał się własnego cienia, zaostrzając kolejne prawa. Wprowadzając obowiązkowy pobór wojskowy. Zwiększając podatki. To wszystko sprzyjało partii antymonarchistycznej, z którą skrycie ojcowie dziewcząt sympatyzowali. Gdy wpadł jeden z nich, od razu wydał pozostałych. Który wypaplał, że wspólnie należeli do organizacji o charakterze wywrotowym — nie wiadomo. Nie miało to jednak zbyt wielkiego znaczenia, bo całą trójką wylądowały najpierw w urzędzie, później na statku, a ostatecznie w Domu Publicznym w Lucien.

Na Tani nieszczęście — ona jedyna wciąż nie zyskała sobie sponsora. Jasnowłosa Lila zyskała przydomek Kehme, po bogini roślin, piękna i sympatii, stając się burdelowym ewenementem. Jako pierwsza z transportu została wynajęta na noc, zarabiała z nich wszystkich najwięcej i cieszyła się najlepszym traktowaniem. Ciemnowłosa, wysoka jak tyczka Morwa, miała wyłącznie jednego sympatyka. Nie stanowiło to dla niej wielkiego problemu, bo był nim stary, uznany lekarz, który planował synowi przekazać w przyszłości klinikę. Obrał ją więc młodemu na przybranicę, czyli niewolnicę do pracy, ale i do łóżka. Wykupione za młodu miały sporą szansę odzyskać wolność i stać się pełnoprawną żoną lub nałożnicą. Ich dzieci dziedziczyły nazwisko ojca, a razem z nim klasę wolnego obywatela.

Rusałka była zazdrosna. To nawet nie tak, że była brzydka, ale już od pierwszego dnia na wystawie przestano zwracać na nią uwagę! Gdy tylko ktoś przysiadł się przed platformą, na której akurat postawiono ją do jeźdźca, kozła, węża, posługi oralnej, zaraz zjawiał się ktoś ze służby. Z uprzejmą informacją, że, choć wiadomo, że Tania była towarem najwyższej klasy, to może pokazać drogę do Kehme? Albo Veroniki?

Winę zwalała na Carmen. Czterdziestoczteroletnią kobietę o skórze ciemniejszej niż ktokolwiek, kogo do tej pory znała Tania. Burdelmama przyjęła sobie za punkt honoru dręczenie Rusałki, upokarzając ją raz za razem, zlecając jej najtrudniejsze zadania do przejścia i najbardziej wymagające. Jednocześnie odtrącała każdego potencjalnego klienta, który mógłby być piętnastolatką zainteresowany.

Trochę to Tanię bolało, bo nawet sama Carmen nie chciała jej więcej dotknąć, jakby po pierwszym razie się tego brzydziła. Rusałka jako pierwsza wchodziła na scenę i jako ostatnia z niej schodziła, długo po tym, gdy poprzednia dziewczyna opuszczała główną salę. Trwała na najdziwniejszych, najbardziej wymyślnych maszynach, za każdym razem doprowadzona do płaczu poprzez wyzwiska, do których nie potrafiła się przyzwyczaić. Ostre uderzenia czasem dłonią, czasem pasem o zawsze zaczerwienione i obolałe pośladki.

I to poczucie beznadziei, gdy czuła ciepło w podbrzuszu, próbując gonić własne spełnienie, które nigdy nie nadchodziło. Zawsze coś jej utrudniało faktyczne dojście, całkowite poddanie się orgazmowi. To maszyna, która w najważniejszym momencie przechodziła w tryb pracy na niskich obrotach magicznych. To trener, który akurat w tej najgorszej do tego chwili wyciągał z tyłka korek, dildo, metalowe kule zmieniające temperaturę na życzenie.

Rusałka powzięła plan.

 


 

Nie zdążyła go wykonać.

Miasto spowiło istne szaleństwo, gdy dziki, czerwony płomień trawił budynek po budynku. Nie wpływał na niego ani wiatr, ani stosy wodnych roztworów, nie działały żadne zaklęcia i klątwy. Rozprzestrzeniał się w zawrotnym tempie, niszcząc wszystko, co żywe, na swojej drodze. Ocalali z tej masakry powiedzą, że nigdy czegoś takiego nie widzieli. Tylko człowiek po człowieku zajmowali się ogniem, krzycząc w agonii, gdy smród palonego mięsa roznosiły ciepłe wichry. Sprzęty, meble, ściany — to wszystko wydawało się nie odczuć morderczego gorąca żywiołu.

Tania zapamiętała, że wszyscy z burdelu uciekali w popłochu. Strażnicy, majordomus Kern, który krzyczał coś niezrozumiale o jakiejś przepowiedni. Morwa z Lilą nie zaczekały na młodszą koleżankę, próbując wyskoczyć z okna, byle tylko uniknąć krwiożerczego ognia. Może to po ojcu, ale Rusałka zawsze musiała zrobić wszystko na opak. Dlatego parła do przodu, docierając do gabinetu Jaśnie Pani. Wdarła się do środka, zdyszana i otumaniona dymem, przez który ledwie mogła oddychać.

— Pani, musimy uciekać! — krzyknęła, ale Carmen siedziała jak skamieniała na krześle, zatopiona w rachunkach. Obsesyjnie powtarzała do siebie ciąg liczb, dzierżąc w dłoni sztylet, którym piłowała jeden ze swoich paznokci.

— Trzysta dwadzieścia osiem erilów za posługę u zwierzańcza Fejnera, dwieście czterdzieści pięć za rezerwację prawa wykupienia Morwy, dawnej córki Jerycha…

— Pani! — Tania spróbowała do niej doskoczyć, wyrwać ją z amoku, ale poślizgnęła się na śliskich płytkach. Ogień zdawał poruszać się coraz bliżej obu kobiet, nadchodząc z każdej strony, próbując zamknąć je w okręgu.

— Stop! — wdarł się nagle dziarski, lekko zdesperowany mężczyzna. Cały magiczny płomień zgasł w okamgnieniu, zabierając za sobą i pył, i dym, i poczucie duszności, aż Rusałka chciała odetchnąć z ulgą, zanim nie podniosła wzroku na ich wybawcę.

Stał w drzwiach ze spojrzeniem godnym wyłącznie największego szaleńca. Włosy jego przypominały kolorem pióra kruka, skóra ciemność nocy, a czarne, niemożliwie wielkie oczy zdawały się pochłaniać kolor z całego pomieszczenia. Dziewczyna dostrzegła, że Carmen zadrżała, a barwy poczęły znikać.

Kawałek po kawałku. Faktura drewnianych mebli zdawała się zapadać, wielobarwne zdobienia ścian szarzały fragmentami, ostatecznie sama Tania ze zdumieniem przyglądała się, jak z kosmyków jej włosów znika rudy poblask. Razem z nim traciła siłę, stając się ospałą. Zmęczoną. Próbowała z trudem utrzymać otwarte oczy, choć powieki same wydawały się opadać.

— Wreszcie cię, kurwa, znalazłem. — Miał niski, ciężki głos, który przyprawił ją o dreszcze. Dudnił w pomieszczeniu, odbijając się od ścian, a ciągnęła się za nim moc o pustym przekazie. Energia wprawiała w ruch meble, zmuszając je do drgań w nierytmicznym tempie. Zaczęły stukać nagromadzone na biurku stare talerze, kubki, kielichy.

Tania mimo swojej ciężkiej głowy spróbowała spojrzeć na Carmen. Ta wydawała się nie zauważać niczego, wciąż pochłonięta w rachunkach, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Sztylet, którym chwile temu piłowała paznokcie, teraz znajdował się zaskakująco blisko brązowej szyi. Poruszał się w prawo, lewo, prawo lewo.

Czerwona kropla za kroplą.

— Carmen, nie musisz tego robić, przecież wiesz, że to nie jest nasza wina? — Mężczyzna próbował przemówić kobiecie do rozsądku, ale ta nadal tkwiła w amoku.

Patrzyła się uparcie w jeden punkt otwartej księgi, której stronice zaczęły po chwili zdobić krwiste kropki.

Tania nie wiedziała, co stało się dalej. Słyszała czyjś krzyk, jakieś przekleństwo nad uchem. Coś o przepowiedni, która przecież nie powinna być warta funta kłaków, bo w Imperium wróżbiarstwo miało jeszcze gorszą opinię niż magia.

Nie czuła ognia, który ją strawił. Za to czułą dłoń na policzku, palce, powoli masujące jej gardło, szepczące coś do ucha. Skubnięcie ust na szyi z jednej czy drugiej strony. Słowa, które sączyły się do głowy, brzmiały nienaturalnie, choć ton wydawał się znajomy.

 




Nie wie, gdzie jest. Czuje przeraźliwe zimno, ale jeszcze bardziej czuje szarość, choć nigdy nie sądziła, że można fizycznie odczuwać kolory. Nie znajduje jednak lepszego określenia, dla tej mieszaniny czerni i bieli, która zdaje się ją pochłaniać. W tym czasie marznie i marznie, nie mogąc odnaleźć się w obcym miejscu. Nieraz widzi ściany, nieraz widzi przepaście. Błądzi, a może bardziej śni.

Krąży za ostatnimi słowami Carmen, że nieraz cierpimy za grzechy naszych ojców. A czasem musimy za nie odpowiedzieć.

Tania nie rozumie, ale chyba nie musi, bo z nagła widzi światło, a potem widzi kolory i czuje się otoczona najprawdziwszym szczęściem pośród wszystkich ziem Starych Krain.

Ten tekst odnotował 17,433 odsłon

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.86/10 (22 głosy oddane)

Pobierz w formie ebooka

Komentarze (7)

+1
0

bojąc się dać wciągnąć z drugim kupcem w dyskusję

Może zmienić kolejność słów na "dać wciągnąć w dyskusję z drugim kupcem", albo zrezygnować z "drugiego kupca" w tym zdaniu?

Jeszcze by dał utargować promocję czy rabat i żona go do chałupy nie wpuści,


"by go do chałupy nie wpuściła"?

pandarmi 

co znaczy to słowo?

Cieszył się rzekomo (według własnej oceny) niesamowicie rozwiniętym zmysłem węchu

Lepiej chyba będzie pozbyć się nawiasów. Przecinki, myślniki i od wielkiego dzwona średniki powinny wystarczyć.

co by ją liberański obłęd oszczędził

Jakby krótką wstawką wyjaśnić, co to jest za obłęd, opowiadaniu byłoby łatwiej udawać niezależność.

którzy zostali uznani winnych popełnienia

"winnymi", "za winnych", "skazani za"?

Takiego potencjalnego rewolucjonistę

bez "takiego"?

przez samego sędzinę kamieni

?

Geawe pandarmi Gawear, tłumacząc z języka, którym wciąż posługiwali się fanatycy dawnej kultury Imperium, Dom nad Domami. Miejsce, gdzie

Myślałem, że to imię majordomusa - analog Ahmed ibn Ali.

dźwięk dzwonka, oznaczający przyjęcie nowicjuszek.

Ha, ha, nowicjuszki w burdelu! No, tak też bywa.

przetestować swoje teorie

Teorie? Może lepiej domysły, pomysły, przypuszczenia, życzeniowe hipotezy? Poddać próbie eksperymentu, zweryfikować, sprawdzić w prakyce?

Zazwyczaj stała się do nich posyłać

starała?

spragnionego chętnego mniej lub bardziej ciała.

coś tu się nie klei

Większość nieludzi nienawykła do ludzkiego przyzwyczajenia związanego z zakrywaniem ciała i ograniczaniem własnej seksualności.

To też mocno przekombinowane.

plemię Innowierców,

celowo dużą literą?

Burdel podzieliła na trzy piętra. Na parterze usytuowano

Spodziewałbym się wyliczanki zaczynającej się od pierwszego piętra. Na pierwszym to, na drugim tamto. Razem z parterem mamy 4 kondygnacje (piętra). Może to przeredagować na: Burdel zajmował cały budynek. Na parterze...?

— Ósma, siódma, dwunasta, osiemnasta, dwudziesta piąta do wywalenia. — Jedna z wywołanych kobiet osunęła się za kolana... Teraz już dwadzieścia sześć kobiet

Na początku było ich 27, po wywaleniu 5 powinno zostać 22, prawda?

każdy sprawek

😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Bardzo dziękuję za poprawki! Popracuję jeszcze nad tym, żeby tekst lepiej się prezentował jako samodzielny utwór, nie dodatek.

pandarmi


Do dłuższego opowiadania mam stworzony zarys języka, "pandarmi" to słowo używane w sytuacji odniesienia czegoś do czegoś, mój błąd, że cały zwrot faktycznie wybrzmiewa na początku, jakby miał robić za imię majordomusa.

plemię Innowierców,


Zabieg celowy, znowu jednak widzę, że bez znajomości głównego dzieła może źle wybrzmieć. Pomyślę i wprowadzę poprawkę.
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Skoro nikt jeszcze nie dorzuca swoich groszy, to dodam jeszcze coś od siebie:

Rusałka wraz z Pomarańczą, kolejne nadane w biegu przezwisko, kolejny raz nie mogły powstrzymać jęku.

powtórzenie

pławiąc się w cieple drugiego działa

ciała?

Nawet usilna woń amoniaku

intrygujące! O czym może świadczyć "usilna woń amoniaku" z moczu?

— Staraś żeś?

Nie jestem specem od j. polskiego, więc mogę się mylić, ale wydaje mi się, że ta konstrukcja jest błędna. Dwa "ś" od czasownika być to za dużo. Stara żeś? Staraś? Jak bardzoś stara?

Nie był to łagodny pocałunek, gdy wymagała nawet w nim absolutnego posłuszeństwa,

gdyż?

Na Tanii nieszczęście

Tani
Gdzie się podziała Pomarańcza? Dlaczego zniknęła bez pożegnania?
Zdradzisz tajemnicę, gdzie się podziewa reszta opowieści?
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Dzięki za kolejne poprawki, poprawiłam pomyłki. Bardziej zwrócę uwagi na miszmasze słowne w przyszłości, bo widzę, że gubię się przy podobnie brzmiących słowach, jak wyszło przy działo z ciało.

Zdradzisz tajemnicę, gdzie się podziewa reszta opowieści?


Jeszcze nie jest opublikowana, po przeróbkach i lekkiej cenzurze za kilka miesięcy planuję puścić ją na wattpada. 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
Mimo niedociągnięć, wymienionych wcześniej przez @MrHyde, głosuję za wyjściem z poczekalni.
A w ogóle to witam Sandro na Pokątnych! Umknęło mi, że jesteś tutaj już od ponad miesiąca 😉
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@Agnessa, dziękuję za miłe przywitanie! 🙂
Zgadzasz się z tym komentarzem?
0
0
@ Sandra_Brion
Czytając tekst debiutującej tu na pokatne.pl autorki Sandra_Brion miałem mieszane odczucia. Uwagę zwrócił mi niezwykle sprawny język, poprawnie konstruowane zdania. Z tego powodu przeczytałem całe opowiadanie, mimo iż nie jest to moja bajka.

Tym nie mniej tekst jest ciekawy dla osób które chcą zapoznać się z opowieściami typu "fantasy z kategorii BDSM, z akcją umiejscowioną .. w fikcyjnej, odległej krainie, w dawnych czasach" ("w Imperium Armijskim, gdzie kary wymierzano bezlitośnie").

Jako, że jest to fantazjowanie o nieprzyjemnych poczynaniach wobec kobiet, więc przypomniała mi się postać Franny z powieści Johna Irwinga "Hotel New Hamshire", która wielokrotnie wspomina o anarchiście Wiedeńskim Ernście, który pisał podobne teksty erotyczne, do tego stopnia mizoginiczne, że Franny nie chciała realacjonować ich dokładnie. No ale tutaj, w opublikowanym opowiadaniu możemy zapoznać się "ze szczegółami". Jest charakterystyczne, że autorka w komentarzach na pytanie MrHyde o ciąg dalszy stwierdza: "Jeszcze nie jest opublikowana, po przeróbkach i lekkiej cenzurze za kilka miesięcy planuję puścić ją na wattpada".

Hm...tak więc całość wymaga auto-ocenzurowania. Natomiast co to jest "wattpad" to nie wiem.

No właśnie, tekst umożliwia zaglądniecie do świata osób spisujących fantazjowanie, które odpowiada być może dość licznej grupie młodych kobiet? Jest to ciekawa sprawa.

Wszystkie te uwagi nie mają na celu podważania osiągnięcia literackiego. Sandra_Brion ma niewątpliwie talent, sprawną wyobraźnie i opanowany warsztat literacki. Przyczynia się do jego doskonalenia, dla przykładu wprowadza neologizmy i nowe pojęcia (np. "liberański obłęd"). Szczerze życzę rozwoju tych kompetencji i przy okazji składam życzenia Świąteczne.
Zgadzasz się z tym komentarzem?

Dodaj komentarz

Zaloguj się

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.